wtorek, 5 lipca 2016

O rozdziale 8 i coŚ od siebie

Cześć!

Rozdział 8 pt. "Obślizgła Crawford/Mądraliński" niebawem. Tak, wiem, miał być w czerwcu. Ale z racji tego, że jeszcze go nie ma, trochę przybliżę Wam jego treść. Jak już wcześniej wspominałam, cały rozdział będzie pisany z perspektywy Jacka, biorąc pod uwagę, że siódmy zdominowała postać Kimberly. O czym będzie opowiadał Jack? O przeszłości, zanim jego przyjaciółka rzeczywiście o niej zapomniała, o Kim, o tym, jak czuł się bez niej i o tym, jak czuje się teraz, razem z nią, jednak bez wspólnych wspomnień. Rozdziałem rządzą urywki z przeszłości głównych bohaterów, wyrzuty sumienia i chęć przywrócenia wszystkiego do wcześniejszego ładu. Tylko czy da się wrócić usilnie usuniętą pamięć? 
Więcej w zapowiedzi rozdziału 8, która ukaże się niedługo, a tymczasem przekazuję w Wasze ręce jedną z moich prac konkursowych z ubiegłego roku, która została nagrodzona III miejscem. Nosi ona tytuł "Niezmiennie. Niespodziewanie. Dlaczego." i jest.. mną. Tak to nazwę. Nie dosłownie, nie ilustrując w dokładności co do cala mojego życia, ale w istocie jest po prostu mną. Pisząc ją przechodziłam nieco ciężki okres, byłam lekko rozgoryczona, zawiedziona, może nawet załamana pewną sytuacją, pewną osobą, po części samą sobą. Napisałam to krótkie opowiadanie w nadziei, że poprzez słowa wyrzucę z siebie cały żal, ale że tego nie zrobiłam, zadziałało to w zupełnie inną stronę i pomogło mi odkryć prawdy o sobie, których potrzebowałam do ustabilizowania się. I jest mi lepiej, wiedząc, że ja też byłam czemuś winna.
Zapraszam do lektury!

NIEZMIENNIE. NIESPODZIEWANIE. DLACZEGO.

   - Nie mam chłopaka.
   - Złamał mi się paznokieć.
   - Dostałam dwóję z matematyki. 
   - Dzisiaj na obiad będą brokuły. 
   - Muszę posprzątać pokój.
   - Nie mogę iść na imprezę.
   - Nie mam kasy na te nowe buty, które wszyscy mają.
   - Znowu pokłóciłam się z mamą.
   - Zrobiła mi się dziura w swetrze. 
   - Mam raka.
   - Kaśka obraziła się, bo wyśmiałam jej fryzurę. 
   - Zapomniałam o pracy domowej.
   - Nie pojadę w wakacje do Londynu.
   - Nauczyciel znowu zadał lekturę do przeczytania. 
   - Trzeba jechać do babci na imieniny.
   - Mam grube nogi.
   - Mój ulubiony serial się skończył. 
   - Nadal nie mam chłopaka. 
   To zabawne w jak krótkim czasie można przedstawić listę codziennych problemów typowej nastolatki. I jak bardzo są one w jej mniemaniu poważne. Naprawdę. Czy powrót z kina autobusem nie jest wyczerpujący i stresujący, zupełnie jak cotygodniowe napromienianie, które i tak nie jest zbyt skuteczne? Czy zdarty paznokieć nie drażni tak bardzo jak mech na głowie zamiast długich włosów? Czy brak superwysportowanego ciała nie jest gorszy od posiadania poniżej przeciętnej wagi? I czy brak najnowszego modelu smartfona nie jest bardziej irytujący od codziennego bólu mięśni, gorączek, nocnych potów i nieodporności organizmu na czynniki środowiskowe? 
   Teraz przeczytaj listę nastoletnich problemów jeszcze raz od samego początku. Coś zauważyłeś? A może coś nie pasuje? 
   Dam ci jedną, małą podpowiedź - rak lewej nerki drugiego stopnia nie należy do codziennych problemów przeciętnej nastolatki. 

