niedziela, 14 września 2014

1 Mecz piŁki noŻnej z Bacon Hills

01xSąsiedzi


KIMBERLY

Budzik zadzwonił równo o siódmej rano.
   Zerwałam się z łóżka, zakładając okulary na nos i pędząc na nieprzyjemne spotkanie z lustrem. Poranna toaleta była czymś okropnym. Patrzyłam na swoje lustrzane odbicie i widziałam przeraźliwie bladą, przestraszoną dziewczynę z ciemnymi worami pod oczami i maksymalnie splątanymi włosami. Rozczesywałam grube, blond kosmyki i miałam ochotę krzyczeć z bólu, kiedy szczotka wyrywała mi włosy. Później mycie zębów, ogarnięcie zmęczonej twarzy (choć żel oczyszczający nie przynosił zadawalających efektów), użycie dezodorantu w spreju, od którego zawsze się krztusiłam, i w końcu ubranie. Wygrzebałam z szafki jakieś w miarę luźne, powycierane dżinsy, które wyhaczyłam rok temu na wyprzedaży, i białą, za dużą bluzkę na krótki rękaw z wizerunkiem Davida Bowie. Naciągnęłam na stopy byle jakie skarpetki i zakładając puchowe kapcie po domu, spojrzałam w wielkie lustro w drzwiach rozsuwanej szafy. Chwyciłam za grzebień i zrobiłam sobie przedziałek po lewej stronie głowy, a moje włosy opadły swobodnie na ramiona. Ogarnęłam wzrokiem swój ubiór. Wyglądałam jak zawsze, nie przywiązywałam zbytniej uwagi do ciuchów, raczej do spakowanych podręczników szkolnych. Spojrzałam na moje chude ręce, wystające z rękawów wielkiej bluzki i westchnęłam. 
   - Kim, śniadanie! - dobiegł mnie głos mamy z kuchni.
   - Idę! - odkrzyknęłam.
   Ostatni raz omotałam spojrzeniem swoje odbicie i chwytając plecak, wyszłam z pokoju, zamykając drzwi. 
   Zbiegłam po schodach do kuchni, a mama postawiła przede mną miskę płatków owsianych z mlekiem. 
    Tata siedział przy stole, na krześle obok mnie, czytając dzisiejszą gazetę i od czasu do czasu popijając czarną kawę.
   - Dzień dobry - powiedział, kiedy przysiadłam się do stołu i zajęłam moim posiłkiem.
   - Cześć - odpowiedziałam, posyłając mu promienny uśmiech.
   Jedząc, cały czas zerkałam na zegarek, który co chwilę zasłaniała mi mama, krzątająca się po całym domu, zapewne w poszukiwaniu kluczy, o których zawsze zapominała.
    Kiedy skończyłam śniadanie, zmyłam miskę i łyżeczkę, kładąc je na suszarce powyżej zlewu. 
    Tata już sięgał po swoją teczkę, a mama, jak co rano, zastanawiała się, jakie korale by tu założyć. 
    Wzięłam z podłogi swój plecak i pomaszerowałam do małego przedpokoju, gdzie założyłam krótkie, białe trampki.
   - Do wieczora! - zawołałam.
   - Cześć, kochanie - odpowiedzieli rodzice, a ja zabrałam klucze z żółtym bryloczkiem z szafki.
   Kiedy wyszłam na podwórko, po prawej stronie dostrzegłam Jacka Brewera, zajętego swoim smartfonem.
   Pewnie pisze z London, pomyślałam, jak bardzo za nią tęskni po dziesięciogodzinnej rozłące.
    Przewróciłam oczami, zatrzasnęłam furtkę i ruszyłam chodnikiem przed siebie prosto do szkoły. 
    - Hej, Mądralińska! - usłyszałam za sobą i aż się we mnie zagotowało.
    Mimo to wcale się nie odwróciłam, ale upierdliwy Brewer już po chwili zrównał się ze mną i szedł tuż obok mnie.
    - Czego chcesz? - warknęłam, przyspieszając kroku.
