wtorek, 28 października 2014

2 Najgorsze najlepsze ferie zimowe na Świecie

02xSąsiedzi


KIMBERLY 

Boże Narodzenie spędziłam jak zwykle razem z rodzicami. Zjedliśmy pysznie przyrządzonego przez mamę dorsza, rozmawiając cały czas i rozkoszując się tą wspaniałą sielanką. 
   - Lucy, ten dorsz jest niesamowity - powiedzał tata, nakładając sobie następną porcję.
   - Cieszę się, że wam smakuje.
   Ja także byłam rada z tego powodu. Lubiłam, kiedy mama uśmiechała się w ten sposób, jakby żaden problem nie istniał na świecie. 
   - No - odparł tata po pozostawieniu z pysznej ryby jedynie ości. - Chyba czas na prezenty!
   Rodzice spojrzeli na mnie znacząco, a ja podeszłam do choinki, pochylając się nad podarunkami w kolorowych opakowaniach. Odkąd byłam mała, czułam, że to moje zadanie w tym domu. Podawanie prezentu w ręce rodzica było czymś magicznym. Wiedziałam, że sprawiałam im tym radość, a oni wiedzieli, że i ja byłam wtedy szczęśliwa. Stało się to naszą małą tradycją.
   - Tato - podałam mu średniej wielkości pakunek, a on uśmiechnął się ciepło w moją stronę. - To dla ciebie.
   Tacie kupiłam rękawice na rower, gdyż od zawsze uwielbiał jeździć. Już dawno planował kupno owych rękawic, ale jakoś nigdy nie było mu do tego spieszno.
   Pochwyciłam w ręce czerwony, najmniejszy prezent i podałam go mamie.
   Uśmiechnęła się do mnie. 
   Mamie podarowałam ręcznie robioną bransoletkę z imionami moim i taty.
Literki były koloru czerwonego (ulubiony kolor mamy), mocno przytwierdzone do czarnego sznurka.
   - Kochanie.. - wyszeptała mama, przyglądając się bransoletce ze łzami w oczach. - Piękne - wydusiła z siebie.
   Schyliłam się po kolejny prezent, a kiedy ponownie zwróciłam do rodziców, tata zakładał mamie bransoletkę na lewą rękę, a ona wolną dłonią ścierała łzy z policzków. Widok ten był tak miły dla oczu, że aż zapragnęłam uwiecznić ten moment na zdjęciu. Jednak rodzice zaraz się otrząsnęli i spojrzeli na choinkę, co było dla mnie jasnym znakiem, aby dalej rozdawać prezenty. 
   Zbytnio nie interesowałam się, co mama i tata "dostali od Mikołaja", gdyż już nie mogłam doczekać się swojego prezentu. Stał tam [pod choinką] taki samotny, zawinięty w papier z reniferkami i tylko czekał, aby go otworzyć. 
   Kiedy mama dała tacie buziaka w usta, zerwałam się z krzesła i sięgnęłam po mój prezent. Był lekki, więc poczułam ulgę, gdyż wskazywało to na to, iż rodzice nie wydali dużo pieniędzy na podarunek, a tego bym nie zniosła. 
   - Otworzysz w końcu? - ponaglił mnie tata.
   To musi być coś fantastycznego, pomyślałam, skoro tata mnie pospiesza.
   Rozerwałam kolorowy papier i pierwsze, co zobaczyłam to szeroki tekturowy karton. Zdjęłam jego pokrywkę, a moim oczom ukazała się mała, granatowa książeczka. Przeczytałam napis na okładce:

Bowie i jego sekrety*

   Był to zbiór wszystkich tekstów piosenek Davida Bowie z zamieszczonymi kopiami oryginalnych kartek z tekstami (gdzie było widoczne koślawe pismo piosenkarza) i jego rysunkami. 
   Już wtedy opadła mi kopara, ale okazało się, że to nie był koniec niespodzianek. Na dnie kartonu dumnie spoczywała płyta winelinowa z nagranym albumem Bowie'go Changesbowie i.. jego własnym podpisem! 
   Wydałam z siebie zduszony okrzyk. 
   W ułamku sekundy rzuciłam się w ramiona rodziców, płacząc ze szczęścia. 
   To był chyba najlepszy prezent świąteczny, jaki w życiu dostałam. Nigdy tego nie zapomnę.




   Boże Narodzenie minęło zadziwiająco szybko i już niedługo wybierałam się z rodzicami do Danville. Nie myślcie tylko, że jechałam tam wypoczywać czy aktywnie spędzać ferie zimowe. W Danville mieszkała moja ciocia, siostra taty, która w posiadaniu miała pięć kotów. Och, ale to nie koniec niespodzianek! Kiedy myślałam, że gorzej być już nie może, któregoś dnia odwiedziła nas rodzina Brewerów. Z rozmowy przy stole wyhaczyłam parę zdań:
   - Nie wyjeżdżamy nigdzie w tym roku, brak nam funduszy.
   - Naprawdę możemy pojechać z wami? 
   - Jasne, Alice na pewno się ucieszy. 
   - Przyda jej się towarzystwo kogoś innego niż kotów - szepnęła mama do pani Brewer i obie wybuchęły śmiechem, kiedy tata omotał je srogim spojrzeniem.
   Właśnie przez ten głupi wspólny obiad miałam spędzić całe dwa tygodnie z Jackiem Brewerem w jednym pokoju. O losie, dlaczego? Ach, no tak. Ciocia Alice posiadała małe mieszkanie, a miało przyjechać do niej w odwiedziny sześć osób. W pokoju, w którym zawsze spałam znajdowała się jedna duża wersalka. (Tak, zgadliście. Będę spać obok Brewera w tym samym łóżku. Boże, dopomóż mi!) W pokoju, który zawsze zajmowali rodzice stały dwa łoża małżeńskie (przeważnie zajmowały je koty cioci, ale na nasz przyjazd przeganiała z tamtąd te głupie futrzaki). Tak więc sprawa dotycząca noclegu, została zamknięta, kiedy tylko spróbowałam zabrać głos. 
   Dwa tygodnie, koty, Jack Brewer, ten sam pokój, jedno łóżko. Spokojnie, Kim, myślałam. Patrz na pozytywy. Zaraz.. są jakieś pozytywy? 
   Niestety, w końcu nadszedł dzień wyjazdu, przeklęta Niedziela. Spakowałam się dopiero po południu tego samego dnia. Wyjęłam z szafy chyba z osiem koszulek i o wiele więcej swetrów. Do szczęścia starczyły mi dwie pary dżinsów. Spakowałam potrzebne kosmetyki, uczesałam włosy i włożyłam szczotkę do walizki. Do tego rękawiczki, szalik i czapkę. No, jakieś klapki pod prysznic (nie byłam pewna, czy nie kąpały się tam te śmierdzące koty), bieliznę, grube skarpety i oczywiście moje puchowe kapcie po domu. Na sam koniec włożyłam w mniejszą kieszeń ładowarkę do telefonu i zapięłam walizkę. 
   Pogrzebałam pod łóżkiem i znalazłam jakiś duży, dżinsowy plecak. Wytrzepałam go za oknem z kurzu, po czym wpakowałam w jego największą kieszeń mój swiąteczny prezent i chyba cztery książki pożyczone od Grace. W najmniejszą kieszeń schowałam telefon komórkowy i słuchawki.
   Położyłam plecak obok walizki i rozejrzałam się po pokoju, sprawdzając, czy na pewno wszystko wpakowałam. Miałam wielką nadzieję, że tak, bo nie cieszyłby mnie widok zaśmiewającego się ze mnie Jacka Brewera, bo nie zabrałam szczoteczki do zębów, czy czegoś podobnego.
   Drzwi od pokoju nagle się otworzyły i wszedł tata.
   - Mogę już znosić walizkę? - spytał.
   Jeszcze raz omotałam spojrzeniem otwarte szafki, wszelkie półki i łóżko, zawalone różnymi bzdetami.
   - Raczej tak - odparłam.
   Tata podniósł za rączkę niebieską walizkę, a kiedy znosił ją po schodach, zastanawiałam się, czy moje ładnie poukładane rzeczy się nie pogniotą. 


   Podróż minęła szybko. 
   Przez cały czas słuchałam muzyki z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w tym Davida Bowie i Crackera (moich ulubionych wokalistów). 
   Kiedy późnym wieczorem dojechaliśmy do Danville, wyszłam z samochodu zaraz po rodzicach, którzy już zajęli się rozmową z państwem Brewer, i stanęłam koło Jacka. 
   Spojrzałam na niego. Miał na sobie jedynie bluzę, kiedy ja włożyłam podkoszulek, sweter i ciepłą kurtkę. 
   - Nie jest ci zimno? - spytałam. 
   - Owszem, jest - odparł, wdychając lodowate powietrze, a mnie aż zabolały płuca od samego patrzenia. 
   Podreptałam w stronę rodziców i szepnęłam do mamy:
   - Możemy już wchodzić?
   Popatrzyła na mnie z uśmiechem, który pozostał jej po usłyszeniu plotek od pani Brewer.
   - Jasne - rzekła. - Powiedz Jackowi, żeby zaczął wnosić walizki razem z tatą i Tomem.
   Tak więc przebiłam się przez śnieg, kląc pod nosem i w końcu dochodząc do bruneta.
   - Wnoś walizki - powiedziałam ponaglającym tonem.
   Jack stał w miejscu; ani się ruszył.
   - Co, zamarzłeś? - zakpiłam. - Ruchy!
   Brewer westchnął teatralnie, naciągając ramiona, po czym ruszył do zaparkowanych samochodów i wyjął pierwsze bagaże. Podciągnął rękawy bluzy, naprężając muskuły, a ja próbowałam nie zwracać na to uwagi.
   Jack pochwycił moje spojrzenie i mrugnął do mnie, wykrzywiając usta w obleśnym uśmiechu.
   Przewróciłam oczami i ruszyłam do samochodu taty, aby wziąć parę rzeczy, a przechodząc koło Jacka, mruknęłam:
   - Pozer.


   - Kochani! - zawołała ciocia Alice, ściskając każdego z osobna na powitanie. - Jakże się za wami stęskniłam! 
   Poczułam, jak ktoś wpycha mi jakiś miękki przedmiot w rękę. Odwróciłam się i zobaczyłam tatę.
   - Daj to cioci - polecił. - Na pewno się ucieszy.
   Spojrzałam na swoją rękę. Wełniana mysz; zabawka dla kotów. No jasne, pomyślałam.
   - Kimmy! - ryknęła ciocia Alice, a ja aż podskoczyłam ze strachu. 
   Na jej pulchnych policzkach widniały czerwone rumieńce. Wyciągnęła ku mnie ręce, aby mnie uściskać. Kiedy już się mną nacieszyła, wręczyłam jej myszkę, na co pisnęła uradowana, a łzy stanęły jej w oczach.
   - Kochanie, nie trzeba było! - wykrzyknęła, ale w jej tęczówkach tańczyły iskierki radości. 
   Ruszyłam w stronę drzwi i zbiegłam po schodach. Ciocia mieszkała w czteropiętrowym bloku na.. czwartym piętrze. (Blok ten nie posiadał windy. O zgrozo!)
   Pomogłam trochę przy wnoszeniu pakunków. Wzięłam dużą kosmetyczkę mamy, dwie poduszki i jeden koc. 
   Kiedy skończyliśmy wnosić rzeczy potrzebne na całe dwa tygodnie, skierowałam się do mojego małego pokoiku. Przed drzwiami policzyłam do dziesięciu, aby uspokoić nerwy i weszłam do środka.
   Jack rozłożył się już na wersalce, patrząc w sufit. Spojrzałam tam gdzie on, czyli na wielki kolorowy napis "Pchły na noc, karaluchy pod poduchy!" Czasami zastanawiałam się, czy to nie aluzja.   
   - Wariatkowo, co? - spytał nagle Jack, a ja przeniosłam zdezorientowany wzrok na niego. 
   Poruszyłam się niespokojnie w miejscu.
   - Jeśli masz na myśli dom mojej cioci - zaczęłam ostro. - to w stu procentach się z tobą zgadzam - druga część tego zdania została wypowiedziana chyba bezsilne.
   Opadłam na wersalkę koło Brewera. Stykaliśmy się ramionami; czułam bijące od niego ciepło. 
   - Ale nie chrapiesz, co? - spytał, odwracając głowę w moją stronę.
   Zmarszczyłam brwi.
   - Raczej to ja powinnam zadać to pytanie tobie - odparłam (o dziwo naprawdę spokojnie).
   Uśmiechnął się, a ja odwróciłam ku niemu głowę.
   - Jak widzisz - odparł - byłem szybszy.
   Spojrzałam na sufit, próbując nie zwracać uwagi na wielki napis. 
   Pomyślałam o tym, jak Jack błyskawicznie zyskał popularność, superdziewczynę, a wszystko tylko dzięki temu, że był zwinniejszy niż Jordan na wyborach kapitana drużyny piłkarskiej. Później pomyślałam o mnie. O przeciętnej dziewczynie, która uznawana była za kujonicę i kolegowała się tylko z jedną osobą w całej szkole.
   - Tak - powiedziałam tak nagle, że zdziwiłam samą siebie. - Byłeś szybszy. 


   Na kolacji wszyscy ze sobą rozmawiali. Pani Brewer bardzo dziękowała cioci Alice za nocleg, zaś ona wyrażała swoje zadowolenie przyjazdem jej rodziny. Mama i tata przysłuchiwali się opowieściom pana Brewera, od czasu do czasu wybuchając śmiechem. (Pan Brewer był bardzo wesołym człowiekiem.) Jedynymi cicho siedzącymi osobami byliśmy ja i Jack, który bez przerwy jadł i jadł. Ciocia Alice była rada z tego powodu, bo po raz pierwszy odkąd ją odwiedzaliśmy całe jedzenie zniknęło ze stołu. Z ręką na sercu mogę przysiąc, że Jack zjadł połowę tego wszystkiego.
   Później było nudno. Nie odchodziłam od stołu jedynie z grzeczności. Jednak moje zbawienie w końcu nadeszło, koło pierwszej w nocy, kiedy moja mama zauważyła przysypiającego Jacka. 
   - Idźcie już spać - poleciła.
   Pomyślałam, że nie powiedziała, abyśmy poszli do pokoju, żeby mnie nie zdołować faktem, iż ten pokój był naszym wspólnym. Albo że nie powiedziała: "Idźcie do łóżka", co nie miałoby jednego znaczenia.
   Tryknęłam Jacka w ramię, a on spojrzał na mnie nieprzytomnie.
   - Co? - powiedział ochrypłym głosem.
   - Chodź - Złapałam go za łokieć i wyprowadziłam z jadalni połączonej z salonem, mówiąc wszystkim dobranoc. 
   Kiedy weszliśmy do pokoju, Jack od razu rzucił się na łóżko. 
   - No chyba się umyjesz, prawda? - zawołałam, kiedy mojego ucha dobiegło ciche chrapanie.
   Brewer mruknął coś niezrozumiałego, wstał, wziął kosmetyczkę i piżamę i wyszedł z pokoju.
   Nie czekałam długo, bo niecałe dziesięć minut, podczas których przygotowałam rzeczy potrzebne pod prysznic. Jack wszedł, zatrzaskując za sobą drzwi i od razu położył się do łóżka. Miał na sobie białą koszulkę i niebieskie dresowe spodenki do kolan. Nawet nie zdążył przykryć się kołdrą, bo momentalnie zasnął. 
   Pomyślałam sobie, że skoro już na pewno śpi, mogę nałożyć piżamę na bieliznę jeszcze tutaj, gdyż łazienka jest bardzo mała i nie miałabym gdzie odłożyć ubrań. Spojrzałam uważnie na Jacka i stwierdziłam, że zapadł w głęboki sen, więc nie będzie problemu jeśli szybko się przebiorę. Na wszelki wypadek odwróciłam się do niego tyłem i zdjęłam najpierw spodnie, rzucając je niedbale w otwartą walizkę. Popatrzyłam przez ramię; oczy Jacka nadal były zamknięte. Zdjęłam bluzkę i nagle zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. W ręku trzymałam za duży sweter, a moja zgrabna figura ubolewała z tego powodu. Nawet nie wiedziałam, że mam tak płaski brzuch.. i to wcięcie w talii; biodra chyba też trochę mi urosły. Patrzyłam na siebie przez chwilę z poczuciem winy, przywołując do siebie słowa rodziców, dotyczące niezadowolenia z powodu zakrywania swojej figury. Szybko się jednak otrząsnęłam, przypominając sobie o obecności Jacka i ekspresowo nałożyłam na siebie różową piżamę w kolorowe motylki. Wsunęłam na nogi swoje puchowe papucie, pochwyciłam w ręce kosmetyczkę i ręcznik, po czym ruszyłam do łazienki, uprzednio spoglądając na Jacka, aby sprawdzić, czy na pewno spał. Miejmy nadzieję, pomyślałam. 