***

   Stało się to pierwszego dnia jesieni. Dwudziestego trzeciego września. Rok nie był ważny. Ale ważne było to, co działo się po tym. 
   Zrozumiałam jedno: plotki rozchodzą się po szkole w zastraszającym tempie. 
   Najpierw dowiedziała się moja wychowawczyni, później jej koledzy i koleżanki z pracy, którzy (jak łatwo się domyśleć) okrutnym trafem również mnie uczyli, oni powiedzieli innym nauczycielom i w końcu informacja doszła do dyrekcji. Uczęszczałam do małej szkoły, w klasie miałam zaledwie szesnaście osób, toteż musiano zrobić apel skierowany do uczniów. Apel na mój temat. Z ust dyrektorki padły takie słowa jak "Okażcie jej wsparcie", "Uważajcie na zdrowie koleżanki" czy "Wszyscy jesteśmy twoimi przyjaciółmi". Pełno pustych, nic nie znaczących wyrazów, mających na celu postawić mnie w niezręcznej sytuacji. 
   Od tamtej pory każda napotkana na korytarzu osoba patrzyła na mnie z wielkimi oczami, jakbym była jakimś ufoludkiem albo wiecznie miała wielką plamę na koszulce. Byli zszokowani, ale tak naprawdę nic ich nie obchodziłam. Wiele znajomych przestało ze mną rozmawiać, zupełnie jakby obawiali się, że zarażę ich rakiem. Ludzie z klasy co dzień obrzucali mnie tekstami, mającymi podnieść mnie na duchu. (Tylko że nie było już co podnosić.) Nauczyciele współczuli moim rodzicom i na każdej lekcji wypytywali o mój stan. Ich miny były równoznaczne ze zdaniem "Czy t o stanie się na mojej lekcji?".
   Trzeba przyznać, że chwilami szkoła była nawet gorsza niż rak. On chociaż ciągle nie szeptał mi do ucha głupot. Siedział cicho wewnątrz mnie i robił swoje, nie zamierzając się poddać. Ale nie mogłam mieć mu tego za złe. On tak samo bardzo jak ja chciał wygrać ten pojedynek. 

***

   Od jesieni minęło wiele czasu. Czasu mknącego jak opętany. 
   Nastało lato. 
   Dobrze pamiętam tamte wakacje. Była to seria lekarstw, szpitalnych łóżek, to nowszych żyłek podłączanych do mojego ciała i chodzenia między białymi ścianami wąskiego korytarza mojego oddziału. Wszędzie stare twarze. Łzy babci. Gry w makao z tatą. Seriale z kuzynkami. Patrzenie w przestrzeń za oknem z dziadkiem. Telefony od rodziny, o której istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia. Codzienne patrzenie w lustro szarymi oczami. Wyzute z emocji pielęgniarki. A w tym wszystkim ja. I mój bliski kompan na lewej nerce. 
   Zastanawiałam się, co było lepsze (a miałam sporo czasu na przemyślenia). Okazy wsparcia czy depresyjne akty pocieszania? Szkoła czy szpital? Uczniowie czy rodzina? Ból czy ból? 
   Szarość rzeczywistości zawsze była taka sama. Niezmienna. 

***

   Jesień. 
   Mój towarzysz obchodził rok.
   Wraz z tymi wydarzeniami powoli zaczęły pokazywać się irytujące ślepia innych na korytarzach. Wszystkie te same. Wszystkie tak samo przerażone. Wszystkie tak samo obojętne. Wszystkie tak samo mnie osaczające. 
   Nie dawałam sobie z nimi rady. Nie chciałam ich widzieć ani się nimi przejmować. Ale jak miałam tego dokonać, gdy nie odstępowały mnie na krok?
   Myślałam, że już nigdy się od nich nie uwolnię i że już zawsze każdy będzie spoglądał na mnie, wiedząc, iż to właśnie ja jestem tą dziewczyną z rakiem. 
   I wtedy niespodziewanie zza cienia wyłoniły się one. Dwa świecące lazurowo na słońcu. Obserwujące każde moje poczynania z zainteresowaniem i czymś jeszcze. Czymś o wiele cenniejszym. Czymś, co zwróciło na nie moją szczególną uwagę. Niewiedza. 