    - Towarzystwa - rzekł, patrząc na mnie. - Chyba nie powiesz, że chcesz iść sama przez te całe, nudne..
    Włożyłam słuchawki do uszu i przestałam go słuchać, relaksując się przy piosence Dear God zespołu XTC. Słońce przyjemnie grzało mnie w plecy, a sylwetka budynku szkoły z każdym krokiem zaczęła robić się coraz wyraźniejsza.
   Ktoś z impetem wyjął mi słuchawkę z prawego ucha.
    - Ej! - krzyknęłam.
    - Czy ty w ogóle słyszałaś, co ja do ciebie mówiłem przez te pięć minut? - spytał spokojnie Jack, a ja wywróciłam oczami. - Tak myślałem - rzekł.
   Chciałam ponownie włożyć słuchawkę do ucha, ale Brewer złapał mnie za przegób i uniemożliwił mi to. 
    - Co znowu? - burknęłam.
    - Wysłuchaj mnie przez chwilę, dobrze? - Ten spokój w jego głosie był iście wnerwiający, bo nie wiedziałam, czy mam być zła, czy się uśmiechnąć.
   Westchnęłam i wyłączyłam muzykę, patrząc na niego obojętnie ze skrzyżowanymi na piersiach rękami.
    - Tak więc mówiłem, kiedy chamsko mnie olewalaś, że - Musiał to dodać, pomyślałam. - jutro gramy bardzo ważny mecz z Bacon Hills i zaproponowałam ci uczestnictwo w dopingu.
   - Chyba śnisz - skitowałam i ruszyłam przed siebie, bo od szkoły dzieliło mnie jedynie dwieście metrów. 
   Jack natychmiast mnie dogonił. 
   - Hej! - oburzył się. - Nie każę ci być cheelederką!
   - Nie mam zamiaru ci dopingować, za nic w świecie - syknęłam.
   Uśmiechnął się nonszalancko.
   - Ach, no tak - odparł, mrużąc oczy. - Zapomniałem, że jesteś tak o mnie zazdrosna, że nie zniosłabyś London, rzucającej mi się w ramiona po naszej wygranej.
   Poczerwieniały mi uszy ze złości.
   - Chyba w..
   - ..moich mokrych snach, tak - dokończył za mnie, ale o wiele mniej agresywnie. 
   - Odwal się! - krzyknęłam i prawie pobiegłam do drzwi szkolnych, trącając przy tym parę osób.
   Kiedy znalazłam się na pełnym korytarzu, z ulgą stwierdziłam, iż zgubiłam Jacka w tłumie. Doszłam do swojej szafki i schowałam do niej niepotrzebne podręczniki. W plecaku zostawiłam jedynie książki od języka angielskiego. Położyłam na dolnej półce swój telefon i słuchawki, aby przypadkiem nie zadzwonił w czasie lekcji, kiedy moich uszu dobiegło czyjeś wołanie:
   - Kim! - To była Grace, moja najlepsza przyjaciółka.
   Podbiegła do mnie i ucałowała w policzek na przywitanie. 
   - Co teraz mamy? - spytała, lustrując wzrokiem wnętrze mojej szafki, usłane naklejkami piątek.
   - Angielski - odparłam, dokładnie sprawdzając czy wzięłam wszystkie notatki i pracę domową na lekcję.
   - Okej, spotkamy się w klasie - rzekła, zatrzaskując swoją szafkę. - Jeszcze skoczę do toalety poprawić makijaż.
   I odbiegła.
   Spojrzałam na dziesiątki kolorowych piątek w mojej szafce i w końcu ją zatrzasnęłam. Przerzuciłam plecak przez ramię i ruszyłam pod klasę, zastanawiając się, czy też powinnam się malować. Ostatecznie porzuciłam ten pomysł, myśląc, ile czasu by to zajęło. Starałam się nie myśleć o wielkich worach pod moimi oczami, kiedy siadałam w drugiej ławce, z której miałam najlepszy widok na tablicę, biorąc pod uwagę moją wadę wzroku. Zajęłam miejsce Grace obok siebie, kiedy wszyscy zaczęli wchodzić do klasy.