   Obudziłam się wcześnie rano; wszyscy jeszcze spali, bo było cicho. Słyszałam spokojny oddech Jacka po lewej stronie. Nie chciałam nikogo budzić, więc szybko się ubrałam i wyszłam na palcach z domu.
   W Danville nie było żadnej kawiarni, która byłaby otwarta o siódmej rano, więc poszłam na pobliską stację benzynową kupić sobie herbatę. Było wcześnie, toteż wcale nie byłam głodna. Wróciłam na osiedle i usiadłam na ławce pod balkonem cioci Alice. Herbatę piłam powoli, rozkoszując się jej ciepłem. Śnieg pruszył przyjemnie białymi gwiazdkami różnego kształtu. Złapałam jedną, przyglądając jej się uważnie, kiedy usłyszałam skrzypienie śniegu pod czyimiś stopami. Spojrzałam w tamtą stronę i ujrzałam Jacka. 
   - Dlaczego wyszłaś? - Usiadł tuż obok mnie.
   Zacisnęłam palce na papierowym kubku z herbatą.
   - Nie chciałam nikogo budzić - rzekłam spokojnie.
   Jack pokiwał głową. Patrzył na zaspy śniegu przed nami, które ktoś usypał, aby odśnieżyć chodnik. 
   Zawiał zimny wiatr.
   - Chcesz? - spytałam, wyciągając ku niemu rękę z herbatą.
   Spojrzał na mnie. Jego ciemne oczy błądziły po mojej twarzy, jakby widziały mnie po raz pierwszy, ale skądś kojarzyły. Zdawało mi się, że pochylił się w moją stronę, ale musiał to być naprawdę jakiś mój głupi wymysł, bo zaraz odwrócił głowę i znowu wbił wzrok w zaspy. 
   Patrzyłam na bielutki śnieg i było mi przykro, ale także czułam ulgę. Co ja sobie myślałam? Nawet nie mam zamiaru do tego wracać. 
   Upiłam łyk herbaty. 
   - Hej, dzieciaki! - usłyszałam za sobą głos cioci Alice. - Co wy tam robicie? Chodźcie na śniadanie, szybko! - Po czym zniknęła za drzwiami balkonowymi.
   Zerknęłam na Jacka, który nadal z pasją obserwował zaspy śniegu. Moje myśli nadal krążyły wokół wcześniejszego zdarzenia, co bardzo krępowało mnie przy jego osobie, więc po prostu wstałam i ruszyłam do klatki schodowej. 
   - Kim! - zawołał za mną.
   Nie powiedział Mądralińska, pomyślałam. 
   - Kim - Złapał mnie za ramię, odwracając w swoją stronę. 
   Znowu zaczął na mnie patrzeć tak, jak parę chwil temu i tym razem mogłam przysiąc, że pochyla się tuż nade mną, zupełnie jakby.. nie, to niemożliwe. Spojrzałam na jego usta. Nie jestem w stanie ich opisać. To znaczy - nie wiem, jak to zrobić! Nigdy się z nikim nie całowałam, więc jak miałabym opisać czyjesz usta? To wszystko było jakieś dziwne. Przecież to Jack! Obślizgły Brewer! 
   Poczułam jego oddech na moim policzku. Byłam gotowa na wszystko, i to chyba dobrze.
   - Rzucam ci wyzwanie - wyszeptał mi do ucha, a moje ciało przeszedł lekki dreszcz.
   Kiedy spojrzał mi w oczy, byłam rozczarowana, choć wcale nie powinnam. 
   - Więc? - powiedziałam cicho, a on tylko się uśmiechnął.
   Odwrócił się w stronę zasp, a ja już wiedziałam. 
   Westchnęłam, zakładając rękawiczki i szczelnie owijając się szalikiem.
   - Ty im się tłumaczysz - rzekłam, zanim rzuciłam się w pierwszą lepszą zaspę śniegu, aby się w niej porządnie wytarzać.
   Kiedy po paru minutach Jack pomógł mi wstać, byłam cała mokra i zziębnięta, a on uśmiechał się drwiąco. Chciał mnie objąć ramieniem, ale w porę uderzyłam go pięścią w brzuch, na co tylko się roześmiał i powiedział:
   - Bałwan - co było trafnym stwierdzeniem, gdyż byłam cała w śniegu.
   Spojrzeliśmy na siebie, a on mrugnął do mnie, na co przewróciłam oczami i ruszyliśmy do mieszkania cioci Alice.
   Starałam się nie myśleć o tym, jak mogłabym opisać jego usta. 


   - Kim, kochanie, dlaczego jesteś cała mokra?! - spytała mama, kiedy tylko przekroczyliśmy próg drzwi.
   Napięłam wszystkie swoje mięśnie. Okłamać mamę? To byłoby wbrew moim zasadom!
   - Och, wie pani - zaśmiał się nagle Jack, ratując mi skórę. - Kim jest trochę niezdarna i wpadła prosto w zaspę śniegu, a kiedy próbowała się podnieść, ugrzęzła jeszcze bardziej.
   Mama zmierzyła nas wzrokiem (a zwłaszcza mnie, bo gotowało się we mnie po usłyszeniu słów Obślizgłego), zaś Jack kontynuował:
   - Gdyby nie ja, biedaczka zamarzłaby na śmierć.
   Uśmiechnął się promiennie, a mama spojrzała na mnie wzrokiem, mówiącym "Mam w to uwierzyć?". 
   Zacisnęłam usta w wąską kreskę, wbijając spojrzenie w ścianę. 
   - Doookładnie - powiedziałam, a mama odeszła bez słowa. 