   Był to jeden z lepszych dwudziestych trzecich września. 
   Nie musiałam spędzać czasu z rozczuloną nad moim losem rodziną, słuchać ich rozżaleń czy podawać chusteczek do otarcia załzawionych bez powodu oczu. Bonusowo w szkole nikt nie śmiał odezwać się do mnie słowem (dobra, oprócz nauczycieli, którzy myśleli, że w jakiś fantastyczny sposób mogą mi pomóc - złudne nadzieje), zdając sobie sprawę z tamtejszej daty. Bawiły mnie tylko ich miny, kiedy koło mnie przechodzili. Jakby zastanawiali się, czy ktoś zorganizuje rocznicowy apel i stracą lekcje. 
   Starałam się sprawiać wrażenie pewnej siebie, a przede wszystkim nie myśleć o lewej partii mojego ciała, która tego dnia wyjątkowo dawała się we znaki (co za ironia losu). Jednak już wiele razy miałam okazję przekonać się, że nie było to łatwe zadanie. Ilekroć przywoływałam wspomnienia sprzed miesiąca, ból przychodził sam - nieplanowany i nieproszony. Niespodziewanie. Zupełnie jak spojrzenia lazurowych oczu. 
   Muszę się przyznać, że tamtego dnia często o nich rozmyślałam. Pojawiły się tak nagle, przyjemnie mnie obejmując. Były jedyne w swoim rodzaju. Jeszcze żadne oczy nie patrzyły na mnie w ten sposób. Gdy myślami uciekałam właśnie do nich, automatycznie w głowie pojawiało mi się jedno pytanie. Co było w nich tak intrygującego? 
   Hm..
   Może to, że interesowało je nawet, jak zawiązuję buty? Albo to, że mnie nie znały? To, że nie wiedziały o mnie więcej niż to, co mogły wyczytać z mojego wyglądu? Że były zawsze obecne? Że należały właśnie do tego chłopaka? Chłopaka, który w rocznicę spytał mnie z zaintrygowaniem przy szafkach:
   - Dlaczego masz zdarty do połowy lakier z paznokci?  
   Słucham?
   W pierwszej chwili straciłam panowanie nad swoim ciałem i prawie upuściłam czapkę na ziemię. 
   Potem zaś zamrugałam szybko oczami i odruchowo zerknęłam na swoje dłonie, by sprawdzić, czy jego wypowiedź aby na pewno była skierowana do mnie. 
   O mało nie podskoczyłam z ekscytacji, gdy spostrzegłam, że czarny lakier na moich paznokciach rzeczywiście był pozdzierany w wielu miejscach, szczególnie przy końcówkach płytek. 
   Popatrzyłam na chłopaka.
   Jego lazurowe oczy przecinały mnie na wskroś. 
   Podniosłam jedną brew do góry.
   Dlaczego zapytał mnie o coś tak niedorzecznego? Dlaczego w ogóle zauważył coś, czego ja sama nie byłam w stanie dostrzec?
   - Och - wymamrotałam, gdy nie przestawał wbijać we mnie wyczekująco wzroku. Przyznam, że nawet trochę się spięłam, tym bardziej że od dawna nie rozmawiałam swobodnie z kimś w moim wieku. I że nikt nie patrzył na mnie z tak wytrzeszczonymi oczami! - Nawet tego nie zauważyłam - odparłam szybko. Bo co miałam niby powiedzieć?
   Nic nie odpowiadał i w jednej chwili okropnie się zestresowałam. Nie wiem, czy nie bardziej, niż gdy czekałam na wyniki swoich badań, powtarzając sobie stale, że jestem w pełni zdrowa. 
   Pomyślałam nawet, że może sobie ze mnie żartował. 
   Jednak nie dowiedziałam się, co tak naprawdę było jego zamiarem i jedynie zdenerwowałam się na marne, bo po paru chwilach on odszedł bez słowa. Nic mi nie odpowiedział, nawet nie pokiwał głową! Tylko wyminął mnie, posyłając mi ostatnie spojrzenie błyszczących oczu. 
   Co to wszystko miało znaczyć?
   Stałam sama, na środku szatni, wszyscy poszli już do domów, rodzina czekała na mnie w moim własnym domu i w końcu upuściłam czapkę. 
   Do końca dnia dwudziestego trzeciego września nie myślałam o niczym innym, tylko o tym dziwnym zajściu. Tylko o tym chłopaku, którego imienia nawet nie znałam. 
   I jeszcze o jednym. Takim malutkim, głęboko osadzonym w mojej podświadomości.
   Czy jesień odzyska u mnie miano miłej pory roku?