   Po chwili pojawiła się także Grace, a tuż za nią dreptała nauczycielka, z ponurą miną, w ramionach trzymając wczorajsze testy.
   Odwróciłam się w stronę tablicy i wyczekiwałam odgłosu dzwonka. Zadzwonił po paru sekundach, zwiastując początek pierwszej lekcji. 
   Pani Fletcher wygładziła dłonią nasze sprawdziany i położyła je na biurku. Podeszła do tablicy i zapisała temat, który od razu, jako jedna z nielicznych, przepisałam do zeszytu. Nauczycielka nie odezwała się ani razu, odkąd weszła do klasy, co zwiastowało tylko jedno - test poszedł beznadziejnie.
   Westchnęła, porwała w ręce tuzin pomazanych czerwonym długopisem kartek i rozpoczęła swą przechadzkę po klasie. Jak zwykle zaczęła od lewej strony, toteż wyczekiwałam swojej oceny ze skurczonymi wnętrznościami. 
   Spojrzałam na Grace, która pisała z kimś SMS, trzymając komórkę pod ławką. Przez chwilę wpatrywałam się w jej wiadomości.

Przestań. Nie zrobię tego.

Słuchaj, masz tylko ją namówić, żeby ruszyła tyłek i przyszła, jasne?

   Nie mogłam uwierzyć! To na pewno Jack! Tak, na pewno! Każe mojej własnej przyjaciółce zmusić mnie do pójścia na ten głupi mecz?
   Grace zorientowała się, że patrzę w jej telefon.

Załatw to sam, cześć.

   - Crawford - usłyszałam swoje nazwisko i odwróciłam głowę w stronę nauczycielki. 
   Słyszałam, jak Grace pospiesznie wsuwa komórkę do kieszeni plecaka.
   Pani Fletcher położyła przede mną test i posłała mi promienny uśmiech. 
   Grace zerknęła na moją ławkę.
   - Jak zwykle piątka, co? - zagadnęła, patrząc na swoją pracę.
   Na jej kartce widniała wielka czerwona trója z podpisem nauczycielki. Pod oceną zauważyłam jakieś małe literki.
   - Nienawidzę drugiego semestru - szepnęła Grace, odsuwając od siebie sprawdzian z nietęgą miną.
   - Dlaczego? - zdziwiłam się. - Jest się już oswojonym z nauką i..
   - Tylko w twoim przypadku - nachmurzyła się. - Widzisz ten mały druczek? - wskazała na napisy pod wielką trójką na jej kartce. - Od drugiego semestru zaczynam korepetycje. Wetherby zawsze wybiera najlepszych uczniów z trzecich klas, którzy będą pomagać tym gorszym w nauce z danego przedmiotu. Zazwyczaj są to same kujony.
   Coś zaświtało mi w głowie.
   - Myślisz, że wybierze mnie? - spytałam.
   - Oo, na pewno - Grace od razu potwierdziła. - Pewnie wezmą cię do matematyków. Będziesz codziennie widywać się z idiotami, którzy nie potrafią mnożyć pod kreską.
   Jęknęłam przeciągle i zajęłam się słuchaniem pani Fletcher, która mówiła coś o nowej lekturze, którą przeczytałam już w wakacje.
   Grace spojrzała na zegarek i powoli zaczęła pakować książki.
   Po chwili zadzwonił dzwonek i wszyscy wypruli z klasy. Wyszłam ostatnia, zaraz za Grace, która na korytarzu pociągnęła mnie za rękę do naszych szafek. Robiła tak zawsze, żeby nie zgubić mnie w tłumie, bo mi zazwyczaj nie spieszyło się do łazienki, aby jeszcze przed lekcją móc sprawdzić stan swojego makijażu. 
   Grace szybko wymieniła podręczniki.
   - Do zobaczenia na geografii - uśmiechnęła się i pognała do toalety dla dziewcząt.