   
   Tego dnia stało się coś, za co wstyd mi do tej pory. Nie dość, że pokłóciłam się z Jackiem to jeszcze.. ach, ale może od początku. 
   Siedzieliśmy wszyscy przy stole, jedząc śniadanie. Oczywiście, mówiąc wszyscy mam na myśli lokatorów mieszkania cioci Alice, którzy jedli, a nie żarli. Jack rzucił się na jedzenie ze lśniącymi oczami i zanim zdążyłam się obejrzeć słynny w naszej rodzinie chleb mamy, który zawsze piecze na święta, zniknął ze stołu. Byłam zła na Jacka, bo kazał mi wytarzać się w śniegu i nadal było mi zimno, do tego żarł jak świnia i brak było mu jakiejkolwiek kultury. A to, że zjadł cały chleb mamy, zanim ktokolwiek inny zdążył go spróbować, rozjuszyło mnie jeszcze bardziej. Przy stole nie zwróciłam mu uwagi, ale kiedy poszliśmy do pokoju, aby zająć się sobą (dorośli rozmawiali i śmiali się z rzeczy, których nie rozumiałam), powiedziałam:
   - Ty to masz tupet!
   Jack, który zwędził jakieś kabanosy z lodówki, spojrzał na mnie, odgryzając kawałek zdobyczy. 
   - O co ci znowu chodzi, Mądralińska?
   Zacisnęłam dłonie w pięści.
   - Miałeś tak do mnie nie mówić! - obruszyłam się. - Zapomniałeś, bezmózgu?! 
   - Hej, to ty się mnie czepiasz bez powodu - odparł, jak zwykle spokojnym tonem. 
   Z każdą mijającą sekundą denerwował mnie jeszcze bardziej. To jak leżał i jadł te tłuste kabanosy, jak co chwilę mierzwił sobie idealnie przystrzyżone włosy, jak był spokojny, jak oddychał, jak w ogóle tu był! 
   - Zachowujesz się jak świnia! - wyrzuciłam z siebie, czerwona na twarzy. - Brak ci manier! 
   Jack powoli zwrócił głowę w moją stronę, gryząc kiełbaskę.
   - Hę? - mruknął, a ja nie wytrzymałam i się na niego rzuciłam.
   - Jak możesz być taki opanowany! - krzyknęłam, okładając go pięścmi po klatce piersiowej. - Ty głupi, niedorozwinięty, bezmózgi, brudny, okropny, śmierdzący..
   - Skończyłaś już? - spytał, kończąc jednego kabanosa. 
   Oparłam twarz na jego piersi, przyciskając usta do bluzy i krzyknęłam najgłośniej jak tylko potrafiłam, po czym uderzyłam go otwartą dłonią w ramię. 
   Usłyszałam czyjeś kroki za drzwiami, więc czym prędzej oderwałam się od Jacka, który pozostawał nadal spokojny. Ukryłam bordową ze złości twarz w dłoniach, oddychając ciężko.
   Drzwi się otworzyły.
   - Dzieciaki, to u was coś tak zaskrzeczało? - spytał pan Brewer, a ja zacisnęłam mocno zęby.
   - Nie - powiedział niewinnie Jack. - To chyba z dworu.
   Usłyszałam ciche mruknięcie, więc pan Brewer chyba uwierzył swojemu synowi.
   - Rozumiem - rzekł  i rozległ się odgłos zamykanych drzwi.
   Usiadłam na wersalce, oddychając nierówno. Podciągnęłam kolana pod brodę i zamknęłam oczy. 
   - Ależ ty jesteś wybuchowa - Ten jego opanowany, delikatny ton doprowadzał mnie do szału.
   Rzuciłam w niego poduszką. 
   - Słyszałaś mojego tatę? - spytał rozbawiony, siadając tuż koło mnie i kładąc sobie jaśka na kolanach. 
   Objął mnie ramieniem, a ja nawet już nie miałam nerwów, aby protestować, więc jedynie jęknęłam ze zrezygnowania.
   - Zaskrzeczałaś! - wybuchnął śmiechem.
   Spojrzałam na niego. Śmiał się tak mocno, że aż z oczu leciały mu łzy i nie mógł złapać powietrza, trzymając się za brzuch. Wyglądał tak naturalnie; roześmiany, z czerwonymi policzkami i kogutami sterczącymi z tyłu głowy. Przypominał siebie z dawnych lat. Tego małego, brudnego Jacka z krzywymi zębami.
   Patrząc tak niego, kiedy tarzał się ze śmiechu po podłodze, pomyślałam, że może jest jeszcze dla nas jakaś szansa. Może nie zawsze będziemy się kłócić i wyzywać i nie będziemy jedynie sąsiadami, a nasza znajomość nie będzie opierać się tylko i wyłącznie na wyzwaniach. Może połączy nas przyjaźń? Przecież Jack w końcu nie jest taki zły. Oczywiście, jest niezrównoważonym idiotą, ale nie mogę powiedzieć, że go nie lubię, bo to byłoby kłamstwem. Lubię go, ale w nieznany mi sposób. To irytujące. 
   Aha, jeśli chodzi o tę sytuację, przez którą było mi strasznie wstyd - jeszcze wtedy do niej nie doszło. (Oczywiście, byłam zdenerwowana na samą siebie, że tak łatwo dałam się sprowokować Jackowi. Od zawsze wykorzystywał moje słabe nerwy.) Trudno będzie mi o tym opowiadać, gdyż była to dość obrzydliwa i wstydliwa sytuacja, ale postaram się zobrazować to jak najlepiej. 
   Wszystko zaczęło się od wazy, stojącej w salonie na małym, drewnianym stołku. Owa waza była przekazywana w naszej rodzinie od pokoleń i była bardzo cenna (i brzydka, ale nigdy nie śmiałam powiedzieć tego na głos). Z tego co wiem, mój tata miał odziedziczyć po matce ten zabytek, ale oddał go cioci Alice ze względu na jej sytuację. Miała czterdzieści trzy lata i mieszkała sama w jakiejś dziurze pod Seaford z pięcioma grubymi kotami. Tata stwierdził, że powierzenie jej tej wazy będzie dla niej czymś w rodzaju docenienia przez całą rodzinę. Powiedział, że jej szczęście jest dla niego najważniejsze zaraz po mamie i po mnie.
   Tak naprawdę nigdy nie wiedziałam, dlaczego ta waza jest taka ważna. Była duża, obdrapana z białej farby i strasznie śmierdziała.
   - Może jeden z tych kotów w nią nasrał? - filozofował Jack, kiedy siedzieliśmy na dywanie i czesaliśmy futrzakaki cioci Alice. 
   Popatrzyłam na stół, gdzie dorośli zaśmiewali się z żartu pana Brewera. Chyba rodzice nie usłyszą, jeśli powiem: 
   - Raczej na pewno w nią nasrał.
   Jack spojrzał na mnie zaskoczony, ale zaraz na jego twarz wpełzł uśmiech. Przysunął się bliżej mnie, abyśmy mogli szeptać sobie dziwne uwagi na temat starej wazy i spasłych kotów.
   - Jak myślisz, który mógłby to zrobić? 
   Omotałam wzrokiem każdego kota po kolei.
   - Ten szary jest dość zwinny, bo najchudszy. Mógłby łatwo skoczyć na stołek - stwierdziłam, a Jack pokiwał głową.
   - Ten - wskazał na białego kota z czarnym brzuszkiem. - jest dość gruby. Pewnie dużo żre, więc zrobiłby najbardziej śmierdzące bobki. 
   Popatrzyłam na niego rozbawiona, a on wyszczerzył zęby, nagle spoglądając przed siebie. Podąrzyłam za jego spojrzeniem, a moim biednym oczom ukazał się wielki, tłusty kot o karmelowym futrze, który sikał na dywan. Otworzyłam szeroko usta przerażona, kiedy Jack hamował śmiech, jak tylko mógł. W końcu nie wytrzymał i wybuchnął szaleńczym chichotem. 
   Spojrzałam na stół. Na szczęście dorośli nic nie zauważyli i nie usłyszeli, bo panował tam gwar, spowodowany przez kolejną opowieść pana Brewera. Odwróciłam się w stronę Jacka, aby szepnąć mu na ucho, żeby zwijać się do pokoju, zanim ktokolwiek przyuważy wielką plamę na białym dywanie, kiedy on zrobił coś, co bardzo przyczyniło się do mojego wstydu. Złapał mnie za ramię i przygwoździł do miejsca na dywanie, gdzie uprzednio załatwił się karmelowy kot. Zakrył mi usta dłonią, co skutecznie tłumiło moje krzyki. Dorośli i tak nie zwracali na nas uwagi, ponownie śmiejąc się z żartu pana Brewera o jakimś kierowcy, który nie potrafił jeździć. Próbowałam wyrwać się Jackowi, ale tak prawdę mówiąc, jedynie wcierałam odchody kota w swoją bluzę. Poza tym siłowo nie równałam się z Jackiem, który od lat gra w piłkę nożną, codziennie ćwiczy i ogółem kocha sport. 
   W efekcie ja tarzałam się po dywanie, a Jack blokował mi ruchy rękoma i zaśmiewał się w najlepsze. Byłam zła i cała czerwona na twarzy, a mocz kota wsiąkał w moją bluzę. Poczułam nagły przypływ złości i z całej siły odepchnęłam Jacka, wstając z podłogi. 
   - Fuj, fuj, fuj - zajęczałam, próbując spojrzeć na plecy i wybadać, jak bardzo mam brudną bluzę. 
   Nagle poczułam jak moje nogi odrywają się od podłoża i w porę zorientowałam się, co Jack planuje. Uderzyłam go pięścią w ramię i chyba udało mi się zrobić to dość mocno, bo Jack zmarszczył brwi (możliwe, że z bólu). W jednej chwili naparliśmy na siebie rękoma i zaczęliśmy przepychać się we wszystkie strony. Od stołu dochodził donośny głos pana Brewera i śmiechy pozostałych. Policzki piekły mnie ze złości. Chciałam zmiażdżyć Jacka i wrzucić go do grobu! 
   I wtedy stało się. Popchnęłam Jacka. Straciliśmy równowagę i runęliśmy prosto na stołek z wazą. Poczułam nagły strach, serce mi stanęło i straciłam czucie w członkach. Upadliśmy z hukiem na podłogę, a obok nas waza, która była dumą naszej rodziny, docenieniem cioci Alice. Jakby w zwolnionym tempie waza dotknęła podłogi, a tam rozdzieliła na kilkanaście obdrapanych kawałków. 
   W moich oczach stanęły łzy. Leżałam na brzuchu Jacka ze wzrokiem wbitym w [jeszcze parę sekund temu całą] wazę, a wszystkie spojrzenia były utkwione we mnie. Przy stole nagle ucichło, a pan Brewer stracił tę pewność siebie, jaką posiadał podczas opowiadania żartów. Ciocia Alice patrzyła na rozbitą wazę, jakby właśnie znajdowała się na pogrzebie jednego ze swoich kotów. Po moich policzkach powoli zleciały łzy. Było mi tak głupio. 
   Ten dzień spędziłam w pokoju, czytając książki od Grace, aby przenieść się do fikcyjnego świata, bo ten prawdziwy już mnie wykańczał. Poczucie winy strasznie mnie przytłaczało. Nie miałam odwagi spojrzeć cioci w oczy. Mama i tata przychodzili do mojego pokoju, aby mnie pocieszyć. Tłumaczyli, że to był głupi wypadek i nikt nie ma mi tego za złe, ale czułam, jakby te słowa były puste. Nie chciałam nikogo widzieć, nie chciałam z nikim rozmawiać. To wszystko moja wina. Może Jack ma rację? Może naprawdę jestem zbyt wybuchowa? 
   A skoro mowa o Jacku - w nocy stało się coś, dzięki czemu uwierzyłam, że mamy szansę. 
   - Ej, Mądralińska - wyszeptał, potrząsając moim ramieniem. 
   Trochę mnie to zdziwiło, bo odkąd zamieszkaliśmy w jednym pokoju, nigdy nie odzywaliśmy się do siebie przed spaniem, aby zapomnieć o swojej obecności. 
   - Co? - mruknęłam.
   Poczułam, jak Jack przybliża się do mnie, co potwierdziło także skrzypienie starej wersalki. Ukryłam twarz w poduszce.
   - Wiesz, że to nie twoja wina, prawda? - spytał cicho, a ja zacisnęłam powieki, aby się nie rozpłakać. 
   - Kazali ci to powiedzieć? - prychnęłam z pogardą.
   Tak, jak się spodziewałam, nastała cisza, a że była dość niezręczna, postanowiłam skupić się na zaśnięciu. 
   - Tak, kazali - powiedział nagle Jack, a ja odwróciłam się do niego gwałtownie.
   Było ciemno, więc zapaliłam małą lampkę, która rozbłysła wątłym światłem. 
   Jack podpierał głowę na łokciu i patrzył prosto na mnie. Było to niemniej dziwne niż to, że w ogóle się do mnie odezwał. 
   Ułożyłam się więc wygodnie na poduszce i zastanawiałam się, co też Jack ma mi do powiedzenia, ale jak na razie jedynie cały czas na mnie patrzył. Poprawka - patrzył w moje oczy. Prosto w oczy. Czy to nie głupie? 
   - Kim - powiedział w końcu, bardzo spokojnym tonem. - Chcę, żebyś wiedziała, że to tylko i wyłącznie moja wina.
   Przemyślałam swoją odpowiedź.
   - Nie zaprzeczę - szepnęłam, a on wyszczerzył zęby.
   - Jak zwykle zabawna - skitował.
   Nadal patrzył mi w oczy.
   Koguty sterczały mu na czubku głowy.
   Oczy lśniły. 
   - Twojej cioci na pewno przejdzie, zobaczysz - odezwał się po jakimś czasie i uśmiechnął pocieszająco.
   Spuściłam wzrok z jego twarzy, bo nagle poczułam łzy pod powiekami. Wspomniał o cioci, której tak bardzo bałam się wytłumaczyć, co właściwie się stało. Wiem, że nikt nie słuchał Jacka, bo zapewne myśleli, że mnie broni. I wiem też, że ciocia Alice tak naprawdę nigdy mi tego nie wybaczy.
   Nie chciałam, aby Jack patrzył, jak płaczę, ale chyba coś mi się nie udało. Po moich policzkach spłynęły ciurkiem łzy, zanim zdążyłam schować się pod kołdrą.
   Jack poruszył się niespokojnie w miejscu, a wersalka zaskrzypiała złowieszczo. 
   - Hej - wyszeptał współczującym tonem, a ja zaczęłam ocierać łzy z twarzy.
   - Przepraszam - powiedziałam szybko. 
   - Kim..
   - Nie żałuj mnie, proszę - odparłam, chowając twarz w dłoniach.
   Dlaczego nagle był dla mnie taki miły? Przecież powinien się ze mnie wyśmiewać! Stłukłam wazę, pamiątkę naszej rodziny, okaz docenienia cioci Alice! A wszystko to przez szczochy kota! 
   - Je-jestem bez-znadziejna - wyjąkałam w dłonie. 
   - Hej - głos Jacka nagle stał się donośniejszy i mocno ochrypły; po raz pierwszy od tak dawna zauważyłam, że naprawdę ma mutację. - Nigdy tak nie mów.
   - Kiedy to prawda - wymamrotałam.
   Usłyszałam szmer gdzieś z boku, a w wersalce przeskakiwały sprężyny; co ten Jack znowu majstrował? Wyjrzałam przez palce, aby zobaczyć, co też dobrego wymyślił, kiedy ku mojemu zdziwieniu, położył mi dłoń na ramieniu, zaciskając na nim palce.
   Pochylił się nade mną, a mnie naszły te same głupie myśli, co pierwszego ranka tutaj. 
   - Rzucam ci wyzwanie, Kim - wyszeptał mi do ucha.
   Że co? Teraz? 
   Chciałam zapytać, co znowu głupiego przyszło mu do głowy, ale w efekcie wymamrotałam tylko coś w stylu:
   - Eeuuyy..
   Jack objął mnie ramieniem. 
   Co on wyprawia?
   - Przytul się do mnie - powiedział pewnie, a ja drgnęłam. 
   To chyba jakieś żarty. Tak, pewnie zaraz mnie odepchnie i wyśmieje, że dałam się nabrać. 
   Albo nie.
   - Dobra, ale nie na długo  - odparłam, siląc się na dziarski ton.
   Spojrzał mi w oczy i niepewnym ruchem przyciągnął moją twarz do swojej lewej piersi. Słyszałam jego bicie serca. Oddychał miarowo, spokojnie. Objął mnie mocno, kołysząc delikatnie na prawo i lewo. Oparł brodę na moim czole, a ja w końcu zebrałam się na odwagę i mocno objęłam go za szyję, wtulając twarz w zagłębienie przy jego obojczyku. Jack był rozpalony, przyjemnie gorący. Jego skóra lekko parzyła mnie w policzek. Trzymał mnie mocno w swoich ramionach, a ja poczułam, jak łzy lecą mi po policzkach prosto na jego koszulkę. Nie obchodziło mnie to, po prostu płakałam i nie było mi wstyd; czułam ulgę, choć nic jeszcze nie zostało mi wybaczone. Do tego powinnam czuć się skrępowana - Jack mnie przytulał, był tak blisko. Ale w tamtej chwili czułam, że był jedyną osobą na świecie, której spokojnie mogłam wypłakać się w ramię. 
   - Jack - Nagle coś przyszło mi do głowy (coś idiotycznego), ale w tej chwili czułam, że mogę wszystko. - Czy przytulałeś tak kiedyś London? - spytałam. 
   Przestał się kołysać. Spojrzał na mnie. Odgarnął mi włosy z twarzy i patrzył mi prosto w oczy, a ja w jego. Uau, te wszystkie dziewczyny miały rację - jego oczy były tak ciemne, że aż prawie czarne. 
   Poczułam nagle coś dziwnego. To stało się w jednej chwili. Patrzyłam w jego ciemne tęczówki, z każdą chwilą zagłębiając się w nie coraz bardziej. Myślałam o tym, jaki nagle Jack stał się przystojny, jaki miły, jak jego obżarstwo nie było denerwujące, a słodkie. Poczułam jego ramiona oplatające moje ciało ze zdwojoną siłą. Przyjemny dreszcz przeszedł mi po plecach. 
   Wtedy jeszcze tego nie rozumiałam, ale ta jedna chwila, te parę sekund nagle zmieniło moje postrzeganie Jacka o trzysta sześćdziesiąt stopni. Patrzyłam w jego oczy i zastanawiałam się, o czym on właśnie myśli. Czy też odkrył we mnie inną osobę; spojrzał na mnie w inny sposób? Tego nie wiedziałam, ale jednego byłam pewna.
   - Nie - odpowiedział cicho, nie odrywając wzroku od moich oczu.
   Jack nie kochał London.


    Następnego dnia obudziłam się w ramionach Jacka, który jeszcze chrapał w najlepsze (oczywiście, zapewniał, że wcale nie chrapie). Zwinnie wyswobodziłam się z jego objęć i usiadłam na wersalce, chowając twarz w dłoniach. Byłam przerażona spotkaniem twarzą w twarz z ciocią Alice. Dlaczego akurat padło na mnie? Naprawdę to właśnie ja musiałam zbić tę głupią wazę?
   Wyjęłam z walizki jakieś wytarte dżinsy, granatową podkoszulkę i szary sweter. 
   Ruszyłam w stronę drzwi, spoglądając na godzinę. Dziesięć po siódmej. Wszyscy zapewne jeszcze śpią. Wyszłam na duży korytarz, przez który przechodziło się do łazienki, kiedy zauważyłam jakiś cień w kuchni. Rzuciłam ubrania na fotel i podreptałam szybko w tamtą stronę, a moje włochate papucie dyndały pomponami. Uchyliłam drzwi. 
   W kuchni siedziała ciocia Alice, popijając kawę i patrząc zawzięcie w moją stronę. 
   - Wiedziałam, że znowu wstaniesz wcześniej niż wszyscy - powiedziała nagle. - Wrodziłaś się z tym we mnie.
   Moje serce zaczęło szybciej bić. Przełknęłam głośno ślinę. 
   - Nie jestem na ciebie zła, kochanie - odparła spokojnie, zupełnie jak Jack. - Ani trochę - dodała. 
   Zdrętwiały mi wszystkie członki. Nie mogłam ruszyć się z miejsca. To chyba sprawka strachu. Bałam się wykonać jakikolwiek ruch. 
   - Ciociu.. - wyszeptałam, a ona zamieszała łyżeczką w swoim kubku. - Tak bardzo cię przepraszam. Ja..
   - Dziecko, przestań natychmiast - uśmiechnęła się pogodnie. - Ja wiem, że to był głupi wypadek.
   Wielka gula zniknęła z mojego gardła i w końcu mogłam spokojnie się ruszyć.
   - Tak się cieszę, że rozumiesz - odetchnęłam z ulgą, siadając koło cioci przy stoliku. 
   - Oczywiście! - zawołała cicho, aby nikogo nie obudzić (ściany mają uszy). - To przez tego Jacka. 
   Ręka mi drgnęła. Nabrałam łapczywie powietrza do ust. 
   - On cię rozprasza - ciągnęła, a mi opadła szczęka. - Ale ja to w pełni rozumiem! To taki wiek, nastolatki, nie można utrzymać emocji na wodzy. 
   Zachłysnęłam się własną śliną.
   - Słucham? - wychrypiałam.
   - Ale powiem ci, że przystojny to on jest - mrugnęła do mnie, nie zwracając uwagi na moją reakcję. - Zazdroszczę ci go - wybuchnęła śmiechem.
   Nie byłam w stanie nawet śmiać się z grzeczności. Zupełnie oniemiałam; odebrało mi mowę. 
   - Ta pierwsza, nastoletnia miłość - westchnęła. - Najlepsza ze wszystkich. 
   Chciałam krzyknąć, że nic nie czuję do Jacka (Obślizgłego) Brewera ani mi się w ogóle nie podoba, ale powiedziałam chyba coś takiego:
   - Ja.. on.. niee..
   Ciocia uśmiechnęła się do mnie ze współczuciem.
   - On nie czuje tego samego? - westchnęła, a ja pisnęłam zażenowana. - Kochanie, chodź tu i się do mnie przytul! Nie warto się przejmować!
   Zaczęłam kręcić nerwowo głową.
   - Ale my nie.. 
   - Nawet nie mów, że nie macie szansy! - zawołała i pociągnęła moją głowę do swojej piersi. - Jakoś to będzie, zobaczysz.
   - Ale.. - próbowałam jakoś interweniować, ale marnie mi to wychodziło, gdyż ciocia znowu mi przerwała.
   - Żadne "ale", córeczko! - zacisnęła uścisk na mojej głowie.
   Policzek rozpłaszczył mi się o jej pierś, zasłaniając prawe oko. Chyba się dusiłam. 
   - O, kochaneczku! - krzyknęła nagle ciocia przesłodzonym głosem.
Wykorzystałam jej nieuwagę i szybko wyswobodziłam się z jej objęć.
   Zaraz.. kochaneczku?
   Odwróciłam się w stronę lodówki, gdzie wbijała wzrok ciocia Alice i zobaczyłam nikogo innego jak Jacka. Stał nieruchomo z ręką zastygłą przy pułce, na której leżało ciasto czekoladowe. Przekręcił głowę w bok, aby na nas spojrzeć. 
   - Dzień dobry, proszę panią - powiedział nagle dziarsim tonem i uśmiechnął się do cioci, opierając o lodówkę. 
   - Och, jaki wychowany - ciocia złożyła razem ręce i westchnęła z zauroczoną miną. 
   Przewróciłam oczami, a Jack puścił do mnie oko, co nie uszło uwadze cioci.
   - Ojej, widzę, że przeszkadzam - zaśmiała się jak mała dziewczynka. - To ja może już pójdę - wskazała palcem na drzwi i po chwili już jej nie było.
   Jack poczekał, aż zatrzasną się za nią drzwi i sięgnął do lodówki po talerz z ciastem. Położył go na stole i usiadł na krześle, rozglądając się po kuchni. Wypuściłam głośno powietrze z ust i podałam mu łyżeczkę.
   - Och, dzięki - powiedział, już nabierając ciasto do buzi. 
   Patrzyłam, jak je (a raczej pożera) ciasto, które upiekła jego mama i nagle (nawet nie wiem, czemu!) sama sięgnęłam po łyżeczkę, aby zacząć jeść razem z nim.
   Jack popatrzył na mnie, a było to spojrzenie bardzo długie i zafascynowane. 
   Naprawdę nie wiem, dlaczego jadłam słodycze przed śniadaniem i to jeszcze razem z Obślizgłym Brewerem. Ale wiedziałam jedno:
   - To ciasto jest przepyszne.
   Jack patrzył na mnie nadal, a ja coraz szybciej jadłam, czując jak się rumienię. Spojrzałam na niego, a on odnalazł wzrokiem moje tęczówki. Uśmiechnął się delikatnie.
   - Cieszę się, że ci smakuje - powiedział swoim spokojnym tonem.