***
   
   Od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Minął Nowy Rok, dostałam kolejną porcję lekarstw i listę produktów, które mogłam spożywać (i które jak zwykle w połowie były niezjadliwe), włosy na mojej głowie przybrały przyzwoitą długość (choć nadal wyglądałam jak chłopak), a szarość wokół mnie nadal pozostawała niezmienna. 
   Od dwudziestego trzeciego września właściciel lazurowych oczu nie odezwał się do mnie ani słowem. Mijaliśmy się codziennie na korytarzu, jedynie wymieniając nic nie znaczące spojrzenia. Coraz częściej zastanawiałam się, czy nasza pierwsza rozmowa (jeśli można tak nazwać tę parę słów, które wyjątkowo zapadały mi w pamięci) aby przypadkiem nie była tylko snem. Skutkiem ubocznym leków czy chociażby wyobraźni. 
   Bo kto zadaje pytania o zdarty lakier z paznokci? I to jeszcze chłopak?
   Jednak wszystkie moje obawy niespodziewanie zostały rozwiane. Ha! Jak jesienne liście starannie ułożone w kupkę pod drzewem przez grabarzy. 
   Zakładałam kurtkę w szatni. W miejscu, które co dzień przynosiło ze sobą to jedno, sprawiające ból wspomnienie, a jednocześnie cieszące jak nic innego. Nie mogłam przestać wracać do tego momentu i zaczęło mnie to poważnie denerwować. Jakbym była zależna od tej jednej chwili. Zależna od spojrzeń lazurowych oczu. Jedyne co mogłam zrobić, by stale nie czuć się w ten sposób, to odepchnąć od siebie wszelkie związane z tym myśli.
   Wzdychając, sięgnęłam do szafki po czapkę. Nie lubiłam jej nosić. Nie ze względu na to, że raz upadła na ziemię i patrzenie na nią było wręcz dziwne, ale dlatego że nigdy nie lubiłam nosić ciepłych rzeczy. Kurtki, szaliki, rękawiczki, postawne buty. Wiele z minusów zimy, która nawet nie pofatygowała się tamtego roku o śnieg. Już chyba wolałam jesień od tego wszystkiego. 
   Chwyciłam za czapkę i szybko nakryłam nią głowę, gdy nagle usłyszałam szelest i aż podskoczyłam przestraszona. Nie, zaraz. Ja ten szelest poczułam!
   Zmarszczyłam brwi. 
   Jak mogłam poczuć coś, co się słyszy? 
   Zamaszystym ruchem zerwałam z siebie nakrycie głowy i szybko zajrzałam w czerwony materiał. 
   Serce stanęło mi na chwilę tak, jak w momentach, gdy myślałam o tym, co by było, gdyby jednak stanęło na dłużej niż te pół sekundy. I wtedy na dnie wełnianej czapki ujrzałam liść. Nie zeschnięty. Nie pognieciony. Zupełnie świeży, dopiero co zrzucony przez wiatr z gałęzi drzewa l i ś ć. Jesienny liść o pomarańczowo-złotym kolorze w środku zimy. A na nim przyczepiona biała karteczka z jednym, najważniejszym w tamtej chwili napisem. "Dlaczego do każdych butów masz czerwone sznurówki?"
   Roześmiałam się na głos, zakrywając usta dłonią. 
   Oderwałam kartkę i na jej odwrocie nabazgrałam odpowiedź długopisem, dopiero co wyjętym z plecaka. Wrzuciłam ją do szafki numer sto trzydzieści sześć. 
   Liść zachowałam.
   "Bo pasują do koloru czapki".