   Patrzyłam, jak jej fioletowa torebka dynda za nią, kiedy usłyszałam czyjś śmiech po lewej stronie. Odwróciłam się tak szybko, że jedna z piątek odkleiła się od powierzchni mojej szafki, a moje okulary niebezpiecznie zsunęły się z nosa.
   - Cześć - powiedział Jack z uśmiechem, kiedy poprawiałam położenie okularów.
   Zacisnęłam usta w wąską kreskę i sięgnęłam po nowe naklejki z różnokolorowymi piątkami. Odkleiłam jedną, przytwierdzając ją do ścianki.
   - Chciałem tylko powiedzieć, że propozycja jest nadal aktualna - ciągnął.
   Nie spojrzałam na niego i nic nie odpowiedziałam.
   Westchnął i odszedł w stronę klasy matematycznej, gdzie mieliśmy mieć razem lekcje. Ach, i jeszcze z jego piękną dziewczyną London.
   Zła zatrzasnęłam szafkę i także ruszyłam pod klasę. Kiedy do niej weszłam, od razu zajęłam drugą ławkę. Pan Stoker już siedział przy biurku zawalony papierami. 
   Wyjęłam podręczniki, notatki i długopis, kiedy usłyszałam stukot obcasów, a w klasie ucichło. Odwróciłam głowę i zobaczyłam London Parrish, we własnej osobie, która prowadziła swoje zgrabne nogi w stronę Jacka. Widziałam, jak każdy obecny w pomieszczeniu chłopak pożerał ją wzrokiem. 
   London była piękną, wysoką dziewczyną z kobiecymi rysami twarzy, burzą złotych loków, włoską opalenizną i przede wszystkim - pieniędzmi. Do tego była mózgiem matematycznym. Z tego, co opowiadała Grace, podobno była miła, ale patrząc na nią, coraz bardziej wątpiłam w słowa przyjaciółki. Dzisiaj London miała na sobie białą koszulę z mocno wyciętym dekoltem, przykrytą czarnym sweterkiem, krótką obcisłą czarną spódniczkę i wysokie lakierowane szpilki tego samego koloru. Na jej ramieniu wisiała biała pikowana torba, zapewne markowa, tak samo jak jej złota biżuteria, pasująca idealnie do włosów. Usiadła w ławce koło Jacka i ucałowała jego policzek na powitanie, zostawiając na nim ślad czerwonej szminki. Roześmiała się tak uroczo, że wszyscy chłopcy rozwarli usta z wrażenia, i wytarła Jackowi policzek.
   Odwróciłam się w stronę tablicy, kiedy Jack spostrzegł, że się im przyglądam. Skarciłam się w duchu i zajęłam wyczekiwaniem na rozpoczęcie lekcji.
   Matematyka była moim ulubionym przedmiotem, więc zajęcia poszły mi jak zwykle znakomicie. Pod koniec lekcji, nauczyciel zawołał do siebie mnie, London i jeszcze dwie osoby z klasy, które znałam jedynie z widzenia.
    - Słuchajcie - odezwał się pan Stoker. - Wiecie chyba, że za tydzień ruszają korepetycje, prawda? - Wszyscy kiwnęli głowami. - Tak więc tu macie kartki - rozdał nam małe karteczki z czarnym drukiem. - Są to zgody na udzielanie korepetycji z matematyki w drugim semestrze, które muszą wam podpisać rodzice lub opiekuni prawni - wytłumaczył, po czym spojrzał na każdego z nas. - To wszystko. Możecie iść na przerwę.




   Zadzwonił dzwonek na przerwę obiadową. 
   Usiadłam na stołówce w pierwszym wolnym stoliku, wyjmując śniadaniówkę i czekając na Grace. Nie lubiłam szkolnego jedzenia, więc co dzień rano robiłam sobie kanapki. Żułam chleb z serem i pomidorem, patrząc beznamiętnie przed siebie. Nie byłam pewna, czy zgodzić się na udzielanie korepetycji. Oczywiście, miło byłoby pomóc koledze czy koleżance w gorszej sytuacji, ale zastanawiałam się, ile zajęłoby mi to czasu. I przede wszystkim - kogo bym dostała. Wiem na pewno, że życzyłam London jakiegoś nierozumnego kolesia, który by się do niej przystawiał. 