    Po zjedzeniu połowy ciasta czekoladowego o siódmej rano w ogóle nie miałam ochoty na śniadanie. Jack, oczywiście, się ze mną nie zgadzał. Nie dość, że zeżarł drugą połowę ciasta, to jeszcze zjadł prawie cały jeden bochenek chleba. 
    - Ty to nie masz dna, kochaneczku! - roześmiała się ciocia Alice, a razem z nią wszyscy inni, oprócz mnie. 
    Rozejrzałam się wkoło. Moi rodzice rozmawiali z panią Brewer, ciocia Alice była wpatrzona w Jacka, a pan Brewer siedział zamyślony. Nagle spojrzał na mnie i po chwili się uśmiechnął, przenosząc wzrok na Jacka. 
   Coś się święci, pomyślałam. 
   - Tak sobie właśnie pomyślałem - powiedział głośno pan Brewer, aby wszyscy go usłyszeli. - że nasi chuligani powinni zapłacić za swoje czyny - jego oczy przeleciały wszystkich obecnych. 
   Jack podniósł głowę znad talerza. 
   - Czyli? - spytał, marszcząc brwi. 
   Pan Brewer spojrzał na ciocię Alice, a ona uśmiechnęła się do nas promiennie. 
   - Wysprzątacie dom z kocich kłaczków i odśnieżycie podjazd przed moim garażem, kochaneczku - zaświergotała. 
   Otworzyłam szeroko oczy. 
   Jackowi wypadła kanapka z ręki. 
   - Przecież są ferie! - zawołał Jack. - Tatoo! - jęknął.
   - A my jesteśmy w gościach i..
   - Właśnie! - krzyknął oburzony. - Więc czemu mam..
   - Jesteśmy w gościach, Jack, a ty przyniosłeś nam wczoraj niewyobrażalny wstyd! - ryknął pan Brewer, wstając gwałtownie od stołu. - Twoja matka płakała po nocach, bo tobie zachciało się wygłupów! Dość już tego! Wysprzątasz ten dom na błysk albo po powrocie ja i mama urzyjemy radykalnych środków! A teraz jedz i bez dyskusji!
   Byłam oszołomiona. Jeszcze nigdy nie widziałam, jak pan Brewer krzyczy na Jacka. Jak w ogóle jest zdenerwowany! Zawsze był uśmiechnięty i chętnie żartował, a teraz był istną bombą, której przed chwilą doświadczyłam wybuchu. 
   - Wybaczcie mi - powiedział cicho i przejechał dłonią po ramieniu pani Brewer, wychodząc z pokoju. 
   Spojrzałam na Jacka. Siedział otępiały, patrząc przed siebie z szeroko otwartymi oczami, co sprawiało, że w tej chwili nie były duże, jak zawsze, a po prostu ogromne. 
   Przeniosłam spojrzenie na rodziców, panią Brewer i ciocię Alice, która patrzyła ze współczuciem na Jacka. 
   Przestań, kobieto, pomyślałam, on mi się nie podoba. 
   Zacisnęłam mocno pięści pod stołem, aby uzbroić się w odwagę.
   - Kiedy mamy zacząć? - spytałam, ale mój głos nie był pewny siebie. Było słychać w nim nutkę strachu. 
   Pani Brewer spuściła wzrok. 
   

   Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu sprzątaliśmy, ale zdawało mi się, że całą wieczność. Tego dnia nie miałam ochoty na nic innego, jak odpoczynek przy dobrej lekturze od Grace na fotelu obok wersalki w moich dotychczasowym pokoju. Jack okropnie mnie denerwował swoimi głupimi komentarzami na temat sierści kotów i kurzu. Zdawałam sobie z tego sprawę, że prawdopobnie sprzątał po raz pierwszy w życiu, ale bez przesady. To nie jest nic trudnego. Poza tym nie było innej opcji, musieliśmy to zrobić. 
   Porządkowaliśmy w garażu cioci Alice, a Jack ciągle obrażał jej koty, co nie uszło mojej uwadze. Byłam na niego trochę zdenerwowana, ale przeszło mi, kiedy ciocia weszła do garażu, kazała nam przestać sprzątać i napić się piwa wraz z nią. Wtedy czułam, że mogę wszystko, choć skryłam się pod maską grzecznej dziewczynki, która przestrzega zasad i wiecznie siedzi z nosem w książkach.  
   - Nie bądź taką sztywniarą - Tak, zdecydowanie to Jack zmusił mnie do wypicia pierwszego w życiu napoju z procentem. Zapewne dlatego, że sam nigdy nie pił. 
   Wieczorem zabrałam go do biblioteki, aby dowiedział się o znaczeniu słowa adekwatny. Powiedział mi wtedy, że nie kocha London i długo patrzył mi w oczy. Byłam szczęśliwa, bo w końcu to przyznał. Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Tylko czekałam, aż to powie. 
   - Nie kocham London. - Czyż to nie brzmi magicznie?


JACK

   Święta świętami, ale jakie prezenty dostałem! 
   Na Boże Narodzenie w domu dziadków zawsze zjeżdża się cała rodzina - kuzyni, ciotki, wujkowie, ciociobabcie i inne takie. Dlatego też co roku każdy dostaje masę prezentów. A! No i jest pełno jedzenia! 
   W tym roku mi się poszczęściło i zarobiłem z pięćset dolców, a do tego zyskałem nowy snowboard, gdyż ten stary nie nadawał się już do użytku. 
   - AŁA! - krzyknąłem, łapiąc się za głowę.
   A, no tak. Zapomniałem powiedzieć Wam o moim wkurzającym kuzynie, Ericu. Dzieciak ma dopiero dziesięć lat, a zachowuje się, jakby był w moim wieku. Cały czas zawraca mi głowę jakimiś głupotami, typu zagraniem w grę wideo czy pobawieniem się w berka. Do tego cały czas pyta:
   - No, i co tam u twojej suczki? 
   Nie jestem nigdy w stanie odpowiedzieć na to pytanie, gdyż zawsze mnie zatyka, kiedy je słyszę. Wspomniałem już, że Eric ma dziesięć lat? Właśnie.
   - Zagraj w końcu ze mną! - ryknął mi do ucha. - Gnojku - wyszeptał.
   Miałem ochotę zdzielić go, raz a dobrze. Niestety ciocia Helen cały czas obserwowała swojego ukochanego synka.
   - Sam sobie zagraj - odparłem ostro. - Jestem teraz zajęty.
   - Czym? - prychnął. - Konia sobie walisz, czy co?
   Spojrzałem na niego. Brązowe, splątane włosy, krzywe zęby, chuderlawy. Wyglądał zupełnie jak ja. Z tą jedną różnicą, że miał zielone oczy.
   - Przypomnij mi, gdzie siedzi twoja mama? 
   Popatrzył na mnie krzywo.
   - Nie powiesz jej - rzekł spokojnie, siadając koło mnie na dywanie. - bo wiesz, że i tak ci nie uwierzy.
   Zmarszczyłem brwi; byłem zły. Głupi mały bachor, pomyślałem.
   - Smarkacz - szepnąłem sam do siebie. 
   - Słucham? - nadstawił ucho. - Powiedziałeś, że ze mną zagrasz?
   - Nie.
   Eric westchnął. 
   - Będę krzyczeć.
   Co za okropny gówniarz! 
   - Strasznie działasz mi na nerwy - powiedziałem przez zaciśnięte mocno zęby.
   Splotłem dłonie, czując chęć uderzenia w twarz zielonookiego.
   - Pójdę po konsole - rzekł i wstał z dywanu, a ja myślałem, że zaraz zmiażdżę sobie dłonie ze złości.
   Jeśli spytalibyście się mnie, jak spędziłem Święta, odpowiedziałbym, że nerwowo. Przez cały wieczór grałem w jakieś głupie gry wideo z Ericiem i do tego przegrywałem! Byłem tak zły, że aż czułem, jak wszystko mi pulsowało, zupełnie jak tykająca bomba, która tylko czekała na wybuch. Kiedy już nie mogłem wytrzymać, wyszedłem na dwór pod pretekstem spaceru i wydarłem się na całe gardło tak, że prawdopodobnie usłyszała mnie cała ulica. Wróciłem do domu dziadków ciężko dysząc, a gdy otworzyłem drzwi, moim oczom ukazała się cała rodzina stłoczona w przedpokoju. Na przedzie stał Eric z krzywym uśmiechem, zupełnie takim, jak moim. To wkurzyło mnie jeszcze bardziej.
   - Super - powiedział. 


   Któregoś dnia, kiedy wróciłem ze słynnej górki w parku, aby pojeździć na nowym snowboardzie, nie zastałem rodziców w domu. 
   Odgrzałem sobie jedzenie, które zostawiła mi mama, ale że było mi mało, zjadłem jeszcze kanapki. Później leżałem na łożku w swoim pokoju, a że byłem wykończony po aktywnym poranku, w jednej chwili zasnąłem. 
   Obudziła mnie mama, która jeździła mi delikatnie paznokciami po głowie, między włosami, co bardzo lubiłem w dzieciństwie. I chyba lubiłem to nadal, bo przeszedł mnie przyjemny dreszcz i aż mruknąłem z zadowolenia.
   Mama dała mi buziaka w policzek i rzekła z szerokim uśmiechem:
   - Nadal ślinisz się przez sen.
   Wtedy właśnie powiedziała mi o dwóch tygodniach z Mądralińską w jednym pokoju.. i jednym łóżku! Kiedy mama wyszła z pokoju, nie wiedziałem co myśleć. Śliniłem się przez sen, a Kimberly Crawford będzie tego świadkiem i na pewno wykorzysta tę cenną informację w przyszłości. Nienawidzę spać z kimś w jednym łożku. (No chyba, że z mamą. To znaczy.. nie śpię już z mamą, kiedyś spałem! To wszystko wina potworów!) Ostatnio spędziliśmy noc dokładnie tak samo z dziesięć lat temu w namiocie. (Ciekawe, czy Kim nadal tak się kręci przez sen.) No, ale wtedy mieliśmy po osiem lat! A co jeśli obudzę się, a ONA będzie trzymała rękę na moim ciele albo będzie blisko mnie w inny rożny sposób? Jestem chłopakiem, nastolatkiem! I nie mam zamiaru zdradzić swojej dziewczyny, bo to znacznie obniżyłoby moją popularność! Kimberly Crawford w ogóle nie jest tego warta. Nie wiem nawet, dlaczego myślę o tym, że kiedykolwiek mógłbym się do niej w jakiś sposób zbliżyć. Przecież to Mądralińska! Ja i ona to zupełnie inna bajka! W ogóle do siebie nie pasujemy. Poza tym Kim zapewne nie ma tak zgrabnego ciała, jak London, bo cały czas zakrywa się za wielkimi ciuchami. Kto by nie chciał mieć zgrabnej dziewczyny? Znaczy się.. nie mam na myśli, że Kim mogłaby być moją dziewczyną. Nie ma takiej opcji! Przecież to tylko głupia kujonica! 
   Przestań już tyle myśleć, skarciłem się w duchu. Ale myśli o dzieleniu łóżka z Kimberly i fakt, iż ślinię się przez sen powróciły z podwójną siłą, taszcząc za sobą falę obaw. Już teraz strach mnie obleciał, a co będzie w Niedzielę?
   Zacząłem się pakować, aby przestać myśleć o nadchodzących dwóch tygodniach z Mądralińską u boku. Na szczęście podziałało.


   Wyjechaliśmy w Niedzielę wieczorem. Podróż wyniosła jakąś godzinę i całą przespałem, gdyż w nocy nie mogłem zmrużyć oka. 
   Danville to bardzo mała dzielnica koło Seaford. Blokowisko, w którym posiadała mieszkanie pani Alice Crawford było szare i obskurne. Malutkie podwórko przed budynkami w kształcie owalu pokryte było śniegiem i zastanawiałem się, jaki kolor ma trawa, kiedy panuje tu lato. Rozejrzałem się po podwórzu. Po lewej stronie dostrzegłem plac zabaw z dwoma huśtawkami i zjeżdżalnią, zaś po prawej parę zaśnieżonych ławek i stację benzynową w oddali. 
   - Dobry Boże! - usłyszałem głos Kim koło ucha. - Nie jest ci zimno?
   Kiedy tak o tym pomyślałem, zawiał lodowaty wiatr.
   - Owszem, jest - odparłem z uśmiechem i przeciągnąłem się na wszystkie strony. - Trochę rześkiego powietrza nikomu nie zaszkodzi. 
   Kimberly pokręciła głową z niedowierzaniem i odeszła, a ja zacząłem przyglądać się placu zabaw po mojej lewej.
   - Wnoś walizki - powiedziała Kim i dopiero wtedy zorientowałem się, że ponownie stoi koło mnie.
    Rozgrzałem szybko nadgarstki (jak często czyniłem na rozgrzewce przed meczem piłki nożnej), podwijając rękawy i ruszyłem za tatą i panem Crawford ku samochodom. Kiedy podnosiłem jakąś torbę, Kim patrzyła w moją stronę z czerwonymi policzkami. Mrugnąłem do niej, a ona jak zwykle przewróciła oczami i odeszła. 


