piątek, 1 stycznia 2016

6 Uczucie do Kimberly Crawford (UKC)

06xSąsiedzi
(aktualizacja noworoczna)



KIMBERLY


   - Nie wpłynie to korzystnie na twoją aktualną sytuację - mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. 
   Zagryzłam dolną wargę, zaczepiając się palcami o siedzenie.
   - Absolutnie.
   Krew, spływająca stróżką po twarzy Morgana, skapnęła na szare kafelki tuż obok mojej stopy, o mało nie zahaczając o białą podeszwę trampka.
   Gdy pod swoim roztrzęsionym spojrzeniem odnalazłam intensywnie ciemny brąz, od razu zerwałam się z krzesła. Prawie pociągnęłam je za sobą, z trudem odczepiając od niego zbielałe na knykciach dłonie. 
   - Jack - wyszeptałam współczująco, a może przepraszająco - nie wiem, naprawdę, wtedy emocje robiły mi wielgaśną papkę z mózgu, (taką, jaką podają na stołówce podczas lunchu) - ale on tylko wyminął mnie bez słowa, uderzając lekko swoim ramieniem o moje. 
   Byłam wtedy tak zrozpaczona i w efekcie bliska płaczu, że nawet tak delikatny wstrząs moim ciałem spowodował wypłynięcie łez ze spojówek i wkroczenie na moje blade z przerażenia policzki. 
   Nie chciałam, żeby tak to się skończyło, nie chciałam źle! 
   Pragnęłam tylko idealnej sukienki, idealnej muzyki i idealnego partnera, którego nie mogłam mieć, a tak bardzo o niego w głębi duszy zabiegałam. Wcale od nikogo tego nie żądałam, niczego nie oczekiwałam - wiedziałam, że nie mogę tego mieć. I wiedziałam również, że Ben Morgan nie da mi spokoju po tym, co planowałam zrobić, a mimo to dopuściłam się tego czynu, niszcząc wszystko wkoło. Wszystkim był wtedy on - brunet o oczach smutnych jak nocne niebo pozbawione gwiazd. A ja byłam tą, która tych gwiazd go pozbawiła. 
   Gdy usłyszałam, jak Ben prycha drwiąco za moimi plecami, otarłam szybko twarz rękawem bluzy, pozbywając się łez, i odwróciłam się do niego gwałtownie. Chciałam wtedy krzyknąć, że to jego wina, że przez niego wszystko się zawaliło, że to tylko z jego powodu płakałam. Ale tak naprawdę wszystko zawaliło się już dawno, a on tylko utwierdził mnie w tym fakcie i właśnie dlatego roniłam łzy z oczu. 
   Nie powiedziałam nic, kiedy spojrzał na mnie poważnie, jakby jednak zrozumiał, co przed chwilą się wydarzyło. Po prostu odeszłam bez słowa, pozostawiając go sam na sam z jego wielkim ego. 

   Chciałam opowiedzieć o wszystkim Grace, ale gdy na ostatniej lekcji zapytała mnie, "co wydarzyło się u Smitha", stwierdziłam, że nie pisnę ani słówka. Jack na pewno widział się już i z Grace i z Jerrym po zaszłym incydencie i najwyraźniej nie powiedział im nic na ten temat. Więc tym bardziej nie powinnam robić tego ja. Gdyby Jack chciał podzielić się z kimś relacją ze swojego spotkania twarzą twarz z dyrektorem szkoły, na pewno dawno by to zrobił. I pierwszymi osobami jakie by zawiadomił na sto procent byliby właśnie Jerry i Grace. Bo komu innemu mógłby w pełni zaufać? London Parrish? Chyba w moich najgorszych koszmarach. Jednak w tej bolesnej sprawie poczuł, że nie może podzielić się prawdą nawet ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi. 
   Przez cały czas trwania lekcji nie mogłam się ani przez chwilę skupić. Rozmyślałam, co powiedziałabym Grace o tym wszystkim, gdybym oczywiście mogła. Tak naprawdę chyba nie dowiedziałaby się niczego nowego - palnęłam jakieś głupstwo, Ben, który szedł ze mną na bal maturalny (jak się okazało wszyscy w szkole nie wiadomo skąd o tym wiedzieli), nie pohamował emocji i trochę za bardzo wczuł się w odgrywanie roli damskiego boksera pod delikatną postacią i gdy nie wytrzymał już z nerwów, bo (należy pamiętać) powiedziałam mu coś niestosownego, popchnął mnie nieświadomie na szafki. Tak, i wtedy do akcji wkracza Jack, który (też nie wiem skąd!) nagle pojawił się tak blisko nas, że zdążył uchronić mnie i moje biedne ramię przed stłuczką z drzwiami szafki i gratisowo podłogą, a do tego wysadzić Benowi z pięści prosto w nos. Naprawdę - mistrzostwo. 
   Tak wyglądał zarys tej historii ułożony przez uczniów i krążące po korytarzach plotki. Wiele rzeczy okazało się prawdziwych, nie zmyślonych (jak się spodziewałam). I zapewne podobną wersję podałabym Grace, z jedną zmianą - Morgan zachował się jak ostatni podlec, a nie po prostu "przypadkiem" puściły mu nerwy. 
   Więc czy powiedziałabym przyjaciółce coś nowego, istotnego, o czym jeszcze nie miała pojęcia? Co wydarzyło się u Smitha? - to świetne pytanie. Jack wszedł do jego gabinetu bardzo zdeterminowany i gotowy do kłótni, a w jego oczach lśniły iskierki. Cała jego sylwetka wydawała się bardziej sprężysta niż zazwyczaj. Siedział u dyrektora przez bite pół godziny, gdy ja pięć-siedem minut, zaś Ben około piętnaście. Wyszedł z miną tak zaciętą i z wyraźnie skierowanymi do mnie argumentami winy, że aż poczułam wielki głaz spadający mi prosto na serce. 
   Jednak dla mnie istniało jeszcze jedno istotne pytanie, na które bardzo chciałam znać odpowiedź. Dlaczego Jack rzucił się na Bena? 
   Dlaczego Jack stanął w mojej obronie?




   Okej, niech ktoś mi tylko powie, że to nie dziwne wpatrywać się w okno sąsiada (z którym można powiedzieć, że się z lekka pokłóciło), stojąc na środku podwórka i bonusowo udając, że jest się bardzo zaoferowaną swoim iPodem. Naprawdę - bo czuję się, jak jakaś psychodeliczna nastolatka z obsesją na punkcie Justina Biebera czy kogoś. 
   Żeby nie było - chciałam jedynie porozmawiać. Wydobyć z niego ciężar tego dnia. Poczuć, że mógłby się przede mną chociaż w małym stopniu otworzyć. 
   Popatrzyłam na swoje dłonie lekko zdegustowana własnym zachowaniem. Jak egoistyczne miałam podejście do sytuacji Jacka Brewera? Nie mogłam tak po prostu wyciągnąć z niego tego, czego oczekiwałam, a później odejść bez słowa z otrzymanymi informacjami. Jak podła musiałabym być?
   - "Tu był Jack" - wyrecytowałam pod nosem, odruchowo gładząc kolorowe literki na powierzchni odtwarzacza muzyki. Przed oczami mignęły mi małe chłopięce dłonie, wyrywające mi z rąk pisaki i szpara między zębami, gdy owy chłopiec się śmiał.
   - Jack tu JEST - Usłyszałam za sobą i gwałtownie się odwróciłam. 
   Jego ciemne oczy skierowane były wprost na mnie. 
   Zmrużył powieki, gdy zza chmur wyłoniło się słońce i spojrzał na nie, a później na mnie. Nie byłam pewna, czy się mi przyglądał, czy próbował dojrzeć coś za kolorową kropką, która utworzyła się na jego soczewce przez nadmierne wpuszczenie światła słonecznego do oka.
   - Nie wiedziałem, że masz piegi - powiedział ledwo słyszalnie i poprawił plecak na ramieniu, odwracając gwałtownie wzrok od mojej twarzy.
   - Co? - mruknęłam lekko skonsternowana jego wypowiedzią, ukrywając rumieńce na policzkach za włosami.
   Stałam tam bez ruchu i patrzyłam na niego z coraz bardziej przyspieszającym biciem serca (to od samego przebywania w jego towarzystwie czy od narastającego we mnie napięcia przed nieuniknioną pomiędzy nami rozmową?), gdy nagle on rozejrzał się niespokojnie, znów poprawił położenie plecaka i rzekł chłodno:
   - To moje podwórko.
   Na chwilę odebrało mi mowę, ale zaraz do głowy wskoczyła mi jedna myśl: Wiem, że to twoje podwórko, oschły dupku.
   Nabrałam powietrza do płuc przez nos i powoli je wypuściłam, by się uspokoić, po czym spojrzałam na Jacka, próbując wyglądać jak najmniej gniewnie. 
   - Chciałam tylko porozmawiać. Masz.. - Mówiąc swobodnie "masz", nie wiedziałam jeszcze, że Jack zachowa się jak dwukrotnie większy oschły dupek niż minutę wcześniej.
   - A ja nie - oznajmił cierpko, zgrabnie mnie wymijając. - Nara.
   - Co, proszę? - zapytałam od razu, nie hamując już emocji i zamaszystym ruchem odwracając się w jego stronę. - Ignorujesz mnie i jeszcze zamiast przeprosić, mówisz do mnie "nara" jak do jakiegoś kumpla obsrajtusa ze spodniami spuszczonymi na połowę tyłka! - O. Czym. Ja. Mówię. 
   Jack zatrzymał się z ręką na klamce od drzwi wejściowych i zstąpił z jednego schodka na dół. 
   Zacisnęłam usta w wąską kreskę. 
   - Zresztą.. - Tym razem, gdy już złość we mnie opadła po wyrzuceniu tych niezbyt stosownych słów w stronę Jacka, nie spodziewałam się jego reakcji jeszcze bardziej. I nie - tym razem nie była to próba spławienia mnie. 
   - Ja mam cię przeprosić?! 
   Słowa z jego ust zostały wyplute tak nagle, że aż mnie zatkało i znieruchomiałam, patrząc prosto na jego sylwetkę, która stała się nienaturalnie spięta.
   - Mam przepraszać za to, że przez ciebie teraz wszystko się wali?! - kontynuował, a ja nadal tylko wpatrywałam się w jego posturę, która emanowała równocześnie zdenerwowaniem i strachem. - Za to, że wszystkie moje plany, ułożona przyszłość poszły się..
   - NIE KAZAŁAM CI MNIE BRONIĆ! - wrzasnęłam.
   Poczułam wbijające się w moją dłoń własne palce. Odetchnęłam ciężko, a w oczach wezbrały mi się łzy. Niezadane, nurtujące pytanie tłukło się w sercu i w końcu ujrzało światło dzienne w postaci oskarżenia. Sugerowało jego winę. Gdyby się mną nie przejął, wszystko byłoby w porządku. Nic by się nie zmieniło. 
   Jego dłoń zadrżała, gdy w brązowych oczach dostrzegłam niepokój. Poruszył niespokojnie wargami, jakby jakieś zdanie chciało wyrwać się z głębi niego, prosto z głębi jego serca; jakby chciał się przede mną otworzyć. W tym małym stopniu, ale jak wielkim dla naszych spragnionych przeszłości dusz. 
   Zamknęłam oczy, puszczając ręce wzdłuż ciała. 
   - Ja.. - Nie zdążyłam nawet wypowiedzieć jego imienia, gdy trzasnął mi drzwiami przed nosem i zniknął za nimi wraz z niewypowiedzianymi słowami i skrupulatnie zamkniętym przede mną sercem. 




   Przygotowania do balu dobiegły końca dzień przed ową długo planowaną imprezą. Miała ona zamknąć szereg sprawdzianów, prac pisemnych, odpowiedzi ustnych, wkuwania nazw budowy mózgowia po nocach, naruszając trzeźwą pracę własnego i siedzenia godzinami w górze zeszytów z zapisaną pracą domową. Oczywiście, tyczyło się to jedynie maturzystów. Młodsi uczniowie musieli się jeszcze trochę pomęczyć. Jednak kto się wtedy nimi przejmował? Wszyscy żyli już tylko balem maturalnym i wiążącym się z tym "sezonem na wagary", który panował w naszej szkole od pamiętnych czasów (opowiadali mi o nim nawet rodzice). Ostatnie tygodnie szkoły większość maturzystów spędzała poza budynkiem, chwaląc się dopiero co zdobytym prawem jazdy i objeżdżając całe miasto w poszukiwaniu przygód i utraconej w okresie szkolnym wolności. Jedyne jezioro w Seaford było wtedy oblegane całymi dniami przez spragnionych wakacji nastolatków wchodzących w dorosłość. Kończyły się wtedy szkolne miłostki, jednak mniejszość zachowywała się jeszcze na długi czas, planując swoją wspólną przyszłość w nowym, lepszym od rodzinnego miasta miejscu. Byłam ciekawa, jak potoczą się losy Grace i Dave'a (znanego również jako Mahoniowego Chłopca, któremu w akcie desperacji zgarnęłyśmy paluszki sprzed nosa). Co prawda planowali coś wspólnie, ale sercem byłam nadal z Jerry'm i zapadniętym w jego pamięci pocałunkiem na stołówce wraz małym kapelusikiem, który zbierał  z podłogi w nadziei na kolejne takie wspomnienia. Jednak ani on ani jego spryt nie byli na tyle szybcy, by wyprzedzić chłopaka o cudownym kolorze włosów. Tak samo jak ja nie miałam szans z olśniewającymi lokami London Parrish, jej figurą, beznadziejnie idealną cerą, willą a'la szpital i masą pieniędzy, którą jej rodzice wkładali po części w naszą szkołę by wyrobić sobie dobrą pozycję i przy okazji zrobić z pracowników tejże placówki sługusów swojej jedynej córeczki. Jedno jej pstryknięcie palcami sprawiło, że wina spadła na nieodpowiednią osobę. Rzecz nie do wybaczenia, prawda? Ale przecież jak można stracić całusy tych równiutko wyszminkownych ust i widok z bliska figury modelki? Może uzyskania kolejnej szansy na nic nieznaczący seks, ale satysfakcjonujący jeśli chodzi o pokazanie się przed kumplami. A później żalenie się na te wszystkie dogodności pierwszej lepszej idiotce, która ślepo w niego zapatrzona nic nikomu o tym nie powie. Ale komu miałaby to wyklepać? Przecież i tak nie miała własnej paczki, gdzie mogłaby sprzedać ostrą plotkę, czekającą tylko na wypłynięcie dalej na szkolnych korytarzach. Taką można się pobawić przez jedną noc pod orzechem w swoim zasranym ogrodzie, sprzedać łańcuszek soczystych kłamstw, a później dziwić się "czego ona ode mnie chce?!". Z taką nie można pokazać się na balu maturalnym, więc trzeba oddać ją w ręce jakiegoś idioty. Tylko dlaczego po tym wszystkim odwala się takie głupoty jak obrona tej łatwej, naiwnej kujonicy? Wyrzuty sumienia? Tak wielka pokusa pokazania się przed innymi? Zbyt mocno zakorzeniona w oponach mózgu, łącząca nas obydwoje przeszłość?
   Jack, dlaczego mnie wtedy obroniłeś?
  - Kim - Głos mamy przebił się przez gmatwaninę moich myśli i spojrzałam na nią pytająco. - Coś ci dziś ten kurczak nie wchodzi. Nie smakuje ci, kochanie? Może zrobić sałatkę, jeśli masz..
   - Żeby była jeszcze chudsza? - wtrącił się tata. - Ani mi się waż! Potrzeba jej dużo tłuszczów!
   Mama zmierzyła go ostrzegawczym wzrokiem, gdy zaczął się ze mnie podśmiewać, po czym znów powróciła do mojego prawie pełnego talerza. 
   - Więc? - Jej zaniepokojony wyraz oczu sugerował mi szybko odpowiedzieć, bo martwiła się, że kurczak był niedogotowany i mi zaszkodził (ile razy już to przerabiałam). - Jutro bal - przypomniała i gdy ze smętnym wzrokiem oparłam policzek na pięści, już wiedziała, co mi dolegało. 
   Tata nagle podniósł głowę znad talerza i popatrzył na mnie rozżalony. Wkurzyło mnie, że wręcz słyszałam zdania, które tłukły się w jego czaszce i starały się nie wypłynąć na zewnątrz. 
   No tak, nie ma partnera! Spędzi cały wieczór sama, nawet przyjaciele będą mieli ją gdzieś. - NIE! Nawet nie próbuj tak myśleć, tato, bo to nie ma prawa się stać! ..prawda?
   Ciekawe, czy ten nasz brudny sąsiad okaże trochę rozumu i się nad moim słońcem zlituje. Należy jej się za te korepetycje i wpychanie do mojego domu bez zaproszenia! - CZEMU WSZĘDZIE MUSI POJAWIAĆ SIĘ O N?!
   Chociaż najgorsze byłoby coś typu: Oj, jak mi jej szkoda. Albo: Nie smuć się, pyszczku! Masz sukienkę mamy, będziesz wyglądać bosko! (ale nie lepiej niż ona) - Skąd wzięło się to wtrącenie?!
   No ale wróci na kolację, więc żonka zrobi tortille z awokado! - NIEEEEEEE! PRZESTAŃ!
   Uderzyłam czołem o stół. 
   - Kim? - Mama wyciągnęła ku mnie otwartą dłoń, by sprawdzić mi temperaturę (a przynajmniej tak podejrzewałam, bo na pewno zauważyła, tak jak i ja, że coś jest ze mną nie tak). 
   - Czemu zachowujesz się jak nasz sąsiad? - NIEEEE! Tylko nie on! - Wiesz, chodzi mi o walenie głową w stół bez żadnego powodu.
   Mama uderzyła go w ramię, gdy próbował mnie rozśmieszyć, podnosząc brwi do góry w nadziei, że załapię żart. 
   Załapałam. I nie byłam z tego powodu zbytnio zadowolona. 
   Miałam dość to nowszych nowin i wzmianek o Jacku Brewerze. Miałam dość nadopiekuńczości mamy. Miałam dość głupich żartów taty. Miałam dość kurczaków. Miałam dość bycia kujonicą i sztywniarą. Miałam dość wielkich orzechów. Miałam dość gwiazd, flanelowych koszul, matematyki, szarego Forda, meczów piłki nożnej, Beyoncé, dachów, wyzwań, piątek! ciemnych jak noc oczu, idealnych uszu, długich palców, gorących ust.. MIAŁAM DOŚĆ!
   Poczułam wielką chęć zachowania się jak zbuntowana nastolatka z telenowel mamy i zanim zdążyłam stłumić w sobie to pragnienie, gwałtownie wstałam od stołu, nie przejmując się krzesłem, które o mało się nie wywróciło, i bez słowa energicznym krokiem podążyłam do swojego pokoju, nerwowo przemierzając każdy stopień na schodach. 
   Gdy zamknęły się za mną drzwi od pokoju, najpierw uderzyłam się obydwiema otwartymi dłońmi w twarz (co ja zrobiłam? jestem okropna), a później powolnym ruchem zsunęłam palce z zaszłych łzami oczu i poczułam, że zaraz wybuchnę śmiechem, więc prędko zagryzłam dolną wargę, by temu zapobiec (w końcu to zrobiłam!). 
   Nagle napłynęła do mnie jedna z najbardziej satysfakcjonujących myśli, jakie w życiu pojawiły się w mojej głowie: zachowałam się jak ostatnia idiotka i było mi z tym dobrze jak nigdy. 
   Popatrzyłam radosna na okno i nagle zapragnęłam powiedzieć o tym Jackowi. Opisać osłupiałe miny rodziców w mojej wyobraźni. Pochwalić się ryzykownością; nowo zdobytym doświadczeniem. Rozmawiać całą noc na dachu o wszystkim i o niczym. Wypatrywać spadających gwiazd w samolotach. Trzymać go za malutką rękę. 
   Potrząsnęłam głową i powoli osunęłam się plecami po fakturze drzwi prosto na podłogę. 
   Jack nie miał już małych dłoni. Krótkich paluszków, wplatających się pomiędzy moje. Okazujących mi zaufanie i szczerość swoich uczuć. Bo za niecały miesiąc kończył osiemnaście lat wraz ze swoimi dużymi dłońmi i przesadnie długimi palcami, obejmującymi mnie w talii pod wielkim orzechem, a nie osiem - z obietnicą wiecznej przyjaźni, mającą swój początek u koniuszków palców tuż przy moich, a koniec w ustach. 
   Ale czy nie tego właśnie tak bardzo miałaś dość? - podpowiedziała mi moja podświadomość. 
   Jęknęłam na moje zbyt często zmienne uczucia. To was mam dość, pomyślałam. 

   Rano przy śniadaniu przeprosiłam rodziców za moje wcześniejsze zachowanie, choć tak naprawdę wcale nie żałowałam. Ale że nie miałam, komu się tym pochwalić, postanowiłam nie przysparzać im problemów związanych ze spóźnionym buntem nastoletniego dziecka. 
   Przytuliłam mamę na pożegnanie, tacie zaś dałam buziaka w polik i ruszyłam do szkoły, na schodkach przed drzwiami frontowymi zawiązując jeszcze sznurówki od trampek. Gdy podniosłam się ze stopni i otrzepałam tyłek z piasku, poczułam jakby ktoś perfidnie mi się przyglądał. To dziwnie złożone uczucie - mieć wrażenie, że ktoś blisko ciebie obserwuje każdy twój ruch lub prześlizguje spojrzeniem po twoich plecach, śląc na twój temat soczyste plotki. Nie byłam pewna, czy to nie tylko moja wyobraźnia robiła sobie ze mnie żarty, ale nic nie szkodziło mi sprawdzić. 
   Zakładając różowe słuchawki na uszy, popatrzyłam za siebie (czyżby rodzice obserwowali mnie przez okienka przy drzwiach? No nie!), ale nic (lub raczej nikogo) tam nie zauważyłam. 
   Już miałam odetchnąć z ulgą, gdy w jednej chwili zakryłam się rękoma i odwróciłam szybko głowę w prawo, wypatrując splątanej brąz czupryny, ukrywającej się za płotem. Ale zamiast tego ujrzałam parę ciemnych, hipnotyzujących mnie spojrzeniem oczu. 
   Otrząsnęłam się, gdy Jack spuścił wzrok i skarciłam za ten odruch z dzieciństwa, gdy to mój sąsiad codziennie rano czatował na mnie po drugiej stronie podwórka, by przetestować na moich ubraniach nowy psikus. 
   Włączyłam muzykę na iPodzie najgłośniej, jak się dało i wsunęłam go do tylnej kieszeni dżinsów. Poprawiłam nerwowo ramiączka plecaka, by uspokoić swoje upokorzone ręce, i ruszyłam do furtki, jak najszybciej wymijając sąsiednią, aby znów nie spojrzeć w nieziemski ocean brązu, za nią się skrywający. Było to o tyle trudne, że jego właściciel nie spuszczał ze mnie wzroku. 




   - Dziękuję, że przyszłaś - powiedział pan Stoker, gdy jako pierwsza weszłam do klasy (albo raczej prawie stratowałam drzwi, unoszącym się nade mną gorącym płomieniem rozdrażnienia).
   Przystanęłam w miejscu, zdając sobie sprawę z kilku rzeczy: a) byłam jedyną obecną uczennicą w klasie, b) ...zaraz, co? i c) BAL!
   Zacisnęłam usta w wąską kreskę. Pewna bardzo denerwująca osoba od razu znalazłaby określenie na zaistniałą sytuację. Kujonica.
   - Dlaczego miałabym nie przyjść? - rzekłam w końcu lekko zmarnowanym głosem, podchodząc do swojej ławki i kładąc na niej plecak. 
   Nauczyciel uśmiechnął się pod nosem i bez słowa wskazał na zegar, wiszący na ścianie po mojej prawej. 
   Odwróciłam głowę, mrużąc oczy, by odczytać godzinę. Wskazówki były niewyraźne, a numerków nie byłam nawet w stanie dojrzeć. Wzdychając ciężko, chwyciłam plecak w ręce i zaczęłam go przegrzebywać w poszukiwaniu okularów (jak miałam dość swojej wady wzorku!), gdy za plecami nagle usłyszałam:
   - Ósma zero cztery. 
   Nie musiałam wyglądać przez ramię, by zobaczyć, kto uratował mnie przed bezgłośnym stwierdzeniem pana Stokera, że jestem ślepcem albo co gorsza nieprzykładającą się do zasad szkoły maturzystką (głupie czterominutowe spóźnienie). Od razu rozpoznałam tę chrypkę, spowodowaną przez mutację głosu, i nutę obojętności w tonie. Gorzko-słodki zapach..
   - Brewer, zamknij te drzwi! - Zdenerwował się nauczyciel, łapiąc za kartki na biurku. - Robisz straszny przeciąg. 
   W mojej głowie przewinęła się niepokojąca myśl; wręcz słyszałam, jak Jack odpowiada rozgoryczony: "Ciesz się, że w ogóle tu jestem".
   Zamknął drzwi z lekkim trzaśnięciem i usiadł w swojej ławce, dwa rzędy za mną, szurając krzesłem. W tym geście wyczułam, że nie podobało mu się, iż musiał siedzieć na lekcji matematyki, gdy cała klasa zrobiła sobie wolne z powodu balu. Czy on też nie powinien wtedy chodzić ze swoją dziewczyną po centrum handlowym w poszukiwaniu krawatu lub muszki czy odebrać garnituru z prania albo kupować jej symbolicznego bukieciku, zamawiać limuzyny, miejsca w drogiej restauracji i do tego jeszcze stresować się, że to wszystko się jego wybrance nie spodoba, że on nie podoła zadaniu, nie sprawi, że ta noc będzie wspomnieniem, które ona będzie przywoływać w swojej głowie po wsze czasy? Czy właśnie tego nie powinien wtedy robić? 
   Pan Stoker położył przede mną kartkę z zadaniami, wyrywając mnie z zamyślenia. Popatrzył na mnie krótko i wręczył drugą Jackowi, po czym zwrócił się do mnie z końca klasy:
   - Kimberly, proszę cię o wykonanie zadania pierwszego na tablicy. 
   Włożyłam okulary na nos i wstałam, chwytając kartkę w ręce. Po drodze do tablicy zapoznawałam się z treścią zadania pierwszego, próbując odepchnąć od siebie myśl, że Jack obserwuje każdy mój ruch, wyczekując jakiegokolwiek błędu z mojej strony, co przyniosłoby mu cichą satysfakcję. Skarciłam samą siebie w duchu i z lekkim westchnięciem złapałam kredę w palce, zaczynając rozwiązywać zadanie. Skupiłam się na nim całkowicie, by nie paść ofiarą diabelskich sideł Jacka Brewera. Dotyczyło wyrażeń algebraicznych. Należało wykonać pierwsze..
   Serce zatrzymało mi się na krótką chwilę, a później znów zaczęło bić we własnym tempie. Oparłam głowę na tablicy i byłam prawie pewna, że Jack wzdycha, czytając w tym samym czasie treść powierzonego mi zadania. 
   Wyrażenia algebraiczne. Korepetycje. Ferie zimowe. Śmierdzące koty cioci Alice. Czesio. Kłótnia. Oschły dupek. Flanelowa koszula. Spojrzenie nocy. Jego ciało. Jego oddech. Jego palce. Jego usta. Jego usta. Jego usta. 
   - Kimberly, wszystko dobrze? 
   - Jak najbardziej! - odpowiedziałam z udawanym entuzjazmem i powróciłam do rozwiązywania zadania.
   Jack siedział biurko i trzy rzędy ławek za mną. Razem ze swoją flanelową koszulą, gorzko-słodkim zapachem, swoimi ciemnymi oczami, długimi palcami, ustami i tą samą myślą w głowie, co ja. 
   Pół-pocałunek. 