   Następnego dnia czekałam na jego odpowiedź. 
   Byłam pewna, że zostawił wiadomość w mojej szafce, tylko dlatego że był nieśmiały. Przy naszej pierwszej rozmowie na pewno był tak samo spięty jak ja, więc postanowił uderzyć z innej strony. Rano znalazł kartkę w swojej szafce i już wiedział, że nie musi się niczego obawiać, bo ja również chciałabym go bliżej poznać i odbyć drugą z rzędu rozmowę (tym razem nieco ambitniejszą). 
   Nie mogłam doczekać się spotkania go i roześmiania się wspólnie z obecnej między nami sytuacji. Widzieliśmy się codziennie w szkole i zamiast zwyczajnie porozmawiać, słaliśmy do siebie karteczki? Ha! To niedorzeczne!
   Uśmiechnęłam się na samą myśl o jego kolejnym zabawnym pytaniu i idąc korytarzem, skręciłam, by wejść na schody, gdy nagle tuż przede mną wyrosła czyjaś długa sylwetka. 
   Niespodziewanie.
   Wpadliśmy na siebie.
   Błysnął w moją stronę lazurowymi oczami i odszedł, nie pisnąwszy ani słówka. 
   Nie, nie, nie. Jak to?
   Poczułam przemożną chęć odwrócenia się za siebie i pobiegnięcia w jego stronę, ale zdusiłam w sobie to pragnienie. 
   Co to miało znaczyć?
   Dlaczego zachował się w taki sposób? Po tym jak wrzucił do mojej szafki liść, który wziął się nie wiadomo skąd? Po naszej pierwszej rozmowie? Dlaczego potraktował mnie jak powietrze?
   Ruszyłam przed siebie schodami, czując, jak narasta we mnie wewnętrzne rozdarcie. Byłam zła i zawiedziona, nawet żałośnie zakuło mnie po lewej stronie. 
   Na co tyle nadziei, skoro ponownie zostałam okrutnie potraktowana przez los? Na co mi nadzieja na lepszą jesień, skoro jedyna rzecz, która wywoływała na mojej twarzy uśmiech, zniknęła tak nagle, jak się pojawiła? 