   Dawno się tak nie najadłem. Nawet na Bożym Narodzeniu u dziadków! (Może dlatego, iż wszyscy moi młodsi kuzyni rzucili się na jedzenie, jakby głodowali od miesięcy.) 
   Na stole było pełno przeróżnych mięs i każdego miałem zamiar spróbować. W powietrzu unosił się pyszny zapach przypraw użytych do potraw, na których widok ciekła ślinka. Byłem w istnym raju.
   Rodzice i Kim patrzyli na mnie krzywo, kiedy jadłem. Ale pani Alice wcale nie przeszkadzało, że opędzlowałem połowę stołu. Wręcz przeciwnie, uśmiechała się do mnie zadowolona.
   Co prawda po jedzeniu czułem się syty i bardzo znużony (poprzednia noc dawała się we znaki), co potęgowała ciepła temperatura wewnątrz mieszkania. Marzyłem tylko o tym, aby położyć się do łóżka i już nigdy nie wstawać, nawet jeśli oznaczałoby to spędzenie całego życia z Mądralińską po drugiej stronie materaca. 
   W pokoju było duszno.
   Wszyscy śmiali się i rozmawiali.
   Było mi tak przyjemnie.
   Aż chciałoby się zmrużyć na chwilę oko.
   Przecież nikt nie zauważy..
   Nikt.
   - Jack - Kim szturchnęła mnie w ramię, wyprowadzając z tego błogiego stanu. - Chodź spać. 
   Na jej ostatnie słowo zerwałem się z krzesła, myślami będąc już w krainie snów na miękkim i ciepłym łóżku.


   Ubrałem piżamę i rzuciłem się na łóżko. Byłem tak wykończony po poprzedniej nocy, że teraz trudno było mi utrzymać otwarte oczy. 
   Leżałem na plecach i patrzyłem na wielki napis, zdobiący sufit: "Pchły na noc, karaluchy pod poduchy!" i czułem się jak mój kuzyn Eric - osiemnastolatek w ciele dziecka. 
   W końcu oczy same mi się zamknęły, a ja przekręciłem się na bok. Czułem sytość w żołądku i ciepło kołdry, które rozchodziło się po moim ciele miłym dreszczem. Chciałem już zasnąć i niczym się nie przejmować.
    Usłyszałem jakiś szmer. Podniosłem do połowy jedną powiekę, aby zbadać, co wywołało ów dźwięk i serce podskoczyło mi do gardła. Wszystkie członki nagle mi znieruchomiały, zaś oczy prawie wychodziły z orbit. 
    Kimberly Crawford stała przede mną w samej bieliźnie. Była idealna, jakby ktoś ją wyrzeźbił! Jej szczupła sylwetka poruszała się przed moimi wytrzeszczonymi oczami w zwolnionym tempie, jak na filmie. Rozpuściła swoje grube, blond włosy, a one opadły jej z gracją na ramiona. Była tak pociągająca. Nie jestem w stanie opisać tego widoku; widziałem coś takiego po raz pierwszy w życiu (nawet London nigdy nie pokazała mi się w bieliźnie). To nie było coś typu zobaczyć dziewczynę na plaży w stroju kąpielowym - to jest coś normalnego. Ale dziewczyna w samej bieliźnie, stojąca tuż przed tobą, jedynie w świetle lampki nocnej.. och!
   Nagle Kim odwróciła głowę, a ja ze strachem zamknąłem oczy. Zauważyła, że jej się przyglądam? 
   Ponownie otworzyłem ostrożnie jedno oko, ale Kim miała już na sobie piżamę i gasiła lampkę koło mojej głowy.
   W pokoju było ciemno i duszno. Powieki opadły mi delikatnie na oczy. Zasnąłem. 


   Kiedy obudziłem się rano, druga połowa łóżka była pusta. 
   Podniosłem się z materaca i przeciągnąłem, szeroko ziewając. Potarłem oczy pięścmi i ponownie spojrzałem w bok, ale Kim nadal tam nie było. 
   Kiedy się ubierałem, moje myśli zaprzątała wczorajsza noc. Czy naprawdę widziałem Kimberly w samej bieliźnie, czy to może był jakiś dziwny sen? Wolałbym, aby była to jawa, gdyż trudniej byłoby mi przyjąć do wiadomości, że śniłem o półnagiej Mądralińskiej. 
   Potrząsnąłem głową. Nie myśl o tym, skarciłem się w duchu. 
   Byłem pewny, że spotkam Kimberly na kanapie w salonie, czytającą książkę, ale tam także jej nie było. Światło w kuchni było zgaszone, więc tam rownież nie mogło jej być. (Nawet gdyby Kim była głodna, poczekałaby, aż wszyscy się obudzą i zjedzą śniadanie wraz z nią. Tego (jak mawiała) wymagała od niej kultura i grzeczność, tymbardziej, że była w gościach.) Ruszyłem ku sypialni, aby rzeczywiście poczekać, aż wszyscy wstaną i zabiorą się za śniadanie, kiedy na korytarzu zauważyłem, że kurtka Kim nie wisi na wieszaku, a jej buty nie schną od śniegu pod ścianą. Pobiegłem w tamtą stronę, szybko nałożyłem na siebie ciepłe rzeczy i po cichu wyszedłem z mieszkania. 
   Kiedy powitało mnie zimowe rześkie powietrze, poczułem się nagle orzeźwiony, jakbym przed chwilą wziął zimny prysznic. Na moich zgrzanych policzkach od razu pojawiły się różowe ślady od szczypiącego zimnem powiewu. 
   W oddali dostrzegłem jakąś postać na ławeczce, spowitą lekką mgłą. Ruszyłem w tamtą stronę z myślą, iż to Kim i już po chwili byłem tego pewny, gdyż ujrzałem jej bujną blond czuprynę, wystającą zza szalika. Usiadłem koło Kimberly, a ona krótko popatrzyła w moją stronę i zajęła się kubkiem gorącej herbaty.
   - Dlaczego wyszłaś tak wcześnie? - spytałem nagle. 
   Byłem ciekawy, ale moja towarzyszka nie była skora do rozmowy.
   - Nie chciałam nikogo obudzić - powiedziała cicho.
   Nie uznałem tej odpowiedzi za satysfakcjonującą, ale mimo to pokiwałem głową, nie chcąc naciskać na Kim, gdyż po wczorajszej nocy nadal wydawała mi się bardzo krucha i delikatna na zewnątrz, jak i zarówno wewnątrz. Nie chciałem jej skrzywdzić, a w tamtej chwili wyglądała na osobę bardzo wrażliwą, co trochę mnie zdziwiło, bo zawsze była twarda i nieugięta (no i bardzo wybuchowa). Jednak teraz siedziała spokojnie z pochyloną głową, twarzą schowaną za szalikiem i czapką i ze wzrokiem wbitym w kubek herbaty. Przez chwilę wyglądała na bardzo miłą i dziewczęcą osobę, z której twarzy nie schodzi uśmiech, ale ten widok szybko zniknął, kiedy spytała ponurym, ostrym głosem:
   - Chcesz?
   Nad kubkiem herbaty unosiła się para, a ja odwróciłem głowę w stronę Kim. Powinienem powiedzieć jej prawdę.. że ją.. widziałem (?). Załóżmy, że to dobre określenie tamtej krępującej sytuacji. 
   Nie chciałem, aby ktoś usłyszał o widoku, który moje oczy spotkały poprzedniej nocy, więc pochyliłem się ostrożnie w stronę Kimberly, żeby opowiedzieć jej o wszystkim na ucho. Skupiłem całą swoją uwagę na jej osobie. Odwróciła powoli głowę ku mnie. W jej okrągłych, brązowych oczach czaiła się nutka zainteresowania. Otworzyłem usta, aby przedstawić jej po cichu przebieg zdarzeń, kiedy nagle coś do mnie dotarło. 
   Nie możesz jej powiedzieć, idioto! 
   Moja podświadomość w tamtej chwili wydała się nieco inteligentniejsza niż mój rozum. 
   Powiedz jej, nie możesz tego tak zatajać.
   Spokojny głos rozumu nagle zaprotestował i postanowił sprowadzić mnie na dobrą drogę. 
   Zgłupiałeś?! Znienawidzi cię!
   Podświadomość w sumie także dobrze gada.
   I tak jest już twoją rywalką.
   To też prawda.
   Chcesz zaprzepaścić wszystkie swoje szanse?!
   Na pewno nie chcę!
   Przecież to Mądralińska! Nie zabiegasz się o nią!
   Ja..
   Nagle w mojej głowie ryknął głos Jerry'ego:
   - PRZECIEŻ MASZ DZIEWCZYNĘ! 
   Poczułem, jakby pękała mi głowa i wzdrygnąłem się na samą myśl o tym. 
   Znowu coś usłyszałem. Tym razem były to moje własne słowa:
   - A co z niej za dziewczyna? 
   To był ułamek sekundy, jedna krótka chwila, w której zobaczyłem siebie i Kim w Fordzie taty, patrzących sobie prosto w oczy. 
   Potrząsnąłem głową, ponownie zajmując się zaspami śniegu tuż przed moją twarzą.
   - Hej, dzieciaki! - usłyszałem głos pani Alice Crawford, jakby z oddali. - Śniadanie!
   Poczułem, jak nagle burczy mi w brzuchu i pomyślałem o stole wypełnionym jedzeniem. Spojrzałem na zaspy.
   Kim już nie siedziała na ławce obok mnie. Szła powoli w stronę klatki. 
   - Hej! - krzyknąłem, doganiając ją.
   Odwróciła się do mnie, a ja stanąłem przed nią, łapiąc ją za ramiona. Patrzyłem w jej oczy, jakby miałby być to ostatni raz, ostatnia chwila słabości. Pochyliłem się, a ona rozwarła delikatnie usta. Kiedy byłem już tak blisko, że czułem jak łomoczą nam serca, zbliżyłem twarz do jej ucha i szepnąłem z drwiącym uśmieszkiem:
   - Rzucam ci wyzwanie.
   Nie byłem pewny, czy to ją choć trochę zaskoczyło, bo od razu po moich słowach naciągnęła mocniej czapkę i szalik, po czym rzuciła się w zaspę śniegu i obficie w niej wytarzała. Śmiałbym się, ale nie dziś, nie w tej chwili. Pomogłem jej wstać, a ona oparła się na mojej klatce piersiowej. Drżała. Spojrzała na mnie naburmuszonym wzrokiem i byłem pewny, że zaraz nawrzuca mi, jaki to jestem lekkomyślny i nieodpowiedzialny, bo przeze mnie może nabawić się zapalenia płuc, ale ona tylko ścisnęła w dłoniach moją kurtkę i wyszeptała wściekłym tonem:
   - Ty im się tłumaczysz. 
   I się roześmiała. 


   Wieczorem, kiedy już zjadłem kolację, pani Alice poleciła, abym wraz z Kim uczesał jej koty. Oczywiście, udałem, że bardzo mnie cieszy, iż dostałem pozwolenie na pieszczoty z tymi kochanymi zwierzątkami, ale tak naprawdę patrząc na te spasione kocury z wyłażącą sierścią robiło mi się niedobrze. Kim wstała od stołu z uśmiechem i przeniosła się na bielutki dywan, a ja poszedłem w jej ślady, ale z mniejszym entuzjazmem. Kiedy siadałem, Kim wtrąciła:
   - Patrz za siebie i spróbuj niczego nie zniszczyć.
   Odwróciłem się więc do tyłu i zobaczyłem jedynie jakąś obdartą z farby wazę na starym stołku, która nie wyglądała na wiele wartą.
   Jakiś kot otarł się ogonem o moje kolano. 
   - Co chcesz? - spytałem, sięgając po szczotkę, którą uprzednio Kim wyjęła z szafki. - Mam cię uczesać, tłuściochu?
   Biały kot w brązowo-czarne paski ułożył się pomiędzy moimi nogami (siedziałem po turecku) i oparł mały łebek na moim udzie. No i zacząłem go czesać, próbując wmówić sobie, że mogło być gorzej. 
   Kim cały czas patrzyła na tę starą wazę, jakby zaraz miała zamiar odrzucić kota na bok i złożyć jej niski pokłon. 
   Z nudów zacząłem gadać o niczym:
   - Ciekawe czy jakiś kot tam nasrał.
   Kim spojrzała na mnie lekko obruszona, ale zaraz jej mina zmieniła się na szczerze rozbawioną. 
   - Raczej na pewno - powiedziała cicho, abym tylko ja ją usłyszał. 
   Stłumiłem śmiech.
   - A więc taka grzeczna i kulturalna jesteś, Mądralińska - skitowałem, uśmiechając się drwiąco. 
   - Ja tylko przyznałam ci rację, Obślizgły - Patrzyła na mnie srogo i ostro, zapewne, dlatego że nazwałem ją Mądralińską.
   Dorośli przy stole wybuchnęli nagle śmiechem, a mój tata uśmiechał się tajemniczo do mamy, która dokładnie oblewała swoje słynne ciasto polewą czekoladową gdzieś na skrawku stołu. Przyzwyczaiłem się do tego widoku, gdyż mama była (niestety) perfekcjonistką (no i często robiła ciasto czekoladowe, bo jęczałem, że nie ma co jeść), a tata Badaczem-Chorych-Rzeczy-Których-Nie-Pojmuję (stąd ten tajemniczy uśmiech). Na szczęście tata był bardzo zabawny, bo z marudzącą kobietą w wieku średnim trudno jest wytrzymać pod jednym dachem. 
   Kim szturchnęła mnie w ramię, a ja spojrzałem na nią. Miała szeroko otwarte usta i ręka jej się trzęsła. Wpatrzona była w jakiś punkt przed sobą. Podążyłem za jej wzrokiem i uśmiechnąłem się machinalnie. Jeden ze spasłych kotów pani Alice Crawford właśnie chamsko załatwiał się na bielutki i pachnący rumiankiem dywan. 
   - Niezapomniany widok - wyszeptałem, a Kim zapiszczała roztrzęsiona.
Próbowała jakoś interweniować, tzn. odciągnąć kota, ale to jedynie sprawiło, że nasikał także na jej rękę, co jeszcze bardziej zdenerwowało jak i przeraziło Kim. 
   Klęczała przy wielkiej żółtej plamie na dywanie, a ja nie mogłem się powstrzymać od śmiechu i wytaplania jej w sikach tłustego kota. Zanim zdążyła się obejrzeć, spadła plecami na mokrą plamę. Zaczęła piszczeć, a ja śmiać się jeszcze głośniej. Jej wyrywanie się i turlanie nic nie dało, gdyż trzymałem ją mocno i coraz bardziej przyciskałem do dywanu, aby odchody kota chociaż w małym stopniu wsiąknęły w jej bluzę. Chyba mi się udało, bo Kim zaczęła jęczeć i próbować uderzyć mnie w twarz. Jej policzki były szkarłatnej barwy, co oznaczało, że zaraz wybuchnie. Wolałem nie pogarszać sytuacji, więc rozluźniłem nieco uścisk, a ona odepchnęła mnie do tyłu i upadłem na plecy. 
   Auć, pomyślałem.
   Czym prędzej podniosłem się z podłogi, kiedy Kim natarła na mnie z całej siły. Nie miałem innego wyboru, więc zacząłem się z nią szarpać. 
   Powiem krótko. Sprawy potoczyły się za daleko. Przewróciliśmy się na stołek z wazą, na który miałem uważać, Kim się rozpłakała, a ojciec patrzył na mnie, jakbym był pięcioletnim chłopcem, któremu należy się mocny klaps w tyłek. 
   Kimberly uciekła zapłakana do pokoju. Przy stole panowała cisza, a ja stałem jak idiota, na brudnym dywanie, obok stłuczonej wazy, z poczuciem winy i oblegany przez pięć par oczu. Nawet nie pytajcie, jak było mi głupio. 