   Przerwałam moje rozmyślania, kiedy ktoś dosiadł się do mojego stolika. Podniosłam wzrok, myśląc, że to Grace, ale ujrzałam twarz Jacka po raz czwarty tego dnia.
   - Co? - warknęłam, przełykając kęs kanapki.
   - Dobra, chciałem być miły i grzecznie zaprosić cię na mecz - Przewróciłam oczami. - ale widzę, że muszę sięgnąć po radykalne środki.
   Spojrzałam na niego. W moich oczach czaił się niepokój.
   - Rzucam ci wyzwanie - odparł z satysfakcją, a ja jęknęłam. - Przyjdź na mecz.
   - Po co? - spytałam, marszcząc brwi. - Nie wierzę, aby ci zależało.
   - Kim, przychodzi cała szkoła! Cała! Całe liceum! - żachnął się. - A ty nie przyjdziesz jako jedyna?
   - Skoro idzie cała szkoła, to po co ja mam tam być? - spytałam dobitnie.
   - Musimy pokazać Bacon Hills, że jesteśmy lepsi we wszystkim - rzekł, gestykulując rękoma. - Spójrz na to z mojej strony - dodał. - Wygrywamy mecz z tymi szumowinami na oczach caaałej szkoły, a oni natomiast przegrywają, a na ich widowni siedzi z dwadzieścia iście rozczarowanych osób - uśmiechnął się z rozmarzeniem. - Brzmi świetnie, no nie?
   - Skoro idzie cała szkoła, nikt nie zauważy, że nie ma jednej osoby - skitowałam.
   - Nie bądź głupia - powiedział, mrużąc oczy. - Dyrektor zawsze liczy wszystkie osoby - Że też mu się chce, pomyślałam. - A dlaczego tego nie wiesz? A, no tak. Bo nigdy nie byłaś na żadnym meczu - spojrzał na mnie drwiąco.
   - O której mam przyjść? - spytałam zrezygnowana.
   Uśmiechnął się z satysfakcją.
   - Czyli jednak się zdecydowałaś? - spytał.
   - Nie mam wyboru - powiedziałam. - Wyzwanie, idioto - przypomniałam mu, kiedy nie bardzo zrozumiał.
   Pokiwał głową, mrucząc:
   - Aaa, no tak.
   Zlustrowałam go wzrokiem. 
   Miał na sobie szarą koszulkę z Adidasa, na co wskazywał wielki czerwony napis JUST DO IT., na którą narzucił koszulę w czerwono-czarną kratę. Do tego założył ciemne dżinsy i czarne trampki. Na brązowych włosach lśnił mu żel, którym zawsze przygładzał sterczące mu na głowie koguty. Jego ciemne oczy lśniły.
   - Widzimy się o osiemnastej na boisku szkolnym - Jego głos wyrwał mnie z namysłu.
   Kiedy odszedł do swojego stolika, skarciłam się w myślach za to przyglądanie mu. Patrzyłam, jak London siada mu na kolanach i obydwoje śmieją się z czegoś, kiedy pole widzenia zasłoniła mi głowa Grace.
   - I co? - spytała z wielkimi oczami. - Stoker wybrał cię na korepetytorkę?
   Spojrzałam na nią, wypuszczając powietrze z ust.
   - Tak - odparłam. - Ale nie jestem pewna, czy dam rodzicom do podpisania zgodę.
   Grace wytrzeszczyła oczy.
   - Żartujesz?! - krzyknęła. - Wiesz, ile w tym roku wzięli ciasteczek?
   Wzniosłam oczy ku niebu z uśmiechem. 