***

   Na wuefie zawsze pomagałam nauczycielowi. Uczył mnie on we wcześniejszych latach, przed pamiętną jesienią. Lubiłam go za jego poczucie humoru i za to, że nawet gdy w jednej chwili diametralnie się zmieniłam, on traktował mnie tak samo. Niezmiennie. Był miłą odmianą mojej codziennej szarości.
   Tego dnia pomagałam mu ustawiać słupki. Zaczynała się ciepła wiosna, a z nią nadszedł czas biegów długo- i krótkodystansowych. Wyznaczałam tor na nierównej powierzchni chodnika w parku, gdy wuefista obok prowadził rozgrzewkę. Dziewczyny spoglądały na mnie zazdrośnie - nie biorąc udziału w wychowaniu fizycznym nie niszczyłam sobie idealnie ułożonej fryzury, nie pociłam się i nie narażałam na złamanie paznokcia. Ale spokojnie, za to ciągle czułam się, jakbym co najmniej przebiegła maraton, przy mecie boleśnie upadając na lewy bok. Racja, wuef był zdecydowanie gorszy. 
   Nauczyciel polecił mi usiąść na ławce, której położenie stanowiło metę i w razie czego liczyć czas drugim stoperem, gdyby jego stary, lecz niezastąpiony, jednak zawiódł. 
   Wszyscy biegli razem. Trzy klasy, chłopcy i dziewczyny, dwadzieścia dziewięć osób.
   Niektórzy ruszyli szybciej, w połowie trasy tracąc już siły i znajdując się na końcu. Inni biegli cały czas szybko i wcale się nie męczyli. Pozostali zaś nigdzie się nie spieszyli, kroczyli w przód we własnym tempie, nie zwalniając ani nie przyspieszając. 
   Obserwując ich, zastanawiałam się, do jakiej grupy należałam ja. Czy swoją walkę zaczęłam od gwałtownego startu, jednak się przeliczając i dając raku za wygraną? A może sunęłam przed siebie bez chwili oddechu, nie dając mu wyprzedzić mnie ani na sekundę? Czy raczej nie przejmując się niczym, trwałam pewnie w obrębie własnych możliwości, pozwalając rakowi w końcu mnie wyprzedzić, dając mu wolną rękę, nie działać, wciąż i wciąż nie stawać do pojedynku?
   - Hej.
   Wzdrygnęłam się, wyrwana z ciągu myśli przez znajomy głos.
   Spojrzałam w górę i zostałam ogarnięta przez lazurowe oczy, zmrużone na słońcu za moimi plecami.
   - Hej - odpowiedziałam, nieco zdziwiona. Teraz chce ci się rozmawiać, co? - Może usiądziesz? - zaproponowałam, gdy nie ruszał się z miejsca. 
   Przysiadł koło mnie na ławce i skrzyżowałam ręce na piersiach.
   Nie chciałam z nim rozmawiać. W pewnym sensie. Zależało mi, aby dowiedzieć się, co chodziło mu po głowie, gdy przez ten cały czas miał mnie zupełnie gdzieś. 
   I głęboko pomiędzy moimi buntowniczymi myślami, może nieświadomie, czekałam na kolejne "dlaczego".
   Popatrzyłam na niego, marszcząc brwi. 
   - Chcesz mnie o coś zapytać?
   Nie odpowiedział, wbijając wzrok w płaczącą wierzbę przed nami.
   Przewróciłam oczami.
   - Jeśli ci na tym zależy, mogę oddać ci ten liść. 
   - Nie - tym razem jego odpowiedź nadeszła. I to niespodziewanie szybko. 
   Popatrzył w moją stronę.
   I patrzył.
   I patrzył. 
   - Dlaczego? - Uśmiechnęłam się, chcąc, by w końcu zapytał. 
   Spuścił wzrok i sięgnął do kieszeni dresów. 
   Wstrzymałam oddech, gdy wyłonił z niej kolejny liść. Czerwony, może nieco brązowy. Znów świeży. Jesienny. 
   - Dlaczego masz krótkie włosy? - Wręczył mi cud u początku wiosny. 
   Patrzyłam na liść, chcąc uwierzyć, że naprawdę go trzymałam. Że naprawdę miałam w dłoni liść, który spadł z drzewa sześć miesięcy temu.
   - Bo je obcięłam. 
   - Nie.
   Podniosłam wzrok prosto na jego oczy. Wpatrywały się we mnie stanowczo, chcąc poznać prawdę.
   Ale nie mogłam im jej przekazać. Nie chciałam. Nie chciałam, żeby ich niewiedza zniknęła. Nie chciałam, żeby stały się takie jak wszystkie. Nie chciałam ich stracić. 
   Pogładziłam opuszkami palców wilgotną powierzchnię liścia. 
   - Przestań się buntować - powiedział cicho. - Po prostu bądź ze sobą szczera. 
   - A czy ty jesteś ze sobą szczery? - naskoczyłam od razu. Chciałam mu powiedzieć, że wiem, że patrzy. Że zachowuje się niezrozumiale. Miesza mi w głowie. Że komplikuje wszystko mi i sobie. 
   - Bo jestem chora - Ale mimo że chciałam, nie powiedziałam mu tego. 
   - Dlaczego się zatrzymujesz? Dlaczego nie popłyniesz? 
   Jego dwa "dlaczego" sprawiły, że poczułam się winna, że przynależę do ostatniej grupy biegaczy, która daje za wygraną.
   Westchnęłam żałośnie, gdy zabolało mnie w boku.
   - Ja się nie zatrzymuję. Ja już nie płynę - Popatrzyłam w lewo. - Ja tonę. 