   Przez resztę dnia Kim nie ruszyła się z naszego pokoju, a ja bałem się tam wejść. Nie chciałem patrzeć, jak ona płacze, gdyż uważam, że płacz to bardzo osobista sprawa. Może dlatego, że jestem facetem i jeśli już wyjątkowo płaczę z jakiegoś poważnego powodu to nikt, powtarzam NIKT, nie może się o tym dowiedzieć. Oczywiście, dziewczyny mogą płakać cały czas, gdyż są drobne, kruche i delikatne wewnątrz, jak i na zewnątrz. No dobra, nie wszystkie. Ale Kim taka jest, choć udaje twardą! 
   Próbowałem tłumaczyć rodzicom i państwu Crawford, że był to przypadek i to moja wina, że doszło do incydentu, ale po ich minach nie było widać, że mi wierzą. Może chodziło o to, że Kim brała w tym udział. Ale przecież dla kogo jakaś głupia waza jest ważniejsza niż cokolwiek innego?! Grunt, że nikt nie ucierpiał! 
   Chciałem też porozmawiać z tatą, gdyż potrzebowałem męskiej rady, a był on jedynym mężczyzną na świecie, któremu mogłem w pełni zaufać. Ale tata nie był skory do rozmowy, a raczej mnie unikał. To oznaczało, że był bardzo zły i nie warto było mu podpadać, więc zostawiłem go w spokoju. 
   Takim sposobem spędziłem cały wieczór (i pół nocy!) w salonie, a oczy same mi się zamykały. Kiedy już nie mogłem wytrzymać i czułem, że zaraz spadnę z krzesła, ruszyłem po cichu do pokoju. Ostrożnie otworzyłem drzwi. Światło było zgaszone, więc Kim chyba już spała. Starałem się dyskretnie dostać do łóżka, ale sprężyny przeskakiwały w materacu co chwilę, więc nawet jeśli Kim spała, to w tamtej chwili i tak na pewno się obudziła. Kiedy ułożyłem się wygodnie na łóżku, a sprężyny ucichły, poczułem nagle gdzieś w głębi, że powinienem przeprosić Kim.. czy coś. Nie chciałem tego robić, bo tak prawdę mówiąc - wstydziłem się. To Mądralińska! Na pewno by mnie wyśmiała. 
   Ale nie mogłem już dłużej tłumić tej niepewności w sobie. 
   - Kim - wyszeptałem. - Śpisz?
   Usłyszałem jej ciężki oddech.
   - Już nie.
   Odwróciłem się do niej gwałtownie, a sprężyny w materacu dały nocny koncert.
   - Przepraszam cię - powiedziałem cicho. - To nie twoja wina, tylko moja.  
   Zaległa nieprzyjemna cisza. Słyszałem tylko tykanie zegara i nasze nierówne oddechy. Byłem pewien, że Kim płakała. 
   Nagle odwróciła się w ekspresowym tempie i zapaliła lampkę nocną tuż przy naszych głowach. Spojrzała na mnie z zapłakaną bladą twarzą, iskrzącą się w nikłym świetle jednej żarówki. 
   - Masz rację - odparła cichutko, łamiącym się głosem. - To twoja wina.
   Na moje usta wpełzł uśmiech. Nie mogłem się powstrzymać od roześmiania się.
   - Jak zwykle zabawna - powiedziałem, również cicho, nie spuszczając z niej oczu. 
   - Przecież to chyba jedyna cecha, którą we mnie akceptujesz - wyszeptała. Nie jestem pewien, co wtedy na to odpowiedziałem, bo chyba zbyt się speszyłem.
Ale było to na pewno coś typu:
   - No.. przecież cię lubię..
   Pamiętam, że patrzyła wtedy na mnie swoimi kolorowymi tęczówkami, a ja zastanawiałem się, jaki mają kolor - brązowy czy złoty? Nigdy się jej tak nie przyglądałem, co dodatkowo odbierało mi odwagę. Tylko dlaczego przy niej? Przy Mądralińskiej? 
   - Wiesz.. emm.. Kim, bo.. tak sobie.. yy.. to znaczyyy.. - wyjąkałem chaotyczynie, czując się jak jakiś głupek. 
   Spuściła wzrok. Wiedziałem, że płakała jeszcze mocniej niż minutę temu. Schowała twarz pod kołdrą, którą każdej nocy ze mnie ściągała (tak, nadal kręciła się przez sen). 
   Coś podpowiadało mi, że samo "przapraszam" nie wystarczy. 
   - Kim - powiedziałem. Mój głos znów był dziarski i pewny siebie (taki, jaki być powinien zawsze). - Rzucam ci wyzwanie.
   I momentalnie się rozluźniłem. To przez te trzy słowa. Ich wypowiadanie było dla mnie czymś radosnym, czymś co mogłem powiedzieć tylko jednej osobie na tym świecie.
   - Oszalałeś? - spytała, i mimo łez na policzkach wyszczerzyła szeroko zęby. - Jest druga w nocy, idioto. 
   - To nie będzie takie zwykłe wyzwanie, Mądralińska - Ścisnęła mocno kołdrę w dłoniach. - To będzie coś trudniejszego od rzucenia się w śnieg. 
   Spojrzała na mnie z politowaniem.
   - Co może być trudniejszego od spróbowania błota z ketchupem? - spytała, a ja uśmiechnąłem się na to wspomnienie.
   Spojrzałem jej prosto w oczy. Kiedy przekrzywiła głowę, zmieniły barwę na bladozielone z połączeniem brązu. To światło tak na nie działało. 
   - Przytul mnie.
   Sam dziwiłem się swoim słowom, ale tak właśnie brzmiały. 
   Kim znieruchomiała. Wyglądała jak mała, blada kukiełka z dorysowanymi łzami na twarzy. Obróciła powoli głowę w moją stronę. Mięśnie jej ramion były napięte, co poznałem od razu, gdyż ja zawsze robiłem to samo, kiedy rozmawiałem z panem Stokerem (nauczycielem matematyki) o mojej ocenie końcówej. Tylko że z wyzwania Kim już nie wybrnie. 
   Przez jakiś czas siedzieliśmy po dwóch przeciwnych stronach wersalki w kompletnej ciszy. Byłem tak zawstydzony i skrępowany równocześnie, że nawet trudno było mi skupić się na tykaniu zegara. Jeszcze nigdy się tak nie czułem. 
   - Co to ma być za wyzwanie? - spytała nagle Kim kpiącym głosem i potrzebowałem chwili, aby zrozumieć jej pytanie.
   Zamyśliłem się.
   - Jest naprawdę proste, prawda? - odpowiedziałem jej pytaniem retorycznym. - Ale trudno się do niego przymierzyć. 
   Kim patrzyła na mnie przez parę krótkich chwil, zapewne myśląc, czy postradałem zmysły albo czy jakiś tłusty kot nie odurzył mnie swoim odorem. W końcu jednak się odezwała:
   - Ale nie na długo. 
   Nie zdążyłem nawet zrozumieć kontekstu jej wypowiedzi, bo w jednej chwili zdałem sobie sprawę, że policzek Kim przywarł do mojej klatki piersiowej. Spojrzałem w dół i ujrzałem jej grube blond włosy. Wychyliłem lekko głowę w bok, aby lepiej przyjrzeć się jej twarzy. Zaciskała mocno powieki, miała zmarszczony nos (co wyglądało przezabawnie) i rozpłaszczony polik o moje ciało. Tylko że płakała. Mocno płakała. Łzy leciały jej ciurkiem z oczu, ale nie ważyła się ich za nic w życiu otworzyć. 
   Nagle poczułem jej chude ręce, oplatające mnie w pasie i jadące coraz wyżej, aby w końcu dotrzeć do szyi i tam spocząć na dłuższą chwilę. To jakby jakiś jadowity wąż dobierał się powoli do mojego gardła. Ale ten wąż był przyjazny, bo czułem się niesamowicie, kiedy kładłem ręce na jej gorących plecach i mocniej przyciskałem ją do siebie. 
   Jej łzy moczyły mi koszulkę, ale w tamtej chwili byłem tak zadowolony z siebie, że nawet nie zwróciłem na to uwagi.
   - Jack - usłyszałem jej głos, dobiegający z dołu. Myślałem, że zaraz mnie puści i ukryje się pod kołdrą, ale ona jednak wzmocniła uścisk na mojej szyi i oparła brodę na moim ramieniu. - Czy przytulałeś tak kiedyś London?
   Kim znała odpowiedź na to pytanie i to nawet bardzo dobrze. Kiedy nie raz mówiła mi, że London mnie nie szanuje, a ja jestem zaślepiony jej urodą, zaprzeczałem od razu, ale tak naprawdę zawsze się z nią zgadzałem. London całowała mnie tylko w szkole, na oczach wszystkich gapiów. Nie robiliśmy razem nic szczególnego i w ciągu dwóch lat byliśmy na jednej randce. Była okropną partnerką, jeśli o to chodzi. 
   Więc odpowiedź jest prosta:
   - Nie. 
   I zamknąłem oczy, pogrążając się w myślach. 


   Następnego dnia obudziłem się wcześnie, jak na swoje możliwości. Leżałem na środku wersalki, patrząc na kolorowy napis na suficie i pierwsze, o czym pomyślałem to, że jestem głodny. 
   Kim, jak zwykle, nie było w pokoju, kiedy wstawałem. Ona chyba nie wie, co to sen. 
   Kiedy szedłem po cichu do kuchni, drapiąc się po głowie, myślałem o ostatnim wyzwaniu, które rzuciłem Kimberly zaledwie parę godzin temu. Czułem się dobrze z tym, że Kim nie obwiniała mnie o zbicie wazy, a ja nie obwiniałem jej. Tak wyszło. I nic już na to nie poradzimy. Tak samo, jak na to, że od tej nocy wiele rzeczy się zmieniło. Naprawdę, zbyt wiele. 
   Wszedłem do kuchni i od razu zwróciłem się w stronę lodówki, gdzie dumnie spoczywało ciasto czekoladowe mamy, które za parę chwil będzie, także dumnie, gościło w moim żołądku. Wyciągnąłem już rękę w głąb zimnej, białej pułki, kiedy usłyszałem czyjś dziewczęcy, bardzo przerysowany głos:
   - Witaj, kochaneczku! 
   Pani Alice była dzisiaj jakoś dziwnie szczęśliwa. Nie powinna nawrzeszczeć na mnie za tę wazę? 
   - Dzień dobry! - odparłem pewnym i dziarskim tonem, prostując się jak na mężczyznę przystało i mrugając przy okazji do Kim. - Piękny mamy dziś dzień, prawda, proszę pani? Prawie tak piękny, jak uśmiech Kimberly. 
   Ciotka Kim westchnęła zauroczona, łapiąc się za serce, zaś sama Kim spojrzała na mnie krzywo i wymamrotała coś typu:
   - Ta.
   Pani Alice patrzyła na mnie raz po raz, spoglądając także na swoją bratanicę. Kiedy Kim posłała mi ostre spojrzenie, które wprost ubóstwiałem, pani Alice zakrzyknęła:
   - To ja nie będę wam przeszkadzać, kochani! Miłej zabawy!
I prędko zniknęła za drzwiami. 
   Wzruszyłem ramionami, a moje ręce zagłębiły się w białą półkę lodówki, chwytając ciasto o mdląco słodkim zapachu. Westchnąłem zadowolony i położyłem okrągły talerz z brązowym wypiekiem na małym stoliczku kuchennym, na którym Kim podpierała się łokciem, obserwując mnie przez cały czas. Patrzyła na mnie, jak na małego chłopca, który wykrada słodycze pod nieobecność rodziców. Muszę przyznać, że jej wzrok idealnie odzwierciedlał moje zachowanie. Jeśli mama dowie się, że to właśnie ja ruszyłem jej ciasto, nie pozwoli zjeść mi obiadu. Lepiej uważać, kiedy twoja mama jest fryzjerką. Nigdy nie wiadomo, czy nie podmieni ci szamponu na różową farbę do włosów. 
   Siadając do stołu, spojrzałem przelotnie na Kim. Nadal podpierała się na łokciu z przyciśniętym policzkiem do dłoni. Była ślepo wpatrzona w blat stolika kuchennego, ale kiedy zacząłem rozglądać się za łyżeczką czy widelcem (nie miałem zamiaru jeść rękoma przy Kim, gdyż nie obyłoby się bez jej kąśliwych komentarzy na temat kultury i higieny osobistej), westchnęła i podała mi łyżkę.
   - Dzięki - odparłem, ale Kim nie zaszczyciła mnie swoim spojrzeniem. Ale chwilę później sama pałaszowała ze mną ciasto. 
   Wiem, też nie mogłem w to uwierzyć. 
   - Dopiero teraz wychodzi na jaw, jak naprawdę wyglądają twoje maniery - stwierdziłem z szerokim uśmiechem, i tym razem Kim od razu na mnie spojrzała. 
   Tego dnia jej oczy połyskiwały złotem i odbijał się w nich wschód słońca, który widniał za oknem tuż za moimi plecami. 
   Kim przełknęła kęs ciasta czekoladowego, równocześnie patrząc na mnie tajemniczo. Miała zmrużone powieki, była blada, a na jej chudej twarzy o łagodnych rysach widniały fioletowe worki pod oczami. W pomarańczowym świetle słońca, napływającym zza okna, wyglądała pięknie. Nawet w tej różowej rozciągniętej piżamie w motylki i wielkich papuciach. 
   Na chwilę spojrzałem jej prosto w oczy i znów ujrzałem czyste złoto, ale zaraz spuściłem wzrok, gdyż nagle, z niewiadomych przyczyn, poczułem się skrępowany w jej towarzystwie. 
   - Jest pyszne - powiedziała łagodnym głosem, ale jej złote oczy nadal były tajemnicze i zamyślone. 
   - Co? - spytałem, na chwilę zapominając, gdzie w ogóle jestem i co tu robię. 
   - Ciasto - odpowiedziała i uśmiechnęła się, wkładając do ust kolejną porcję słodkości. 
   Patrzyłem na nią przez chwilę. 
   Miała bardzo grube włosy.
   Blada.
   Worki pod oczami.
   Różowa piżama w motylki.
   Te złote oczy o zamyślonym wyrazie. 
   Otrząsnęłem się. Co jest nie tak?
   - Cieszę się, że ci smakuje - powiedziałem, choć wiedziałem, że mam przerąbane u mamy, bo zjedliśmy całe ciasto. 