   Od tamtego momentu chodziłam jak śnięta, myślami stale będąc przy wyrażeniach algebraicznych. Do tej pory uważałam je za łatwe, ale teraz? Sprawiły, że ośmieszyłam się przed panem Stokerem, podając zły wynik zadania pierwszego. Jedynym pocieszeniem było to, że Jack również źle je rozwiązał. Jednak mu zdarzało się to za każdym razem, a nie pierwszy raz w roku! W dniu, gdy klasa jest pusta! I gdy oceny są już dawno wystawione! Po tylu konkursach i olimpiadach matematycznych! Och, co za porażka.. Oczywiście, wszystko to jak zwykle spowodował nie kto inny jak o n! Debilny, niemądry, nierozsądny, nie przejawiający najmniejszej szansy na istnienie mózgu w jego czaszce, przede wszystkim obślizgły (!), nie rozumiejący nawet wyrażeń algebraicznych czy ludzkich uczuć! I przy tym wszystkim jeszcze niesamowicie zajmujący moje stargane myśli! Jack Brewer.
   Uderzyłam głową o ławkę (przez ostatnich paręnaście godzin często mi się zdarza), a moje czoło wylądowało dokładnie na zadaniu piątym, które właśnie opracowywałam. 
   PIĄTYM. Głupia data urodzenia!
   Jack spojrzał na mnie. (Jakim prawem pan Stoker wyrwał się z klasy pod pretekstem "załatwienia kilku spraw z dyrekcją" i powierzenia mi jego najgorszego ucznia wraz z jego własną kartką z zadaniami, której za nic w życiu nie ogarniał? posadzenia go tuż przede mną? w tej samej ławce? JAK?!) Podrapał się ołówkiem po brodzie i przeniósł wzrok ponownie na swoją kartę zadań.
   Objęłam swoją głowę rękoma, blokując moim oczom dostęp do widoku Jacka, udającego, że rozumie polecenie. Miałam go dość. Dość jego zapachu i dość jego pocierania dłońmi o dżinsy. To ja byłam tutaj zdenerwowana! I właśnie przed nim to obnażałam.
   - Kim. 
   Gdy usłyszałam swoje imię, padające z jego gorących, miękkich ust (AAAAAA! ust bez tych zbędnych przymiotników), musiałam użyć całej swojej siły woli, by nie zabrać sobie łokci sprzed oczu. 
   Nie odezwałam się słowem. 
   Czyżby chciał nawiązać do wyrażeń algebraicznych?
   Przez chwilę nic nie mówił, jakby zapominając, że w ogóle coś powiedział. Później usłyszałam tarcie skóry o dżins i spytał:
   - Zemdlałaś czy tylko znowu udowodniłaś swoją obojętność wobec zasad ucznia, obowiązujących na lekcji? 
   Moje łokcie same wyfrunęły mi z pola widzenia i to dzięki nim podniosłam się tak, by móc spojrzeć prosto na osobę, która jako jedyna na świecie potrafiła momentalnie podnieść mi ciśnienie sarkastyczną nutą w jej głosie. 
   - Wcale nie śpię, idioto.
   Jack uśmiechnął się pod nosem, pisząc jakieś bzdury na swojej kartce, kiedy ja podparłam głowę na dłoniach. 
   Zaledwie szesnaście godzin temu nie mógł na mnie patrzeć, gdy stałam na jego trawniku. Teraz rozmawiał ze mną, jak z dobrą kumpelą. Sam doszedł do wniosku, że denerwowanie się na mnie i obarczanie całą winą na nic się nie zda czy ktoś (jakimś wielkim cudem) zdołał przemówić mu do rozsądku? Powinnam mu pogratulować czy raczej komuś podziękować za znajomość zawiłej techniki przemawiania do pustego łba? Czyżby myślał o wczorajszym zajściu tak intensywnie, że w końcu doszedł do wniosku, że wina stoi po stronie jego gwałtowności? A może pani Brewer go czymś przekupiła? Przestraszył się reakcji mojego taty? Nagle wszystko mu się odmieniło? Akurat miał zły nastrój na słowne potyczki (i to jeszcze na terenie jego podwórka!)? Czy może było mu głupio, że bezpodstawnie mnie oskarżył, gdy ja chciałam jedynie spokojnie pogadać? 
   Tyle pytań pozostawało bez odpowiedzi. A on zamykał się przede mną coraz bardziej. 
   Myślałam, że było dobrze. Przez jakiś czas trwaliśmy w stanie istnej sielanki: kłóciliśmy się o zniszczenie książki Grace, rozmawialiśmy o gwiazdach, słuchaliśmy Beyoncé, kosząc trawniki, naszym największym zmartwieniem była kolejność rzucanych wyzwań i nawet od czasu do czasu nie przeszkadzało nam przytulić się przy oknie w moim pokoju. Później złapały nas korepetycje i mimo, że przygotowywaliśmy się na nie z uśmiechem, odnalazło nas krótkie spięcie. Niby o nim zapomnieliśmy, ale z biegiem czasu powróciło ze zdwojoną siłą, sięgając zenitu przy obiedzie z okazji urodzin pani Brewer. Od tamtej pory próbowaliśmy wyprzeć to wspomnienie, jednak nadaremnie. Wydawało mi się to takie łatwe do zrobienia, przecież.. już wcześniej miałam z tym do czynienia..
   Jack zerknął na mnie nerwowo. 
   Chwilę mi zajęło, by przyswoić sobie, że od dobrych paru minut wbijałam w niego spojrzenie spod przymrużonych w zamyśleniu powiek. 
   Nieco mnie to spłoszyło, byłam jednak dość rozluźniona, by robić to dalej bez żadnych skrupułów. Zawsze mogłam wytłumaczyć się pochłonięciem treścią zadania, które przecież wtedy opracowywałam, i w efekcie niekontrolowaniem wzroku; patrzeniem na niego bez wiedzy o tym (czy tak właśnie nie było?).
   To, że ja czułam się w tamtej chwili dość komfortowo, nie znaczyło, że mój towarzysz także. Wręcz czułam bijącą od niego presję. Ale przede wszystkim słyszałam, jak pocierał dłońmi o spodnie. To był wyznacznik jego zdenerwowania. 
   Miarowo moich uszu dochodziło ciche: szur szurszur szur
   Obserwowałam, jak jego długie palce operowały długopisem, mknącym po białym papierze, z typową dla niego niestarannością. Ciemne spojrzenie skupione było równocześnie na treści zadania i granatowym tuszu. Jego klatka piersiowa unosiła się pod flanelową koszulą w pomarańczową kratę jakoś dziwnie nierówno, jakby coś jej w środku przeszkadzało. Policzki miał lekko zaróżowione, w każdej chwili mogące przybrać barwę czystej czerwieni. I pachniał tak gorzko-słodko, jakby potem i wodą kolońską. 
   Szur szur.
   Włosy opadały mu delikatnie na czoło, czekając na przystrzyżenie w salonie mamy. Przywoływały cichutko moje palce do siebie.
   Szur szur.
   Jego usta drżały, jakby z zimna. Ale w klasie było ciepło. 
    Szur szur
    Skupiona na nim całą sobą i próbująca nie zapaść się w otchłań przeszłości, usłyszałam, jak głośno wciąga powietrze, długopis upada na ławkę, a ona sama skrzypi pod ciężarem jego ciała, utrzymującego się na spoconych dłoniach. Nawet nie zdążyłam jednokrotnie zamrugać, gdy pochylił się, przemierzając dzielącą nas odległość, i pocałował mnie w usta. 
   Ogarnął mnie gwałtowny podmuch zimnego powietrza, oczy zaszły mi łzami z braku wilgoci, a pan Stoker zatrzasnął za sobą drzwi, podchodząc do naszej ławki i zaglądając mi przez ramię w kartkę. 
   Gwałtownie wróciłam na ziemię, próbując wyczuć grunt pod stopami. 
   Przez chwilę zastanawiałam się, czy Jack naprawdę mnie pocałował, czy było to tylko moje wyobrażenie, a rewolucje w brzuchu pojawiły się od zjedzenia czegoś nieświeżego.
   Szur szur.
   - Nieźle - skomentował moją pracę nauczyciel. - Dokończ zadanie piąte, dobrze myślisz - i odszedł, nie spoglądając nawet na swojego drugiego ucznia. 
   Ale on się tym nawet nie przejął. Wpatrywał się we własną kartkę, a oddech mu drżał, podobnie jak dłoń, w której trzymał długopis. Z różu na jego policzkach powstał wyrazisty burak. 
   Na pustym miejscu ławki pomiędzy naszymi kartkami widniały dwa mokre ślady dłoni. 
   Wstrzymałam oddech i gdy podniosłam wzrok na Jacka, on patrzył na mnie. 
   Nawet nie miałam wtedy głowy do denerwowania się o numer mojego zadania. 

   Po lekcji jak najszybciej opuściłam klasę, myśląc, że może Jack będzie chciał mnie gonić, ale gdy zatrzymałam się przy szafce, by zmienić książki, na korytarzu wyróżniały się tylko kolorowe piątki, pokrywające ścianki mojego metalowego zaułka, a nie przystojny brunet, kroczący w moją stronę. Mówiłam sobie, że właśnie tego chciałam, ale tak naprawdę moje oczekiwania mnie zawiodły.  
   Większość dnia spędziłam sama, siedząc w klasach i zajmując się skserowanymi na szybko karteczkami z zadaniami. Tylko na paru godzinach spotkałam kilka maturalnych twarzy, ale nie wydawały mi się znajome. Z Jackiem miałam tylko matematykę, która na ostatniej lekcji, była już daleko za mną. 
   Wychodząc ze szkoły, myślałam już tylko o balu (usilnie wypierałam z umysłu postać wysokiego bruneta). W plecaku nie miałam żadnych książek, nauczyciele odpuścili nam pracę domową w tym wyjątkowym dniu. Miałam stawić się przed murami szkoły w maminej sukience równo za cztery godziny, o siódmej wieczorem. Zaczęło skręcać mnie w żołądku ze stresu i poniekąd szczęścia. Założę piękną sukienkę, może puszczą Davida Bowie, a wolnego spędzę, robiąc pamiątkowe zdjęcia dla Grace i Dave'a. Było okej, naprawdę było okej. Wiedziałam, że nic nie może być idealne. I naprawdę było mi z tym okej. 




   - Wyglądasz przecudnie. 
   Mama biegała po całym domu od godziny, układając moje włosy w idealnego koka, majstrując z różnymi kosmetykami na mojej twarzy, stale poprawiając falbany sukienki i przecierając ściereczką buty na błysk. Zaangażowała się w mój wygląd stuprocentowo. Nie żeby mi się to nie podobało, ale nie przepadałam, gdy wszyscy zwracali na mnie uwagę, a byłam pewna, że kiedy rówieśnicy ujrzą mnie tak odstawioną, ich spojrzenia nie będą odstępowały mnie na krok. Choć może to jedynie moje wyobrażenie, bo już sama, spoglądając na swoje lustrzane odbicie, nie czułam się komfortowo. 
   Patrzyłam na siebie, a widziałam zupełnie obcą mi osobę. Na głowie sterczał mi piękny kok, uformowany z poskręcanych przez żel włosów i pospinanych wsuwkami we wszystkich miejscach, gdzie coś miało czelność odstawać. Moja twarz należała do co najmniej dwudziestolatki, a nie nieśmiałej maturzystki, którą byłam - powieki barwił mi niebieski cień do oczu i brokat, które dopełniały wyraźne, czarne rzęsy, policzki zakrywała gruba warstwa pudru, a usta zdobiła jasna czerwona szminka. W uszy wpięte miałam srebrne kolczyki, które zwisały mi do brody i stanowiły uzupełnienie pierścionka, dumnie spoczywającego na moim prawym palcu serdecznym. Na całym ciele oliwka, nadająca skórze błysku, a na ramionach znów brokat. Może nie w tak dużej ilości, jak na oczach, ale również nie odrobina. 
   Uśmiechnęłam się, gdy mama pokazała mi swoje zdjęcie z własnego balu maturalnego i rozradowana stwierdziła, że wyglądam jak jej siostra bliźniaczka. 
   Tylko że mój uśmiech.. był chyba wymuszony. 
   Nie! Nie "chyba"! 
   Nie chciałam tak wyglądać, nie chciałam czuć się obco we własnym ciele! Dlaczego miałam słuchać się mamy? Dlaczego miałam wyglądać tak, jak ona tego pragnęła? Przecież to j a. To m ó j bal. To m ó j dzień! 
   Uderzyłam się w twarz w myślach i odsunęłam kolejne buntownicze myśli. 
   Należało trzymać się zasad, gdyż to przynosiło najlepsze skutki, a nie łamało wrażliwe serce mojej rodzicielki. 
   Skoro o niej mowa - z ogromną starannością i precyzją nakładała odżywkę na moje paznokcie, a ja próbowałam zrozumieć, po co się tak męczyła. Przecież lakier był przezroczysty. Jeśli wyjechała by pędzelkiem za paznokieć, i tak nie byłoby tego widać. 
   Obserwowałam jej ciężkie zmagania z zaciętą miną, gdy nagle po domu rozległ się głośny dzwonek jej telefonu. 
   Podniosłam wzrok na uśmiech zdobiący jej twarz. 
   - Wracam za chwilkę, przygotuj lakier do paznokci - zakomunikowała i wybiegła z mojego pokoju. 
   Zerknęłam na swoje dłonie, lekko się krzywiąc. Ostatnio malowałam paznokcie, kiedy miałam sześć lat, bo każda koleżanka tak robiła, chcąc upodobnić się do swoich lalek Barbie o różowych końcówkach palców. 
   Patrząc na siebie ze zmarszczonymi brwiami w lustrze, wmawiałam sobie po cichu, że robię to wszystko właśnie dla mamy, żeby zobaczyła we mnie siebie samą, bo tak bardzo jej na tym zależało; mówiłam sobie, że przestrzeganie zasad jest dobre - przecież zawsze tak czyniłam. Ale jednak.. nie chciałam, by mama znowu tu wracała i majstrowała przy moim wyglądzie, gdyż z każdą jej poprawką naprawdę czułam, że tracę cząstkę siebie. Byłam rozdarta pomiędzy jej szczęściem a moim. Łamaniem zasad a ich przestrzeganiem.
   Zaczęłam obgryzać paznokcie ze zdenerwowania. Co prawda czekały one na dalsze malowanie, ale mało mnie to wtedy obchodziło, bo moje serce już dawno podjęło decyzję, której oczekiwało moje wewnętrzne rozdarcie. 
   Popatrzyłam jeszcze raz w lustro, zanim do końca zdecydowałam, czy postępuję właściwie. 
   Gdzie była moja szopa na głowie, naturalne rumieńce na policzkach, wątła postura? Gdzie była ta sztywna kujonica? 
   I wtedy wreszcie do mnie dotarło. 
   Nie chciałam wyglądać jak ktoś inny. Nie chciałam wyglądać przecudnie. Nie chciałam wyglądać jak moja mama. Nie chciałam wyglądać jak London Parrish.
   Chciałam być po prostu mną - tą Mądralińską w wielkich okularach, w koszulce dwa rozmiary za dużej i w końcu zachowującą się jak prawdziwa nastolatka. 
   Odwróciłam szybko wzrok od obcego mi odbicia i sięgnęłam z łóżka po aparat oraz torebkę. 
   Zegarek na biurku przypominał mi, że to, co chciałam uczynić, było niewykonalne w tak krótkim czasie, jaki pozostał mi do rozpoczęcia balu, ale ja już postanowiłam.
   Musiałam działać. I to w tej chwili. 

   Nacisnęłam przycisk przy drzwiach i usłyszałam jak po domu rozchodzi się odgłos dzwonka. 
   Targały mną ogromne wyrzuty sumienia. Przed oczami nadal miałam dumny wyraz twarzy mamy, łzy w jej oczach łudząco podobnych do moich. Ale byłam już pewna. Nie zamierzałam rezygnować z siebie. 
   - Kim?! - Grace otworzyła mi drzwi z wysoko uniesionymi brwiami i wielkimi oczami, obrysowanymi dwoma odcieniami kredki. 
   - Nie ma czasu - wytłumaczyłam, gramoląc się do jej przedpokoju. - Musisz mi pomóc.




   Noc mojego życia miała swój początek na tyłach minivana rodziców Dave'a. Lepszego transportu nie mogłam sobie wymarzyć. No, może z wyjątkiem tego zdechłego szczura w bagażniku.. tata Dave'a nie dbał zbytnio o czystość samochodu, ba! ostatnio sprzątał w nim w zeszłe wakacje!
   Mahoniowy Chłopiec trzymał Grace za rękę przez całą drogę i nieskrępowany moją obecnością mierzył ją wzrokiem na każdych czerwonych światłach, szepcząc jej na ucho, że wygląda cudownie, na co ta za każdym razem się rumieniła. Na prawym nadgarstku zadowolona nosiła fioletowy bukiecik, który na powitanie wręczył jej partner, a na kolanach trzymała paczkę solonych paluszków ze szkolnego automatu. 
   Przywoływało to uśmiech na moją twarz. Bo mimo, iż nie chciałam, wszystkie myśli kierowały mnie ku roztrzepanemu brunetowi z niegdyś krzywymi zębami. 
   Tego dnia, gdy razem z Grace zgarnęłyśmy Dave'owi przekąskę sprzed nosa, Jack Brewer na mnie patrzył. I nie było to spojrzenie typu "Kurczę, to znowu ta kujonka z domu obok. Nawet w szkole nie daje mi spokoju". To było spojrzenie, jakim może pochwalić się London Parrish, czy aktualnie moja własna przyjaciółka. Patrzył na mnie jak na dziewczynę, nie jak na mało atrakcyjną koleżankę z podwórka. 
   Było to pierwsze jego takie spojrzenie skierowane wyraźnie w moją stronę. Wcześniej patrzył na mnie jak.. jak patrzył na mnie kiedyś? Kiedy jeszcze nie chodziliśmy do liceum? Kiedy każdą wolną chwilę spędzaliśmy w swoim towarzystwie? 
   Większość wspomnień z tamtego okresu z dnia na dzień zaczynała być dla mnie coraz bardziej rozmazana. Aż w końcu o niektórych zupełnie zapominałam. Jednak taka jest kolej rzeczy. Wszystkie te wspólne chwile ulotnią się z czasem, tak samo jak wspomnienie smaku mleka matki. Zostaną utracone, choć tak bardzo chciałabym o nich pamiętać. Każde z osobna. Z najdrobniejszymi szczegółami. 
   - KIM?! 
   Jerry krzyknął na mój widok tak głośno, że prawie wywróciłam się ze strachu, opuszczając wnętrze minivana. (Przez całą jazdę miałam wrażenie, że jakiś pasożyt przechadzał się koło mnie.)
   Skinęłam do niego głową na przywitanie i kiedy uciekł do kolegów, chcąc nastraszyć ich od tyłu, powlokłam się do wejścia szkoły za Grace i Davem, szczerzącymi się do siebie. 
   Czułam na sobie spojrzenia każdego, kto mnie mijał i każdego, kogo mijałam ja. 
   Poprawiłam okulary na nosie i dogoniłem przyjaciół, jednak nie dorównując im kroku, a pozostając w małej odległości za nimi. 
   Na korytarzu przy szafkach dostrzegłam czekające na pozostałych przyjaciół małe grupki licealistów. Zapewne oczekiwali na najlepszą noc w ich życiu, gdy moja właśnie zapowiadała się podle. 
   Zamęczałam się pozytywnymi myślami, ale gdy ujrzałam te wszystkie dziewczyny, które tak dobrze bawiły się ze swoimi partnerami jeszcze przed rozpoczęciem imprezy, zrobiło mi się ciężko na sercu. 
   Przede mną szła szczęśliwa Grace, wymachując swoją splecioną z Dave'a dłonią. 
   Chciałam jej wtedy nie zazdrościć, ale niestety byłam dziewczyną. 
   Rozglądałam się wkoło, kierując za dwoma gołąbkami.
   Na każdym kroku można było spotkać flesze aparatów, śmiechy, głośne rozmowy o przyszłości, stukanie obcasów w stronę toalet w celu przemycenia alkoholu pod nosem nauczycieli i okrzyki radości dziewczyn, gdy dostrzegły swojego partnera lub przyjaciółkę w ślicznej sukience. 
   Im bliżej byliśmy sali gimnastycznej, tym wyraźniejsza stawała się woń potu, ponczu i różnorodnych perfum. Coraz głośniej moich uszu dochodziła dyskotekowa muzyka. Zapewne mieli zamiar puszczać same przeboje z tego roku czy nawet miesiąca. Osobiście nie pogardziłabym latami osiemdziesiątymi, ale nie mogłam zbyt wiele oczekiwać. 
   Grace zapiszczała z zachwytu, gdy nasze stopy przywitały się z drewnianym parkietem sali balowej. Chyba nie zadowolił jej wygląd wnętrza, składający się głównie z balonów i kolorowych świateł, ale samo przebywanie w tym jakże wtedy wyjątkowym miejscu. Miejscu naszego balu maturalnego. Jedynego takiego balu.  
   - Tam! Chodź, póki nie ma kolejki! 
   Spojrzałam przed siebie i już po chwili straciłam przyjaciół z oczu, gdy Grace zaciągnęła Dave'a do zrobienia pamiątkowego zdjęcia, i zostałam sama pośród roześmianych rówieśników. 
   Lekko skrępowana pokaźną liczbą ludzi, ściśniętych razem na jednej sali, podeszłam do stołu z przekąskami i postanowiłam spróbować legendarnego ponczu naszej szkoły. Jednak szybko porzuciłam ten pomysł, gdy dostrzegłam futbolistów, potajemnie dolewających do każdej misy wódki.
   Przystanęłam więc z boku, starając jak najmniej rzucać się w oczy, co wcale nie było takie łatwe na sali pełnej podnieconych wieczorem maturzystów. 
   Wokół mnie przewijało się wiele znajomych twarzy, ale nikt oprócz Jerry'ego nie powiedział mi nawet "cześć". Wszyscy albo gapili się na mnie albo podśmiewali z mojej falbaniastej sukienki. Dobra, nie była na czasie, ale dobrze się w niej czułam. Dlaczego w ogóle obchodziło ich, co mam na sobie, skoro nie raczyli się nawet ze mną przywitać? 
   Na salę zaczęło schodzić się coraz więcej wystrojonych dziewczyn i towarzyszących im wniebowziętych chłopaków. W końcu poczułam, że chyba tylko wszystkim przeszkadzam, bo parkiet z każdą nową piosenką powiększał się o kilka dopiero co przybyłych par, a ja stałam jak kołek i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Ponadto moja zrezygnowana mina na pewno nie towarzyszyła ich dobrej zabawie. 
   Toteż wycofałam się (dzięki Bogu niezauważona) z sali gimnastycznej, próbując wyminąć ludzi, do niej się pchających, gdy nagle z impetem wpadłam na czyjąś dobrze zbudowaną sylwetkę. 
   Nie musiałam podnosić głowy, bo owa osoba była mojego wzrostu, a jej małe ciemne oczy spoglądały na mnie gniewnie spod czarnych powiek. 
   Ben Morgan.
   Napięłam samowolnie wszystkie możliwe mięśnie w moim ciele, zakrywając rumieńce zażenowania, które wstąpiły mi na policzki, włosami.
   Zanim zdążyłam wymamrotać jakieś żałosne słowa przeprosin w jego przesiąkłą gniewem stronę, on prychnął mi prosto w twarz i wyminął, trącając ramieniem. 
   W sumie czego się spodziewałam? Że zaprosi mnie do tańca? normalnie porozmawia? Po tym wszystkim, co działo się w ostatnich dniach? Wolne żarty. Aż dziw, że potraktował mnie tak łagodnie, a nie popchnął na szafki. Znowu by mu się nie upiekło, bo na szczęście złapałby mnie..
   Przed oczami mignęła mi świecąca czupryna złotych loków, gdy kierowałam się do damskiej łazienki.  
   Przystanęłam przy szafkach, gdzie stały jakieś plotkujące dziewczyny, próbując się nie wyróżniać, i wbiłam wzrok w brąz czuprynę, towarzyszącą idealnym lokom.
   Oddech mi przyspieszył, gdy zsunęłam spojrzenie na właściciela świeżo przystrzyżonych, ciemnobrązowych włosów. 
   Zagryzłam wargę. 
   Jack Brewer wyglądał jak młody bóg w swoim idealnie dopasowanym czarnym garniturze z granatową chusteczką w kieszonce marynarki. Wydawał się jeszcze wyższy niż zazwyczaj i zastanawiało mnie, dokąd bym mu sięgała na swoich płaskich butach. 
   Zerknęłam na jego uszy i momentalnie oblałam się rumieńcem, szybko przenosząc swoje zachwycone spojrzenie na inną część jego ciała. Postanowiłam wybrać coś pod głową, by tylko uniknąć widoku najpiękniejszej pary uszu na świecie. 
   Sztywno postawiony kołnierz i krawat pozostawiały dla szyi bruneta niewielkie pole do popisu, toteż kark miał delikatnie zroszony potem. 
   Przytrzymałam się szafki, spoglądając w inną stronę. 
   Tak bardzo chciałam wtedy go powąchać. Ciekawe jaką woń wydzielała wtedy jego skóra. Czy nadal pachniał tak gorzko-słodko, jak zawsze? 
   Gdy ponownie zerknęłam w jego stronę, London Parrish opierała dłonie na jego klatce piersiowej, skubiąc palcami malutką chusteczkę i śmiała się z czegoś najgłośniej, jak tylko potrafiła, by wszyscy mieli okazję ją usłyszeć i jej pozazdrościć. 
   Wolałam oglądać go samego, nie z towarzystwem w obcisłej, krwistoczerwonej mini. 
   Przepchałam się przez zatłoczony korytarz do damskiej toalety, gdzie wsparta plecami o zimną ścianę, dałam samotnej łzie dać upust smutkowi. 
   Dlaczego Jack Obślizgły Brewer nie stał wtedy u mego boku w swoim czarnym garniturze i nie wyglądał tak idealnie? Dlaczego nie pozostawiłam swojego wyglądu tak, jak stworzyła go mama? (Może wtedy chociaż zwróciłby na mnie uwagę.) Dlaczego byłam taka bezmyślna? Dlaczego nie poszłam na bal z Benem Morganem? Dlaczego złamałam zasady? Dlaczego zakochiwałam się w Jacku Brewerze?
   - Lexi, bierz to szybko! Jeszcze ktoś zobaczy! - Dwie dziewczyny w różowych, świecących sukienkach wpadły do łazienki, wyrywając sobie butelkę czystej wódki. Jak bezcenne były ich miny, gdy mnie dostrzegły.
   - O, hej, Kim - powiedziała po chwili zawahania Lexi. 
   Nastała niezręczna cisza, podczas której wpatrywałam się w ciecz, stabilizującą swoje położenie w przezroczystym szkle. 
   - To nie to, co.. nie o to chodzi.. my tylko.. - próbowała jakoś się wytłumaczyć druga dziewczyna, której imienia jeszcze nie poznałam. 
   Właśnie. Skąd one znały mnie?
   - Proszę, nie mów nikomu, Kim! Proszę! Nie chcę skończyć jak Jack! - krzyknęła, zawodząc Lexi. 
   Serce przystało mi bić przez krótką chwilę, a później poczułam, jak coś pozostawia na nim długą, rozgrzaną do czerwoności rysę.
   Przez ułamek sekundy wpatrywałam się w nią, nie dowierzając, aż w końcu gdy zrozumiałam, skąd znała moje imię, wyrzuciłam z siebie lekko roztrzęsionym głosem:
   - Co masz na myśli?
   Zapukała długimi, plotkarskimi paznokciami w butelkę i spuściła wzrok na swoje buty. Z lekkim wahaniem wymamrotała wprost w swój biust:
   - Chodzą plotki, że nakablowałaś na Jacka, że przywalił Morganowi i dlatego nie przyjęli go do tej szkoły.. ee.. astronomicznej czy jakoś. 
   Drugi słowny cios sprawił, że rysa w moim sercu pogłębiła się na tyle mocno, by przełamać je na pół. Zero drobnych kawałków. Tylko dwie bijące w tym samym tempie połówki. 
   Zakręciło mi się w głowie na myśl o szkole astronomicznej, a przed oczami ujrzałam chłopca z potarganymi, ciemnobrązowymi włosami, wpatrującego się w nocne niebo przez lornetkę. Był łudząco podobny do znajomego mi bruneta w czarnym garniturze. 
   - A dlaczego mu.. przywalił? - wychrypiałam. Strach ściskał mi gardło. 
   Lexi nie odpowiedziała, jakby czując, że zdradziła mi już zbyt wiele. Jedynie zakopała swoje spojrzenie głębiej pomiędzy piersi, które prawie wypadały jej z obcisłej sukienki bez ramiączek. 
   - Pokłócili się o London - Jej koleżanka jednak nie czuła oporu do zdradzenia mi całej historii. Chodziło jej tylko o to, by jak najszybciej opróżnić zawartość trunku, który jej zabrano. 
   Otworzyłam nerwowo usta, jakbym miała zaraz wrzasnąć. Bo taka była prawda. Chciałam krzyczeć aż do zdarcia gardła. Głośno tak, by wszyscy mnie usłyszeli, by poczuli w moim głosie choć cząstkę tego przejmującego cierpienia, które powoli ogarniało całe moje ciało. 
   Szkoła astronomiczna - zakpiła ze mnie podświadomość. 
   Zacisnęłam mocno powieki, nie pozwalając łzom ukazać się Lexi i jej koleżance. 
   Zamiast ciemności i kolorowych plamek pod powiekami dostrzegłam gwieździste niebo. Kolor miało ciemny, wręcz czarny, zupełnie jak oczy tego chłopca, siedzącego obok mnie. 
   Kim jesteś? - to pytanie skierowane było do niego czy może do mnie samej? Bo w tamtej chwili byłam wewnętrznym potworem, miażdżącym z całych sił swoje dwie połówki serca. 
   Wsparłam się o zlew, czując, jak obiad podchodzi mi do gardła.   
   Potrzebowałam czegoś, co pozwoliłoby mi na chwilę wyłączyć umysł, odciąć mnie choć na parę minut od tego świata, sprawiającego mi tyle bólu. 
   - Więc.. - mruknęła Lexi. - To co zrobimy z tym? - Podniosła butelkę wódki. 
   Wbiłam wzrok w przezroczystą ciecz, hamując własny destrukcyjny wybuch. Nie wiedziałam, czy byłby to wybuch płaczu, wymiotów czy może złości. 
   I nagle ujrzałam moją deskę ratunkową. Była na wyciągnięcie ręki, wystarczyło odpowiednio dobrać słowa, by jej nie spłoszyć. 
   Popatrzyłam na dziewczyny, w napięciu oczekujące mojej odpowiedzi. 
   Cekiny na ich różowych sukienkach zamigotały mi przed oczami. 
   - Nie pisnę ani słowa, jeśli dacie mi połowę butelki. 

