niedziela, 15 stycznia 2017

0 Prolog

00xJedno słowo


   Miałam osiem lat, kiedy tato po raz pierwszy zabrał mnie na wyścig samochodowy z prawdziwego zdarzenia. Wcześniej oglądałam zmagania kierowców na ekranie telewizora, ale szybko przekonałam się, że to zupełnie nie to samo, co zostać obrzuconą błotem na żywo.
   Założyłam wtedy swoją najładniejszą sukienkę, w którą mama zazwyczaj ubierała mnie do kościoła. Oczywiście, ona nie miała o tym pojęcia, bo kiedy wyjeżdżaliśmy z miasta, jeszcze smacznie spała w błogiej niewiedzy. Razem z tatą kibicowaliśmy naszej miastowej drużynie Seaford Freaks, z dumą nosząc niebieskie czapki z daszkiem, na których widniały żółte litery "SF". Miałam nawet własną mini flagę z logo rajdowców, którą wymachiwałam na wszystkie strony, obrzucając resztkami błota innych widzów. Ci jednak nawet nie zwracali na to uwagi, będąc zaabsorbowanymi zmaganiami na torze.
   Z szerokim uśmiechem patrzyłam na skaczące po górkach i dziurach auta, kolorowe od naklejek, promujących przeróżne firmy, które organizowały eventy takie, jak ten. Byłam na to jeszcze za mała, ale wręcz czułam jak adrenalina rozpiera całe moje małe ciało.
   - Tato! Tato! - Szarpnęłam za jego długą rękę, podskakując w miejscu jak sprężynka. - Spójrz! To on!
   Zaczęłam wymachiwać dłońmi, flagą, czapką i wszystkim, co miałam, aby tylko zwrócić na siebie uwagę ulubionego i niejednokrotnie wysławianego przez miasto kierowcy. Francis Brewer. Autorytet każdego chłopca w mojej szkole. Mężczyzna marzeń większości kobiet, mieszkających w Seaford i jego obrębie. A przy okazji jeden z najlepszych rajdowców w stanie. Mój własny, niepowtarzalny ulubieniec. 
   Wcale nie ulegam wpływom otoczenia. Każdy podziwia Franka Brewera, więc ja też - nic z tych rzeczy! Jeden moment wystarczył, aby za pomocą dziecięcych, naiwnych oczu dostrzec w jego postaci bohatera. 
   Pewnego dnia pan Brewer odwiedził moją szkołę. Jego obecność wywołała w placówce tyle szumu, co w Dzień Niepodległości, ale jeśli mam być szczera, w rozmowie z przedstawicielami szkolnego klubu dziennikarskiego nie wyróżniał się niczym spośród swoich poprzedników, również należących do SF. Mówił o tym, jak zaczął swoją przygodę z samochodami, jak je pokochał i jak stały się jego pasją, do tego stopnia, że był gotów narazić swoje zdrowie, podczas udziału w niebezpiecznych rajdach - nic szczególnego. Jednak kiedy Jenny, przewodnicząca klubu, zapytała go o jego życie prywatne, nie zaczął udawać czy wykręcać się od odpowiedzi, jak inni. Nie powiedział nic w stylu "Myślałem, że mówimy o interesujących rzeczach", a potem się nie zaśmiał. Kiedy zaczął mówić o swojej rodzinie, w jego oczach dostrzegłam prawdziwy błysk, który przeszył mnie na wskroś. Można by rzec, że opowiadał o swojej żonie, ukochanym synku, a nawet psie Jiksie [czyt. Dżiksie] z większym zaangażowaniem niż o autach, które przecież w mniemaniu całego stanu stanowiły podstawę jego życia. To dalsze wypowiedzi coraz bardziej nabierały żwawości, energii, stały się ciepłe jak letni powiew wiatru i do cna przesiąknięte miłością, jaką darzył tę trójkę. 
   Słuchałam go z wielkimi oczami i prawdopodobnie szeroko otwartą buzią. Siąknęłam i od razu filtrowałam każde jego słowo niczym zaczarowana maszyna. Byłam wniebowzięta. Gdy myślałam, że już nic nie jest w stanie ukazać mi go w jeszcze lepszym świetle niż do tej pory, on uniósł wzrok znad twarzy Jenny, odszukał czegoś lub kogoś w tłumie małych twarzy, po czym rozciągnął usta w najszczerszym uśmiechu, jaki przyszło widzieć mi na oczy. Uniósł delikatnie dłoń i kiwnął głową, powracając do rozmowy z klubem, kiedy ja prawie złamałam kark, odwracając się za siebie z prędkością światła. Wystarczyła tylko chwila, aby rozpoznać osobę, do której skierowany był ten magiczny gest. Bo tylko jeden chłopiec, dokładnie za mną, stał dumnie wyprostowany na jednej z ławek i uśmiechał się w ten sam sposób, co Frank Brewer. Gdy spuścił na mnie swoje roześmiane, ciemne oczy, odwróciłam się speszona w stronę sceny. A w głowie pozostała mi tylko jedna, jedyna myśl: chciałabym, aby kiedyś o n też właśnie tak się do mnie uśmiechnął. 
   Błoto chlusnęło dokładnie na moją wyjściową sukienkę. Bez przejęcia starłam je od dawna brudnymi już dłońmi, w czego efekcie plama rozprzestrzenił się jeszcze bardziej. 