   - Słyszałam, że na matmę idzie Daniel, ten ładny z zielonymi oczami z trzeciej "c", Ronald, to ten z czarnymi lokami, co tak fajnie tańczy, jakiś blondyn, chyba z drużyny piłkarskiej, bo jest świetnie zbudowany i Jack - mówiła podekscytowana.
   Patrzyłam na nią niewzruszona.
   - Grace - zaczęłam spokojnie. - To korepetycje, a nie randki w ciemno.
   - Oj, gadasz! - oburzyła się, wyjmując z torby jabłko. - To niezła okazja, aby nie iść samemu na bal maturalny.
   Zaśmiałam się z jej punktu widzenia i pociągnęłam łyk wody, próbując nie patrzeć na London i Jacka aż do końca przerwy.




   Do domu dotarłam około godziny piętnastej.
   Wbiegłam do pokoju po schodach i rzuciłam się na łóżko. 
   Plecak zsunął mi się z ramienia na podłogę, a ja porwałam pierwszą lepszą poduszkę i położyłam na niej głowę, zamykając oczy. 
   Myślałam o mojej złości, kiedy tylko spojrzałam na London i o tym, jak na stołówce przyglądałam się Jackowi. Powinnam pójść na mecz? Nie, zaraz, pomyślałam, przecież muszę. Westchnęłam. Czas zabrać się za naukę, jeśli chcę zdążyć na mecz i uniknąć psikusów ze strony Jacka do końca życia. 
   Zaczęłam od tony prac domowych. Następnie wzięłam się za powtórzenie informacji z podręczników, które i tak przerobiłam już w wakacje. Przejrzałam moje notatki, sporządzone parę miesięcy temu, po czym wyjęłam z plecaka listę prac domowych. 
   - Wypracowanie z biologii na temat kręgowców - przeczytałam pierwszy punkt i spojrzałam na biurko. - Odhaczone - wymamrotałam, stawiając znaczek w odpowiednim miejscu. - Zadania z podręcznika, fizyka - ponownie omotałam wzrokiem papiery i zeszyty na biurku i uśmiechnęłam się. - Odhaczone.
   Sprawdziłam wszystko i z dumą stwierdziłam, iż wykonałam każde zadanie.
   Usłyszałam skrzypnięcie klamki drzwi wejściowych. Pewnie mama wróciła, pomyślałam. 
   Spakowałam wszystkie potrzebne na jutro rzeczy do plecaka, wzięłam do ręki zgodę do podpisania od pana Stokera i wyszłam z pokoju, uśmiechając się do mamy ze schodów.
   - Cześć - odwzajemniła uśmiech. - Jak było w szkole? 
   - Em.. dobrze - rzekłam, siadając na blacie, kiedy ona rozpakowywała zakupy. 
   Położyłam kartkę obok swojego uda.
   Mama zerknęła najpierw na mnie, a poźniej na kwitek. Kiedy przeczytała, zapytała:
   - Jesteś pewna? 
   - Dużo o tym myślałam i w końcu stwierdziłam, że nie mam zamiaru zawieść pana Stokera - odpowiedziałam. - Wiesz.. to by mogło pogorszyć nasze stosunki i..
   - Kim - mama przerwała moje bezsensowne tłumaczenia, kładąc mi dłonie na ramionach. - Nie patrz na innych, kochanie. Patrz na siebie.
   Pokiwałam głową, nie bardzo rozumiejąc.
   Mama wzięła do ręki długopis i spojrzała na mnie pytająco.
   - Podpisz - oznajmiłam. 




   Wyszłam piętnaście minut przed rozpoczęciem meczu, aby dotrzeć na miejsce akurat na czas. 
   Szłam wolnym, relaksacyjnym krokiem, wsłuchując się w śpiew ptaków, siedzących na otaczających mnie drzewach. Kiedy byłam już niedaleko szkoły, usłyszałam piosenkę wygrywaną przez szkolną orkiestrę i krzyki cheelederek, których kapitanem nie był nikt inny, jak London Parrish. 
   Po upływie dwóch minut stałam już przed boiskiem, wypatrując wolnego miejsca. 