   Włosy spływały mi falami po ramionach, zasłaniając pozostałości po brokacie, gdy duszkiem opróżniałam pół litra wódki w jednej z łazienkowych kabin. 
   Gorzka ciecz zalewała moje gardło i żołądek z nieprzyjemnym mrowieniem, ale nie mogłam się przemóc, by odsunąć papierowy kubek od ust. 
   Chciałam, by trunek roztopił we mnie każdy smutek swoim nieznośnym smakiem. By sprawił, że przestanę myśleć o tym, jak okropny jest mój bal maturalny. By dał mi poczuć, oplatające mnie w pasie chude ramiona chłopca z lornetką. By pomógł zapomnieć o szkole astronomicznej. 
   Wstałam z deski toaletowej i wrzuciłam do śmietnika trzy puste kubeczki papierowe. Po drodze do zlewu, obrzydliwie odbiło mi się po alkoholu i westchnęłam, pochylając się w stronę lustra przede mną.
   Szopa na głowie. Fioletowe worki pod oczami, które Grace usiłowała zakryć korektorem. Rumieńce na policzkach. Chude ręce wystające z niebieskiej sukienki. 
   Zamknęłam oczy, czując jak coś kołacze mi w głowie i mimowolnie się skrzywiłam. 
   Oderwałam palce od blatu, podniosłam torebkę z ziemi i zawiesiłam aparat na szyi, po czym pchnęłam drzwi łazienki i wyszłam na prawie pusty korytarz. 
   Na sali gimnastycznej zabawa trwała w najlepsze. Beze mnie. Grace i Dave tańczyli razem do najnowszych popowych piosenek, ciesząc się swoim towarzystwem i nie przejmując tym, że żadne z nich nie wywijało najlepiej na parkiecie. Jerry podrywał jakieś słodkie dziewczyny, które przyszły dziś bez partnera i co chwilę poprawiał kapelusik na głowie w nadziei, że któraś z nich w końcu rzuci się na niego z namiętnym pocałunkiem. London Parrish zmysłowo kręciła się na swoich wysokich szpilkach wśród chłopców z drużyny, w których gronie nie dostrzegłam żadnego przystojnego bruneta. 
   Przyłożyłam aparat do twarzy i zrobiłam pierwsze zdjęcie, ukazujące trzy te różne obrazki. 
   Odwróciłam się za siebie i złapałam drugie ujęcie, tym razem zabawy za mną. 
   Gdy przymierzałam się do trzeciego, przytrzymując przycisk, ustalający ostrość, dostrzegłam najczarniejszy garnitur na sali, zdobiący gibką sylwetkę sportowca, od której za nic w świecie nie mogłam oderwać wzroku. A zwłaszcza w tamtej chwili.
   Jack popijał poncz w rogu sali, raz po raz trącając stopą samotnego balona i rozglądał się z każdym kolejnym łykiem wziętym z papierowego kubeczka. 
   Jeśli szukał czerwonej mini, to bardzo mu współczułam. Na pewno nie oczekiwał znaleźć jej wśród dziesięciu garniturów, zdobiących rozgrzane ciała napalonych piłkarzy. 
   W końcu jego kubek okazał się pusty i myślałam, że na tym zakończy swoje poszukiwania, ale on uparcie wypatrywał czegoś. Czegoś, o czym bardzo chciałam się dowiedzieć. 
   Po kolei jego ciemne oczy błądziły po scenie, dziewczynach tańczących gdzieś z boku, dziewczynach śmiejących się z innego boku i dziewczynach pijących poncz z jeszcze innego boku. 
   I wtedy dojrzał mnie. Z innego boku niż te wszystkie boki. 
   Gdy nasze spojrzenia na chwilę się skrzyżowały, posłałam mu delikatny uśmiech, sygnalizujący, że to jeszcze nie tu. To nie to, czego szukał. 
   Spuściłam wzrok i ujrzałam stół przede mną. Z westchnięciem nalałam sobie ponczu, przesiąkniętego alkoholem, do połowy kubeczka i wypiłam go jednym haustem. Później nalałam sobie kolejną połowę i wpatrując się w znów pusty kubek, uświadomiłam sobie, że po mojej twarzy płynie gorąca łza, łaskocząca mnie w skórę. Otarłam szybko policzek i podniosłam wzrok, by sprawdzić, czy nikt nie zauważył mojej chwili słabości.
   Stanęło mi serce. Dwie połówki przestały bić.  
   A potem się roześmiałam, wprowadzając je w normalny rytm. 
   Para ciemnych jak noc oczu wpatrywała się we mnie bez umiaru z drugiego końca sali, a moje złamane serce zaczęło trzepotać ze szczęścia. 
   Odwzajemniłam spojrzenie, zakładając włosy za ucho.
   Jack uśmiechnął się do mnie. Zakończył poszukiwania. 

   Alkohol w moim nastoletnim organizmie dał wyraźnie o sobie znać, gdy poczęstowałam się jeszcze trzema kubkami ponczu. Akurat gdy na scenę wywoływano króla i królową balu, w mojej głowie zalęgła się jakaś ciężka skała, którą dźwigały obolałe już opony mózgowe. Myślałam, że zwymiotuję, jeśli zaraz wszyscy nie ucichną. Ich głosy sprawiały, że obca materia wewnątrz mnie przybierała na wadze. Była już bliska roztrzaskania mi czaszki. 
   - Królową balu w tym roku szkolnym zostaje.. - Dyrektor usilnie próbował stworzyć napięcie, ale nikogo nie zdziwiło, gdy London Parrish wgramoliła się na scenę w swojej czerwonej mini, zarzucając lokami, zanim jeszcze ogłoszono wyniki. - Tak, dokładnie. London Parrish! Wielkie brawa!
   Nawet jakbym miała wtedy siłę i nie skupiała się głównie na utrzymaniu mojej głowy w jednym kawałku, nie biłabym brawa tej idealnej szumowinie. 
   Och, to jednak nie brednie, że pod wpływem alkoholu zbiera się na mówienie prawdy, skrywanej głęboko w sercu. 
   Przyznaję się bez bicia - byłam niesamowicie zazdrosna o London Parrish. 
   Ale i tak była z niej wielka szumowina w idealnej sukience i idealnych wielkich butach. Z idealnymi złotymi lokami. Idealną włoską opalenizną. Idealnymi długimi nogami. Idealnym prostym nosem. Idealnie wymalowanymi ustami i tą obrzydliwie idealną cerą. Idealnym chłopakiem..
   - Ben Morgan! - Doszło moich uszu. - Gratuluję serdecznie, kapitanie! 
   Roześmiałam się głośno, obejmując brzuch ramionami. 
   Ben Morgan kapitanem! Chciałby! W niczym nie jest lepszy od idealnego chłopaka! Nie ma pięknego garnituru, nie jest wysoki, nie posiada tak oryginalnej urody ani kogutów, zdobiących ciemno brąz włosów, które wiecznie wydawały się zbyt długie i podatne na splątanie, nawet po świeżym strzyżeniu. Nie miał tych wielkich, wręcz czarnych oczu, hipnotyzujących każdą moją część ciała. Tych idealnych uszu, których widok powodował zawroty głowy większe niż po ilości alkoholu, którą niedawno przyjął mój organizm. Nie uśmiechał się tak cudownie nawet, gdy był smutny i gdy zrzucałam go z wielkiego orzecha na złamanie karku. Nie łapał mnie zawsze za nadgarstek, próbując zepchnąć z materaca do wody, a później zamykając mocno w swoich chudych objęciach, gdy zaczynałam piszczeć. Nie nosił ze sobą wszędzie lornetki, chwaląc się, że potrafi używać jej lepiej niż ja. Ani trzymał mnie zawsze za dłoń, gdy rodzice nie patrzyli. Nie wypowiadał ciągle z satysfakcją "Mądralińska!" swoimi gorącymi, pełnymi ustami, gdy musiałam wykonać jakieś żenujące wyzwanie. I nie rumienił się z każdym wypowiedzianym przeze mnie słowem po naszym pierwszym pocałunku w trzynaste urodziny. 
   Nie był idealnym chłopakiem. 
   Ben Morgan i London Parrish zaczęli tańczyć wolnego na środku sali, pozwalając innym parom się do nich dołączyć, a ja zaczęłam spadać w przepaść przeszłości tuż przed nimi. 
   Moje dwie połówki serca biły się gorączkowo w piersi, gdy zaczęłam uciekać. Chciałam jak najszybciej wydostać się z wiru wspomnień, skryć w jakimś bezpiecznym miejscu wolnym od ludzi i zasnąć, by tylko o tym wszystkim nie myśleć. Przecież nie mogłam! Nie! Obiecałam! Obiecałam, że zapomnę o wszystkim, gdy pójdziemy do liceum! 
   Wybiegłam z sali gimnastycznej ile sił w nogach, wypadając na jeden z pustych korytarzy. Od wyjścia dzieliły mnie jeszcze tylko trzy. Tylko trzy długie pustki mojej wewnętrznej otchłani. 
   Dopadłam ostatniego korytarza, jednak zanim wkroczyłam w jego mroczne czeluście, tuż za jego rogiem wpadłam w rozłożone ramiona czyjejś osoby, które przyciągnęły mnie do siebie niczym magnes. 
   Wciągnęłam powietrze przez nos, zaciągając się gorzko-słodkim zapachem. 
   - Kim - wyszeptał Jack, obejmując mnie ciasno, gdy wczepiłam palce w jego czarny garnitur. - Co się..
   - Nie mów tak do mnie - zaprzeczyłam od razu tym samym tonem, uczepiając się jego ubrania jeszcze mocniej. 
   Nic nie odpowiedział, lustrując moje niespokojne rysy twarzy wzrokiem. 
   - To wyzwanie - dodałam szybko urywanym głosem, jakbym miała chrypę. Nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy. - Mów do mnie tak jak kiedyś. 
   Jack wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nie zarzucił mi, że za dużo wypiłam. Nie powiedział, że złamałam kolejną zasadę, przypominając sobie o tym wszystkim, co przez trzy lata wzorowo od siebie odpychałam. 
   Trzęsłam się w jego ramionach, powstrzymując od płaczu. 
   Moje dwie połówki serca cieszyły się bliskością jego pełnego serca, lecz mimo to były bardziej roztrzęsione niż ja cała. Chciałam je czymś uspokoić, w końcu przestać się bać. Przestać uciekać. Potrzebowałam czegoś, co załagodziłoby ich ból i strach przed utraconą przeszłością. 
   Przede mną pojawiła się otwarta brama, gdy powędrowałam spojrzeniem w głąb ciemnych tęczówek. Ujrzałam w nich te same delikatne iskierki, które towarzyszyły małemu chłopcu w mojej głowie, i od razu zamieniłam je w żar, bez wątpienia wpijając się w jego pełne wargi. 
   Patrzyliśmy po sobie uważnie, gdy nasze usta zamarły razem w bezruchu. 
   Wzrok Jacka był lekko oszołomiony moją nagłą reakcją, tak samo, jak wtedy, gdy przyszedł do mnie zdenerwowany po odwołaniu korepetycji, ale gdy oddawał gorąco mój pocałunek, jego spojrzenie od razu zmieniło swój wyraz wraz z rozszerzającymi się źrenicami. 
   Oderwał się ode mnie po tym jednym całusie, jednak z widocznym ociąganiem i objął mnie całymi dłońmi w talii. 
   Obserwowałam ruch jego warg, gdy wypowiadał ochryple moje imię:
   - Mądralińska. 
   Grace zawsze powtarzała, że jeśli patrzysz na usta chłopaka, gdy mówi, a ten, orientując się, cię nie pocałuje, to znaczy, że jest dupkiem. 
   Oschłym dupkiem. 
   Przycisnął powoli usta do moich, smakując ich własnymi i wsunął język pomiędzy moje wargi. 
   Odchyliliśmy się delikatnie do tyłu przez mój brak równowagi, spowodowany przypływem nagłego przyjemnego otępienia, i zamknęłam z rozmarzeniem oczy. 
   Jego język delikatnie otarł się o mój, przyspieszając nieco naszą powolną grę. Nadgryzłam jego część, dając właścicielowi do zrozumienia, że mnie również nie bawi już tak wolny obrót sytuacji. 
   Zastanawiał się za długo nad drugim krokiem, doprowadzając mnie do istnego szaleństwa, aż w końcu sama otarłam się mocno o jego wargi własnymi, tym samym spychając jego język daleko od mojego.
   Zawiesiłam ręce na jego szyi, przyciągając jego twarz jeszcze bliżej mojej, by nie pozostawić między naszymi rozpalonymi ustami ani pęcherzyka powietrza. 
   Całowaliśmy się niezliczoną ilość sekund, może minut, ale nie było w tym żadnej magii. Żadnych fajerwerków w postaci rumieńców czy gorączki emocjonalnej. Żadnych przysłowiowych motylków w brzuchu. Żadnej pasji. 
   Były tylko nasze złączone wargi, to nowo poznane otępienie i nic więcej. 
   Czułam pustkę. Ból w sercu mnie nie opuścił. Nic nie rozgrzało dwóch jego połówek. Nic ich od nowa nie skleiło w jedność. 
   Oderwałam się od gorących ust bruneta, a on jak zacięta płyta winylowa na kawałku "Całowanie", poruszył w miejscu wargami, jakby moje nadal pod nimi były. Wciągnął głęboko powietrze, otwierając poczerniałe oczy i skupiając je dokładnie na mnie. 
   Jak to możliwe, że na jego twarzy widniały czerwone rumieńce, dłonie trzęsły się na mojej talii, płuca pracowały w przyspieszonym tempie, a kark zroszony był zimnym potem? Dlaczego o n to poczuł, a j a nie?
   - K.. - zaczął, ale chrypa nie pozwoliła dojść mu do słowa, zalegając w jego gardle. 
   Patrząc w jego czarne tęczówki, które chwilę temu jak zawsze mieniły się na brązowo, zrozumiałam pewną z lekka przerażającą, lecz intrygującą rzecz. 
   Dominowałam nad Jackiem Brewerem. Dominowałam nad nim całym. Nad jego gibkim, długim, doskonałym ciałem i czułam to każdą komórką mojego przyćmionego organizmu. 
   Ogarnął mnie nieznany przypływ pewności. 
   Stanęłam na palcach, przykładając usta do jego czerwonego ucha i wczepiłam palce w jego włosy. 
   - Nie zapomnij o moim wyzwaniu, Obślizgły - wyszeptałam i poczułam na własnej dłoni, jak po skórze głowy przechodzi mu dreszcz. 
   Niesamowite, jak wielką władzę nad nim miałam. 
   Pociągnęłam za jego sztywne, brązowe kosmyki, przyciągając jego głowę do moich ust i obdarowałam jego ucho mokrym pocałunkiem. 
   To pozwoliło mi wydostać się spokojnie z jego rozluźnionych objęć i odejść jak najdalej w głąb własnego bólu. Bez niego. 

   Jak miło było zatańczyć razem z przyjaciółmi do piosenki Davida Bowie Let's Dance. 
   Grace od razu pociągnęła mnie na parkiet, gdy tylko poznała często puszczany w moim pokoju kawałek i zaprowadziła prosto do Dave'a i Jerry'ego, wariujących z kubkami ponczu.
   Podskakiwaliśmy w rytm muzyki, rozlewając napoje po podłodze, i daliśmy upust emocjom w postaci krzyków i śmiechów, ocierając się o siebie w ciągu wirującego tańca. Nie przejmowaliśmy się, że to ostatnia nasza taka wspólna chwila, ani że już niedługo będzie nam dane się rozdzielić. Ani nawet o mokrej podłodze! Żyliśmy wtedy tym jednym momentem, pierwszym dla mnie takim, który pochłonął nas całych. Nie brakowało mu niczego. Naszej chwili nie brakowało niczego. 
   Nie powinno brakować. 
   A jednak. 
   Gdzie podziewał się wtedy czarny garnitur, mający dopełnić naszą euforię? Co robił w tamtej chwili bez nas? Czy bawił się lepiej? Nie potrzebował naszego towarzystwa? Myślał o mnie?
   - If you say run, I'll run with you - Grace na chwilę wybawiła mnie od nieprzyjemnych myśli, które w tak krótkim czasie potrafiły zniszczyć nasz niewybrakowany moment. Zadziwiła mnie znajomością tekstu. Naprawdę aż tak często puszczałam Bowie'go?

   Piosenka wkrótce się skończyła i czar machinalnie prysł wraz z powracającymi dręczycielkami w mojej głowie. Od razu uciekłam z parkietu, pozostawiając naszą wspólną chwilę daleko za sobą (może zbyt daleko) i gdy tylko sięgnęłam po kolejny kubek ponczu, znów zalała mnie fala bólu i poniekąd strachu. 
   Nie mogłam wyrzucić z głowy szkoły astronomicznej. Nie mogłam porzucić myśli, że ten pocałunek nic dla mnie nie znaczył, gdy dla niego znaczył wszystko.
   Rozbolała mnie głowa. Zwymiotowałam przed wejściem do szkoły chwilę przed tym, jak licealiści tłumami zaczęli opuszczać salę gimnastyczną. Potrzebowałam wyrzucić z siebie trochę bólu i dodatkowo piekącej cieczy. 
   Była godzina wpół do jedenastej. Zgubiłam swoich przyjaciół pośród wielu innych twarzy, które rozmazywały mi się przed oczami. Było mi cholernie zimno. I nie pamiętałam drogi do domu.
   Usiadłam na krawężniku przed parkingiem i zadarłam głowę do góry, wpatrując się w gwiazdy. Ich wątłe światło jarzyło się na mojej twarzy, nadając jej wygląd bladego, samotnego księżyca. A przynajmniej tak przypuszczałam, bo chyba tylko taki widok pasował wtedy do mojej spoconej, zmaltretowanej makijażem i specyfikami, mającymi na celu go zmyć, cery.  
   Nie miałam planu, co mogłam wtedy zrobić. Jak dostać się do domu. Z czego skorzystać, by się tego dowiedzieć. Normalnie już obmyślałabym plan, ale wtedy.. wtedy mój umysł zupełnie się wyłączył. Myślałam tylko o tym znajomym chłopcu, który wpatrywał się w niebo razem ze mną, a w jego oczach migały małe iskierki, mieszające się z odbiciami gwiazd. Sięgnęłam dłonią w jego stronę, by zabrać z jego kolan lornetkę, której tej nocy nie używał, aby jak zwykle pokazać mi, że robi to znacznie lepiej niż ja, gdy nagle usłyszałam czyjś głos i chłopiec zniknął. 
   Nie musiałam już ciasno obejmować się rękoma, by jakoś ogrzać swoje zziębłe ciało, bo na moich ramionach zawisła najczarniejsza marynarka, jaką w życiu widziałam. Cień nocy nadawał jej jeszcze mroczniejszy kolor. Przyjemnie ogrzewała moją skórę, przypominając jej o niedawno odczuwanym miłym, nic nie znaczącym otępieniu. 
   Chwyciłam wyciągniętą w moją stronę wielką dłoń i stanęłam na nogi, lekko się chwiejąc. Po przejściu paru kroków moje ciało czuło się już okropnie zmęczone i dziwnie ociężałe. Na pewno bym się o to zdenerwowała, ale wtedy nawet to wysysało ze mnie wszystkie siły. 
   Wnętrze minivana Dave'a wyglądało jakoś inaczej, ale bardzo znajomo. Było w nim więcej miejsca na tylnych siedzeniach, ale mimo to zwinęłam się w kłębek, gdy byłam już zapięta pasem. 
   Zerknęłam przed siebie i dojrzałam burzę złotych loków. Aż skręciło mnie w żołądku z obrzydzenia ich idealnością i myślałam, że znowu zwymiotuję. Zamknęłam więc oczy, by tylko nie musieć na nie patrzeć i oszczędzić Dave'owi tłumaczenia się rodzicom z brudu w aucie. 
   Gdy samochód ruszył, było słychać tylko odgłos silnika. Żadnych rozmów, muzyki dobiegającej z radia ani nawet dźwięku otwierania lusterka. Jakbym w środku była tylko ja. I nikt więcej. 
   Wyjrzałam przez szybę, gdy poczułam lekkie szarpnięcie w prawo i dostrzegłam ostre, oślepiające światło, które wynurzało się z białych murów willi. 
   Przednie miejsce pasażera zwolniło się szybko, bez żadnego słowa, z cichym trzaskiem drzwi. 
   Wgramoliłam się na nie, czując podświadomie, że właśnie tak powinnam postąpić i samochód ponownie ruszył, gdy tylko wielkie dłonie zapięły mnie pasem bezpieczeństwa. 
   Tym razem również panowała cisza, ale wcale mi ona nie przeszkadzała. Była kojąca, wręcz zmuszała moje dwie połówki serca do spokojnej, nie męczącej pracy. 
   Za szybą widniał znajomy widok nieba, któremu przyglądałam się w ruchu, mknąc po nierównej drodze, dobrze przeze mnie pamiętaną. 
   Sięgnęłam w bok do skrzyni biegów, szukając małej, chudej rączki, lecz natrafiłam na zupełnie inne miłe ciepło, szybko obejmujące moją dłoń. Długie palce wplotły się w moje i wyobraziłam sobie, jak zamykają mnie całą w pasie pod wielkim orzechem. Ciepło zaczęło rozchodzić się od opuszek moich palców aż po koniuszek nosa. Wszędzie. 
   Nie mogłam za nim nadążyć, gdy atakowało mnie całą.
   Znowu.
   Westchnęłam cichutko z rozkoszy, przywołując do siebie owe wspomnienie, rozpalające moje policzki. Motyle zaczęły trzepotać mi w brzuchu. 
   Szybko płynący czas nagle zwolnił i odwróciłam twarz w stronę Jacka.
   Bo tak miał na imię ten chłopiec, prawda? 
   Światła na drodze oświetlały wątle jego przystojną, kościstą twarz i odbijały się w ciemnych oczach, nie dorównując w tym gwiazdom. 
   Skupiony był na drodze, lecz co jakiś czas jego wzrok wędrował w moją stronę, jakby chciał sprawdzić, czy przypadkiem nie uciekłam lub czy nie byłam tylko jednorazowym snem. 
   Jego dłoń zaciskała się na mojej. Nie miała zamiaru mnie puścić. Nie miała mnie już nigdy zostawić daleko za sobą, w przeszłości.
   Auto zatrzymało się przy wysokim krawężniku ze znajomym chrzęszczeniem piasku pod oponami. 
   Oczy Jacka powędrowały prosto w moje. Głęboko. Czule. Przepraszająco. Tak jak kiedyś.
   Nigdy nie potrafiłam rozgryźć, dlaczego w tej brązowej barwie dostrzegałam owe przeprosiny pośród przerażającej ilości miłosnych uczuć. 
   Przepraszał mnie, że chciał mnie pocałować w policzek? Przepraszał, że nie może zdobyć się na nic więcej? Przepraszał, bo robił to pod bacznym okiem mojego taty? Przepraszał, bo wiedział, co w końcu nastąpi, gdy poprosi mnie, bym wymazała tę miłość z pamięci?
   Odnalazłam jego delikatne usta w gonitwie bolesnych myśli i wspomnienia zaczęły wracać do mnie przytłaczającym wirem, od którego tym razem nie mogłam uciec. Bo moje wcześniejsze koło ratunkowe okazało się kluczem do przeszłości. 
   Z dawną czułością i skromnością ocierał się o moje wargi własnymi, jakby jego dusza pragnęła w całym swoim bycie tylko tego. Jakby jego cudowne usta już nigdy nie miały opuścić moich. 
   Gdy miałam piętnaście lat Jack Brewer ujął moją zimną dłoń w swoją jak zwykle gorącą i oznajmił, że mam zapomnieć. że czas na zmianę w jego życiu. że już tak dłużej nie może. że mnie kocha. 
   Gwiazdy świeciły mocno na niebie, mieniąc się w moich łzach, cieknących po bladych policzkach.
   Jack powiedział, że tylko słabi płaczą. Więc przestałam. 
   Złapał mnie za ramię, wbijając w nie długie palce i coraz łapczywiej smakował moich ust swoimi rozpalonymi. Nie znającymi umiaru. Pragnącymi tylko mnie. Nie puszczał mojej dłoni na skrzyni biegów. 
   Ostatniego tygodnia wakacji udałam się z Jackiem Brewerem do Wesołego Miasteczka, które od dawna nie odwiedzało Seaford. Jako jeszcze niewyrośnięta czternastolatka byłam wniebowzięta, że będę miała okazję pokręcić się w rytm dziecięcej muzyki na wielorakich kolejkach górskich. I to z moim sąsiadem u boku, który przez cały czas trzymał moją spoconą z nerwów dłoń i gorączkowo rozglądał się wkoło z obawą, że mój tata go kontroluje. 
   Byłam tak zawstydzona, że aż szczęśliwa. 
   Nie chciałam, by Jack puszczał moją dłoń. Już nigdy. Nawet jeśli oznaczało to, że przez całe życie twarz będę miała w odcieniu buraka. 
   Odchyliłam się do tyłu. Tym razem nie z uczucia miłego otępienia, a wszechogarniającej mnie rozkoszy. 
   Jack od razu zareagował, gdy zaczęłam upadać na plecy, a moje usta powoli opuszczały jego. Złapał mnie zwinnie w pasie. Całymi dłońmi. I posadził sobie z delikatnością na kolanach. 
   Oparłam się na jego przedramionach, które nieznacznie napięły się wraz z moim dotykiem. 
   Z braku wygody (lub też namiętności) objęłam go nogami w pasie, zsuwając się z jego kolan do przodu, wprost na niego. 
   Naruszyłam wtedy pewną wyznaczoną przez nas granicę. Granicę przyzwoitości. Granicę delikatności. Ale nie granicę czułości. 
   Wsunął agresywnie język w moje usta, pokazując mi, jak wiele mogę z nim zrobić. 
   Jack Brewer tak bardzo zdenerwował mnie, nie dając mi dotknąć swojego nowego teleskopu, że myślałam, iż zaraz wyrzucę go przez okno wraz z jego drogim cackiem. Co mnie obchodził opis tych gwiazd? Chciałam je zobaczyć! Tak jak on! I wtedy stanął za mną, objął mnie nieśmiało i wyszeptał mi do ucha, że żaden sprzęt nie zastąpi mu wpatrywania się w niebo razem ze mną. Jak mogłam się na niego denerwować? Tym bardziej, że dzień wcześniej obchodziliśmy wspólnie nasze trzynaste urodziny? że przeżyliśmy nasz pierwszy pocałunek, razem?
   Czułam jego język pod i nad swoim. Między zębami. Od wewnętrznej strony obu policzków. Tuż przy gardle. Wszędzie. 
   Jego dotyk rozpalał mnie do czerwoności i pobudzał do współgrania wraz z jego własnym językiem. 
   Jak cudownie było czuć jego kubki smakowe na swoich. 
   Wpadłam do kałuży błota z obrzydliwym pluskiem. Wpadłam? Jack Brewer wepchnął mnie do niej siłą, szczerząc przy tym swoje krzywe zęby i łapiąc się chudymi rękoma w pasie ze śmiechu. Myślałam, że zaraz stracę oddech ze złości. Wygramoliłam się z kałuży brudna, mokra i wściekła. Popatrzyłam na Obślizgłego chłopca przede mną i rzuciłam mu się w ramiona, na co zareagował wrzaskiem, ale wcale mnie nie odepchnął. 
   - Ładnie wyglądasz, Mądralińska - zaśmiał mi się do ucha, bawiąc koniuszkiem kwiecistej, ubrudzonej w błocie sukienki. 
   Wspaniale było czuć, jak twardnieje pode mną, gdy scałowywałam gorzko-słodki zapach jego skóry w okolicach szyi, szczęki i prawego obojczyka. Smakowało lepiej, niż pachniało. Jakbym jadła największy przysmak świata. Prosto od idealnego chłopca. 
   Zajęczał cichutko, zacieśniając uścisk długich palców na mojej talii, gdy nadgryzłam część jego ucha. 
   Nie jestem pewna, komu sprawiło to większą przyjemność. 
   Naprawdę miałam zjeść tosta z masłem orzechowym i.. ketchupem? Co to za wyzwanie? Mające na celu załatwić mi tygodniowe posiedzenie w toalecie? Jednak Jack Brewer nalegał, nie chcąc zmienić swojego wyzwania. 
   Ugryzłam kawałek kanapki, smakując z obrzydzeniem, zdobiących jej wierzch składników i.. (nie wierzę w to co powiem, ale..) mniam! Cud sprawił, że zjadłam całego tosta na oczach Jacka, który ze zdziwienia aż otworzył usta. Czyżby los się do mnie uśmiechnął?
   Oczywiście, Jack Brewer również musiał spróbować wyśmienitego połączenia masła orzechowego z ketchupem, wieczorem nie mogąc opuścić łazienki.
   Od tamtej pory byłam zakochana w wyzwaniach. 
   Chciał być tak blisko mnie, że aż oparł ręce na kierownicy, by móc przywrzeć klatką piersiową do mojej. 
   Objęłam dłonią jego ramię, drugą położyłam z tyłu szyi. 
   Całował mnie zaciekle, póki nie wplotłam palców w jego miękkie włosy. 
   Przejechałam paznokciami wzdłuż jego czaszki, oderwał się ode mnie powoli, zamknął oczy i westchnął ciężko, szukając oparcia dla swojego zwiotczałego od przyjemności ciała. 
   Poczułam, jak zaczyna wodzić kciukiem po mojej skórze i z cichym mruknięciem wbiłam paznokcie pomiędzy kosmyki jego włosów. 
   Starsi koledzy zawsze zabierali mi piórnik lub ciągnęli za włosy tylko po to, by mnie zdenerwować. Ale żeby od razu wrzucać moje rzeczy do śmieci? Co było w tym tak zabawnego? Mama nie nadążała z ich praniem, a ja z każdym dniem coraz bardziej bałam się postawić kolegom. Wystarczyło powiedzieć, żeby dali mi spokój, prawda? Wtedy sobie pójdą? Najwidoczniej moje nadzieje okazały się złudne, bo gdy poprosiłam ich, żeby przestali tak nieładnie się bawić, zaczęli się głośno śmiać. Było mi przykro, że sama nie potrafiłam nic zdziałać. Bo kto miałby mi pomóc? I tak nikt mnie nie lubił, bo byłam kujonicą. 
   - Hej, Mądralińska! - krzyknął Jack. 
   Nie, nie! Jeszcze tylko jego brakowało! 
   Czułam, że zaraz się rozpłaczę i wtedy chłopcy będą mieli dodatkowy powód do śmiechu. 
   Dlaczego Jack Brewer zawsze musiał mi to robić?
   - AŁA! - zawył ktoś. 
   Podniosłam głowę do góry, odgarniając długie włosy z twarzy. 
   Jack stał przede mną z uśmiechem, a stopą podrzucał piłkę, wskazując mi palcem na trzech starszych chłopców, leżących na podłodze. 
   - Chyba za bardzo napompowana - stwierdził, chwytając piłkę w ręce i wyszczerzył do mnie krzywe zęby. 
   Nawet nie śniłam oderwać ust od jego choćby na jedną chwilę. 
   Pragnęłam trwać z nim w jedności cały czas. Tylko my. Nasze usta. Buchający od nas gorąc. Brak tlenu w płucach. Mrowienie na czerwonej skórze. I ciała poruszające się w tym samym rytmie. 
   Pociągnęłam za jego koszulę, a guziki z trzaskiem uderzyły o pulpit samochodu. Gdy wsuwałam dłonie pod aksamitny materiał, jego skóra zaczęła parzyć mnie w nieodgadniony sposób. Sama nie była gorąca, ale jej dotyk sprawiał, że na opuszkach moich palców eksplodował pożar. 
   Poczułam, jak jego dłoń zmienia swoje położenie na moim ciele, zmierzając do suwaka sukienki. 
   Jakim cudem Jack Brewer był szybszy ode mnie na rowerze? Skoro prześcigałam go w biegach, jak mógł jechać szybciej? 
   Jego długie, roztrzepane brąz włosy podskakiwały na wietrze. Kark miał zroszony potem.
   Odwrócił się do mnie z szerokim uśmiechem zwycięzcy i zanim zdążyłam go ostrzec, wjechał prosto w uliczny słup. Wyskoczył z siodełka pod wpływem uderzenia i wylądował twarzą na chodniku. Gdy podniósł się cały obdrapany ze śmiechem, ja podbiegłam do niego biała z przerażenia. Rzuciłam mu się na szyję, czując łzy pod powiekami, a on otarł stróżkę krwi, sączącą mu się z buzi i oznajmił dumny:
   - Wypadł mi ostatni ząb.
   Myślałam, że zemdleję. 
   Suwak nie chciał ustąpić w połowie drogi. Zaciął się o jedną z falban i ani rusz. Jednak to nie zdemotywowało Jacka do dalszej walki i po wielu zmaganiach w końcu dostał się pod gruby materiał, zsuwając go z mojego stanika. 
   Pochylił się i ucałował gorąco moją w połowie odkrytą pierś, odchyliłam głowę do tyłu, opierając się plecami o kierownicę i razem zamarliśmy w bezruchu, gdy odezwał się głośny klakson. 
   Wdrapałam się na dach z wielką trudnością. Zwykle zajmowało mi to niewiele czasu, ale wtedy pola widzenia nie rozmywały mi ciężkie łzy. 
   Usiadłam na zimnej powierzchni, opierając stopy o rynnę i próbowałam pohamować się od płaczu, lecz na marne. Łzy zalewały mi całą twarz, kapiąc na białą sukienkę w kolorowe kwiaty, którą dostałam od babci. Tak bardzo chciałam ją wtedy zobaczyć.
   Usłyszałam jakieś poruszenie z boku, zagłuszane przez moje żałosne pojękiwanie i zaczęłam wycierać się rękoma, jednak Jack od razu chwycił je w swoje, odsłaniając moją smutną twarz i bacznie się jej przyglądając. 
   Bez słowa usiadł koło mnie i przyłożył lornetkę do oczu, wpatrując się w jeden punkt. 
   Po chwili zaproponował mi zerknięcie, ale odmówiłam. Nie miałam wtedy ochoty zachwycać się gwiazdami, które i tak zbytnio mnie nie interesowały. 
   Jack nalegał.
   - Nie chcę! - krzyknęłam, odpychając go od siebie. - Nie lubię gwiazd! Wolę patrzeć na słońce!
   Zakopałam spojrzenie pomiędzy swoje kolana i znów zaczęłam płakać. 
   - Słońce to też gwiazda - oznajmił po chwili ciszy Jack.
   Popatrzyłam w niebo nad nami i odpowiedziałam:
   - Jakoś nie widzę, żeby teraz świeciło słońce, idioto.
   Jednak mimo to nie oderwałam wzroku od nocy, wiedząc, że Jack jeszcze nie skończył. 
   - Nie widzisz go teraz, bo się ukrywa - rzekł spokojnie z głową zadartą do góry. - Jest wyjątkowe. Zbyt wyjątkowe.
   Położył małą dłoń na mojej. 
   - Nie chce się wyróżniać. Nie chce zaćmić blasku innych - kontynuował. - Uważa się za inne, gorsze od mniejszych gwiazd. Bo one się z niego śmieją. Bawi je jego inność.  
   Zwrócił swoje ciemne oczy na mnie, księżyc zaświecił w ich głębi. 
   - A tak naprawdę są o niego zazdrosne. Też chciałyby być tak wyjątkowe. 
   - Szkoda, że ono tego nie wie - wyszeptałam, gdy otarł łzy z moich policzków. 
   - Ty jesteś Słońcem, Mądralińska. 
   Pocałowałam go ostatni raz tej nocy, wyjmując już klucze od domu.
   Próbowałam zapamiętać miękkość jego ust, ich delikatność, ich ciepło. Nie wiedziałam, co przyniesie jutro, ale zawsze mogłam próbować.
   Zwinęłam się w kłębek na łóżku, przyciskając do siebie materiał, okalający moje ciało i gdy z małej kieszonki wyjęłam granatową chusteczkę, poczułam gorzko-słodki zapach, gryzący mnie przyjemnie w nozdrza. 
   Podniosłam zdobycz w dłoni, przykładając w miejsce okna. Gwiazdy za szybą powieliły się z granatem, tworząc moje własne niebo. Moją własną galaktykę. Mojego własnego idealnego chłopaka. 
   Gdy zasypiałam, moich uszu doszło stukanie na dachu. 
   Zdawało mi się, że to Słońce nieśmiało próbowało wyjrzeć zza naszych domów i poobserwować inne gwiazdy z ukrycia.
   Ale tak naprawdę był to mały chłopiec, chcący w końcu przeprosić za przeszłość na oczach wielu świecących świadków. 