***

   Dlaczego. Dlaczego. Dlaczego. 
   Musiałam powtarzać sobie to jedno słowo w kółko w myślach, bo nie było mi dane usłyszeć go już nigdy więcej. 
   Trzeciej z rzędu jesieni wszystko się zmieniło. 
   Dawni przyjaciele znów ze mną rozmawiali. Byłam traktowana jak wszyscy, jak przedtem. Lekarstwa dawały mi poczucie pewności siebie. Dietetyczne jedzenie smakowało lepiej niż zwykle. Włosy sięgały mi już prawie za uszy. Szarość wokół mnie nabrała kolorów. 
   Pięłam przed siebie bez chwili oddechu, pozostawiając swojego towarzysza w tyle. 
   W trzecią z kolei rocznicę poszłam z całą klasą na kręgle. 
   Wszędzie witały mnie uśmiechy. 
   Zbliżałam się do tafli wody coraz szybciej, oddalając od dna. Od mojego dna do lazurowej tafli.
   Zniknął tej jesieni. 
   Posłał mi jedyne błyszczące z oddali spojrzenie. 
   Znalazłam ostatni liść w kieszeni marynarki. Jesienny, żółty liść. W środku lata. 
   Na kartce nie było tylko jednego "dlaczego".
   Czasami nawet zastanawiałam się, czy istniał naprawdę. Czy lazurowe oczy nie były tylko wytworem mojej wyobraźni. Czy jesienne liście nie pojawiały się jedynie w moich snach. Czy nie była to sprawka chemii, którą przyjmowałam w czasie wakacji. Albo depresji,która według lekarzy towarzyszyła każdemu rakowi. 
   Jednak jednego byłam stuprocentowo pewna. Nawet jeśli tak naprawdę nie istniał, nawet jeśli widziałam go tylko ja, był obecny zawsze. Towarzyszył mi, gdy celowo odwróciłam się od wszystkich, wmawiając sobie, że to przez ich spojrzenia. Gdy tworzyłam listę typowych problemów nastolatki, które nadawały życiu kolorów. I nawet gdy umyślnie tonęłam.
   Zniknął tak niespodziewanie, jak się pojawił. Nie pozwolił mi wyrzucić siebie z pamięci. Stał się moim typowym problemem nastolatki. 
   Często wyobrażałam sobie, że stał w klasie obok, opierając się o krzesło, że but wypadł mu z worka, gdy szłam za nim, że ktoś zawiesił jego ulubioną kurtkę na klamce od drzwi. Albo że spoglądał na mnie ukradkiem, jadąc ruchomymi schodami w górę, gdy ja jechałam w dół i nie zdawałam sobie sprawy z jego obecności. 
   Czy było coś złego w takich wyobrażeniach, skoro on sam był jednym z nich? Czy było coś złego w byciu typową nastolatką, a jednocześnie tak różną od innych? Czy było coś złego w posiadaniu tak błahego problemu jak chłopak o lazurowych oczach? 
   Czy było coś złego w ponownym pokochaniu jesieni wraz ze słowami na kartce, przyczepionej do żółtego liścia: "Dlaczego nie zedrzesz czarnych smutków z paznokci do końca? Dlaczego nie zawiążesz końca z końcem czerwonymi sznurowadłami? Dlaczego nie obetniesz włosów w okazie buntu? Dlaczego nie upadniesz na dno tylko po to, żeby się od niego odbić?"






Dzięki, że jesteś tutaj ze mną, drogi czytelniku!
podpadziocha
Komentarze mile widziane :)