   Na śniadaniu tata patrzył na mnie non-stop i wiedziałem, że w jego głowie narodził się idealny plan zniszczenia mi ferii zimowych, dlatego też postanowiłem się bronić. 
   - Wyczyścicie cały domek z kłaczków moich synków i odśnieżycie podjazd do mojego garażu - podała szczegóły pani Alice, a twarz taty spowił triumf. - Garaż znajdziecie bez problemu. Jest podpisany różowymi literami PALEC.
   - Dlaczego akurat PALEC? - zdziwiłem się, a pani Alice uśmiechnęła się do mnie promiennie. 
   - P jak Patryk, A jak Arnold, L jak Lucjan, E jak Edmunt, C jak Czesiu - wyjaśniła, ale nadal nie rozumiałem. 
   - Imiona kotów - wtrąciła Kim, która właśnie kończyła swoją miskę płatków o smaku ciasteczek. - To imiona kotów.
   Najpierw ten napis na suficie o karaluchach, a teraz to!
   No tak, pomyślałem, dziwniej być już nie może.
   Nie wiedziałem, co mam powiedzieć po usłyszeniu o PALCU, więc od razu naskoczyłem na tatę:
   - Jestem tu gościem i mam sprzątać?! Chyba czegoś nie rozumiem. 
   Kim przewróciła oczami, wstając, aby odnieść pustą miskę po płatkach.
   Tata patrzył na mnie zły, a iskierki wściekłości tańczyły w jego czarnych oczach, które z resztą po nim odziedziczyłem. 
   - Tato - powiedziałem poważnym tonem, który wyrażał oburzenie. 
   Patrzyłem w czarne tęczówki taty, które z każdą chwilą stawały się coraz ciemniejsze i groźniejsze. W końcu zrobiły się małe jak szparki, gdyż tata mocno zmarszczył brwi i wybuchnął długo skrywaną wewnątrz bombą:
   - Twoje wczorajsze zachowanie było karygodne! Przez ciebie mama płakała po nocy, ale ty jak zwykle masz wszystko i wszystkich gdzieś! Nie dość, że przyniosłeś nam ogromny wstyd, to jeszcze sprawiłeś przykrość pani Alice i zniszczyłeś dobre stosunki pomiędzy nią i jej bratanicą! I masz rację! Jesteś w gościach! Więc po tym wszystkim, co zepsułeś, będziesz miał okazję chociaż raz coś naprawić! - Na zakończenie tata uderzył pięścią w stół, aż wszyscy podskoczyli. Rozejrzał się po twarzach domowników, po czym rzekł: - Policzymy się w domu, Jack. - i odszedł od stołu, pocierając nerwowo czoło dłonią i mówiąc po cichu do mamy przepraszam. 
   Siedziałem jak wryty. 
   Tata już dawno nie był tak zły i smutny rownocześnie. Sprawiał wtedy wrażenie, jakby skrywane w środku emocje po przytłaczającym dniu w pracy, wychodziły z niego na zewnątrz. (W końcu codzienne oglądanie zmasakrowanych ciał ofiar nie należy do najmilszych zajęć.) Ostatni raz zachowywał się tak, kiedy byłem mały i aż doprowadził mnie do płaczu. Po tamtym zdarzeniu obiecaliśmy sobie, że ja nie podpadnę tacie, a on wtedy nie będzie miał powodów do zdenerwowania. Dlatego zazwyczaj doprowadzałem tylko mamę do białej gorączki, gdyż chyba bałem się reakcji taty. 
   Podniosłem wzrok. Ojca nie było w pokoju. Panowała grobowa cisza i każdy był bardzo zajęty własnymi dłońmi, kolanami lub stopami. Każdy prócz mamy, która patrzyła na mnie ze łzami w oczach. 
   Zrobiło mi się bardzo głupio. Do tego mama jeszcze nie wiedziała, że zjadłem jej całe ciasto. Oczywiście, nie sam! 
   - Miauuuu - usłyszałem mruknięcie gdzieś z boku. 
   Spojrzałem w tamtą stronę i ujrzałem tłustego kota, którego oskarżałem o nasranie do [nieistniejącej już] wazy. Wydawało mi się, że spoglądał na mnie z triumfem w tych zmrużonych, zielonych ślepiach. 
   Grubas, pomyślałem. 
   - Kiedy mamy zacząć? - spytała nagle Kim, a ja otrzeźwiałem. Mamy posprzątać całą tę chałupę i przywrócić ją do życia. 
   Kiedy popatrzyłem w stronę mamy, jej już tam nie było. 



   Rodzice wraz z państwem Crawford pojechali do centrum miasta, pani Alice zaś wybrała się na zakupy do jedynego supermarketu w Danville, a ja i Kim.. zostaliśmy w domu zdani na samych siebie. 
   - Co robimy najpierw? - spytałem bez żadnych chęci na wykonywanie czegokolwiek. - Odkurzamy czy jak? W ogóle tutaj jest odkurzacz czy jeszcze go nie odkryli? 
   Kim zmierzyła mnie ostrym spojrzeniem, który sygnalizował, że nieco się zapędziłem, po czym podeszła do starej szafy z ciemnego drewna i wyjęła z niej odkurzacz. 
   - Uau - powiedziałem. - A jednak wiedzą, co to. 
   - Jack - warknęła Kim, szukając w szafie części do sprzętu. - Nie wydaje ci się, że trochę przesadzasz? 
   Westchnąłem ciężko.
   - Przepraszam - odparłem, myśląc o tym, że to już drugi raz w ciągu jednego dnia, kiedy okazałem współczucie swojej sasiądce.. której w zasadzie chyba nie lubiłem. To skomplikowane. - Nic mi się nie chce - dodałem po chwili. 
   Kim rzuciła odkurzacz na dywan z wyraźną złością. Spojrzała na mnie, kładąc dłonie na biodrach. 
   - Jack, musimy to zrobić - powiedziała stanowczo, zaciskając zęby, a jej uszy poczerwieniały. - Musimy to zrobić, bo nigdy nam tego nie wybaczą. 
   Wiedziałem, że mówiąc nam miała na myśli mi. Rodzice Kim byli dla niej autorytetami i nigdy nie chciała ich zawieść, ale, oczywiście, ja zły i okropny pokrzyżowałem jej plany, co do bycia najlepszym człowiekiem na Ziemii. 
   - Wyluzuj, rodzice i tak cię kochają - powiedziałem obojętnie, rozglądając się za kolejnymi częściami odkurzacza. - Nie wyrzucą cię z domu. 
   Kim stała w miejscu. Miała bordowe policzki. W jej oczach stały łzy i pomimo tego, że wyraźnie je widziałem, starałem się nie zwracać na nie uwagi. (Idioto, znowu przez ciebie płacze.) Odkąd Kim rozpłakała się przy mnie, czułem, że drugi raz do tego nie dopuści, ale w tamtej chwili nie byłem tego taki pewien. 
   - Nie będę ryczeć - wyrzuciła z siebie nagle Kim, jakby czytając mi w myślach. - Nie chcę, abyś czuł się usatysfakcjonowany. 
   - Drugą część mogłaś sobie darować - powiedziałem cicho obrażonym tonem, a ona przetarła twarz rękawem swetra. - Ej.. - wyszeptałem skrępowany. No bo co miałem zrobić? Głupio było mi stać tam jak kołek, ale wiedziałem, że jeśli nawet spróbuję przytulić Kim, ona od razu mnie odepchnie. Dlaczego dziewczyny są takie wrażliwe? To wszystko utrudnia! 
   Kim pociągnęła nosem i szybko odwróciła się do mnie plecami. Jej ramiona lekko poruszały się, kiedy dręczyły ją napady szlochu.
   Mogłeś się w ogóle nie odzywać.
   - Kim.. - zacząłem niepewnie, drapiąc się po szyi z nerwów. (Tak, znowu się odezwałem.) - No weź.. - Kurczę. Idiota. 
   Kimberly potrząsnęła głową, zwróciła się do mnie twarzą, otarła łzy i uśmiechnęła się szeroko. 
   Miała piękny uśmiech, na którego widok na chwilę zapomniałem o łzach na jej bladych policzkach.
   Patrzyłem jej w oczy, tym razem koloru czystego brązu, i czułem się naprawdę dziwnie. W moim brzuchu przewracało się stado jakiś szalonych chochlików, które łaskotały mnie od środka. Było mi gorąco; chyba się zarumieniłem. 
   Kim stała przede mną w podkoszulku i swetrze. Ja miałem tylko zwykły t-shirt.
   Pomiędzy nami jeden metr odległości. Podkoszulek, sweter i t-shirt. Jeden metr, trzy warstwy. 
   Przestańcie, rozkazałem chochlikom, ale te mnie w ogóle nie posłuchały. 
   - Przepraszam - odparła Kim, ocierając łzy z twarzy. - Znowu poniosły mnie emocje.
   Wyszczerzyła zęby i zwinnie przebrnęła przes dzielący nas jeden metr.
   Trzy warstwy. 
   Jej ręce mocno oplotły mnie w pasie.
   Przestańcie, błagam.
   - To co? - spytała nagle Kim, odrywając się ode mnie, zanim zdążyłem ją objąć. - Ogarnij, jak włącza się to cacko, a ja poszukam reszty części. 
   Kiwnąłem głową. Czy ona właśnie powiedziała "ogarnij" i "cacko"?
   Kimberly wyszła do drugiego pokoju po rury do odkurzacza, a ja stałem na środku białego, obsikanego przez kota dywanu, dziękując chochlikom za wysłuchanie moich próśb. 