JACK


   - Widziałeś, jak London dziś pięknie wygląda? Schrupałbym ją w całości!
   - Ta Parrish to jednak niezła foczka, nie?
   - Brałbym ją nawet na oczach jej ojca. 
   - Ten Brewer nie docenia, co Bozia dała mu w prezencie. 
   Gdy słyszałem podobne odzywki z ust znajomych (czy też nie) mi chłopaków, aż skręcało mnie w środku ze zdenerwowania. Wcale nie z powodu nazywania mojej dziewczyny foczką czy nawiązywania do podtekstów seksualnych z jej udziałem (na oczach jej ojca, serio?). 
   Każda wzmianka o London Parrish wzbudzała we mnie wręcz obrzydzenie. 
   Nigdy mnie nie lubiła. Nigdy nie czuła do mnie tego, co ja do niej. Nigdy nie chciała być ze mną bez względu na moją pozycję w szkolnej hierarchii i drużynie piłki nożnej. I chciała zabrać mi całe życie licealne!
   Jak mógłbym jej bronić? Jak mógłbym patrzeć na nią bez chęci zagryzienia jej na śmierć?
   Czułem się podle. Oszukany i rozbity. Nawet nie miałem siły myśleć wtedy o tym, co London zgotowała dla Kim. Byłem tylko ja i moje zakłamane uczucie do Parrish. Jak mogłem jej się tak dać?
   Chciałem rozwiązać to raz na zawsze. Wyrzucić jej, że jest nadętą krową (jak nazwała ją kiedyś Kimberly - bardzo trafnie) i że jej zabawa dobiegła końca. Ale wtedy ona wyskoczyła do mnie z tekstem:
   - Kotku, po balu z tobą kończę. 
   Szczęka upadła mi z trzaskiem na brudną, korytarzową podłogę. 
   - Co? - wydusiłem, przebijając się przez gulę niedowierzania, zalęgłą w moim gardle. 
   Przestąpiła z nogi na nogę, odgarnęła włosy na bok i zerknęła na stan swoich paznokci. Jej oceniający wzrok porozumiał się z rozumem i zaznaczył sobie, by wieczorem doprowadzić je do porządku. A potem spojrzała znudzona na mnie, jakbym stał przed nią i tylko zagradzał jej drogę. 
   - Powtórzyć? - zapytała dobitnie.
   Kotku, dodała z przekąsem moja podświadomość. 
   Odchrząknąłem.
   - Chcę cię zawiadomić, że to j a kończę z tobą, jasne? - Naprawdę to powiedziałem? 
   Zmierzyła mnie ostrzegawczym wzrokiem, oznaczającym, że zbyt podniosłem głos. Może kiedyś bym na to jakoś zareagował, ale wtedy miałem ochotę zaciągnąć London za złote loki do pielęgniarki, by przeczyściła jej wnętrze z podłości. 
   - Jasne, jasne - odparła w końcu, ponownie spoglądając na swoje paznokcie. - Jak tam sobie chcesz, kotku.
   Pocałowała mnie w policzek, przy tym ocierając się o moje krocze i zadowolona odeszła w stronę klasy. 
   Zmrużyłem oczy, chcąc zdzielić samego siebie w twarz. 
   Wcale ci się to nie podobało, Jack! - wrzasnąłem na siebie w środku. - W ogóle!
   I ruszyłem do sali lekcyjnej na historię, nerwowo poprawiając plecak. 

   Gdy już przeszło mi użalanie się nad samym sobą i wyrzuciłem z głowy London (udało mi się to przerażająco szybko - pomyślałbym, że to podłe z mojej strony, ale w zaistniałych okolicznościach.. nie, wręcz byłem z siebie dumny), zacząłem myśleć już tylko o Kim. 
   Było to niemal frustrujące. 
   Rozmyślałem o tym, że będę ją musiał jakoś ochronić przed misternym i zapewne płytkim planem Parrish i jej nowego pomyja Morgana. Jednak każda wzmianka o niej w mojej wyobraźni sprowadzała mnie na niebezpieczne tory. Zaczynały mi się pocić ręce, gdy przywoływałem widok jej świeżo umytych, grubych włosów. Swędziała mnie głowa na wspomnienie jej namiętnych palców (o, tak, dokładnie) z jeszcze cudowniejszymi paznokciami na mojej skórze. Śmiałem się sam do siebie, miętoląc w myślach ramiączko od jej kwiecistej sukienki. Ciarki przechodziły mi zimnym prądem po plecach na widok wielokolorowych, błyszczących oczu pod moimi powiekami. Palce świerzbiły, chcąc powtórnie dotknąć tego gorącego uda. I w końcu przeklęte chochliki zaczęły atakować moje wnętrzności, gdy przypominałem sobie smak wiśni. Wiśni tak bardzo nie podobnych do tych zwykłych. Wiśni w j e j ustach. Delikatnych, malutkich, słodkich, podniecających, w i ś n i o w y c h ustach. Ustach dokładnie na moich. 
   Westchnąłem rozmarzony, przewracając się na łóżku.
   Wtuliłem twarz w poduszkę, dusząc w sobie uśmiech, i ścisnąłem jej kraniec, stale powtarzając w myślach jej imię, jakbym zaraz miał go zapomnieć. 
   Kimberly.
   Kiedy była mała, tak bardzo go nienawidziła. Złościła się, gdy ją tak nazywałem, więc wymyśliłem Mądralińską. 
   Nie zmieniłbym w jej imieniu ani litery. A w Mądralińskiej żadnej cechy. 




   Piłka przeleciała mi nad głową, gdy usiłowałem nie dopuścić do niej Morgana. Wylądowała tuż przede mną i od razu wykorzystałem nieuwagę wroga, wciąż spoglądającego w stronę trybun. 
   W efekcie zanim zdążył się obejrzeć, strzelałem mu już gola.
   Wściekł się. Zupełnie jak zawsze. A mi jak zawsze pozostało czekać na jego ruch. 
   Zacisnął mocno szeroką szczękę. Czarne oczy pociemniały jeszcze bardziej niż za każdym razem, gdy mnie widział. Napiął mięśnie barek, jak byk, przygotowujący się do pogoni za czerwoną chustą. 
   Dopadł do piłki, pozostawiając za sobą chmurę kurzu. 
   Ale to nie ona była jego czerwoną chustą. 
   Tylko ja.
   Wymierzył cios prosto w moją sylwetkę, oddaloną od niego o zaledwie cztery metry, wcześniej ponownie zerkając na trybuny.
   Piłka zmierzała w powietrzu dokładnie w moją stronę z prędkością światła. 
   Nie było drogi ucieczki. Nie było dla mnie ratunku. 
   Obydwoje, w jednej chwili spojrzeliśmy w to samo miejsce, odszukując wzrokiem burzy blond włosów.
   Dostrzegłem tęczowy błysk w jej oku, gdy patrzyła na Morgana. Nie na mnie. 
   Nie na mnie.
   Piłka uderzyła w moją klatkę piersiową, wstrząsając już obolałym sercem, zupełnie jakby ktoś przebijał je metalowym prętem na wskroś. 
   Nie na mnie.
   - Brewer!
   Zerwałem się na dźwięk swojego nazwiska, uderzając głową prosto w twardy dziennik, który pan Stoker zawiesił złowieszczo nade mną. 
   Jęknąłem z bólu, masując sobie dłonią czubek głowy i zerknąłem na nauczyciela, próbując ukryć rządzę krwi w moim spojrzeniu. 
   Okej, to ja zasnąłem na lekcji. Ale mógł mi wstawić uwagę czy pałę, a nie mnie od razu wybudzać ze snu, w którym.. kurde, w którym wcale nie grałem bohatera, jak zawsze.
   Chciałem spojrzeć wtedy na Kim, ale byłem zbyt na widoku. 
   Chciałem położyć rękę na sercu, by wyczuć, czy jest w całości.
   I chciałem walnąć Bena Morgana prosto w jego parszywy ryj. 
   Ale Stoker to wszystko mi uniemożliwił. 
   Popatrzył na mnie z ohydnym uśmieszkiem zadowolenia. Miał swoje pole do popisu. W jednej chwili mojej nieuwagi uzyskał darmową przepustkę do poznęcania się nad moją osobą. Wyróżniało się pięć możliwości wraz ze stopniem poniżenia: 1. Mógł wyrzucić mi, jak beznadziejny jestem, nie pomijając żadnego szczegółu (poziom pierwszy, nie dość satysfakcjonujący), 2. mógł wysłać mnie od razu do dyrektora z tak głupią błahostką, jak zaśnięcie na jego lekcji (Smith zapewne sam przyznałby mi rację, że sobie kimnąłem, chcąc nie marnować czasu na durne wykłady matematyczne) - ta sposobność zaliczała się do stopnia drugiego, bo jeśli dyrektor obchodził właśnie swój oficjalny Dzień Dobroci dla Zwierząt, to nie powiadomiłby o niczym moich rodziców (wniosek: jestem uratowany i zjem obiad w domu), 3. mógł dać mi kartkę z uwagą do podpisania dla rodziców (taa.. nie byłoby wesoło, toteż jest to poziom trzeci, bo ominęłaby mnie domowa zapiekana), 4. a nawet mógł wpisać mi jedynkę do dziennika za pracę na lekcji (poziom czwarty, zaliczany do jednego z najwyższych - obniży mi tym już i tak nieciekawą ocenę z przedmiotu, o której mama najpóźniej dowie się na zebraniu i w efekcie nie zjem zapiekanki, dostanę szlaban lub (co najgorsze) mama zadzwoni do mojego trenera i zawieszą mnie w sprawowaniu pozycji kapitana drużyny na czas bliżej nieokreślony), 5. Wybrał najwyższy, najgroźniejszy, najbardziej go satysfakcjonujący, jak i najbardziej posrany sposób na ukaranie mnie. Sposób piąty. Ośmieszenie mnie przed Ki.. całą klasą. Wysłanie do tablicy. 
   Pierwiastki w geometrii.
   Boże Święty. 
   

   - Jack James Brewer! - zawołała mama swoim dziecięcym głosikiem z nutą wściekłości, od razu gdy przekroczyłem próg domu. Brzmiało to niemal zabawnie, ale nigdy nie było mi do śmiechu, gdy go słyszałem. Już dawno nauczyłem się, że nie wróży nic dobrego. 
   Przeprosiłem, że trzasnąłem drzwiami (wyobrażając sobie, że to głową Stokera przywaliłem o framugi), ułożyłem zdjęte trampki równiutko w rządku innych idealnie postawionych butów i zabrałem z podłogi plecak. 
   Jednak tym razem mama nie zwróciła na to uwagi, jak zwykle robiła, czego chyba najbardziej w tamtej chwili mogłem się obawiać. Stanęła przede mną, zadzierając głowę do góry i wściekle marszcząc brwi. 
   Zmrużyłem oczy, posyłając jej niewinny uśmiech. Nie mogła zobaczyć, jak bardzo wtedy marzyłem, by spuścić nauczycielowi od matmy lanie. 
   Więc jakie musiało być moje zdziwienie, gdy nagle jej mina złagodniała i mama wyciągnęła ku mnie otwarte dłonie. 
   Zaprowadziła mnie na kanapę, gdzie odłożyłem plecak na podłogę i rzuciłem ukradkiem podejrzliwe spojrzenie na ciasteczka czekoladowe, starannie ułożone w miseczce, którą mama zawsze zanosiła mi do pokoju, gdy byłem chory. Oznaczało to, że albo coś przeskrobała albo miała te dni, więc chciała umilić mi i tacie swoje marudzenie słodkościami. 
   Ale tym razem chodziło o coś zupełnie innego.
   - Dzwonił do mnie dyrektor - zaczęła ostrożnie. - z pewną wiadomością.
   Serio?! Serio, Stoker?!
   Bez jaj, zmrużyłem oko tylko na jakieś pięć minut. Do tego przywalił mi dziennikiem w głowę i ośmieszył przed Ki.. kurde! przed klasą. Właśnie. Klasą. 
   - Kochanie - wyszeptała, coraz bardziej mnie przerażając. - Jeśli zdasz u pana Stokera, otrzymasz stypendium sportowe. 
   Chciałbym w tej chwili zabrzmieć mądrze, w końcu powinienem, skoro przede mną ujawniła się jedyna szansa na osiągniecie czegoś w życiu. Ale zatkało mnie tak równo, że zanim zacząłem w ogóle o tym rozmyślać, powiedziałem coś w stylu:
   - O. Uau.
   Dopiero po tym ogarnąłem, co właściwie usłyszałem. 
   Stypendium. 
   Boże, Boże! Nie wierzę! Tak! Stypendium!
   Rodzice byliby tacy dumni. Cała rodzina by się do nas zjechała. I jedlibyśmy popisowy sernik ciociobabci Linden. Może ograłbym Erica w jedną z jego głupich PGR. A przede wszystkim miałbym prostą drogę do świetlanej przyszłości. I to wszystko na wyciągnięcie ręki.
   Nie, nie, nie, nie, nie. Nie dam rady. Nie.
   Przecież nigdzie się nie dostanę! Nie będę zbyt dobry, by mnie przyjęto. Stoker na sto procent mnie obleje i skończę za ladą w salonie fryzjerskim mamy. Tata do końca życia będzie patrzył na mnie w ten sposób, jakbym przegrał milion na loterii, choć będzie krył się za miłym uśmiechem i porannymi pogawędkami. I nie zjem sernika. 
   Stypendium.
   Wieczorem zabrałem się za pierwiastki w geometrii i siedziałem tak do nocy, póki nie zasnąłem nad wcześniej odstawionymi zadaniami z korepetycji. 

   Od tamtej pory ćwiczyłem coraz ciężej. Nie tylko umysłowo, ale i fizycznie. Jerry codziennie powtarzał mi, że w końcu się przetrenuję i będzie musiał słuchać się Bena Morgana każdego dnia po dwie godziny na boisku szkolnym. Nie było takiej opcji. Bez pozycji kapitana nie miałem stypendium. A bez stypendium wszystko, co miało nadejść, wydawało się szare i rozmazane. 
   Uczyłem się po nocach częściej, niż bym tego chciał, ale za nic w świecie nie pozwoliłem sobie znów zasnąć na lekcji matematyki. Odkładałem kasę na różnego rodzaju energetyki, które pomagały mi nie zamknąć oczu podczas serii zadań w moim pokoju, ale sprawiały, że rano czułem się, jakbym miał zwymiotować. 
   Wysokie oceny i zachwycone spojrzenia nauczycieli oraz (przede wszystkim) rodziców nie odstępowały mnie na krok. Wszyscy byli dumni, o mało nie posiadali się z wrażenia. Było tak, jak to sobie wymyśliłem. Każdy jeden plan kończył się sukcesem.
   I wtedy zaczęto mnie pytać o szkołę, o marzenia, o przyszłość. 
   Determinacja uchodziła ze mnie jak z napompowanego balona. Z każdym kolejnym ich słowem oddalałem się od stypendium, niezależnie, czy tego chciałem, czy nie. 
   Miałem przygotowane odpowiedzi na te trzy podstawowe pytania. Mimo to nigdy nie przedstawiłem ich drugiej osobie. Były tak bardzo wymijające i coraz częściej myślałem o nich, jak o kłamstwach, że odpuściłem sobie dzielenie się nimi. 
   W sumie.. po co komu do wiadomości, co będę robił dalej ze swoim życiem?
   Kurde! Nie wytrzymam!
   Głowa szwankowała mi od ogromnej ilości nowo zdobytej wiedzy, zmęczenia i ciągłego, nieumyślnego wymyślania podobnych odpowiedzi:
   Szkoła - odległa,
   Marzenia - niewypowiedziane,
   Przyszłość - przerażająca.
   Przez nie co dzień rano musiałem przypominać sobie, jak stypendium jest ważne i że dzięki niemu będę szczęśliwy. A później przychodziły pytania i coraz częściej łapałem się na tym, że znałem na nie prawdziwe odpowiedzi, choć tak bardzo nie chciałem. 
   Szkoła - astronomia. 
   Marzenia - wpatrywanie się w niebo, nie samemu, nie w pięknym mieszkaniu - na dachu, przy Yellow Street, z n i ą.
   Przyszłość - tylko z n i ą. 
   Ale to stypendium sportowe było spełnieniem marzeń. 
   Zastanawiałem się tylko, czy moich. 

   Tydzień przed egzaminami London zaczęła nawijać o balu maturalnym. (Poważnie. O niczym innym nie mówiła. Każde zdanie, słowo dotyczyło tego jednego dnia.) Nie był to dość ciekawy i przyjemny temat, tym bardziej, że jego myślą przewodnią było wydawanie mi rozkazów, ale dzięki temu chociaż na chwilę zapomniałem, jak bardzo przepracowany i coraz bardziej rozdarty się czułem. 
   - Pamiętaj, żeby odebrać garnitur w południe w dzień balu. Inaczej ktoś inny ci go zabierze. A nie mam zamiaru widzieć cię w innym. Równie dobrze mogę pójść bez ciebie. 
   - Przyjedź po mnie za dziesięć siódma. Wtedy spóźnimy się dwie, góra pięć minut. Tak jest w modzie.
   - Wyczyść samochód. Pamiętaj!
   - Mieliśmy zamówione miejsca w tej nowej restauracji z sushi, ale mam kosmetyczkę. 
   - Kup sobie jakieś porządne buty.
   - Jak już będziemy na miejscu, otwieraj mi wszystkie drzwi.
   - Nie trzymaj mnie za rękę. Masz za wielkie dłonie i zasłaniają moje paznokcie. Niech inni je widzą, w końcu za to płacę. 
   - Pocałuj mnie tylko raz. Następnego dnia już nie będę zwracać na ciebie uwagi, więc się nie angażuj. 
   - Nałóż żel na włosy. 
   Dobra, jednak krytyka w stosunku do mojej osoby denerwowała mnie coraz bardziej. 
   Co wszyscy uwzięli się tak na ten żel?!
   Czasami, gdy London do mnie mówiła, zastanawiałem się, dlaczego nie można bić dziewczyn. Uświadomiłem sobie, że potrafią mnie one wkurzać bardziej niż Morgan.
   - Co ty robisz? - prychnęła któregoś dnia Parrish, opierając się na moim ramieniu i zaglądając mi w zeszyt. - Postanowiłeś przyłożyć się do matmy na koniec roku czy spędzasz zbyt dużo czasu z Crawford?
   W obu rękach trzymałem zeszyt w miękkiej okładce i żałowałem, że nie miałem, jak zacisnąć ich w pięści, bo zanim zdążyłem się powstrzymać, wyrwało mi się wściekłe:
   - Nie twój interes. 
   Odszedłem najszybciej, jak się dało, by oszczędzić sobie jej wykładu. Chociaż może ze złości wymsknęłoby się jej, jaki cios w policzek zamierza sprzedać Kim. Oczywiście, wykorzystując tego szurniętego psychola o cerze koloru sraki. 
   Z każdym kolejnym dniem nie mogłem doczekać się balu jeszcze bardziej. Nie chciałem mieć nic wspólnego z London, ani z Morganem. Ale za to chciałem mieć wiele wspólnego z drużyną piłki nożnej. Dlatego też poszedłem na pewien układ z Parrish.
   Gdy sądziłem, że już wszystko mam poukładane, niespodziewanie pojawiła się jedna luka. (Czyżbym odwlekał ją umyślnie?)
   - Dawno nie widzieliśmy się z sąsiadami - powiedział któregoś ranka tata, czytając gazetę do tosta z masłem orzechowym. 
   I oto pojawiła się moja jedyna, niespodziewana luka.
   Naprawdę chciałem wtedy spytać, z którymi sąsiadami tata tak dawno się nie widział (serio? mieszkają w odbiciu naszego domu, tuż za ścianą), ale myślę, że nie było potrzeby, bo odpowiedź znałem aż za dobrze. 
  Mądralińska. 
  Tak bardzo zaoferowałem się nauką, że przestałem o niej myśleć. Albo raczej nie miałem na to czasu. Jednak właśnie tamtego ranka, gdy odstawiłem wszystko na bok i skupiłem się tylko na niej, całym sobą, dotarło do mnie, jak bardzo stała mi się daleka, mimo że była tak blisko. W odbiciu mojego pokoju. Tuż za ścianą. 