   - Kim! - Z trybun machała i krzyczała do mnie Grace.
   Uśmiechnęłam się do niej, odmachałam i przepchałam do przedostatniego rzędu.
   Grace ucałowała mnie w policzek.
   - Od kiedy przychodzisz na mecze? - spytała.
   Odszukałam wzrokiem Jacka, stojącego w środku, okrążających go zawodników. Powiedział coś do nich, a oni ryknęli radośnie:
   - Seaford górą! 
   Rozległy się piski cheelederek i krzyk widowni.
   Jack omotał wzrokiem trybuny, a kiedy w końcu mnie zobaczył, uśmiechnął kącikiem ust i pobiegł na środek boiska, zajmując swoją pozycję.
   - Słyszałaś mnie?! - krzyknęła mi do ucha Grace, a ja podskoczyłam ze strachu.
   Spojrzałam na nią nachmurzona, rozmasowując sobie ucho.
   - Co? - spytałam zła.
   - Pytałam od kiedy to pojawiasz się na meczach? - powtórzyła.
   Spojrzałam na Jacka.
   - Wyzwanie - odparłam krótko.
   - Aaach, no jasne - westchnęła. - Ale po co chciał, żebyś przyszła?
   Nie musiałam jej odpowiadać, gdyż już po chwili w głośnikach rozległ się głos dyrektora:
   - Na trybunach Seaford High School znajduje się cała szkoła! - ryknął, a Grace pokiwała głową. - Dzisiejszy mecz nasza drużyna rozegra ze szkołą Bacon Hills High!
   Po drugiej stronie trybun rozległy się oklaski parenastu osób. Trener w zielonej bluzie klaskał najgłośniej. 
   - Dziękujęmy drużynie Bacon Hills za przybycie na mecz - oznajmił dyrektor. - Oddaję głos komentatorowi, Derekowi Finniganowi.
    Ponownie rozległy się brawa i gra się zaczęła, a Derek Finnigan, kolega Jacka, z drugiej klasy zaczął komentować mecz:
   - Wystartowali! Piłkę przejmuje Brewer z Seaford.. podaje do McCall'a.. McCall podaje do.. oooch! Morgan z Bacon Hills odbiera mu piłkę! Morgan podaje do Lyncha.. och, nie.. Brewer pochwycił piłkę z pięknym przerzutem nad głową.. biegnie do bramki, proszę państwa, biegnie! Brewer podaje do Martineza.. Martinez jednak zaraz oddaje mu piłkę.. Brewer przyspiesza i.. GOOOL, proszę państwa! Pierwszy gol dla drużyny Seaford już w drugiej minucie meczu! Co za zwrot akcji! Bacon Hills na pewno się tego nie spodziewali! A wszystko dzięki wspaniałemu kapitanowi - Jackowi Brewerowi! Brawa dla niego, proszę państwa! 
   Derek próbował nie być stronniczy, ale najwyraźniej mu to nie wychodziło.
   Dyrektor spojrzał na niego krzywo, a on uśmiechnął się nieśmiało. 
   - Dobra, dobra. Brawa dla bramkarza z Bacon Hills za próbę obrony bramki! - poprawił się.
   Nie pamiętam w sumie, co się później działo. Nie miałam nawet pojęcia o zasadach gry piłki nożnej, więc nie byłam przekonana, kiedy wstać i klaskać, a kiedy buczeć. Wiedziałam  jedynie, że chłopcy z niebieskimi koszulkami są z naszej szkoły, a z zielonymi z Bacon Hills. Ogólnie nie angażowałam się w mecz, póki któregoś razu, kiedy Jack ponownie miał wbić gola, nie stało się coś, co przykuło moją uwagę. Czarnoskóry chłopak w zielonej koszulce rzucił się po piłkę, co oznaczało, iż rzucił się także na Jacka. W jednej chwili Brewer upadł na trawę, kurczowo trzymając się za łydkę.