   Sprzątaliśmy bardzo długo. Kłaki kotów były po prostu wszędzie i aż nie chciało mi się wierzyć, ile te grubasy gubią sierści. Za telewizorem znalazłem bodajże tonę kłaków. Wyczyszczenie dywanu też nie było niczym łatwym, więc szukaliśmy po notatkach od pani Alice, co należy zrobić, aby plama bez problemu zeszła. Do tego co chwilę trzeba było przeganiać pięć tłustych kotów do naszego pokoju, żeby nie plątały się przy odkurzaczu, bo już raz prawie jednemu urwałem ogon. Dlatego też miałem na prawej ręce dwa krwawe zadrapania.
   - Hej, grubaski, tłuściochy. Migiem do pokoiku, no już - mówiłem miłym i pieszczotliwym tonem, jak poleciła mi Kim. Ale co z tego, że się wysilałem skoro kot, który mnie udrapał, patrzył na mnie zmrużonymi czarnymi oczami i mruczał złowrogo, nie chcąc ruszyć tyłka na wersalkę. 
   Westchnąłem ciężko, siadając na podłodze. 
   - Słuchaj, grubasie - powiedziałem, także mrużąc oczy. - To, że mnie nie lubisz, nie znaczy, że masz także utrudniać pracę Kim, okej? I tak mam już przerąbane u rodziców, więc oszczędź mnie i nie każ znosić jeszcze Mądralińskiej, błagam. 
   Kot usiadł naprzeciwko mnie i polizał się po łapce. Ale nie raczył przesunąć się o parę centymetrów, żeby wejść do pokoju. 
   - Dobra, wiesz co, najwyżej wciągnę cię przez rurę do odkurzacza i zostanie z ciebie tylko jeden wielki kłak! - obruszyłem się, zły jak osa. 
   Kiedy chciałem już wstać i niechcący nadepnąć na ogon tego kocura, on szybko wdrapał się na moje kolana i zaczął delikatnie lizać mnie po ranach na prawej ręce. Gdy skończył, patrzyłem na niego zdziwiony, a on zamiauczał i zaczął się do mnie przymilać, raz po raz liżąc moje zadrapania.
   - Hej, no spoko, zakleję to sobie plastrem czy coś - odparłem, kiedy kot zaczął wspinać się łapkami po mojej klatce piersiowej. - No co? - spytałem, kiedy polizał mnie po policzku. - Mam cię pogłaskać, tłuściochu? 
   No więc to zrobiłem. Pogładziłem go delikatnie po grzbiecie i łebku, a on zamruczał zadowolony i otarł się pyszczkiem o moją twarz. 
   - Umów się z nim na randkę, a nie miziacie się w ukryciu przede mną - usłyszałem rozbawiony głos Kim za plecami i szybko zrzuciłem z siebie kota.
   Wstając, próbowałem strzepać białą sierść z mojej czarnej koszulki, ale, niestety, nie przyniosło to zadowalających efektów. 
   - Wybacz, że wam przeszkodziłam - rzekła z uśmiechem, opierając się o furtynę drzwi. - Musicie znaleźć sobie bardziej odosobnione miejsce. 
   - Przestań - mruknąłem, ale tak naprawdę byłem szczęśliwy, że Kim nie powiedziała czegoś typu ogarnij czy cacko. Wolałem jej długie wypowiedzi z wyrazami, których nie znałem znaczenia, bo tylko ona na całym moim własnym świecie potrafiła tak pięknie budować zdania. 
   - Podsumowując stwierdzam, iż jesteś zakochany w Czesiu - skitowała, cmokając i uśmiechając się zadziornie. 
   Podsumowując stwierdzam, iż. 
   - Tak - powiedziałem, spoglądając na nią ukradkiem. - Chyba tak. 
   Patrzyłem na nią przez małą chwilkę, kiedy zdejmowała sweter i po chwili została w samym podkoszulku. Ramiączka stanika wystawały jej zza cienkiego materiału. Jej policzki były lekko zaróżowione.
   - Gorąco się zrobiło, prawda? - zadała pytanie retoryczne, a ja przeniosłem wzrok na Czesia, krzątającego się koło moich nóg. - Została nam jeszcze kuchnia - dodała i przeszła do łazienki, gdzie skończyliśmy swoją pracę. 
   Podreptałem za nią, uprzednio zamykając PALEC na klucz w naszym pokoju. Nie wiem, może koty jakoś otworzyłyby drzwi. Wszystko jest możliwe. 
   Kiedy stanąłem koło Kim, ta podała mi ścierkę i znowu wyminęła mnie, aby pójść do sąsiedniego pomieszczenia. A ja także znowu poszedłem w jej ślady. 
   Nasza współpraca polegała na tym, że Kim spryskiwała blat jakimś psikadłem, a ja jeździłem ścierką po jego powierzchni, tzn. w zasadzie czyściłem ten blat. Kiedy skończyliśmy to zadanie, byliśmy zgrzani, brudni i zmęczeni, ale został nam do ogarnięcia jeszcze garaż. Ubraliśmy się szybko i wyszliśmy z mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi. 
   Za blokiem było wiele garaży, ale tylko na jednym widniał wielki kolorowy napis PALEC, co znacznie ułatwiło nam pracę i przyoszczędziliśmy na czasie (mimo tego, że napis ten był bardzo, ale to bardzo przypałowy). Zamknąłem drzwi od garażu, gdyż na zewnątrz było okropnie zimno (wręcz można było zamienić się w bałwana czy sopel lodu). Rozejrzałem się po garażu. 
   - Gdzie samochód? - spytałem, co było wprost absurdalne. - W garażach są samochody, no nie?
   Kim przeniosła wzrok z jakiejś obgryzionej zabawki na mnie.
   - Ciocia dostała garaż dodatkowo do mieszkania, ale nie ma prawa jazdy, co wynika z braku auta w owym pomieszczeniu - powiedziała, jak zwykle tym swoim wyrafinowanym i inteligetnym językiem. 
   - Więc po co jej garaż? - zaciekawiłem się, idąc w głąb czterech ścian, które oświetlała jedynie mała żarówka zwisająca z sufitu, i podniosłem podrapaną poduszkę. - Chwila..
   - Ciocia trzyma tu przeróżne gadżety dla swoich pociech - odparła Kim, układając rzeczy na półkach, kiedy ja chodziłem w kółko bez celu. 
   - Mówiąc pociech masz na myśli te tłuste kocury? - spytałem, choć w sumie nie interesowała mnie odpowiedź. 
   Zwróciłem uwagę na Kim dopiero wtedy, kiedy uderzyła mnie pięścią w ramię.
   - Auć! - zawołałem, łapiąc się za bolące miejsce. - Będzie siniak.
   - Ale z ciebie kapitan, mięczaku - zadrwiła Kim. - Nie dość, że obrażasz moją ciocię, to jeszcze nie zachowujesz się jak prawdziwy przywódca, tylko jak dama z rokoko. 
   - Z koko-czego? - zapytałem, mrużąc oczy i rownocześnie próbując przypomnieć sobie to zagadnienie z lekcji historii. Pustka. - I nie obrażam twojej cioci - dodałem, nadal rozmyślając o koko-coś.
   - Ale obraziłeś jej koty, a one są całym jej życiem - stwierdziła, a ja odchrząknąłem nieco rozbawiony.
   - Jak chodząca kula sierści może być całym życiem?
   Kim zmierzyła mnie wzrokiem.
   - Lepiej zabierz się za sprzątanie - rzekła i odwróciła się do mnie plecami, aby dokończyć porządkowanie półki z rozmaitymi zabawkami dla kotów. 
   Chyba ją wkurzyłem. Chyba bardzo, bo zaczęła rzucać niedbale zabawki na swoje miejsce. To nie w jej stylu; jest perfekcjonistką w każdym calu. 
   - Głuchy jesteś, czy co? - syknęła w moją stronę, więc migiem zabrałem się do roboty. 
   I znowu tona obrzydliwych kłaków i kurzu razem wziętych. Jeszcze nigdy w życiu tak długo i dokładnie nie sprzątałem. Uważam, że od tego są kobiety, ale nigdy nie śmiałem powiedzieć tego mamie, a zwłaszcza Kim. (Nie warto się narażać.) No więc zamierzam dojść do momentu, w którym z niesmakiem wyrzucałem stare i zbędne zabawki dla kotów, kiedy nagle drzwi od garażu otworzyły się i stanęła w nich pani Alice Crawford obładowana zakupami z szerokim uśmiechem na pulchnej twarzy. 
   - Dzień dobry - powiedziałem uprzejmie, gdyż uznałem to za formalność w towarzyskie Mądralińskiej. 
   - Witaj, witaj, kochaneczku - poszerzyła swoj uśmiech, jeśli było to w ogóle możliwe, i odłożyła zakupy na ziemię, energicznie drepcząc w stronę Kim, która patrzyła na mnie takim wzrokiem, że poczułem, iż po prostu muszę wziąć te reklamówki. 
   Ciotka wraz z bratanicą urządziły sobie miłą pogawędkę, kiedy ja główkowałem, jak zabrać wszystkie zakupy na jeden raz, aby nie wracać się jeszcze po resztę. Kiedy udało mi się wymyślić coś, co uznałem za dość sensowne, Kim wraz z panią Alice wyminęły mnie, nadal gawędząc, i wychodząc z garażu, a ja zatoczyłem się za nimi z pięcioma wyładowanymi nie wiadomo czym reklamówkami. 
   Najgorsze było wchodzenie po schodach, ale jakoś przeżyłem te męki. Pocieszał mnie fakt, iż już skończyliśmy sprzątać i należy się nam solidny wypoczynek. 
   Kim i pani Alice ciągle były pogrążone w rozmowie, z której wyhaczyłam pojedyncze słowa: kotysłodkie i PALEC. Znalazłem sobie miejsce na fotelu koło kanapy, na której usadowiły się damy. Zaczynała nudzić mnie rozmowa o sierściuchach, które wypuszczone przez panią Alice pałętały mi się przy nogach, więc w końcu odważyłem się wyznać: 
   - Nudzi mi się.
   Kim spojrzała na mnie jak na pięcioletniego bachora z krzywymi zębami. Chyba nigdy o tym nie zapomni.
   - Jack, czy z ręką na sercu potrafisz przyznać, że naprawdę masz siedemnaście lat i osiem miesięcy? - spytała, a ja wywróciłem oczami, rozkładając się wygodnie na fotelu. - Jack?
   - Tak, mam osiemnaście lat - odparłem poważnie, opierając głowę o podłokietnik.
   - Dopiero skończysz - poprawiła mnie. - Za niecałe cztery miesiące. 
   Westchnąłem. 
   - Tego samego dnia, co ty, Mądralińska - Wiedziałem, że ją wkurzyłem, ale byłem także pewien, że nie wybuchnie przy swojej cioci, zwłaszcza po odwaleniu tego numeru z wazą.
   Kim wstrzymała oddech, a mięśnie jej ramion mocno się napięły. Jej policzki powoli przybierały czerwoną barwę. 
   - Mam dla was małą niespodzianlę - nieświadomie złagodziła sytuację pani Alice.
   Kim spojrzała na swoją ciotkę z wymuszonym uśmiechem, a ja zacząłem przyglądać się jej różowym ze złości uszom. 
   - Niespodziankę? - spytała, wygładzając nerwowo swoje dżinsy. - Jaką?
   Pani Alice sięgnęła do jednej z toreb z zakupami, wyciągając trzy puszki piwa. Kim patrzyła na nią z wytrzeszczonymi oczami, obserwując każdy jej ruch. 
   - To tylko taka mała nagroda za wysprzątanie domku - wyjaśniła stawiając alkohol na stole, po czym wsypała jakieś ciastka w miskę, która zdobiła stół. - Wasz pierwszy napój z procentem!
   Kim chrząknęła.
   - Wasz pierwszy, prawda? - pani Alice najwyraźniej wolała się upewnić. 
   - Ciociu - zaczęła miłym tonem Kimberly. - To była nasza kara, więc nie powinnaś nas jeszcze wynagradzać. My tylko..
   - Mów za siebie! - zaprzeczyłem, podnosząc się z fotela.
   - Racja, kochaneczku! - zakrzyknęła kobieta, podsuwając mi puszkę z piwem pod nos. - Ani słowa rodzicom - uśmiechnęła się, podając alkohol Kim, ale ta odmówiła. 
   - Jeszcze nie ukończyłam osiemnastego roku życia - odparła, a ja wywróciłem oczami. 
   - Mądralińska, nikt się nie dowieee.. - zajęczałem, a ona skrzyżowała ręce na piersiach. - Nie bądź taką sztywniarą!
   Kim miała nieugięty wyraz twarzy, ale w jej oczach dostrzegłem oburzenie, które powoli pochłaniała adrenalina. Zmierzyła mnie wzrokiem i powiedziała szybko:
   - Dobra - I otworzyła puszkę z piwem. 
   Uśmiechnąłem się sam do siebie i otworzyłem swoją puszkę. Powąchałem jej zawartość. 
   - Śmierdzi jak gówno gołębia - stwierdziłem, a Kim zmarszczyła brwi. 
   - Jack - upomniała mnie, kiwając głową z niedowierzaniem. 
   Patrzyłem przez chwilę zamyślony na puszkę, zastanawiając się, czy tak właśnie wyobrażałem sobie swoje pierwsze piwo. W mojej głowie siedziałem w barze z kumplami z drużyny lub z tatą przy telewizorze podczas meczu. A w rzeczywistości pierwszy alkohol dała mi nielegalnie ciotka Kim i moim towarzystwem były dwie baby, i do tego były to Mądralińska i jej ciocia. Tak, normalnie wysnute z bajki. Mimo to, starałem się cieszyć chwilą.
   Spojrzałem na Kim.
   - Gotowa? 
   Zmierzyła mnie dumnym wzrokiem i nagle uśmiechnęła się tak ciepło, przyjaźnie i naturalnie, że aż w to nie uwierzyłem.
   - Jak zawsze.
I rownocześnie wzięliśmy duży łyk piwa. Było gorzkie, bąbelki drażniły moje podniebienie. Okej, przyznam, że było obrzydliwe i przez chwilę nawet miałem chęć je wypluć, ale gdybym to zrobił, Kim by się wściekła. Więc przełknąłem to, co miałem w buzi z wielkim trudem.  
   - I jak wam smakuje? - spytała rozpromieniona pani Alice.
   Powędrowałem spojrzeniem na Kim, która właśnie przełykała swój solidny łyk piwa. Skrzywiła się na chwilę, ale zaraz na jej twarzy zawitał miły uśmiech. 
   - Pycha - powiedziała, a ja zaśmiałem się pod nosem.
   - Cieszę się - wyszczerzyła zęby pani Alice. - O, pójdę po trufle, a wy pijcie dalej! 
   Kiedy wyszła z pokoju, Kimberly szybko sięgnęła po cukierniczkę.
   - Chcesz wlać tu resztę? W sumie niezły pomysł - stwierdziłem, patrząc, jak Kim sięga po łyżeczkę. 
   - Nie, idioto - rzekła ostro, ale nadal się uśmiechała. - Wsypię cukru do puszki.
   Wyszczerzyłem zęby.
   - Co zrobisz? 
   - Jest gorzkie, więc wypadałoby je osłodzić, nieprawdaż? - spytała skupiona na nierozsypaniu cukru wokół puszki. 
   - Nieprawdam, Kimberly - odpowiedziałem, chcąc brzmieć tak mądrze, jak ona.
   Spojrzała na mnie rozbawiona, nawet nie wiedziałem, czemu.
   - Jack, rozumiem, że chciałeś być adekwatny do sytuacji, ale niestety, jeszcze nie wynaleziono takiego słowa, jak "nieprawdam" - powiedziała ciepło, a ja spuściłem wzrok, zbity z tropu. Nie czułem wstydu. - A teraz pozwól, że osłodzę ci twój napój. 
   - Co znaczy adekwatny? - spytałem, a Kim wyszczerzyła zęby.
   Podała mi moją puszkę i zaczęła mieszać łyżeczką w swojej. 
   - Nie powiem ci - rzekła, zagryzając dolną wargę. - Sam musisz się dowiedzieć.


   Kiedy tylko udało mi się wypić całe piwo z cukrem (co nie było aż tak złym połączeniem), szybko udałem się do mojej tymczasowej sypialni, gdzie porwałem w ręce telefon komórkowy. Kim przyszła chwilę potem, siadając na fotelu i wyjmując z plecaka jakąś książkę. 
   - Nie ma tu Internetu - powiedziała. - Musisz poszukać w innych źródłach. -Mogę przysiąc, że na jej twarzy widniał szyderczy uśmieszek! 
   Skrzyżowałem ręce na piersiach, uprzednio rzucając telefon na wersalkę. Zerknąłem na Kim. Jej oczy nie śledziły tekstu książki, a były utkwione w jednym miejscu, co dało mi jasno do zrozumienia, co mam robić.
   - Jest tu biblioteka? - spytałem.
   Kim przeniosła na mnie udawany znudzony wzrok.
   - Owszem.
   Westchnąłem głośno, a ona ponownie spojrzała w książkę. 
   - Chcesz iść ze mną? 
   Nagle zerwała się z fotela, głośno zamykając lekturę i rzucając ją gdzie popadnie, po czym zaczęła szybko się ubierać. 
   - To chyba znaczy tak - powiedziałem cicho sam do siebie, ale Kim chyba mnie dosłyszała, bo uśmiechnęła się szeroko.
   - Tylko na to czekałam. 


   Kimberly zaprowadziła mnie do biblioteki na końcu miasteczka. Muszę przyznać, że była to okropna wędrówka, gdyż śnieżyca raniła zimnem moje policzki i mało co widziałem. Ale zawsze są jakieś plusy. Kim przez całą drogę trzymała mnie za dłoń, aby przypadkiem się nie zgubić. Nie jestem w stanie opisać, co wtedy czułem. Jej skóra dotykała mojej i mimo, że było zimno jak w zamrażarce, moje ciało przechodził gorący dreszcz, od którego aż się pociłem. (Wcale nie zabrałem specjalnie rękawiczek. Nie.) 
   - Daleko jeszcze? - spytałem, naciągając czapkę na głowę jedną ręką.
   - Jeszcze chwila - powiedziała Kim w szalik i mocniej ścisnęła moją lodowatą dłoń.
   Dotarliśmy na miejsce po paru minutach. Biblioteka była pusta, nie licząc jednej bibliotekarki, do której Kim skinęła głową na powitanie. Zrobiłem to samo, a kobieta posłała mi ciepły uśmiech. Poczułem, jak Kim ciągnie mnie za łokieć i chwilę później wlecze po schodach na drugie piętro. Wszędzie było ciemno, z czego wywnioskowałem, że jesteśmy tam sami. Kim zapaliła światło, a moim oczom ukazały się dziesiątki półek z samymi, samiutkimi słownikami rożnego rodzaju. Kimberly ruszyła w stronę najdłuższego regału i sięgnęła po [chyba] najcięższą książkę, jaką tylko mogła. Był to słownik wyrazów obcych. Trudno było mi odczytać jego nazwę, gdyż ręce Kim trzęsły się od ciężaru lektury. Pomogłem jej przytrzymać książkę, a ona zaczęła wertować strony z literą A. 
   - Mam! - oznajmiła szczęśliwa, patrząc na mnie z takim wyrazem twarzy, że nie sposób było jej nie pogratulować. 
   - Super - powiedziałem, poprawiając książkę na naszych rękach, aby nam nie wypadła. - Przeczytasz mi?
   Kim wbiła wzrok w hasło, czytając:
   - Adekwatny czyli odpowiedni, dokładnie czemuś odpowiadający. Tak w wielkim skrócie. 
   Poczułem jej dłoń pod moją i nagle zacząłem spadać w przepaść. Ona podniosła wzrok na moje oczy, a ja ujrzałem przeszywający mnie na wylot głęboki brąz jej tęczówek. W jednej chwili zrozumiałem, że muszę się czegoś złapać, aby nie uderzyć w twardy grunt pode mną. 
   - Jack, często mi się przyglądasz - powiedziała delikatnym głosem. - Czy coś się stało? Coś, o czym chcesz mi powiedzieć? 
   Nie mogłem jej oszukać. Nie w tym momencie. Nie, kiedy z zaufaniem patrzyła mi w oczy. 
   - Nie kocham London - odparłem z łatwością, co wprawiło mnie w niechęć to własnej osoby. 
   Kim spuściła wzrok, jednak ja patrzyłem na nią nadal. Odłożyła książkę na swoje miejsce i spojrzała na mnie. Szła w moją stronę powoli, dokładnie stawiając każdy krok, aż w końcu jej sylwetka ukazała się tuż przede mną. Zadarła głowę do góry, gdyż pomiędzy nami istniała duża różnica wzrostu. 
   Czekałem. Aż w końcu powiedziała cichutko:
   - Dopiero teraz zrozumiałeś?
A ja wiedziałem, że zrozumiałem o wiele wcześniej, ale dopiero teraz zdobyłem się na odwagę, aby przyznać to przez samym sobą.


   Przepraszam za jakiekolwiek błędy, które mogły pojawić się w rozdziale. Naprawdę, nie miałam czasu.

   Pozdrawiam.
Komentarze mile widziane ;)