   Piątek zapowiadał się zwyczajnie.
   Wstałem minutę przed tym, jak mama zawołała, żebym ruszył tyłek na dół. Ubrałem pierwsze ciuchy, które znalazłem w szafie, ułożyłem włosy na żel i umyłem zęby. Jak przystało na (prawie)wzorowego ucznia, sprawdziłem, czy aby na pewno spakowałem wieczorem wszystkie książki i w końcu zbiegłem po schodach na śniadanie, wcześniej porywając z biurka książkę z zadaniami matematyczno-fizycznymi. 
   Mama obserwowała mnie uważnie, gdy jadłem jajecznicę, spojrzeniem uciekając do lektury i w głowie rozwiązując zadanie, na którym skończyłem dzień wcześniej. Stanęła za mną i położyła mi delikatnie, jak piórka, dłonie na ramionach. Poczułem, jakby przekazywała mi cząstkę swojej pewności siebie. Żebym nie dekoncentrował się pytaniami o to, co będzie dalej, ani tym, że moja luka stawała się coraz bardziej dokuczliwa. 
   Ucałowała mój policzek i poczochrała po włosach. Zupełnie jakby żel nie był mi potrzebny, a przecież zawsze zaklinała, że był. 
   Ubrałem trampki, starą dżinsówkę i zawiesiłem plecak na ramieniu. Już miałem wyjść, gdy zdałem sobie sprawę, że w rękach nie mam książki. Odwróciłem się, błądząc wkoło wzrokiem w poszukiwaniu kolorowej okładki. Zauważyłem ją w dłoniach taty. Gdy mi ją podawał, poklepał mnie po ramieniu i wrócił do kuchni, by dokończyć kawę. 
   Jak to możliwe, że nie zamieniliśmy ani słowa? 
   Otworzyłem ostrożnie zamek od drzwi i w końcu wydostałem się z tego okropnego domu. 
   Tak bardzo brakowało mi porannych rozmów z rodzicami. Tej miłej, rodzinnej atmosfery, przesiąkniętej dowcipami taty i śpiewem mamy przy majstrowaniu w kuchni. Przecież nie musiałem uczyć się również przy śniadaniu! Więc dlaczego zawsze siedzieli cicho?! Dlaczego uważali, że mogę być idealny?! Dlaczego upodabniali mnie do Kim?! 
   Ścisnąłem książkę w rękach, wbijając palce w miękką okładkę i popatrzyłem w stronę podwórka sąsiadów. 
   Drzwi przed niskimi schodkami otworzyły się szybko i wyłoniła się z nich burza blond włosów. Serce zaczęło bić mi jak oszalałe i tak mnie to wkurzyło, że miałem ochotę cisnąć książką w właścicielkę tej nieziemskiej czupryny. 
   Przeszła pięć metrów przede mną, nawet nie zaszczycając mnie jednym spojrzeniem kolorowych oczu i nałożyła różowe słuchawki na głowę. 
   Ruszyłem ze schodków, wkraczając z podwórka na chodnik i zajmując cicho miejsce za jej plecami.
   Jak duch szedłem za nią aż do szkoły, zawodząc w środku, że nie mam odwagi podejść i czymś jej zdenerwować, by jak zwykle uroczo zmarszczyła nos. Wtedy bym się zaśmiał, a ona uderzyłaby mnie w ramię. Porwałbym jej chudą rękę w swoją, pochylił się i pocałował prosto w te malutkie, wiśniowe usta. I całowałbym ją już do końca życia, nie mogąc przestać, nie mogąc się opanować, nie mogąc w końcu oderwać się od tego wiśniowego smaku. 
   Odwróciłem głowę od jej włosów i ostatnie pięć minut dzielących nas od szkoły, szedłem ze spuszczoną głową, uspokajając puls i próbując usunąć z ust smak wiśni. 
   Tak bardzo chciałem ją pocałować.

   London rozmawiała ze swoimi dwoma przyjaciółkami (Lexi i.. jak jej było?) o balu, gdy podszedłem do swojej szafki, znajdującej się dokładnie koło jej. Zawsze twierdziła, że to zbieg okoliczności, że los naprowadził nas na siebie, ale tak naprawdę poprosiła tatusia, by załatwił jej to u dyrektora. Kiedyś jej szafkę zajmował jakiś obleśny koleś, który trzymał tam zepsute kanapki i znosił kamienie. Nie wiem, po co to robił. Może je kolekcjonował, a może chciał jakoś ozdobić szafkę, jak Kim ozdabiała ją naklejkami nowo zdobytych ocen - czyli tylko piątkami.
   Przetarłem twarz dłońmi. 
   Przestań o niej myśleć. 
   London w końcu mnie zauważyła i uwiesiła się na moim ramieniu, tym samym spławiając Lexi i.. (ech, nie przypomnę sobie) - spławiając swoje koleżanki brzmi o niebo lepiej. 
   Stanęła przede mną, wyprostowała mi kołnierz od koszuli i poprawiła włosy (ona nadal stała po stronie żelu). Popatrzyła mi w oczy z dumnym uśmiechem i, stając na palcach, pocałowała mnie w usta. 
   Tak bardzo chciałem pocałować Kim.
   Oderwała się ode mnie i odwróciła do swojej szafki. Zamiast naklejek piątek, miała tam zawieszone lusterko, a nad nim przyczepione nasze wspólne zdjęcie na taśmę klejącą.
   Boże, przestań o niej myśleć.
   Zaczęła coś do mnie mówić, ale słuchałem jednym uchem, gdy kątem dostrzegłem Kim, idącą korytarzem nadal ze słuchawkami na głowie. Już miałem odwrócić wzrok, gdy niespodziewanie pojawił się koło niej Morgan. Nie, on podbiegł do niej, szczerząc tę mordę tak bardzo, że wydawała się jeszcze szersza niż zwykle. 
   Czego ta szumowina od niej chciała? 
   Zacisnąłem ręce w pięści w kieszeniach dżinsówki, starając się opanować narastającą wewnątrz mnie złość. Dlaczego zawsze tak trudno mi to przychodziło?
   - I wtedy mówię do Suzy, że to torebka z Prady, ale ona upiera się przy swoim..
   Odepchnął lekko jej ramię i obydwoje się zaśmiali.
   - ..zarzuciła mi, że m o j a torebka nie jest oryginalna, rozumiesz? Co za nieporadna umysłowo..
   Pochylił się w jej stronę i wstrzymałem oddech. Mówił cicho, ale stali na tyle blisko mnie, że usłyszałem każde pojedyncze słowo, wyfruwające swobodnie z jego obleśnych ust. 
   - Pójdziesz ze mną na bal maturalny, Kim? 
   London przerwała swoją wypowiedź o torebkach i głupiej Suzy, gdy gwałtownie odwróciłem głowę w ich stronę. 
   - Tak!
   Poczułem, że tracę oddech. 
   Nie mogłem oddychać.
   Cholera, nie mogłem oddychać! 
   - Jack - powiedziała London, ciągnąc mnie za rękaw. - I wiesz co wtedy zrobiła Suzy?
   CO MNIE OBCHODZI JAKAŚ CHOLERNA SUZY?! Jak w tej chwili mogłem myśleć o Suzy, krytykującej torebki, gdy ten idiota Morgan łapał moją Kim za rękę?! I ściskał ją za palce! Te namiętne palce! 
   Myślałem, że zaraz wyjdę z siebie, podbiegnę do tego wariata i spuszczę mu taki łomot, że zapamięta mnie do końca życia. 
   - Jack, słuchasz mnie? 
   Nadal nie mogłem oddychać.
   Nie mogłem zmusić się do odwrócenia wzroku.
   Nie mogłem znieść tego, że szła z kimś na bal.
   Nie mogłem pojąć, dlaczego nie szła ze mną.
   Nie mogłem uwierzyć, że to właśnie Morganowi powiedziała "tak".
   Nie mogłem przestać na nią patrzeć. Odchodzącą w głąb korytarza w uścisku jego zapyziałej dłoni. Z włosami skaczącymi we wszystkie strony. Odwracającą się w moją stronę. Posyłającą to różnokolorowe, nieodgadnione spojrzenie.
   Nie mogłem przestać myśleć, że to mi powinna powiedzieć "tak". Nie jemu. Nie komukolwiek innemu!
   Tak bardzo chciałem ją pocałować.
   Podszedłem do okna ku zdziwieniu London i łapczywie nabrałem powietrza do ust. 
   Byłem okropnie, niewyobrażalnie zły.
   Nienawidziłem Morgana.
   I nienawidziłem być zły przy Kim. 
   Nienawidziłem tego piątku, który miał być zwyczajny, jak wszystkie!

   Kiedy dotarłem do domu, rodziców jeszcze nie było. W sumie nie robiło mi to żadnej różnicy - i tak ostatnio nie byli zbyt rozmowni. 
   W ramach zwrócenia na siebie uwagi rzuciłem buty byle gdzie na korytarzu i zostawiłem plecak na wycieraczce. Nie robiłem tego od tak dawna, że aż poczułem ulgę, gdy pozostawiłem za sobą ten bałagan. 
   Przebrałem się w wygodne ciuchy, umyłem włosy, czując, jakby ich żelowa idealność mnie obciążała i w kilka chwil znalazłem się znów w przedpokoju. Ominąłem plecak i ostrożnie otworzyłem zamek od drzwi.
   Jak zwykle o tej porze zająłem się krótką przebieżką, mającą na celu poprawić moją formę i przy okazji (sporadycznie) zrelaksować moje zmęczone ciało, przed czekającą nauką. Tego dnia nie zażyłem żadnego typu relaksu. W głowie ciągle miałem palce Kim i jej tajemnicze spojrzenie, gdy oddalała się u boku (zaraz się porzygam, przysięgam) Morgana. Na dodatek, gdy dobiegłem do furtki, ona stała centralnie po drugiej stronie i wgapiała się w ekran swojego pomazanego iPoda. Los chyba śmiał się ze mnie głośno w chwili, gdy zatrzymywałem się zdyszany po drugiej stronie płotu, zwracając na siebie jej uwagę. Bonusowo wyglądałem, jak jakiś spocony świstak, bo przecież jak mogło być inaczej (?!) 
   Przystanąłem w miejscu, opierając dłonie na kolanach i opuszczając głowę, by wyrównać puls i oddech, co było nie lada wyzwaniem pod bacznym okiem sąsiadki. Jedno spojrzenie w jej stronę i dostawałem palpitacji serca (wolałem nie ryzykować, zwłaszcza zaraz po biegu). Czułem, jak na mnie patrzyła i od samego tego przekonania, serce nie chciało mi się za nic uspokoić. 
   W końcu się wyprostowałem, gdy Kim zdjęła różowe słuchawki z głowy. Wcześniej planowałem nie podnosić się, póki sąsiadka nie opuści swojego podwórka. Jednakże nie uczyniła tego, a ja nie mogłem ciągle wykrzywiać pleców, bo po chwili już mnie to nieco zmęczyło. 
   Spojrzałem na nią szybko, ale intensywnie. 
   Cholera.
   Spojrzałem tak, jak spojrzeć nie chciałem. 
   Staliśmy obok siebie, oddzieleni  niskim płotem, w zupełnej ciszy. 
   Starałem się nie zwracać uwagi na jej włosy, rozwiewane przez wiatr. Ani na odkryte ramiona, gdy było dość zimno. Nawet na te palce sunące po małym ekraniku. Na biodro wysunięte w prawo znacznie bardziej niż drugie. Na kosmyk włosów odsunięty za jedno ucho. A przede wszystkim na usta. Te malutkie, słodkie, wiśniowe, podniecające..
   Zakaszlałem nerwowo, odwracając się do niej tyłem. 
   Nie mogłem się opanować. 
   Bo tak bardzo chciałem ją pocałować.
   Ale bardziej..
   - Więc idziesz na bal z Morganem? - zapytałem z ironią.
   Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, jak wielką wtopę zaliczyłem. Rany, czemu to przytrafia się właśnie mnie?
   Popatrzyła krzywo w moją stronę, a ja zagryzłem policzek od środka. 
   - Dokładnie - rzekła chłodno. 
    Kurde, kurde, kurde. Co za idiota. Dokładnie wiesz, jak zniszczyć doszczętnie atmosferę sześcioma słowami!
   Gdy pomyślałem, że gorzej już być nie może, nagle przypomniałem sobie o swoim śnie na matematyce (tak, o tym, zanim dostałem w łeb z dziennika).
   Morgan. Kim.
   Wziąłem głęboki oddech.
   Jej różnokolorowe spojrzenie skierowane..
   Wypuściłem gwałtownie powietrze z ust i prawie się zachłysnąłem. 
   Nie na mnie. 
   Miałem wtedy przemożną ochotę na nią popatrzeć, by sprawdzić, czy przypadkiem mnie nie obserwowała, ale nagle naszła mnie zwariowana myśl, która przyćmiła wszystko inne. Nawet ten cholerny sen.
   Kim. Morgan.
   Nie! Przestań się zamęczać, Jezu..
   London. Morgan. 
   Tak. Dalej, myśl!
   Rozmowa przy szafkach.
   Yhym..
   Jakaś zemsta na mnie, coś o drużynie.. och! no tak! (wcale nie był to pomysł tego posranego Murzyna, jasne, że nie)..
   Coś, że Kim przyćmiła mi.. nie, nie, nie, nie! odwrót!
   London się wściekła, jakaś Suzy.. nie, stop, to nie to.
   O Chryste, jestem beznadziejny!
   Może wróćmy do nienawistnego spojrzenia Kim skierowanego prosto na mnie. Tak chyba będzie.. hm.
   Kim..
   Kim.
   Kim!
   Kurde, K i m! 
   Wbiłem wzrok w domki naprzeciwko mnie, ale w rzeczywistości nawet ich nie widziałem. Skryte były za wielką, rozsypaną układanką w mojej głowie, która nagle zaczęła układać się w zrozumiałą całość. 
   Morgan zaprosił Kim na bal. Naprawdę ją zaprosił! Powtórzę: M o r g a n. Zaprosił kogoś innego niż London. Zaprosił Kim, co było częścią tego całego szafkowego planu pomiędzy nim a moją własną zasraną dziewczyną. 
   Pierwsza część niedługo zostanie zaliczona - ten idiota wystawi Kim i pójdzie zabawiać się z dziewczynami, których nie będzie musiał nawet prosić o wspólne pójście na bal. W ten sposób London dokona swojej zemsty za to, że Mądralińska namieszała mi w głowie (nie, nie, nie, nie! tylko ona tak myśli!). 
   - Przeszkadza ci to? - Usłyszałem nagle i aż drgnąłem ze zdziwienia. Czy przeszkadza mi co? Że lubię ją bardziej niż powinienem? Że.. Boże, Boże, zamknij się!
   Odwróciłem szybko głowę i pod swoim spojrzeniem napotkałem dumny uśmiech Kimberly. 
   Co za idiota.. Przecież chodzi jej o bal. Tylko o ten cholerny bal. Nie o ciebie. 
   Patrzyła na mnie, wyczekując rozpaczliwie odpowiedzi. Wiedziała, że brzmiała "tak", jednak ja nie byłem w stanie się do tego przekonać. 
   Co najgorsze, naprawdę wierzyła, że Morgan zaprosił ją z własnej woli. I że naprawdę chciał z nią iść na ten głupi bal!
   Zacisnąłem mocno szczękę, gdyż nie lubiłem się przy niej denerwować, a w jednej chwili poczułem, jak ciśnienie skacze mi do dwustu. 
   - Jasne, że nie - odpowiedziałem po chwili ciszy (błąd) i niezbyt przekonująco (drugi błąd), co tylko powiększyło jej zadowolenie (jestem beznadziejny!).
   Cholera.
   Nie mogłem uwierzyć, że to działo się naprawdę. I że Kim musiała być w to zamieszana! Jak mogli dostrzec, że trudno jest mi się przy niej opanować? Czyżbym był aż tak wylewny w emocjach?
   Jeszcze bardziej "cholera"!
   Nie, nie, nie. Jak to się mogło stać?
   - Muszę już lecieć - powiedziała, a na jej twarzy malował się niepokój. Tak nagle? Czy coś się stało? Zrobiłem coś nie tak? A może zapomniała, że ma pizzę w piekarniku? - Pa - Uniosła nieznacznie dłoń, jakby chciała mi pomachać, jednak zaraz się powstrzymała i nieco zdezorientowanym własną reakcją krokiem skierowała się do domu. 
   Zostałem sam na podwórku, po drugiej stronie niskiego płotka, wyglądający jak spocony świstak i z jedną myślą w głowie: Cholera po raz trzeci.

   Wieczorem nie zszedłem na cichą kolację z rodzicami pod pretekstem nauki. 
   Siedząc na łóżku, długo wpatrywałem się w okno, które kiedyś stanowiło dla mnie klucz do lepszego świata, oderwania od rzeczywistości. Łapałem mocno górną framugę okna, podciągałem się na niej i wdrapywałem ku celu po rynnie. Pokrywa dachu zawsze była śliska i obawiałem się chodzić po niej z lornetką w ręce. Ale bez lornetki mojego świata nie było. Podobnie jak bez dachu. Bo te dwa elementy prowadziły do klucza, otwierającego przede mną magię kosmosu.
   Pierwsze, co zawsze rzucało mi się w oczy, zanim jeszcze zdążyłem porządnie wspiąć się na dach, to kwiaty. Duże czy małe. Różnokolorowe czy jednolitej barwy. Z trzema płatkami czy ośmioma. Nie miało to znaczenia. Były tylko charakterystyczną ozdobą dla klucza, który sprawiał, że w jednej chwili stawałem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. 
   Jej uśmiech na mój widok o mało nie zrzucał mnie z rynny. Jeśli udało mi się utrzymać po pierwszej palpitacji serca, siadałem koło niej, zamartwiając się, czy aby nie byłem za blisko. Ale wtedy ona wyrywała mi lornetkę z rąk i ze śmiechem patrzyła w gwiazdy, próbując odnaleźć poszczególne konstelacje, choć nigdy jej się to nie udawało.  
   Gdy zdarzały mi się chwile zwane cudami, nasze palce zatrzymywały się w tym samym miejscu i dostawałem drugiej z kolei palpitacji. Trzecia następowała rzadko, tylko wtedy, gdy właścicielka kwiatów miała ochotę przyciągnąć mnie do siebie bez wcześniejszego zawiadomienia i zakopania w moich chuderlawych ramionach. Zawsze wkurzało mnie, że miałem tak chude ręce. Gdy oplatały ją a pasie, wyglądało to wręcz nienaturalnie. Jakby ktoś zarzucił na nią dwie cienkie liny. Ale ona nie zwracała na to uwagi. Po prostu trwała przy mnie i obserwowała niebo, mimo że wcale jej to tak nie fascynowało. Zawsze była przy mnie. 
   Pochyliłem się nad stolikiem nocnym i zgasiłem lampkę.
   Przez chwilę czułem ogromne wyrzuty sumienia, że tego wieczoru nie przerobiłem pięciu zadań, jak zwykłem robić, ale szybko oswoiłem się z tą myślą, gdy uświadomiłem sobie, że tę piątkę zadań zamieniłem na inną, zupełnie odmienną piątkę. Piątkę w jej szafce. I piątkę w dacie naszego urodzenia. 
   Przycisnąłem policzek do poduszki i zamknąłem oczy.
   Mogłem się tylko modlić, by grube blond włosy nie śniły mi się w nocy. 




   - JAAACK! 
   Gwałtownie obejrzałem się przez ramię i myślałem, że zaraz wrzasnę z zaskoczenia, gdy Jerry rzucił mi się na plecy swoimi sześćdziesięcioma siedmioma kilogramami. 
   - Chłopie! - wrzasnął mi do ucha, a ja mimowolnie się skrzywiłem. 
   Zrzuciłem go z siebie i posłałem mu najbardziej nienawistne spojrzenie, na jakie było mnie stać. 
   - Chłopie! - naśladowałem go, biorąc pod uwagę barwę głosu, która brzmiała, jakby Jerry codziennie przed śniadaniem palił marychę. - O mało szafka nie dała mi z liścia przez twoje wygłupy! 
   - Heej.. - zajęczał, rozkładając ręce w geście obronnym i odsuwając się ode mnie o krok. - Rozumiem, że musisz trochę przysiąść do nauki, ale, błagam, nie zamieniaj się w te kujony z pierwszych ławek, co jak Stoker postawi im czwórę, to dostają padaczki.
   Pokręciłem głową z niedowierzaniem i wyjąłem podręczniki z szafki.
   - Serio gadam, ziom - dodał poważnie.
   Nic mu nie odpowiedziałem. 
   Moje myśli zajmowało wtedy porównanie mnie do kujonów, z których sam zawsze się zaśmiewałem. To niemożliwe, abym teraz ich przypominał! Dobra, spędzam teraz więcej czasu przy lekcjach niż na mieście, ale to nie znaczy, że..
   - Ej - Jerry poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu. - Nie obrażaj się tak, no. Szukaj pozytywnych stron. Może teraz lepiej dogadasz się z Kim.
   Szybko policzyłem w głowie do dziesięciu, by nagle nie wybuchnąć. 
   Nie wiem, czy myślał, że nie zrozumiem aluzji, czy był aż tak głupi, by obrażać przy mnie Kimberly.. lub w ogóle, do cholery, o niej przy mnie wspominać!
   - Może tym razem ty udzielisz jej korków, co? - roześmiał się w jednej chwili, wypełniając swoim wkurzającym głosem cały korytarz i zwracając na nas uwagę większości obecnych. 
   Zacisnąłem mocno szczękę i spojrzałem w bok, chcąc uspokoić, szalejące już we mnie nerwy, gdy przed moimi oczami wyrosła sylwetka jedynej osoby bardziej wnerwiającej niż mój kumpel.
   Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałem się zatrzymać i podsłuchać czyjejś rozmowy. Aż do tamtej chwili uważałem, że konwersacje innych wcale nie są ciekawe. Tak, aż do tamtej chwili.
   Wstrzymałem oddech, by znów go nie stracić i skupiłem słuch na scenie z piekła rodem, rozgrywającej się tuż za moim ramieniem. Z braku siły woli skierowałem tam również wzrok, próbując dać sobie z liścia od wewnątrz. 
   Samo znajdowanie się w pobliżu tego posranego teatrzyku przyprawiało mnie o mdłości, ale bardziej dokuczał mi brak zrozumienia. Brak zrozumienia nagłej czułości u tego Murzyna (AAAAH! jak chętnie bym go zabił!) i brak zrozumienia tej cholernej dziewczyny, w której tak mocno się.. NO NIE!
   Nie mogłem tego znieść. Tego wszystkiego! Siebie, jej i jego!
   Jak ona mogła tak stać tam z nim i śmiać się z czegoś tak głośno i uroczo kilka kroków ode mnie? Jak mogła odgarniać te włosy za ucho, wiedząc, że cały czas patrzę? I nie odepchnąć go, gdy całował jej rumiany policzek? Na moich oczach!
   Zacząłem wariować i myślałem, że zaraz wybuchnę z napięcia. 
   Nie przywal w szafkę. Nie przywal w szafkę - powtarzałem sobie w nadziei, że to coś da. 
   - Ej, stary, czy on właśnie robi to, co ja myślę, że robi?! - zaskrzeczał Jerry. Nie przywal w szafkę. - Gorąco! Łuu! - Nie. przywal. w. tę. cholerną. szafkę. 
   Odwróciłem się za siebie z prędkością trzysta czterdzieści metrów na sekundę (cholerna prędkość dźwięku!), trzymając pięści w gotowości i cały się zagotowałem, gdy ujrzałem.. Gdzie oni poleźli?!
   Czułem, jak coś wwierca mi się w żołądek, ale wcale nie powoduje bólu, a nieobliczalną złość, chęć zrobienia komuś krzywdy, jak i smutek. Coś, co uświadamia w przegranej i każe walczyć za wszelką cenę, choć wie, że nic już zdziałać nie można. Nie, czekaj - oczywiście, że można. Zawsze można. Ale nie z pomocą dobra, a jedynie zła.
   Zazdrość. 
   Pożarła mnie całego w jednej, krótkiej sekundzie, bez żadnych popisów czy męki, bez wcześniejszego zawiadomienia, i nie chciała wypluć. Byłem zbyt smacznym kąskiem. Pozbawionym tego, czego rozpaczliwie pragnąłem. Tym, na co ona tak bardzo liczyła. 
   - Patrick się wyrobił, nie?
   Hę?
   - Niezła nawet ta laska.
   Co?
   Jerry odwrócił mnie w stronę rudowłosego, obściskującego się z jakąś cycatą brunetką na środku korytarza, przyciągając tym samym uwagę wszystkich zebranych, bez wyjątków. Nawet zdegustowanej Kim rozmawiającej z Grace w kącie. Bez Morgana.
   O mało nie zszedłem na zawał. 
   Emocje zaczęły opadać we mnie momentalnie. Wpatrywałem się w tę burzę blond włosów jak ostatni dureń i czułem się jak dwa ostatnie durnie. 
   Zamknąłem oczy zawstydzony. A zazdrość zamiast puścić mnie wolno, przeżuła mnie, połknęła i strawiła w kolejnej, krótkiej, najgorszej sekundzie mojego nastoletniego życia. W sekundzie, gdy zadzwonił dzwonek na lekcje, zwiastując matematykę z Kimberly Crawford.

   - Brewer, jestem szczerze zawiedziony twoim wynikiem - powiedział jak zwykle oschle pan Stoker. Myślałem, że zaraz go uderzę, chcąc w końcu wyładować swoją frustrację. Ale przecież nie mogłem tego zrobić! Ach! 
   Nauczyciel popatrzył na mnie ostro i gdy w klasie zaczęło robić się głośno z powodu licznych rozmów na temat ocen, nagle pochylił się w moją stronę tak, by nikt nie słyszał, jak szepcze:    
   - Wiem, że stać cię na więcej, Brewer.
   Może i bym się ucieszył z jego słów, których prawdopodobnie nie usłyszę już nigdy więcej, gdyby nie wielka czerwona dwója na moim przedostatnim teście z matmy.
   - Staaary - Jerry zerknął na moją kartkę z wielkimi jak spodki kosmitów z jego dziwnych komiksów oczami i zdenerwowany odwróciłem ją na drugą stronę. - Co jest z tobą nie tak? Zapomniałeś o stypendium?!
   - Jerry.. - zacząłem, patrząc przed siebie, by nie musieć oglądać jego wkurzającej, zatroskanej twarzy dobrego przyjaciela, gdy niespodziewanie pod swoim wzrokiem spotkałem najbardziej wybuchową mieszankę kolorów, jaką w życiu miałem okazję ujrzeć. 
   Orzechowy. Złoty. Blado zielony. Przeklęty różowy.
   Wszystkie zniknęły w ułamku sekundy. 
   Poczułem, jak się czerwienię i szybko popatrzyłem na Jerry'ego. 
   Ech.. miał to swoje spojrzenie, głośno krzyczące mi w twarz: "Przecież wiesz, że się o ciebie martwię! Okazałbyś mi trochę uczuć!". 
   Wolałem to niż patrzenie w.. inną stronę. Jerry wydawał się bezpieczniejszy, jeśli miałem być szczerzy ze samym sobą. A nie do końca chciałem być..
   - No co? - burknął, niecierpliwie uderzając palcami o stół.
   Przewróciłem oczami.
   Chociaż nie wyglądał już jak skomlący przy stole pies jednej z moich ciociobabci, którego jedynym celem życiowym było czatowanie na żarcie. 
   - Jack - przypomniał o sobie dobitnie.
   - Po prostu się odwal!
   Czy mi się zdawało czy w klasie zrobiło się nagle jakoś cicho?
   Przyłożyłem sobie z liścia od wewnątrz i zacisnąłem szczękę najmocniej, jak potrafiłem. 
   Wszyscy odwrócili się w moją stronę i mimo moich usilnych starań odsunięcia od twarzy jakichkolwiek emocji, poczułem, jak w policzki uderza mnie zażenowanie wraz z wbijającymi się w nią jak lasery dwudziestoma sześcioma spojrzeniami. W tym jednym najbardziej utwierdzającym mnie w fakcie, jaki ze mnie idiota. Okropnie okropny i idiotyczny idiota.
   - Brewer, zostaniesz tutaj na chwilę po lekcjach - odrzekł spokojnie pan Stoker i zwrócił się ku tablicy, zapisując temat, jakby sprawy nie było. Jakby te kilka słów miało opanować moje od dawna stargane nerwy. 
   Dwadzieścia pięć par oczu zajęło się lekcją. Tylko jedna z nich wpatrywała się we mnie przez jeszcze jedną, najbardziej żenującą sekundę mojego okropnego i idiotycznego życia. No dobra, to nie było jedyne spojrzenie - nie jestem z bajki Disneya. 
   Popatrzyłem nienawistne na Jerry'ego, właściciela drugiej pary oczu, a on skulił się na swoim miejscu i machinalnie pochylił głowę ku zeszytowi.
   Zamknąłem oczy, marszcząc nerwowo brwi.
   Dlaczego..
   - Brewer, nie śpij! - wrzasnął Stoker, uderzając ręką w moją ławkę, jakby dawał jej klapsa. 
   Wzdrygnąłem się, gdy odchodził. 
   Tym razem obserwowały mnie wszystkie pary oczu oprócz jednej (taak, teraz można to nazwać bajką), najbardziej kolorowej. 
   Może i czułem ulgę, że nie musiałem być świadkiem chwili, gdy te cudowne ślepia obserwowały mnie (i tak już kompletnie zdruzgotanego przez wstyd) z pogardą. Ale tak naprawdę pragnąłem, by na mnie patrzyła. By jej oczy nie mogły oderwać się od mojej czerwonej ze wstydu twarzy. I szczerze (tym razem naprawdę), przerażało mnie to najbardziej na świecie. 