   Do ukończenia wyścigu zostało jedno okrążenie. Najlepszy zawodnik SF szedł łeb w łeb z innym, do którego nazwiska nie przywiązałam większej wagi. Niebieskie auto centymetry od czerwonego. Błoto wszędzie. Wstrzymane oddechy wszystkich oglądających. Jeszcze tylko kilkanaście sekund.
   Moje serce biło mocno. Wręcz czułam, jak cała się trzęsę. 
   Ostatni zakręt. Chlust. 
   Szybko przetarłam ochlapaną przez maź twarz rękoma, czując, że brakuje mi już powietrza. Utkwiłam wzrok w błękitnej barwie lakieru. Zdawało mi się nawet, że przez szybę samochodu byłam w stanie dostrzec kierowcę. Jego szczery, ciepły uśmiech zdobił rozpromienioną twarz, a oczy śmiały się mimo wszystko, co zaraz miało się zdarzyć. Gdy auto znalazło się dokładnie naprzeciw mnie, zgrabnie zeskakując z górki, odniosłam wrażenie, że zza okna wydostała się dłoń, by zaraz rozciągnąć długie palce w geście pozdrowienia. 
   Wybałuszyłam oczy do granic własnych możliwości. Czy to do mnie? Czy moje marzenie naprawdę się spełniło? Jejku! To najszczęśliwszy dzień mojego życia!
   Wtedy jednak za sobą usłyszałam śmiech. Emocje opadły z mojej twarzy niczym dopiero co założona maska. Odwróciłam się, od razu zatrzymując wzrok na tym samym chłopcu, co długi czas wcześniej. Zmienił się. Urósł nieco, włosy mu pociemniały, a uśmiech stał się jeszcze szerszy niż kiedyś. Nagle roześmiał się głośno, wymachując nad sobą rękoma i skacząc szaleńczo na zabłoconej ławce. Tuż obok za nogę ściskała go kobieta, której nigdy wcześniej nie widziałam. Zerknęła na mnie przez chwilę, ale nawet w takim krótkim momencie byłam w stanie dostrzec ten sam błysk, co w ciemnych oczach chłopca. Z tą jedną różnicą, że jej tęczówki pochłaniał żywo zielony odcień, nie przejrzysty brąz. Posiadały jednak tę samą głębię, skrywającą nieprzeniknioną szczerość, co jego i miłość, którą widziałam w oczach Franka Brewera tamtego pamiętnego dnia. Byli tacy szczęśliwi. Tryskali radością, obserwując tor. 
   Tak bardzo szczęśliwi i dumni.
   - Tak! Tak! - krzyczał nieustannie chłopiec, nawet nie zwracając na mnie uwagi. - Wiedziałem, że to zrobi! Wiedziałem! Widzisz, mamo?
   Tak bardzo szczerzy. 
   Poczułam, że muszę się odwrócić. Już dłużej nie patrzeć na ich podobne, radosne twarze. Zająć się tym, co śledzą ich oczy. Już byłam gotowa to uczynić, gdy wtem moich uszu doszedł czyjś krzyk. Widownia momentalnie zamarła. Przede mną pojawiły się jakieś niezidentyfikowane trzaski. Wybuch. Wszyscy skryli się pod ławkami lub w ramionach bliskich im osób. Matka ścisnęła kurczowo chłopca, dłonią zakrywając mu twarz. Ja sama poczułam silne ramię taty, oplatające mnie mocno w pasie. Wciąż jednak patrzyłam za siebie, nie mogąc oderwać od nich wzroku. Słyszałam odgłosy płomieni. Powtarzające się czyjeś krzyki. Krzyki wszystkich. Cała widownia wrzeszczała na raz. Gdzieś pośród tego męczące alarmy karetek. Dostrzegłam, jak kobieta zaczęła trząść się w miejscu. Co dziwne, z jej szeroko otwartych, dużych oczu nie wydostała się żadna łza. Chłopiec próbował wydostać się z jej ciasnych objęć, jednak na próżno. Wychylił więc twarz zza jej ramienia, gdy ona wstała i skierowała się prędko do wyjścia, jak wszyscy pozostali, w obawie o swojego synka. Ze skupieniem przyglądałam się jego bladym policzkom. Ciemnym, przerażonym oczom. Skrytym w nich przejmującym smutku. Zupełnie szczerym smutku, pochłaniającym całą gałkę oczną. Nagle zdałam sobie sprawę, że chłopiec krzyczał. Zdawało mi się nawet, że krzyczał najgłośniej ze wszyskich. Nie ze względu na to, że znajdował się tuż obok, ale dlatego że jego serce rozdzierała prawdziwa, zupełnie szczera rozpacz. 
   Oto ta chwila.
   Właśnie t a chwila.
   W tamtej chwili w pełni zrozumiałam.
   Odwróciłam się powoli w stronę areny splamionej dymem, ogniem i niebiesko-czerwonymi światłami służb zdrowia, nie kolorami lakieru aut. 
   W tej jednej chwili zdążyło dotrzeć do mnie, że Francis Brewer już nigdy nie uśmiechnie się do mnie w ten sposób, ani nie pomacha w moją stronę, w swoim brązowym spojrzeniu kryjąc miłość, jakiej powinien doświadczyć każdy człowiek. 
   I jakiej miał okazję doświadczyć chłopiec o ciemnych jak noc oczach, splamionych najszczerszym smutkiem tego wielkiego, skomplikowanego, nieidealnego świata. 


Przedstawiam Ci, drogi czytelniku, nową opowieść Opowiadań Podpadziochy pt. "Jedno słowo". Zapraszam ciepło do lektury i śledzenia dalszych losów bohaterów razem ze mną! Po więcej szczegółów dot. fabuły, kieruj się na stronę "FABUŁA" (lewa, górna strona bloga).
1 rozdział już w przygotowaniu!