   Uczniowie rozchodzili się mozolnie. 
   Gdybym był wtedy jednym z nich, zapewne również nie spieszyłoby mi się na kolejną lekcję, ale że chwilowo byłem przykuty do krzesła, czekając na rozmowę o moim zachowaniu ze Stokerem, czułem nieodparte obrzydzenie do ludzi, którym nigdzie się nie spieszyło. 
   Ostatnia wychodziła Kim, uprzednio urządzając sobie pogawędkę z nauczycielem. Ciągle się do niej uśmiechał i miał tak miły ton głosu, że aż kaleczył moje uszy. 
   Gdy w końcu ona wraz ze swoimi nieziemskimi włosami, oczami, palcami i wszystkim innym skierowała się do drzwi, uleciała ze mnie połowa napięcia i odetchnąłem cichutko z ulgą. Drugą połowę stresu zachowałem dla Stokera, choć nic nie napinało wszystkich moich mięśni bardziej niż bliskość Kimberly (czy ja właśnie się przyznałem? Boże..).
   - Jack - Usłyszałem i odruchowo podniosłem głowę.
   Gdy przed oczami stanęła mi silna, posiwiała postać Stokera, aż zaniemówiłem. 
   Jack? 
   Przesłyszałem się, czy on przed chwilą nazwał mnie po imieniu?
   - Chciałem z tobą poważnie o czymś porozmawiać - Jego ton głosu nie zmienił się od rozmowy z Kim i zacząłem się bać, że zaraz wybuchnie czy coś. Bo kim był ten łagodny człowiek, jak gdyby nigdy nic stojący przede mną? Na pewno nie tym samym nauczycielem, co pięć minut wcześniej. - Chodzi mi o twoje stypendium.
   Wielka gula utknęła mi w gardle i nawet nie byłem w stanie przełknąć śliny, by za chwilę móc się wysłowić. 
   Tylko nie to.. błagam.. 
   - Co myślą o tym twoi rodzice? - zapytał, a ja ze strachem czekałem, aż z jego ust w końcu padną kluczowe słowa. 
   Nadszedł czas obrony.
   - Są bardzo podekscytowani - zacząłem pewnie. - Cieszą się, że w końcu przykładam się do nauki i że nawet nie mam czasu na rozmowę z nimi i.. - ciągnąłem  entuzjastycznie i nagle się zaciąłem. Zupełnie jak jakaś zarysowana płyta, która w jednej chwili wykryła usterkę i uświadomiła sobie, że nie może dalej z nią współdziałać. - Oni..
   Spuściłem wzrok. 
   Czy naprawdę osobą, przed którą miałem się w końcu otworzyć, był mój nauczyciel matematyki? 
    Nie odzywał się, co było jednoznaczne z "Mów dalej". 
    - Oni tylko myślą, że ja nie mam dla nich czasu - powiedziałem, a płyta z rysą po lewej stronie mojej klatki piersiowej zaczęła powoli przewijać kolejne kawałki bez usterek. - Liczy się dla nich tylko stypendium, żebym wciąż robił zadania, zajmował się drużyną i po treningu jeszcze raz ćwiczył, a później znów robił zadania i się uczył, a gdy skończę, znowu się uczył i znowu i znowu i znowu..
   - Jack - przerwał mi, gdy zacisnąłem rękę w pięść. - A czego ty chcesz? 
   Spojrzałem mu prosto w oczy i zahuczało mi w głowie. 
   Czego ja chcę?
   - Zależy ci na stypendium tak bardzo, jak rodzicom? - ciągnął. - Swoją przyszłość chcesz związać właśnie ze sportem? Nie masz innych ambicji? Nie chciałbyś osiągnąć czegoś równie wspaniałego, jak stypendium, tylko..
   - Lubię kosmos - powiedziałem. Przerwałem mu. Ujawniłem się. Wyjawiłem prawdę. Zdjąłem maskę. Tymi dwoma nic nieznaczącymi dla świata słowami. 
   Z jego ust nie padło już żadne słowo, a jedynie one same wykrzywiły się w pokrzepiającym uśmiechu, który miałem okazję ujrzeć tylko ten jeden jedyny raz w życiu. 

   Był to przełomowy moment w moim życiu licealnym. Tak, nie pierwszy.  
   Raz dałem złapać się w sidła popularności, piłki nożnej bez pasji i pustych ludzi bez planu na przyszłość (którzy w sumie i tak mieli wszystko gdzieś, bo pieniędzy im nie brakowało). 
   Zaś drugi raz okazał się nieco lepszy. Po ciężkiej harówce w celu zdobycia stypendium.. zacząłem pracować jeszcze ciężkiej. I to nie sam, a z pomocą dotychczas znienawidzonego przeze mnie nauczyciela matematyki, który wbrew wszelkim pozorom okazał się być wartościowym człowiekiem. Mogłem zawdzięczać mu wszystko, ale któregoś dnia ustaliliśmy, że nie będę tego robił. W tym przypadku miałem oficjalne pozwolenie na bycie parszywym egoistą. 
   Ze Stokerem dużo mówiliśmy o astronomii. Między innymi dogadałem się z nauczycielką od fizyki, że jeśli zaliczę wcześniej oblane testy, postawi mi piątkę na koniec. Szukaliśmy również szkół astronomicznych, które na dziewięćdziesiąt dziewięć procent miały szansę mnie przyjąć. Przerabialiśmy roczny materiał z matematyki, z której maksymalnie mogłem mieć czwórkę (musieliśmy działać zgodnie z przepisami.. niestety). Oprócz tego, po zrobieniu z mojego mózgu liczbowej papki, Stoker wyganiał mnie na treningi drużyny, bo, jak się niedługo okazało, trzymał on w tajemnicy klucz do mojej przyszłości.
   Szkoła astronomiczna, w której ogromną wagę przywiązywało się do wszelkich drużyn sportowych. 
   I - tak! Stypendium zapewniało mi bezproblemowe dostanie się do niej!
   Jednogłośnie stwierdzam: skoro można połączyć kosmos i piłkę, to wszystko jest możliwe. A zwłaszcza obliczenie prędkości z jaką piłka wpadnie do księżycowej bramki. 
   Co mogę powiedzieć o moich rodzicach? Śniadania nie były już tak ciche, a schodzenie na kolację znów stało się codziennością. Obydwoje często bywali cisi. Myślę, że nie z powodu mojej nauki, a raczej zaskoczenia, oszołomienia, dumy. Czy spodziewali się takiego obrotu sytuacji i wieczornego telefonu od Stokera? (Tak, to zdecydowanie była duma.)
   Czułem, jak u ramion wyrastają mi skrzydła i z każdym dniem unoszą mnie coraz wyżej ponad hierarchię pustych dupków z popularnej drużyny sportowej. I pomyśleć, że to dzięki temu głupiemu Stokerowi.. znaczy dzięki mnie.. ech. 
   



   Później wszystko było jak sen. Taki, który pamiętasz zaraz po przebudzeniu, a gdy już umyjesz zęby, potrafisz odnaleźć tylko jego puentę. 
   Zaczęło się od tego, że mama kupiła mi piękny krawat, który (jakby że inaczej) miałem założyć w dzień egzaminów. No dobra.. był piękny tylko według niej. 
   - Kropki są teraz modne, o co ci chodzi, wielkoludzie?
   Zdołowany przewróciłem oczami i popatrzyłem na tatę znacząco, ale on udawał, że wcale nas nie słucha. W sprawie sprzeciwu swojej żonie nigdy ze mną nie współpracował (zapewne właśnie dlatego później to ja musiałam nosić krawaty w kropki). 
   - One są różowe - podkreśliłem, unosząc wysoko brwi.
   Mama mlasnęła czerwonymi od szminki ustami. Miałem tylko nadzieję, że w jej zamiarach nie znajdowało się wycałowanie mnie tymi krwistymi wargami. Nie zmyłbym tego ustrojstwa z twarzy do egzaminów, a może nawet i już po. 
   - Nie pyskuj! - Dlaczego za każdym razem, gdy rodzicowi brak ciętej riposty, musi rzucać ten przereklamowany tekst? - Chyba znam się na modzie lepiej niż ty!
   Zerknąłem na swój krawat. 
   Nie byłbym tego taki pewien.
   Spojrzałem błagalnie na tatę. 
   - Słuchaj się mamy - powiedział tylko i ze złowieszczym uśmieszkiem sięgnął po gazetę. 
   Muszę bardziej poćwiczyć nad moim spojrzeniem "Nie rób mi tego, błagam!". 
   Tak więc udałem się na egzaminy w granatowym krawacie w różowe kropki, próbując nie skupiać na tym uwagi wcale, a nawet w ogóle. Jedynym plusem mojego wyglądu było to, że na szczęście zdążyłem uciec, zanim mama wciągnęła mi koszulę w dżinsy i założyła marynarkę. Nie wyobrażałem sobie siedzieć tak do końca dnia, wyglądając jak idiota i do tego czując się tak sztywno niewygodnie, jak jakiś rasowy kujon z pierwszej ławki. Do tej pory pamiętam, jak na Święcie Niepodległości próbowałem zgnieść idealnie postawiony kołnierz, który niesamowicie wrzynał mi się w szyję i nie dawał oddychać. 
   Jednak przejdźmy to części drugiej mojego snu na jawie, która rozpoczęła się wraz z moim zajęciem miejsca za drewnianą, skrzypiącą ławką. (Zabawne, jak szybko ubiór przestał mnie interesować.)
   Czas ulatywał, gnał przed siebie niczym Usain Bolt. Śmiał się ze mnie w żywe oczy, gdy mknąłem długopisem po arkuszach w pocie czoła. 
   Myślałem, że zedrę materiał spodni od ciągłego pocierania o nie, pocącymi się dłońmi. 
   Pisałem niezbyt starannie, gdyż trudno było mi utrzymać długopis w drżącej ręce. 
   Przez jedną chwilę miałem nawet wrażenie, że zaraz zemdleję, gdy po raz trzeci głowiłem się nad zadaniem i nie potrafiłem znaleźć rozwiązania. 
   Skończyłem jako jeden z ostatnich i gdy wyszedłem na korytarz pełen rozmawiających głośno uczniów, nie mogłem opanować drgawek całego ciała. Nie chciałem z nikim pogadać, podzielić się wynikami, ani zdradzić, jak bardzo byłem zdenerwowany. Jak najszybciej udałem się do domu, prawie biegłem i modliłem się, by nikogo nie spotkać. Gdy trafiłem do swojego pokoju, chodziłem w kółko i w kółko, próbując w końcu się opanować. Rodzice wrócili z pracy, a ja nadal nie potrafiłem zebrać się w kupę. Prawie nie tknąłem obiadu. Dopiero późno w nocy zacząłem odlatywać, wykończony stresem na kolanach mamy, z jej palcami w moich włosach, podczas trwania jednej z jej ulubionych komedii romantycznych. Tata spał na fotelu obok nas już od rozpoczęcia filmu i miał gdzieś, że wielkimi krokami dochodziłem do puenty mojego snu, nie mogąc się w żaden sposób zatrzymać. 
   Powieki opadały mi mozolnie na oczy, gdy mama rozluźniała nadal towarzyszący mi krawat na mojej szyi. Ucałowała moją skroń i poczułem, jakbym zatapiał się w jakiejś spokojnej, miękkiej chmurze, gdy tak naprawdę na moje ciało opadł koc. 
   Stres upłynął ze mnie, jakby ktoś wyssał go słomką, pijąc wiśniowego szejka. 
   Byłem tak zmęczony, że samo o tym myślenie skłaniało mnie jedynie do zamknięcia oczu. 
   W końcu, zdenerwowany na siebie, ale przyjemnie rozluźniony w objęciach mamy,  zasnąłem wraz ze sceną na ekranie, gdy panna młoda dostaje czekoladowym tortem w twarz.
   Jaka jest więc puenta? 
   Chętnie wypiłbym szejk wiśniowy..




   - JAAAACK!
   Ciężkie kroki zbliżały się do mnie szybkim tempem. Słyszałem je za swoimi plecami i zaczęły przechodzić mnie ciarki na myśl o tym, co zaraz miało je spotkać. 
   - JACK! - Skrzek Jerry'ego ogłuszył moje prawe ucho, i gdy chłopak na mnie wskoczył, mogłem przysiąc, że przynajmniej połowa osób na korytarzu usłyszała, jak kości chrupią mi pod jego ciężarem. 
   - JUŻ PO EGZAMINAAACH!!! - wydarł się ponownie. - ŁUU!!!
   Jęknąłem, gdy próbował zejść ze mnie, próbując nie zrobić mi przy tym krzywdy i przytuliłem się twarzą do zimnej, metalowej szafki. 
   - Jack, słyszysz?! - krzyknął, mniej entuzjastycznie niż przedtem, bo zapewne zdążył już popisać się przed całą szkołą, zanim do mnie trafił i limit jego szaleństwa wyczerpał się wraz ze złamaniem mi kręgosłupa. 
   Posłałem mu wściekłe spojrzenie, gdy poczochrał mnie po włosach, jak zwykł robić, gdy mieliśmy po pięć lat. 
   - Staaary, chyba za dużo żelu.. - wymamrotał, wycierając ręce o spodnie. 
   Spoko, już go tam nie ma, właśnie cały starłeś. 
   - No, i co tam? - spytał, przywołując swój firmowy uśmiech na twarz, jakby gdyby właśnie nie pokiereszował mi połowy kości. - Jak ci poszło?
   Westchnąłem, kierując się do łazienki, by poprawić włosy, zanim inni zauważą, że wyglądam jak idiota, a Jerry ruszył w krok za mną.
   - Nie gadam o tym.
   - Co? Czemu? - zdziwił się, podskakując na jednej nodze jak dziecko. - Nie martw się, mi poszło gorzej - zapewnił od razu i wyszczerzył zęby, rozkładając ręce na boki i przy tym uderzając jakąś dziewczynę. - U, sorki, mała. 
   Przewróciłem oczami, ale w sumie poprawiło mi to nastrój. Mimo wszystko uwielbiałem poczucie humoru Jerry'ego i jego wariacki styl bycia. Nawet jeśli łączyło się to z poturbowaniem wszystkich wkoło i nie przejęciem się tym nawet odrobinkę. 
   Sięgnąłem do klamki od drzwi z niebieską naklejką chłopca, gdy nagle poczułem przeszywający ból tuż nad łokciem i obraz przed moimi oczami diametralnie się zmienił. 
   Jerry machinalnie poszedł w moje ślady. Ślady nadane przez London Parrish, wbijającą długie paznokcie w moją biedną rękę i zerkającą na mnie z ukosa zmrużonymi oczami.
   Czy ona się o coś na mnie wściekała? No nie.
   Ustawiła mnie przy ścianie na środku korytarza, wspięła na palcach i wpiła w moje usta na ułamek sekundy, następnie rozglądając się wkoło, by sprawdzić, czy wszyscy widzieli.
   Jerry przewrócił oczami, wkładając ręce do kieszeni i nagle wzdrygnął się nieznacznie, gdy London zaczęła krzyczeć, celując we mnie oskarżycielsko palcem:
   - Gdzie ty wczoraj byłeś, gdy ja skończyłam egzaminy?! Miałeś na mnie czekać i wesprzeć mnie przed wszystkimi! Co ty niby robiłeś?! - Rozejrzała się i rejestrując, że każdy może ją usłyszeć, ściszyła głos. - Żałuję, że nie mogę zerwać z tobą już teraz - Zacisnąłem mocno szczękę. Nie tylko ty. 
   Odsunęła się ode mnie, zarzuciła włosami i zerknęła na swoje paznokcie (o, serio?! nie zdarła ich sobie, wymachując mi palcem przed twarzą!).
   Jerry stał obok z otwartą buzią.
   - Tak w ogóle - O, jeszcze nie skończyłaś? - to co ty masz na głowie? - prychnęła. - Wyglądasz jak..
   - Zrozumiałem. 
   Może mój głos zabrzmiał trochę zbyt agresywnie, a może tylko mi się tak wydawało. Bynajmniej London i tak jedynie się zaśmiała, machając już do swoich dwóch przyjaciółek, nadchodzących z lewej. 
   Zerknąłem na Jerry'ego, ale on patrzył już w inną stronę. Miał lekko zaniepokojoną minę. 
   Powędrowałam oczami za jego wzrokiem i..
   - Właśnie gadałam z kotkiem o egzaminach.. - London szarpnęła mnie za ramię, pokazując dwóm dziewczynom, jaki ze mnie okaz (czy tam "kotek"). - Poszło mu.. - zacięła się i wbiła mi paznokieć w rękę. Znowu. 
  Uważaj, bo jeszcze zedrzesz sobie lakier. 
   - Dobrze - dokończyłem i posłałem dwójce miły uśmiech, a one zarechotały jak idiotki. 
   Jerry nadal wpatrywał się w coś za swoimi plecami, nienaturalnie wyciągając szyję. Czyżby nie chciał, aby na tym podglądaniu go przyłapano?
   Wykorzystałem chwilę nieuwagi London i odwróciłem głowę pod pretekstem podrapania się po łopatce..
   Jerry wstrzymał oddech. 
   Moje ciało ogarnął szok (i jeszcze ta nutka gniewu, która nawiedzała mnie za każdym, gdy patrzyłem w stronę brzydoty całego świata skumulowanej w jednej osobie). 
   Opuściłem rękę, pozwalając widzieć wszystko swojej dziewczynie, śmiejącej się z czegoś z koleżankami i wbiłem z napięciem wzrok w Morgana, ściskającego nadgarstek Kim. 
   Poruszył mnie wyraz jej twarzy. Zacięty. Pewny siebie. Mimo to skrywający przerażenie. 
   Nie było opcji, by o n tego nie widział i na pewno sprawiało mu to tyle satysfakcji, że mógłbym go skopać na miejscu. 
   - Nie mogę z tobą pójść, słyszysz? - powiedziała dobitnie, próbując wyrwać się z jego uścisku. 
   London poruszyła się niespokojnie, opowiadając coś namiętnie swoim towarzyszkom. 
   Serce biło mi jak oszalałe. 
   Gdzie nie możesz z nim pójść? Powiedz tylko jedno słowo. 
   - Ben, puść mnie - poprosiła. 
   Udawał, że był na nią zły. Udawał. Widziałem to w jego zapyziałej, czarnej twarzy. Miał to wypisane na czole jaskrawymi literami. Nabijał się z niej w żywe oczy, a ona naprawdę się przestraszyła. 
   Co za dureń. 
   - Pójdziesz ze mną na ten bal, czy tego chcesz, czy nie. 
   Na polu widoku pojawiła się Grace z paroma innymi dziewczynami. Spojrzała nagle roztrzęsiona na scenę, rozgrywającą się po cichu w kącie korytarza, przy szafce jej przyjaciółki. Przeniosła swoje ciemne oczy na Jerry'ego, którego to jedno spojrzenie przekonało, by zacisnąć ręce w pięści i przygotować się do ataku. 
   Miałem zostawić wszystko jemu. Chciałem, by w końcu mógł się wykazać, zrobić wrażenie na dziewczynie, która podobała mu się od zawsze, choć serce wyrywało mi się z piersi. Ale wtedy Grace posłała mi jedno ze swoich długich, nieugiętych spojrzeń, którymi zawsze potrafiła zabrać mi cukierki w dzieciństwie. I już wiedziałem. Wiedziałem, że nie było dla mnie odwrotu. 
   Wyszarpnąłem się z objęć zaskoczonej London, minąłem Jerry'ego z bordowymi policzkami i rozprostowałem palce, zaraz chowając je w dłoni, by uformować z nich pięść. 
   Kim wyślizgnęła nadgarstek z mocnego uścisku Morgana, myśląc, że już po wszystkim. 
   Przez chwilę też tak myślałem i szykowałem już sobie to lepsze wymówki na temat mojej dziwacznej reakcji, gdy nagle przed oczami zatańczyła mi czarna dłoń, pozostawiając za sobą tylko ciemną smugę na moich soczewkach i pchnęła malutką postać przed sobą na szafki.
   Grace wrzasnęła, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych na korytarzu. 
   Bez namysłu rzuciłem się biegiem w stronę, opadających coraz szybciej grubych blond włosów; rozpaczliwie zbliżających się z zawrotnym tempem do metalu szafek.
   Nie liczyłem się wtedy ja. Rodzice. Egzaminy. Stypendium. Szkoła astronomiczna. Przyszłość. Żadne konsekwencje. 
   Tylko o n a. Moja jedyna gwiazda, moje Słońce. Z każdą jedną chwilą coraz bardziej się oddalające.
   Pochyliłem się. Rozluźniłem pięść. Wyciągnąłem palce najdalej, jak potrafiłem. 
   Różnokolorowe barwy uderzyły w moje oczy. Przerażone. Wołające o pomoc. Moją pomoc. Tak, tylko moją.
   Wpuściłem do siebie bezbronny, niewinny kolor różowy. Wymieszał się z brązem moich tęczówek, tworząc nierozerwalną więź między naszymi skrzyżowanymi spojrzeniami, ciągnącymi do siebie jak różnoimienne magnesy.
   Nie mogłem jej zostawić. Nie mogłem puścić jej wolno. Nie mogłem jej zawieść. 
   Już raz to zrobiłem. 
   Ale drugiego razu nie będzie. 
   Złapałem sztywno za jej chudą rękę i pociągnąłem energicznie w swoją stronę.
   Poderwała się do góry, stabilizując swoje położenie na ziemi. Centymetry od metalu. Gdy uderzyła policzkiem w moją klatkę piersiową, odetchnąłem z ulgą, ale jej pełnię odniosłem dopiero, gdy odwróciłem się za siebie, znów schowałem palce w dłoń i [tym razem] z przydatną prędkością światła trafiłem prosto w wielki, czarny nos przede mną. 
   Ciemnoczerwony płyn trysnął wszędzie. 
   Na ziemię upadła właściwa osoba. 




   Miałem być silny. Miałem dać z siebie wszystko. Miałem uszczęśliwić siebie i rodziców. Miałem spełniać marzenia. Miałem w końcu udowodnić całemu światu, że jestem na nim w jakimś konkretnym celu. Miałem zdobyć stypendium i dostać się na uczelnię astronomiczną. 
   Miałem wreszcie przyznać się przed samym sobą, jak bardzo ją kocham. 
   Jednak nie przypuszczałem, że moja barwa, barwa różowa, której zawsze tak rozpaczliwie poszukiwałem pośród innych, mogła zaprzepaścić to wszystko, czego miałem dokonać. 
   Trzęsłem się na fotelu przed biurkiem dyrektora. 
   Srebrna plakietka z wygrawerowanym nazwiskiem "Smith" łypała na mnie złowieszczo z naprzeciwka. 
   Prawa ręka wydawała się nie należeć do mojego ciała - zbielała, czerwono-fioletowa na knykciach, zamazana szkarłatną cieczą. Pulsująca bólem, strachem i nienawiścią.
   Zamknąłem oczy, skupiając się tylko na niej. 
   Nie chciałem nic słyszeć. 
   - Jack - Stoker położył mi dłoń na ramieniu.
   Nie chciałem tego słyszeć.
   Potrząsnął mną lekko.
   Nie! Nie chciałem!
   - Jack, porozmawiajmy..
   NIE! Proszę! Nie chcę! Nie chcę tego słyszeć! Zostawcie mnie w spokoju! Proszę!
   - Nie będę marnował na to czasu - Smith podrapał się po łysinie i otworzył moje szkolne papiery. - Wyniki miałem ogłosić jutro, ale egzaminy poszły ci bardzo dobrze, punktacja idealnie wpasowała się w wymagania uczelni..
   Błagam, nie chcę.
   - Matematyka, fizyka - zaliczone. Wszytko jest na swoim miejscu - Jego głos brzmiał beznamiętnie, kalecząc moje uszy jeszcze bardziej niż znaczenie wypowiadanych słów. - Stypendium gwarantowane. 
   Zacisnąłem mocno powieki, chcąc magicznie wyłączyć sobie słuch na te kilka sekund. 
   Dlaczego ręka nie mogła boleć mnie bardziej? Dlaczego nie mogłem akurat wtedy zemdleć albo nagle zacząć krwawić tak szybko, jak moje serce?
   - Niestety, zachowanie również jest istotne - Proszę.. Zacisnąłem mocniej powieki. Czerwone plamki zatańczyły mi złośliwie przed oczami. - Z tego co widzę.. brak konkursów, dwie sprzeczki z innymi uczniami od początku pierwszej klasy.. za to aktywny udział w drużynie piłkarskiej.. - Proszę, przestań.. - Jak dla nich, jest idealnie. 
   Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie.
   - Jack.
   Błagam.
   - Czy ten nos naprawdę był tego wart?
   Nie o nosie mowa.
   Nie o n i m mowa.
   Ty nic nie wiesz. Nie masz pojęcia. 
   - Wiesz, że nie mogę tego tak zostawić, musisz ponieść konsekwencje - Nie mów tego. - Przykro mi, ale twoja postawa zaprzepaściła..
   Zerwałem się z fotela jak oparzony.
   - Brewer! - zawołał Stoker, zupełnie jak kiedyś, gdy jeszcze nie mógł na mnie patrzeć; tym samym złym, ale jak bardzo zawiedzionym głosem, który zawsze wybudzał mnie z drzemki. 
   Nie mogę. Przepraszam.
   Wybiegłem z gabinetu, trzaskając drzwiami i na skraju własnych nerwów, rozszarpywany przez nie jak upolowane zwierzę przez wilki, wpadłem właśnie na nią.
   Akurat teraz. W chwili, gdy wszystko mi się sypało, przelatując przez palce, niczym piasek. 
   Wczepiła paznokcie w mój rękaw. 
   Róż w jej mokrych oczach wyśmiał mnie, gdy tylko zdążyłem się nim zauroczyć. 
   Chciał ponownie ujrzeć mój brąz, znów do mnie dotrzeć, choć na chwilę poczuć tę więź. 
   Odwróciłem wzrok, wyrwałem się z objęć jej chudych palców i ruszyłem przed siebie, zaciskając obolałą rękę, aż przybrała bordowy kolor, by czuć tylko ten omamiający ból i nic więcej. 
   Zawiodłem siebie. Zawiodłem rodziców. Zawiodłem Stokera. Zawiodłem swoje oczekiwania. Zawiodłem swoją przyszłość. 
   Zawiodłem to wszystko, tylko nie ją. 

   Szedłem do domu niecierpliwie. Miałem wrażenie, że z każdym jednym krokiem coraz bardziej się od niego oddalałem, gdy tak naprawdę byłem coraz bliżej. 
   Oddychałem z trudem, skupiając się na tym, aby w końcu nie stanąć w miejscu i wrzasnąć na cały świat.
   Słyszałem jej energiczne kroki za sobą. Śledziła mnie, próbując dorównać mi tempa na swoich krótkich, drobnych nóżkach. (Dobra, trudno powiedzieć, że śledził mnie ktoś, kto mieszka zaledwie płot ode mnie, ale w tym przypadku byłem pewien, że na pewno nie spieszyło jej się tak do domu.)
   Zdenerwowany umyślnie zacząłem stawiać większe kroki. 
   Nie mogłem znieść ani chwili dłużej w jej towarzystwie, ciągle ją obwiniając, a mimo to wciąż chcąc ją pocałować. 
   Nie mogła po prostu choć na chwilę dać mi spokoju i przestać zaciskać palce na furtce od mojego domu?
   - Jack - powiedziała dobitnie, gdy chwyciłem za klamkę od drzwi. - Poczekaj chwilę, musimy porozmawiać.
   Zacisnąłem rękę w pięść, by zdusić w sobie chęć odwrócenia się do niej. 
  - JACK! - krzyknęła, zatrzaskując za sobą furtkę i wkraczając na moje podwórko.
   Czaszka prawie pękła mi na pół, gdy przycisnąłem mocno do siebie górne i dolne zęby.
   - Nie bądź dupkiem i spójrz na mnie! - krzyknęła. (Mogłem założyć się o wszystko, że zmarszczyła wtedy śmiesznie nos ze złości.) 
   Ze stresu, a może z braku kontroli nad sytuacją boleśnie napiąłem wszystkie swoje mięśnie. 
   Nie chciałem doprowadzić do nieuniknionego. Próbowałem przemówić sobie do rozsądku, dać umysłowi na chwilkę przejąć nade mną kontrolę, uspokoić samego siebie, własne ciało. Ale skoro nie zamierzałem słuchać nawet siebie, to jak chciałem cokolwiek zdziałać?
   - Jack! - Była coraz bliżej. 
   Czułem, jak narastają we mnie emocje, zwłaszcza te złe. Zaczęły rozpierać mnie od wewnątrz, chcąc wydostać się na światło dzienne za wszelką cenę. Nieważne jakie straty by poniosły. Gniew, rozgoryczenie, nieodstępująca mnie na krok zazdrość. W każdej chwili napędzały niekontrolowanie moje ciało i coraz bardziej obawiałem się, że mogłem zrobić coś głupiego. Coś, czego mogłem żałować do końca życia. Żałować słów. Żałować czynów. Żałować spojrzeń. Żałować ściągniętych brwi. Żałować nadwyrężonych strun głosowych. Żałować widoku zmarszczonego ze złości nosa. Żałować, że jej nie zawiodłem. 
   Jej słowa uderzyły w targające mną trzy niezniszczalne emocje niczym tsunami:
   - Głuchy jesteś, Obślizgły..
   Trzy słowa do pary.
   Nawet nie dałem jej dokończyć. Nie dałem jej się odezwać, dojść do sedna tego dziecinnego nawoływania mnie, gdy stałem tuż obok. Po prostu dałem upust temu wszystkiemu, pozwalając uderzyć ją, nie mnie. 
   Tak bardzo żałowałem. 
   Dlaczego nie pozwoliłem upaść jej na te szafki? Dlaczego nie dałem jej ręce poczuć bólu? Dlaczego nie zostawiłem tego Jerry'emu albo jej samej? Dlaczego znowu musiałem się wtrącać? Dlaczego nie mogłem przestać się tym przejmować? Dlaczego nie przestawałem o niej myśleć? Dlaczego nie dałem jej ponownie odejść? 
   - Nie rób tego - powiedziała cicho, gdy wdychałem ciężko powietrze po wcześniejszym zalaniu ją przez tsunami. 
   Wszystko wkoło uschło. 
   - Nie zostawiaj mnie znów w tyle. 
   Poczułem, jak pęka mi serce. Albo chociaż tworzy się na nim głęboka rysa, próbująca złamać mnie od wewnątrz. 
   Nie miałem pojęcia, co zrobić. Z n i ą. Z samym sobą. 
   - Idź stąd - nakazałem ostro. Musiałem zostać sam. W końcu wszystko przemyśleć. Musiała dać mi chwilę. Dać cenny czas. 
   Róż jej oczu przeszył mnie na wskroś. 
   - Proszę - wyszeptałem wreszcie. 
   Odeszła ze skaczącymi na słońcu grubymi blond włosami. 
   Pociągnąłem za klamkę i dałem ulotnić się jednej z emocji.
   Smutek, rozgoryczenie uchodziło ze mnie za drewnianymi drzwiami i w głowie miałem tylko ją. 
   Zostały jeszcze dwie.
   Gniew.
   Zazdrość. 
   Dwie łączące się na moje równie niezniszczalne UKC. 

   
   - Mamo, ja.. Boże.. chodzi o to, że.. niee.. - jęknąłem.
   Czułem się jak ostatni dupek, musząc powiedzieć rodzicom o tym, czego sam nie chciałem usłyszeć. Bałem się tych słów, wypływających z czyichś ust. Więc jak miałem wykrzesać je z własnego wnętrza?
   Moje myśli ogarnął istny mętlik. Nie mogłem skupić się na niczym dłużej niż dwie sekundy. Męczył mnie okropny ucisk w klatce piersiowej. I ssało mnie w brzuchu ze zdenerwowania. 
   - Wielkoludzie, co się takiego stało, że masz tak kwaśną minę? - zażartowała mama, pichcąc coś w garnku (zapewne kolejną porcję warzyw, wspomagających mój umęczony umysł swoimi wartościowymi witaminami). 
   Pokręciłem głową.
   Tata wyjrzał na mnie zza gazety. 
   - Nie mam kwaśnej miny - zaprzeczyłem, choć była to nieprawda. - Jestem zmęczony - wytłumaczyłem po chwili. To jednak po części była prawda. Byłem wykończony własnymi przemyśleniami, uczuciami, emocjami. Zjadały mnie od środka, wybijając za mnie szkodliwe chochliki, za którymi od jakiegoś czasu nawet zacząłem tęsknić. Nie towarzyszyły mi od..
   - Teraz piszą tylko o college'ach - poskarżył się tata na swoje czasopismo.
   Mama zakręciła drewnianą łyżką w garnku.
   - Nie dziw się im, chcą zachęcić dzieciaki, żeby wybrały właśnie ich - odparła spokojnie naturalnym dla niej skrzeczącym głosem. - albo żeby w ogóle poszły do collegu i kontynuowały naukę, jak nasz maluch - Najpierw, że wielki, teraz, że mały. Na pewno zwróciłbym jej na to uwagę, gdyby wielka gula nie zatykała mi gardła i gdybym nie czuł się, jakbym miał jelitówkę.
   Skręciło mnie w żołądku i przełknąłem głośno ślinę. 
   - Ale ja nigdzie nie idę. 
   Przez chwilę zastanawiałem się. czy to zdanie wypłynęło ode mnie czy może była to tylko moja wyobraźnia, która pokazywała mi, jak idiotycznie by to zabrzmiało, gdybym rzeczywiście wypowiedział te pięć słów.
   - Słucham? - zdziwiła się mama, a łyżka prawie w całości wpadła jej do naczynia. - O czym ty mówisz? 
   A jednak. 
   Czy ja naprawdę to powiedziałem?
   Idiota!
   - Bo ja..
   Tata odłożył gazetę na stół powolnym ruchem.
   Zastanawiałem się, co nastąpi po moich następnych słowach:
   - Nie dostanę stypendium.
   I chyba nie było mi dane się dowiedzieć, bo gdy tylko usłyszałem, jak z moich padają właśnie te słowa, poczułem, jakby ktoś przekrajał moją klatkę piersiową czymś ostrym, chcąc dostać się do głównego narzędzia. Serce zabiło mi trzykrotnie szybciej ze strachu. I uciekłem. 
   Zamknąłem się na górze w swoim pokoju i pocierając energicznie dłońmi o dżinsy, próbowałem wyrównać oddech (lub w ogóle oddychać). Skryłem się w kącie między biurkiem a ścianą, dzielącą mój pokój od pokoju Kim. Zacisnąłem mocno powieki, nie pozwalając łzom wypłynąć na policzki. 




   Rodzice dowiedzieli się o wszystkim od dyrektora zaraz po tym, jak zniknąłem im tchórzowsko z oczu. Nadal próbowali jakoś to wszystko odkręcić. I przede wszystkim nie byli pewni, czy powinni być na mnie źli, bo zaprzepaściłem swoją ciężką pracę, która pochłonęła całe moje życie licealne, czy pochwalić mnie za obronę koleżanki. I to nie byle jakiej, a idealnej Kimberly Crawford. Tej głupiej, niesamowitej Mądralińskiej, stojącej do mnie plecami i próbującej odczytać godzinę przez swoje ogromne szkła.
   - Ósma zero sześć - wyręczyłem ją, stawiając plecak na ławce, która była od niej oddalona tak, że by ją zobaczyć musiała dwa razy złamać sobie kark - na dotarcie i na powrót. 
   Wyjąłem długopis z plecaka i rzuciłem go byle gdzie na ławce, tym samym zapewniając klasie frekwencję 2/28
   Dokładnie.
   Miałem tkwić w jednym pomieszczeniu z dziewczyną, która powodowała u mnie wielki powrót chochlików i z facetem, który chętnie zdzieliłby mnie na miejscu.
  I "tak". Siedziałem w szkole z tymi dwoma nierozgryzionymi jeszcze przez ludzkość osobnikami w dzień balu maturalnego. 
   Stoker posłał mi gniewne spojrzenie, gdy rzucał kartkę z zadaniami na najbliższe dwie godziny na moją ławkę.
   Gdy się odwrócił, wytknąłem na niego język (na szczęście podążał już zadowolonym krokiem w stronę Kim i nie było najmniejszej szansy, by mnie zauważył - brawo ja!).
   Ale mój triumf nie potrwał długo, gdyż parę chwil później sam miałem ochotę dać sobie porządnie liścia. 
   Nie mogłem się powstrzymać. 
   Naprawdę nie mogłem. 
   Popatrzyłem krótko, intensywnie, wstydliwie na świecące włosy Kim i zaraz spuściłem wzrok. 
   Zagryzłem wargę na myśl, że mógłbym ich dotknąć i bezmyślnie potarłem delikatnie jedną dłonią o nogawkę dżinsów. Coś we mnie narastało. Coś nieodgadnionego. Coś nad czym w każdej chwili mogłem stracić kontrolę. 
   Tak bardzo chciałem ją pocałować.
   I, Chryste, musiałem znów choć na chwilkę spojrzeć na te złote pukle włosów, mozolnie spływające po jej szczupłych ramionach i poczuć, jak chochliki przyjemnie wariują mi w brzuchu.. 
   Stoker nagle wyrósł przede mną nie wiadomo skąd i niespodziewanie kopnął mnie pod ławką. Jęcząc z bólu, wydałem z siebie dźwięk równoznaczny z kwiknięciem świni.
   Nie!
   Kim złamała sobie raz kark i popatrzyła na mnie jak na idiotę, lustrując mnie od stóp do głów, po czym łamiąc sobie kark po raz drugi, powróciła do własnej kartki.
   Nie!
   Poczułem, jak cała moja twarz oblewa się czerwonym rumieńcem i szybko uderzyłem czołem o ławkę przed uśmiechniętym pyskiem Stokera. 
   Nie wiem, co było gorsze - mieć świadomość, że Stoker widział, jak wgapiam się w jego ulubioną uczennicę czy to, że zaliczyłem przez niego przed nią wpadkę. 
   Nie! Nie! Nie! 

   Jednak to nie było najgorsze.
   Najgorsze było siedzenie naprzeciw niej. W jednej ławce. Przy dziesięciocentymetrowej odległości między naszymi dłońmi. I trzydziestocentymetrowej między pochylonymi głowami. Słysząc swój cichy oddech i bazgranie długopisami po papierze. Wsłuchując się rozpaczliwie w bicie serca drugiego. Sami, tylko nasza dwójka.
   Byłem na nią zły. Okropnie zły. Za to, że za mną poszła, że była tak ciekawska, że nie dała mi czasu, że zaatakowała w momencie załamania, że sprawiła, iż przez chwilę pomyślałem o ponownym popełnieniu tego samego błędu. Nie mogłem tak myśleć - przecież właśnie to było błędem.
   I mimo że byłem zły, naprawdę, wciąż, całym sobą, chciałem ją pocałować. Bez względu na czas, miejsce, każde okoliczności. Bez względu na wszystko.
   Była nieco speszona. Zapewne moim towarzystwem i tym, że jako jedyny z dwudziestu siedmiu osób (nie licząc jej samej) zdecydowałem się przyjść w dniu, w którym wszyscy mają wszystko gdzieś (tylko nie swój wygląd.. i wygląd partnera na bal). Chociaż najbardziej zapewne speszyły ją wyrażenia al.. albe.. wyrażenia algbe.. cholera! Wyrażenia al-coś-tam. Czy to nie wtedy po raz pierwszy w życiu chochliki dały mi popalić na całej długości? Czy to właśnie wtedy po raz pierwszy zapragnąłem ją pocałować? I czy tego jednak nie zrobiłem, czekając na odpowiedni moment? A gdy ten się nadarzył, nie przekreśliłem wszystkiego swoim egoizmem? I czy właśnie wtedy nie sprawiłem, że pocałunek pod orzechem okazał się moją wewnętrzną porażką? Właśnie wtedy złamałem wszystkie postawione przez siebie w pierwszej klasie zasady. Zakochałem się w Kimberly Crawford. Siedzącej ode mnie zaledwie te dziesięć cholernych centymetrów. Zakochałem się bez opamiętania. I serce tłukło mi się niebezpiecznie w piersi, gdy pochwyciwszy jej migocące spojrzenie, uległem od dawna skrywanej pokusie.
   Oparłem się lepkimi od potu dłońmi o blat ławki. Pokazałem środkowy palec, dzielącym nas centymetrom. I wpiłem się w jej wiśniowe wargi, czując jak nadchodzą chochliki, roztapiające się w uldze, która ogarnęła całe moje ciało. Chciałem więcej. I tylko więcej. Chciałem całować ją do rozpuku. Chciałem wpleść palce w jej cudowne włosy. Chciałem czuć, jak nasze ciała dopasowują się, gdy wstajemy i przywieramy do siebie, nadal się całując. Chciałem odnaleźć dwa zagłębienia w jej pasie, które widziałem, gdy za oknem padał śnieg. Chciałem wypić z niej szejka wiśniowego (jakkolwiek by to nie brzmiało - tego chciałem).
   Ale w chwili, gdy zacząłem zatapiać się we własnych pragnieniach, nić pożądania została przerwana przez strach.
   Stoker wparował do klasy z dziennikiem w ręku i pochylił się tuż nad Kim. Obok miejsca, w którym przed chwilą ją odwiedziłem.
   Starałem się oddychać w normalnym tempie. Uspokoić wyrywające się z piersi serce. Przegonić chochliki. Pozbyć się wypieków na twarzy (dlaczego nie mogą pojawiać się w jakimś mniej widocznym miejscu? na przykład tyłku czy coś?). Przestać myśleć o jej ustach. Wyrzucić z głowy chęć oblizania warg.
   Wytarłem mokre już dłonie w dżinsy i z trzęsącymi się, czekającymi na ujście emocjami podniosłem niepewnie wzrok na jej twarz.
   Miała szeroko wytrzeszczone oczy i wpatrywała się we mnie wszystkimi kolorami świata, bezgłośnie krzycząc "Co, do cholery?".
   Sam nie wiedziałem. Ale byłem przerażająco szczęśliwy.

   I zaniepokojony.
   - Czy ciebie już do reszty pogrzało?! - zganiła mnie po raz setny Grace.
   Siedziałem przed nią i Jerrym w naszej ulubionej knajpce z falafelami. Nerwowo gładziłem czerwone pokrycie kanapy ze sztucznej skóry.
   - Właśnie! Stary, pogrzało cię?! - papugował ją żartobliwie Jerry, za co dostał kuksańca w bok.
   - Mówię poważnie - powiedziała Grace z tak samo zaciętą miną, jak wtedy gdy mieliśmy po siedem lat i zabrałem jej rolki, chcąc zrobić jej na złość, a ona groziła, że poskarży się mamie (co tak naprawdę oznaczało, że zaraz dostanę tymi rolkami po łbie). - Zachowujesz się jak skończony dupek, Jack! Ciągle mieszasz wszystkim w głowach i nie widzisz w tym nic złego! Patrzysz tylko na to, czego sam pragniesz, przy tym olewając wszystko wkoło i jeszcze myślisz, że ci się to należy!
   - Wcale nie! - zaprzeczyłem od razu, przywołując w myślach Grace, wypluwającą szejka na stół (szejka waniliowego dla jasności), gdy oznajmiłem, że pocałowałem jej najlepszą przyjaciółkę.
   - Wcale nie! - powtórzył Jerry, objadając się falafelami, które ociekały tłuszczem, kapiącym na serwetki rozłożone przez Grace na jego kolanach. - Oj.. ups. Nie to - zmarszczył brwi, orientując się, że pomylił strony.
   Nie miałem nastroju, by się z tego śmiać. I oni również. Bo w normalnych okolicznościach wybuchnęlibyśmy troje śmiechem i skończyło by się na tym, że Jerry i tak ubrudziłby spodnie jedzeniem, a Grace rzuciłaby we mnie frytką, na co w odpowiedzi..
   - Jack! - Grace pomachała mi ręką przed oczami, co zaraz zrobił także Jerry.
   Zgromiłem przyjaciela wzrokiem, a on skulił się na siedzeniu i zatopił zęby w brązowej kulce tłuszczu.
   - Co? - mruknąłem nieprzyjemnym tonem.
  Grace założyła ręce na piersi.
   - Chodzi mi o to, że.. - zacięła się, wyglądając za szybę. Zawsze tak robiła, gdy się stresowała albo nie była zainteresowana rozmową. Przy naszym ulubionym stoliku tym bardziej miała pełne pole popisu, gdyż znajdował się on tuż przy największej szybie, ujawniającej centrum z fontanną, skąd obserwowaliśmy, przewijających się w galerii ludzi. Nagle Grace popatrzyła mi prosto w oczy. Jerry poruszył się niespokojnie, obserwując każdy jej ruch. - Nie wiem, co zaszło między wami wcześniej.. parę lat temu, przed szkołą średnią. Ale mógłbyś pomyśleć.. bo może.. a co jeśli jej już przeszło? - Jej słowa wbiły mi się jak ostrze w serce. - Rozumiesz, prawda? Co jeśli ona już o wszystkim zapomniała? - Przecież sam jej kazałem. - Co jeśli po prostu te wszystkie chwile, ta daleka przeszłość nie mają już dla niej żadnego znaczenia? - Po prostu? Jak "po prostu"?! Nie ma "po prostu"! - Jack.. - ściszyła głos, a ja spuściłem wzrok. Nawet nie pocierałem dłońmi o dżinsy. Nie było po co.
   Zrozumiałem to w jednej chwili.
   - Ona po prostu tego nie chciała - Po prostu..
   Wszystkie te chwile, wszystkie dnie spędzone na wspólnym przekomarzaniu się, na wspólnie rosnącym uczuciu, przepadły. To jak śmiała się z moich żartów i z wykonywanych przeze mnie jej wyzwań. To jak patrzyła na mnie ze współczuciem, gdy jej tata ganił mnie za zniszczenie kolejnej lalki. To jak łapała mnie za ramię i ze śmiechem odciągała od stołu, gdy musiałem jeść pomidory (fu!). To jak wchodziła ze mną na najwyższe gałęzie orzecha. Jak obserwowała ze mną tulipany. Biegała po polu wysokiej trawy z latawcem. Wspinała się na dach, gdy wszyscy już spali. Słuchała moich nudnych wywodów o gwiazdach i kosmosie, gdy tak naprawdę nie byłem pewien żadnej z teorii. Splatała ze mną mały palec. Spoglądała mi głęboko w oczy. Uśmiechała się, gdy wiedziała, że czuję to samo.
   Wszystko zniknęło mi z pola widzenia, gdy powiedziałem, żeby zapomniała. Nie chciała mnie posłuchać. Płakała, choć mówiłem, żeby tego nie robiła. A gdy w końcu usilnie przestała, zrozumiałem, że straciłem najważniejsze, co miałem.
   - Zobacz - ludzie ciężką pracą uzyskują to, czego chcieli i są szczęśliwi. I później uświadamiają sobie, że są zmęczeni, bo dostali to, czego chcieli, ale stracili to, czego najbardziej potrzebowali - powiedziała mi kiedyś na dachu.
   Nigdy nie rozumiałem jej dziwnych mądrości - wyjętych z biblioteki czy może nawet z Wikipedii. Albo jej samej. Ale w tamtej chwili zaczynałem je wszystkie rozumieć, bo straciłem to, czego najbardziej potrzebowałem. Straciłem ją.
   I mimo że nie zdawała sobie z tego sprawy, nadal mnie nienawidziła. I wciąż trzymała naszą wspólną przeszłość gdzieś głęboko w sobie. W miejscu, do którego tylko ja miałem dostęp.
   Tylko ja mogłem wszystko naprawić.

   Odebrałem garnitur o godzinie dwunastej tak, jak poleciła mi London. Oczywiście, wszystko było już przez nią (tzn. jej nadzianych rodziców) opłacone, więc moim jedynym zadaniem było się po prostu dostosować. Jej szofer nawet przywiózł mi (tak, prosto do domu) wybrany przez nią bukiecik i poinformował, że "Panienka Parrish oświadczyła, że ma się pan zjawić po nią pół godziny przed rozpoczęciem balu, gdyż jako jedna z organizatorów musi sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu" (nie zapomniał, oczywiście, napomknąć, że samochód ma lśnić czystością). Tak naprawdę chodziło jej tylko o to, żeby być pierwszą i żeby każdy wchodzący po niej, mógł podziwiać jej strój, wygląd i wszystko inne, co się z nią wiązało. W tym i ja. Zapewne dlatego też zapłaciła za najdroższy garnitur w sklepie (marki nawet nie byłem w stanie wymówić - francuska, japońska.. a może z Honolulu).
   - Jesteś pewien, że chcesz z nią zerwać? - zapytał tata, gdy zszedłem na dół do kuchni, z której mama na szybko zrobiła domowy salon fryzjerski.
   Zmarszczyłem brwi.
  - No wiesz - Odchrząknął nieznacznie. - Niezły ten garnitur.
  Wywróciłem oczami, zupełnie jak London, gdy ktoś mówił jej coś, czego nie chciała usłyszeć i samowolnie się skrzywiłem.
   - Garnitur nie jest zły, ale za to ona tak - powiedziałem tylko i zająłem się obserwowaniem w małym lusterku pracy mamy nad moimi wiecznie nieokrzesanymi włosami.
   Nie wiem, dlaczego, ale czułem się dziwnie spięty. Na pewno nie z powodu tańca, w czym nie byłem mistrzem, albo wyjścia na scenę po koronę, za którą tatuś London wcześniej zapłacił szkole, ale raczej ze wstydu. Może wstydu przed Grace - zjechała mnie równo parę godzin wcześniej i gdy wychodziłem po garnitur, odprowadziła mnie przez szybę groźnym wzrokiem. Czy może jednak chodziło tu o inną odmianę wstydu? Stresowałem się, bo miałem zobaczyć Kim, która na pewno w tej samej chwili szykowała się na bal w lustrzanym odbiciu mojego domu. I którą miałem zobaczyć pierwszy raz, odkąd ją pocałowałem. I uświadomić jej, jak wielki błąd popełniłem. Dostać się do jej wnętrza. Znaleźć klucz do zamka. Otworzyć bramę, jaką było jej serce. Tak, to nie był wstyd. To był zdecydowanie strach. I moje dwie, nadal nie dające mi spokoju emocje - gniew i zazdrość. Czułem pod skórą, w każdym nerwie, w każdej komórce mojego organizmu, że to właśnie w dniu balu maturalnego miałem dać im upust. I akurat tego nie chciałem żałować. Bo oznaczało to również, że miałem dać upust mojemu UKC.

   Nie byłem do końca pewien, czy trzęsły się moje dłonie czy może nogi czy w najgorszym przypadku ja cały. Każda wchodząca do środka przez ciężkie, metalowe drzwi osoba, wprawiała moje ciało w serię spazmów. Było już dziesięć po siódmej. Od trzydziestu minut stałem w tym samym miejscu obok London jak kołek. Witałem się z jej znajomymi, co chwilę komplementowałem przy nich jej wygląd, ale nie obejmowałem jej w pasie czy całowałem w policzek, jak w pierwszej klasie. Nie miałem na to ochoty, nie czułem, że jest to konieczne. Tym bardziej, że ona nie zgłaszała sprzeciwu, ani nie nakazała mi tego robić, gdy jechaliśmy w ciszy Fordem mojego taty. Cały czas tylko szczerzyła się do wszystkich, sprawiając, że jej krwistoczerwone usta stawały się jeszcze większe niż wtedy, gdy nimi nie poruszała. Poprawiała starannie ułożone loki na głowie, wygładzała bruzdy na swojej obcisłej, krótkiej i (jakby że inaczej) modnej sukience zmysłowi ruchami. Trzepotała sztucznymi rzęsami, które wyglądały, jakby tylko musnęła je mascarą (nie chciałem wiedzieć, ile pieniędzy musiała wydać, by uzyskać taki efekt). Przenosiła ciężar ciała z nogi na nogę, obnażając wszystkim swoje idealnie, kobieco wyrzeźbione mięśnie duże nóg i brzuchate łydek. A ja w napięciu czekałem, aż o n a w końcu się pojawi.
   - Jack - London w którejś minucie w końcu pociągnęła mnie za rękaw marynarki, który sam w sobie był droższy niż moja przyszła roczna wypłata. - Chodźmy już na salę - tam jeszcze nikt mnie nie widział - dokończyłem za nią.
   Wewnątrz kręciłem energicznie głową w wyrazie dezaprobaty, miałem na n i ą poczekać. Miałem.
   - Jasne - odpowiedziałem, przeprowadzając w swojej głowie krwawą bójkę.
  Wziąłem London pod ramię i prowadziłem wolno (póki nie poleciła mi przyspieszyć) do sali balowej, gdzie zaczynała rozkręcać się zabawa. W tym krótkim czasie nawet parę razy doznałem przemożnej ochoty odwrócenia się za siebie i sprawdzenia, czy to może jest właśnie t e n moment, ale wtedy rozsądek uderzał mnie w tył głowy i nakazywał się nie rozpraszać. Jeszcze tylko kilka godzin. I będę wolny.
   Wkroczyliśmy na salę i wszystkie spojrzenia w mgnieniu oka z kubków ponczu, butów, sceny czy pięknych kreacji dziewczyn przeniosły się na nas. London zatrzepotała rzęsami niczym gwiazda filmowa i gdy ja również nie zaprezentowałem swojej osoby jako jej przystojny, nadziany chłopak, wbiła mi mocno paznokcie w rękę, na której się wspierała (nie było jej szkoda garnituru? z dziurami nikt go w sklepie nie przyjmie z powrotem). 
   - Elo, ziomki - przywitał nas radośnie Jerry, który pojawił się przed nami nie wiadomo skąd (ale chwała mu za to, bo w innym przypadku także musiałbym mrugnąć do połowy sali). Szczerzył się do nas nienaturalnie, sztucznie i zrozumiałem to dopiero, gdy doszło do mnie, że ramieniem specjalnie zasłaniał mi Grace, wspartą na ramieniu Dave'a, swojego dwumiesięcznego (a może mniej?) chłopaka. No tak, Jerry na pewno nie był uszczęśliwiony faktem, że musi spędzać z nimi czas akurat tego konkretnego wieczoru, bo z tego, co było mi wiadomo, nie sprawiało mu to większych kłopotów w inne dni. Chyba miał poczucie, że w ten sposób nadzoruje nad nimi jakąś kontrolę. Sprawiał, że ich widok nie był dla niego aż tak przytłaczający. - Jak tam u was?
   London wywróciła zdegustowana oczami, a Grace wyjrzała na nią groźnie zza ramienia Martineza.
   - Dziewczyny powinny zaraz przyjść - zwróciła się do mnie wyniosłym głosem ta pierwsza. - Znajdę cię później - poinformowała i odeszła. Po prostu..
   Odetchnąłem głęboko, wkładając ręce w kieszenie spodni.
   - Jesteś idiotą - wypaliła nagle Grace, a Dave popatrzył na nią pytająco.
   Posłałem mu miły uśmiech, gdy spojrzał również na mnie. Wyglądał na takiego, który potrafi zająć się Grace i ogarnąć jej pomieszany charakter z wnerwiającym stylem bycia. "Bo taki jest" - mówił mi często Jerry. Skoro on tak uważał, facet naprawdę musiał być w porządku. Tym bardziej, że chyba jako jedyny na całej sali nie zerkał wciąż w stronę mojej (błe) zjawiskowej dziewczyny. To zabawne, że parę lat temu wyszczerzyłbym się na myśl, że umawiam się właśnie z nią. W tamtej chwili nie czułem jednak nic. Obojętne mi było, jakie miejsce zajmowała w moim życiu. Równie dobrze w ogóle mogła w nim nie istnieć.
   - Okeej - zapiszczał Jerry, gdy Grace zaczęła łypać na mnie złośliwie. - Myślę, że z Jackiem popatrzymy sobie na jakieś fajne laski. Grace - zwrócił się do niej samej, jakby Dave wcale nie stał obok i nie ściskał pokrzepiająco jej nagiego ramienia. - możesz udać się ze swoim Mahoniem na parkiet - Popatrzyła na niego ze zmrużonymi oczami.
   - Mahoniowym Chłopcem, łajnojadzie - wysyczała, łapiąc uśmiechniętego od ucha do ucha Dave'a za rękę i oddalając się od nas, w stronę zatłoczonego parkietu.
   Jerry skrzywił się nieznacznie. 
   - Yhym, jasne, teraz wymyślamy fajne przezwiska! - zawołał jeszcze za nimi. - Dla twojej wiadomości, stać cię na więcej, pierdzipączku!
   Ha..! Co?
   Zerknąłem na niego, próbując się nie roześmiać.
   Zagłębił dłonie w kieszeniach spodni i zamknął oczy na parę sekund, marszcząc zabawnie brwi.
   - Zamknij się, Brewer - powiedział tylko, już sam starając się nie wybuchnąć swoim charakterystycznym, szaleńczym śmiechem.
   - Zrozumiałem - Trąciłem go żartobliwie łokciem. 
   Jerry na pewno nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wdzięczny byłem mu za jego towarzystwo w ostatnim, nieprzemyślanym dniu mojego licealnego życia. A może jednak zdawał.. zdawał sobie sprawę, że byłem mu wdzięczny za to, iż przez ten cały czas trwał przy mnie, mimo że wcześniej tego nie doceniałem. Był ze mną każdego dnia - tego na imprezie mojej beznadziejnej dziewczyny, tego pochmurnego, gdy nic mi nie wychodziło, a on podnosił mnie na duchu, a nawet tego, gdy wyznałem mu, co naprawdę siedzi wewnątrz mnie - dnia, w którym wspólnie doszliśmy do istnienia UKC i tego, w którym postanowiliśmy je podtrzymać. Przez ten cały czas, w którym brakowało mi wsparcia Kim, on zajmował jej miejsce i pomagał mi podejmować wszystkie dobre decyzje, a złe negować. Naprawdę byłem mu za to wdzięczny. Za wszystko. Za to, że po prostu był. 
   Uśmiechnąłem się sam do siebie, ku pokrzepieniu własnej duszy, i podniosłem wzrok, na trwającą tuż przede mną zabawę rówieśników. Znałem każdą twarz, każdą osobę, każdy charakter - ten pokręcony jak i mniej pokręcony. Ten, którego priorytetem było papugowanie wszystkich wkoło czy chociażby najnowszych trendów w co miesięcznych gazetkach modowych czy sportowych. Ten, który skoczyłby w przepaść, by usiąść w pierwszej ławce i skomponować jak największą i jak najdokładniejszą liczbę notatek z danej lekcji, mającą na celu później przynieść wysoką ocenę. Ten, który uważał się za lepszego od wszystkich innych i gardził tymi, którzy podważali jego ponoć nieomylne zdanie. Ten, który był zupełnie różny od tych go otaczających - lubił być w centrum uwagi, ale nie dawał tego po sobie poznać. Ten, który zakrywał swój mały, ale dla niego jak wielki, ból za stertą uśmiechów, to nowszych psikusów na innych i codziennych żartów. Ten, który za wszelką cenę chciał znaleźć się na miejscu bogatych, wystrojonych w markowe ciuchy dziewczyn z przystojnymi chłopakami z drużyny sportowej, ale w rzeczywistości nie miał nic atrakcyjnego do zaoferowania oprócz trójki wiernych przyjaciół. I dokładnie ten niezależny, którego spotkało to, na co nigdy nie zasługiwał, ale przyjął to całym sobą i sprawił, że zakorzeniło się w jego głębi - właśnie ten kochający książki, swoje wielkie okulary, ubrania o pięć rozmiarów za duże, przyklejanie swoich stopni na ścianki szkolnej szafki, średniowieczną (dobra, z lat bodajże 90') muzykę, wyodrębniający się na tle innych swoją autentycznością i tym, że w mojej pamięci nic nie mogło go zastąpić.
   Ogarniałem wzrokiem każdą twarz z osobna, zapamiętywałem, co zobaczyłem i płynąłem dalej, zaglądając w najskrytsze zakamarki sali balowej. Wszystko to w nadziei, że w końcu uda mi się dostrzec burzę blond włosów. Jednak, jak się tego skrycie spodziewałem, na horyzoncie nie pojawił się nikt, kogo fryzura przykułaby moją szczególną uwagę (no, może oprócz jednej dziewczyny, która na głowie miała wielką, świecącą się od lakieru kokardę z włosów - kto by tego nie zauważył?).
   Jerry położył mi rękę na ramieniu, powiedział coś, czego nie zdołałem wychwycić pośród głośnej muzyki, rozmów, śmiechów i szurania krzeseł, po czym tanecznym krokiem oddalił się w stronę kilku samotnych w tym szczególnym dniu dziewczyn. 
   Stałem i patrzyłem przed siebie, powoli tracąc nadzieję. Może ona wcale nie przyszła? Albo zatrzymało ją coś bardzo ważnego? Może była tu wcześniej, a ja jej nie dostrzegłem? Przywiózł ją jakiś super odstrojony bogacz, może nawet sąsiad London? Była nim tak oczarowana, że po chwili zabawy zmyli się ze szkoły do jakiejś ekstrawaganckiej restauracji, na którą ja tylko mogłem popatrzeć z daleka i pośmiać się do pustego portfela? Później trafiła do jego wielkiego, nowoczesnego domu, który tak naprawdę wcale jej się nie podobał, i tam..?
   Skrzywiłem się, chcąc jak najszybciej pozbyć się obrzydliwych obrazów z głowy. Musiałem się czymś zająć, w końcu przestać myśleć. Choć na krótką chwilę. Biorąc głęboki oddech, odwróciłem się za siebie i zająłem nalewaniem ponczu do kubka. Dzięki Bogu, nagle poczułem przemożne pragnienie. Przyłożyłem kubek do ust i zanim zdążyłem opróżnić jego zawartość jednym haustem, poczułem, jak mój przełyk zaczyna niebezpiecznie piec.
   Z impetem odłożyłem papierowy kubek na stół, wywracając oczami. Chłopaki naprawdę to zrobili - dolali do każdej misy alkoholu. Gdy próbowali mnie w to wciągnąć, byłem pewien, że to tylko ich chory wymysł i jak zwykle nie dojdzie do skutku. A jednak.. nadeszła ich chwila chwały - pierwsza impreza z jednym udanym pomysłem z pięćdziesięciu innych. 
   Myślałem o tym. I z każdą coraz wolniej upływającą sekundą zdawałem sobie sprawę, jak mój pierwszy i ostatni wieczór balu maturalnego stawał się nie do zniesienia. Stałem z boku sali sam jak palec. Z głośników dobiegały dupstep’owo-popowe piosenki dzisiejszej młodzieży, nie posiadającej za grosz gustu muzycznego i chciało mi się rzygać z każdym to nowszym kawałkiem, na którego dźwięk wszyscy krzyczeli uradowani. Byłem wyfraczony w niebezpiecznie drogi i uciskający każdą najmniejszą część mojego ciała złowieszczo czarny garnitur (bałem się wykonać jakikolwiek ruch, by nie popękały szwy czy coś). Patrzyłem, jak moi przyjaciele bawią się w najlepsze na środku sali - nawet Dave i Jerry - razem, do cholery! I nie brałem udziału nawet w głupim, ale śmiesznym dolewaniu świństw do ponczu! A do tego czułem się jak dupek, bo nie było mnie stać na nic więcej niż czekanie na nią i rozmyślanie o tym, co może robić. Beze mnie.
   Westchnąłem z goryczą i zerknąłem za siebie na stół, na którym wcześniej zostawiłem kubek z podrabianym ponczem. Odsunąłem od siebie wszelkie obawy, spychając je na tył głowy i sięgnąłem po papierowe naczynie, biorąc potężny łyk rozcieńczonego alkoholu. Nie zdążyłem nawet dopić połowy zawartości kubka, a żołądek podszedł mi do gardła. Zaczęło zaciskać mnie w okolicach klatki piersiowej jak wtedy, gdy byłem okropnie zdenerwowany. W jednej chwili poczułem nawet, jak zaczynają płonąć mi policzki.
   Ale najgorsza była świadomość, że to wcale nie od alkoholu. 
   Patrzyłem przed siebie i czułem, jak schną mi oczy. Nie miałem zamiaru ich zamykać, nie miałem zamiaru nawet zamrugać powiekami, by zwilżyć suchą powierzchnię. Zbyt mocno bałem się, że gdy to zrobię, obraz przede mną zniknie.
   Przełknąłem głośno ślinę, by zepchnąć żołądek na swoje miejsce i powoli, małymi kroczkami zbierałem własną szczękę z podłogi, wciąż wgapiając się w ten sam punkt. Punkt będący Kimberly Crawford w rzeczy samej. Kim stojącą naprzeciw moich wychodzących z orbit oczu. 
   Opis jej wyglądu był jak wiersz, od dawna nucona przy koszeniu trawy melodia, której w tamtej chwili nie mogłem przestać w kółko powtarzać.
   Grube, lśniące blond kosmyki spływały jej delikatnymi falami na nagie, drobne ramiona. Okalały bladą, lekko błyszczącą się od makijażu, smukłą twarz. Idealnie komponowały się z błękitnymi falbanami na sukience, prowadzącymi krętą ścieżką do szczupłych, cholernie zgrabnych nóg. 
   Jezu..
   Różowe iskierki migały w jej migdałowych oczach. Zmysłowe palce ściskały kurczowo stary, srebrny aparat. Stopy nie mogły ustać w miejscu, wciąż przyjmując to atrakcyjniejsze pozy. 
   Usta. Jej usta. Wykrzywione delikatnie w naturalnym, pięknym uśmiechu. Jakby dopiero co całowały się ze świeżymi, soczystymi wiśniami. 
   Nie mogłem oderwać od niej własnego, dzikiego spojrzenia. Wciąż powracałem do jej nóg, do jej ramion, do włosów, do palców, nie, do stóp, do oczu, Boże, do ust. Wyglądała jak bogini, jak jakaś nimfa wodna, będąca boginią. Jakby od lat mieszkała w pobliżu wodospadu, zajmowała się nim, hodowała wiśnie w jego pobliżu.. CHOLERA. W tamtej chwili chciałem oddać jej całe swoje życie. Całego siebie. Gdyby tylko nadal pozwalała mi na siebie patrzeć.
   Jezu.. cholera.. nie. Nie mogłem się opanować. Nawet gdy już dawno spuściłem wzrok na swoje buty. 
   Serce nie przestawało tłuc mi się piersi i myślałem, że zaraz wypluję je z nerwów do tej cholernej misy pełnej whisky. Wydawało mi się, że w kieszeniach spodni powstało mi istne morze potu, bo robiłem wszystko, by tylko nie pocierać dłońmi o drogi materiał. Zaczęło robić mi się nieznośnie gorąco i myślałem tylko o tym, że zaraz będę musiał ruszyć się z miejsca i do niej podejść. Nie wyrabiałem emocjonalnie sześć metrów od niej, więc co stanie się z moim dupnym, wkurzającym, aktualnie nieprzydatnym ciałem, gdy dojdzie do konfrontacji w odległości paręnastu CENTYmetrów? Zacząłem obawiać się, że zaraz przepocę koszulę, a może nawet i marynarkę. Wyprułem z sali niczym przecinak, nawet nie wiem kiedy. W głowie miałem tylko to, jak wybucham z nerwów na oczach jednej trzeciej szkoły. 
   Bałem się. Naprawdę się bałem. Bałem się tego, na co tak długo czekałem. 
   Prawie biegiem kierowałem się w stronę toalety męskiej, przy okazji modląc się, by nikogo tam nie spotkać. Korytarze wydawały się opustoszałe, większość uczestników balu zajmowała miejsce na sali, więc istniała wielka możliwość, że..
   - Cholera!
   Jeszcze tylko tego brakowało - wbiłem się w czyjąś drobną postać jak jakaś posrana, rozpędzona rakieta i o mały włos nie posłałem jej (tak, to była dziewczyna - chyba jeszcze nie myliłem sukienek z garniturami) na kafelkową posadzkę, w ostatniej chwili łapiąc ją w ramiona.
   - Cholera jasna - powtórzyłem, tym razem o dwa tony ciszej. - To znaczy.. cholera, przepraszam. Nic ci nie jest?
   Dziewczyna wbiła krótkie paznokcie w moje łopatki i zrobiła to tak niespodziewanie, że aż się wzdrygnąłem, wciągając nerwowo powietrze nosem.
   Cholera.
   O cholera.
   O wielka, zajebiście posrana cholera.
   Wszędzie poznałbym ten zapach. Charakterystyczny, olejkowy szampon do włosów z pobliskiej apteki i zawsze towarzysząca mu słodka woń wiśni.
   - Kim - powiedziałem na wpół oddechu, cały roztrzęsiony. - Wszystko w porządku? - spytałem, gdy poczułem, jak uwiesza się na mnie całym swoim ciężarem. Jęknąłem cicho. - Poczekaj - szepnąłem, ściskając ją w pasie i prowadząc do najbliższego, stabilnie stojącego punktu, by ją o niego oprzeć. 
Okazał się on wnęką pomiędzy szafkami a ścianą. Właśnie tam dopiero poczułem, jak mocno wali mi serce i jak bardzo drżą mi obie dłonie. 
   Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem w dół, prosto na twarz Kim, stale podtrzymując ją rękoma, by nie osunęła się na ziemię. Patrzyła hipnotyzującym wzrokiem na moją grdykę, jakby wewnątrz śmiała się ze mnie, że jestem tak sfrustrowany. 
   Westchnąłem, próbując nie skupiać się na tym, że znajdowała się mniej niż pięć centymetrów ode mnie, wyglądając jak największy cud świata. Pięć centymetrów. Chryste, pięć! A nie kilkanaście czy chociaż sześć metrów!
   - Hej - powiedziałem cicho. - Musimy..
  Roześmiała mi się w twarz, opierając dłonie na mojej klatce piersiowej, przy tym rozpościerając szeroko palce. I na chwilę zamarło mi serce, bo właśnie w tamtej chwili zdałem sobie sprawę, jak bardzo była pijana. Kimberly Crawford - pijana tak, że ledwo stała na nogach, w szkole, gdzie każdy mógł ją przyłapać. Boże, powtórzę, bo nie wierzę! Kimberly Craw..
   Stanęła na palcach i pocałowała mnie w podbródek, a ja myślałem, że zaraz się rozpłynę, z uderzającego we mnie nagle gorąca.
   Jasna cholera.
   Czułem, jakby ktoś właśnie wylał na mnie gar pełen gorącej wody. 
   - Kim, naprawdęęeee.. - Zajęczałem, gdy wplotła palce w moje włosy i zaczęła całować zarys szczęki.
   Cholera.
   Cholera.
   Cholera.
   Nie mogłem przestać nerwowo powtarzać tego jednego słowa w kółko i w kółko (czasami może zbyt przesadzając z "posranym"). Musiałem się skupić. Musiałem ją stąd wyprowadzić. Musiałem..
   Cholera. Przywarła biodrami do moich bioder i ugryzła ostrożnie moją wargę, uważając by nie dotknąć jej niczym innym niż własnymi zębami.
   Zawrzałem. Jezu. Jak jakiś cholerny wrzątek razy dwa.
   - O, Chryste - rzuciłem razem z głośnym westchnieniem, pochodzącym od (niespodziewanie przybyłych) złośliwych chochlików.
   Całowała moją twarz naokoło ust. Ust. Ust. Rozpaczliwie pragnąłem jej ust. Jej rozgrzanych, seksownych, wiśniowych ust. Na moich.
   - Wiesz - powiedziała swobodnie, nagle odrywając się od mnie i zionąc mi alkoholem prosto w twarz. Zaczął mieszać się z delikatną nutką wiśni. - może ja też powinnam pocałować cię tak znienacka, a nie odstawiać całą tę szopkę? Zawyżam ci ego, nie uważasz?
   W normalnych okolicznościach na pewno rzuciłbym coś zabawnego typu „Nie uważam”, delikatnie wyśmiewając jej bezpośrednie zwroty, wyrwane prosto z książek, ale tego, co się działo - między nami czy chociażby z moim ciałem - nie można było nazwać niczym normalnym. Więc w odpowiedzi mruknąłem tylko coś tak beznadziejnego jak:
   - Mhm.. - przebijając się przez wielką gulę w moim gardle. 
   Uśmiechnęła się, wydychając powietrze przez nos, i ucałowała mnie w kącik ust. Znów uderzył mnie ostry gorąc, tym razem jakby poraził mnie piorun, zostawiając po sobie przyjemnie elektryzującą nić wzdłuż kręgosłupa. I na pewno westchnąłbym wtedy ciężko z zachwytu, by dać upust nadmiarowi powietrza w płucach, ale jej ręce tak nagle, tak powoli zaczęły dobierać się do mojej marynarki, zaczynając od rozpięcia dużych, sztywno do niej przytwierdzonych guzików, że nie pozostało mi nic innego jak ponownie wstrzymać oddech w oczekiwaniu na kolejne uderzenie ciepła (czy też chochlików).
   Jedna moja część w napięciu krzyczała „Skup się!” na przemian z nieprzytomnym „Cholera”, ale za to druga, jak na złość ta silniejsza, namawiała do zapomnienia świata (lub raczej rozsądku) i poddania się temu, czego najbardziej wtedy pragnąłem. Pożądaniu. Pożądaniu jej - tej, co nie dawała moim myślom (wtedy również i marynarce) spokoju.
   Chooooolera.
   Błądziła dłońmi po moim ciele. Już nawet nie byłem pewny gdzie dokładnie. We włosach, przy koszuli.. nie, może jednak gdzieś w okolicach szyi.. albo nie.. nie wiem, nie mam pojęcia. Po prostu tu była. Ze mną. Z każdą częścią mojego przyćmionego z przyjemności ciała.
   Patrzenie na nią, gdy była tak blisko, powodowało, że chochliki w moim brzuchu łapały za telefony, wydzwaniając do kolegów i prosząc ich o niezwłoczne przyjechanie w celu wkurzania mnie. W celu pogłębienia tego nieznośnego już pożądania.
   Boże, tak jej chciałem. Tak jej pragnąłem. Jej całej. Jej ust. Jej wszystkiego. Teraz.
   - Spokojnie - wyszeptała, zatrzymując się z pocałunkami dokładnie na wysokości moich warg i od razu na myśl, że dzieliła ją od nich tak krótka droga, przeszedł mnie gorący dreszcz. - Nie jestem tak okropna jak ty - Uśmiechnęła się zadziornie, obejmując moją szyję dłońmi - delikatnie, jakby smagała mnie najlżejszym na całym świecie piórkiem, zupełnie przeciwnie do swojego wyrazu twarzy.  
   Popatrzyłem nieśmiało, zza zmrużonych powiek na jej cudowne usta i wyobraźnia jak na zawołanie zaczęła działać mi na zwiększonych obrotach. W mojej głowie przewracało się milion podniecających myśli i nie mogłem zatrzymać napływającego ich potoku. Przez nie wszystkie tak mocno skręcało mnie od środka (czyt. chochliki odwiedzili dawni znajomi), że musiałem mocno zacisnąć zęby.
   - Wcale nie jestem okropny - zaprzeczyłem, dziwiąc się, że starczało mi jeszcze powietrza i miejsca w gardle między wielką gulą, by coś powiedzieć, a ona jak zahipnotyzowana pogładziła lewym kciukiem moją szczękę, wodząc za nim wzrokiem. 
   Nasze usta dzieliły milimetry. Nie widziałem tego, przecież byłem tak blisko. Czułem jedynie ten w ogóle niepasujący zapach alkoholu i adrenalinę buzującą w całym moim ciele. A może były to po prostu chochliki, skaczące z miejsca do miejsca.
   - Uwaga - szepnęła niespodziewanie, można powiedzieć, że jedynie poruszyła nieznacznie wargami tuż przy moich. - za sekundę cię pocałuję - Tak blisko moich. 
   I pewnie rzeczywiście by tak zrobiła, gdyby w połowie sekundy nie wybuchł we mnie maleńki kłębek szaleńczych narowów, napędzany stresem, pożądaniem, tym ciągłym wyczekiwaniem i dręczącymi przez tak długi czas myślami. Wybuchnęła druga z rzędu. Druga z gnębiących mnie trzech emocji. Gniew.
   "Cholera" nic tu nie pomogło. 
   Tak szybko przywarłem ustami do jej ust, że prawie zderzyliśmy się zębami. 
   I całowałem ją. Boże, całowałem i nie znałem umiaru. Co to słowo znaczyło w porównaniu z ostro wiśniowym smakiem jej warg? Zupełnie nic. 
   Wymienialiśmy się agresywnie pocałunkami i czułem, jak przyjmowała na siebie całą moją długą tłumioną złość. Może myślała, że denerwuję się o to, że za dużo wypiła albo że w ogóle to zrobiła. Albo że musiałem ją złapać, by nie upadła i narazić wszystko, na czym mi zależało. Albo że nie poszła ze mną na bal, choć wiedziała, że taka opcja nie istniała. Albo że byłem okropnym dupkiem i kazałem jej się mnie posłuchać.
   Byłem zły. Tak okropnie zły. Zły na nią. Zły na siebie. Zły na UKC. Zły na to, że cztery, trzy, nie wiem, sto lat świetlnych temu zachowałem się jak dureń! Patrzyłem tylko na siebie, na to że chciałem być z najpopularniejszą dziewczyną w szkole, zostać kapitanem drużyny piłkarskiej, chodzić na imprezy, upijać się jak ćwok, nakładać żel na włosy, przestać się uczyć, odwalać niestworzone rzeczy na przerwach, całować się z języczkiem z London Parrish, korzystać z kasy bogatych kolegów, przejmować się tylko tym, czy następnego dnia wstanę do szkoły po szalonej nocy. Pragnąłem rzeczywistości - tego wszystkiego, czego sam nie byłem w stanie sobie stworzyć. Wszystkiego zupełnie różniącego się od fikcji czy mojego własnego świata, rządzącego się wyłącznie moimi zasadami. Ale rzeczywistość była własnością kogoś innego, a może nawet nikogo, na pewno nie moją. Nie byłem w stanie jej całej zrozumieć. Nie byłem w stanie jej okiełznać. Myślałem, że jest tak przyjemna i prosta jak nocna rozmowa na dachu. Ale okazała się zdradliwa, ciężka do pojęcia i pokazała mi, jak wiele można stracić, wypowiadając jedno słowo.
   Zapomnij.
   Oderwałem się od niej z głośnym mlaskiem, próbując znaleźć grunt pod nogami. Chwilę zajęło mi przyswojenie sobie, gdzie są moje ręce albo czy w ogóle jeszcze je posiadam. Hm, jedna w jej cudownych włosach.. Boże, całowaliśmy się.. druga na jej smukłej talii, może troszkę niżej.. może.. cholera. 
   Odchyliła się tak mocno, że uderzyła głową o ścianę za jej plecami. Zupełnie jakby stał za nią wielki orzech. Przywołało to we mnie gorące wspomnienia i czułem, jak moje policzki pokrywa ciepły rumieniec. Popatrzyła mi głęboko w oczy, znajdujące się centymetr od jej różnokolorowych, zupełnie rozmytych, wysnutych z emocji i zawiesiła chude ręce na mojej wilgotnej szyi. Wyszczerzyła zęby w nieprzytomnym uśmiechu. Wszystko to tak nagle, tak po prostu..
   - Znowu to zrobiłeś - powiedziała, zagryzając delikatnie wargi i niespodziewanie poważniejąc. Zupełnie jakby ktoś właśnie szepnął jej na ucho coś niemiłego.
   Spuściła wzrok na moje usta, marszcząc brwi. Zaczęła się im uważnie, z powagą przyglądać, gdy ja odszukiwałem po kolei wszystkich części swojego ciała. 
   Przyciskałem ją całym sobą do ściany, gniotąc idealny garnitur. Serce biło mi w szaleńczym tempie i czułem, jak odbija się raz po raz od jej klatki piersiowej. Krew przeciskała mi się w żyłach w zawrotnym tempie, sprawiając, że wewnątrz cały pulsowałem, a na zewnątrz wrzałem (tym razem razy cztery). Emocje buzowały, urządzając sobie huczne przyjęcie z hormonami. Wszystko to w jednym, doszczętnie zmaltretowanym przez nastoletnie, jeszcze niepojęte emocje ciele.
   - Gniewasz się o wcześniej? - zapytałem, obserwując jej pół-zamknięte powieki. Wyglądała, jakby zaraz miała zasnąć w moich, szczelnie ją obejmujących, ramionach.
   - Jack - wyszeptała gwałtownie moje imię i serce zabiło mi mocniej. Przełknęła ślinę. - Lubię, jak mówisz do mnie tak jak kiedyś.
   Wypuściłem powietrze nosem i mozolnie zsunąłem obie dłonie na jej smukłą talię, luzując nieco ciasny uścisk. Oparłem czoło o jej pokryte małymi kropelkami potu. 
   - Mądralińska - odszeptałem, zdmuchując rzęsę z jej policzka, pokrytego lśniącym brokatem, a ona westchnęła cichutko, zerkając na mnie spod opuszczonych powiek. 
   - Gniewałabym się - powiedziała miękko, wygładzając kołnierzyk mojej koszuli i świecąc mi po oczach różem. - gdybyś mnie znów znienacka nie pocałował. 




   - Stary! - zawył z oddali Jerry, krocząc energicznie w moją stronę. - Gdzie ty byłeś?! 
   Czułem, jak cały sztywnieję, a uszy czerwienieją mi od czubków wraz z przybywającym kłamstwem. 
   - A, wiesz.. - Podrapałem się nerwowo po karku, zerkając na swoje idealnie wypastowane buty. - Aa.. zrobiła się lekka kolejka do kibla i..
   - Ekstra! - wybuchnął nagle Jerry, nawet nie pozwalając mi dobrnąć do końca zdania. Wzdrygnąłem się, odskakując z drobna na bok i wpatrzyłem się zdziwiony w jego gęste, ściągnięte ze złości brwi. Co do..? - Ty spokojnie siedziałeś sobie w sraczu, a ja ganiałem po całej budzie, szukając twojego zapyziałego tyłka na polecenie, a kogoż innego jak nie panienki London-Srondon-Parrish-Weź-Mi-Poliż! - mówił tak szybko i tak gniewnie, że chwilami nawet się seplenił (no, jedną rzecz wymówił nadzwyczaj wyraźnie). - W sraczu! - powtórzył głośno, bardziej do samego siebie, ubolewając nad własnym losem. - Nawet nie wiesz, jaką laskę zostawiłem - Zwrócił się, tym razem, do mnie, celując palcem wskazującym w mój nos. Wytknąłem język, zezując na jego krótki paznokieć. - Wszystko to dla najlepszego kumpla, który co? Siedział w sraczu! - Pokręcił z niedowierzaniem głową, ale widocznie rozbawiony całą tą sytuacją. Zupełnie jakby wiedział, że wcale nie przesiedziałem tyle czasu w toalecie. - Wisisz mi ogromną przysługę, Jack, ty dupku! - Roześmiał się.
   - Co tylko zechcesz - odpowiedziałem z uśmiechem, poprawiając rękawy marynarki tak, aby nie wystawał z nich materiał białej koszuli. Wygładziłem delikatnie granatową chusteczkę w kieszonce i palce trzęsły mi się, gdy myślałem o tym, co niedawno się z nią działo. 
   Moje uszy przybrały już chyba bordowy kolor. 
   Odchrząknąłem, pocierając je lekko kciukami i spoglądając kątem oka na Martineza, nerwowo drepczącego w kółko.
   - Gdzie dokładnie szukałeś? - zapytałem, odwracając się plecami do gorącej w miejscu przy szafkach ściany.
   Chwyciłem Jerry'ego za ramię, prowadząc na salę gimnastyczną, skąd słychać było wszystkie odgłosy świata.
   - Wiesz - Uśmiechnął się pod nosem, zerkając na mnie. - Zaczęli puszczać Davida Bowie, więc chyba już się..
   - Wiem - odpowiedziałem tylko, ale on tego nie usłyszał, bo kawałek "Let's dance" zagłuszył wszystko, łącznie z ostatnią z trzech męczących mnie emocji. 
   Zazdrość. Żegnaj.



   W ten rozdział przelałam prawdziwą cząstkę siebie i chyba tylko dlatego cieszę się, że jego napisanie zajęło mi prawie pół roku. W jednym z fragmentów, opisywanych przez Jacka, znajduje się krótki fragment, dokładnie przedstawiający moje własne 6 miesięcy. Bo przecież "pisarz składa się z sumy jego doświadczeń", prawda?
   Oby Nowy Rok 2016 był dobry dla Was wszystkich. Dziękuję, że jesteście. 

Komentarze mile widziane :)