   Derek zaczął krzyczeć do mikrofonu:
   - CO TO BYŁO, PROSZĘ PAŃSTWA! Tego już za wiele, czerwona kartka! O, błagam was! To ewidentnie było zaplanowane! Idź się lecz, głupi Murzynie!
   Dyrektor posłał groźne spojrzenie Finniganowi i zszedł z trybun, do kłócących się z sędzią trenerów. 
   Cała widownia wstała, przyglądając się szkolnej pielęgniarce, opatrującej nogę Jacka. 
   Wstałam wraz z innymi i spojrzałam na London, która miała nietęgą minę. 
   Ostatecznie Jack zszedł z boiska do końca meczu, a Parrish ani razu się do niego nie odezwała. 
   Sytuację drużyny naszej szkoły uratował Jerry Martinez, wbijając gola Bacon Hills w ostatniej sekundzie. Wygraliśmy, ale Jack nie był zadowolony. Raz po raz rzucał London obrażone spojrzenia. 
   Po skończonym meczu wszyscy zaczęli się rozchodzić. Grace ucałowała mnie w policzek na pożegnanie i pobiegła do Jerry'ego, który miał podwieźć ją do domu na swoim motorze. 
   W końcu szkoła opustoszała, a ja zdałam sobie sprawę, że czeka mnie piętnastominutowa droga domu w ciemnościach, bez żywej duszy na ulicy. I do tego zrobiło się naprawdę zimno, a ja nie wzięłam żadnej kurtki. 
   Rozejrzałam się dookoła, zauważając szary samochód Jacka, który pożyczył od ojca. Czym prędzej pobiegłam w jego stronę, czując, że umowa z wyzwaniami po raz pierwszy ratuje mi życie. 
   Jack już wsiadał do auta, uważając na zranioną nogę, kiedy w ostatniej chwili go zatrzymałam.
   - Rzucam ci wyzwanie - powiedziałam szybko, łapiąc go za przegub.
   - Co? - zdziwił się.
   - Podwieź mnie do domu - rzekłam.
   Jack spojrzał za siebie na London, siedzącą na miejscu pasażera i poprawiającą sobie makijaż w lusterku samochodu. Popatrzył na mnie niepewnie.
   - Jack - wycedziłam przez zęby, a on westchnął.
   - Wskakuj - odparł. 
    Z ulgą na sercu wcisnęłam się na tylne siedzenia i zwinęłam z zimna w kłębek, zapinając pasy. 
   Jack wsiadł do samochodu, a London odwróciła się do tyłu, patrząc na mnie.
   - Co ta kujonica tutaj robi? - zwróciła się ostro do Jacka.
   Brewer przez chwilę nic nie odpowiadał. 
   - Jej rodzice poprosili mnie, żebym odwiózł ją domu - skłamał, a ja przewróciłam oczami.
   Co za tchórz, pomyślałam. 
   London zlustrowała mnie wzrokiem i odwróciła do przodu, patrząc w boczną szybę.
   - Ruszaj! - rozkazała.
   Jack posłusznie odpalił samochód i już po chwili mknęliśmy po nierównej drodze prosto do willi London Parrish.
   Kiedy dojechaliśmy, Jack pochylił się w stronę swojej dziewczyny, aby ją pocałować, ale ona odwróciła głowę i czym prędzej opuściła samochód. 
   Jack wysiadł tuż za nią, doganiając ją na tyle szybko, ile pozwoliła mu chora noga. 
   Wyjrzałam przez okno, obserwując, jak ta idealna para, tak popularna w szkole, właśnie kłóci się w najlepsze na ogromnym podwórzu Parrish.
   London zła ruszyła ku drzwiom wejściowym. Jack powiedział coś, co musiało ją nieźle wkurzyć, bo momentalnie zawróciła i dała mu w twarz z otwartej dłoni, po czym pobiegła do willi.
   Jack wrócił do samochodu, kuśtykając i trzymając się za czerwony policzek. Wsiadł do auta, a ja spojrzałam na niego. Był zły, więc wolałam nie wybuchać śmiechem. 
   Podparłam ręce na obu siedzeniach i zwinnie przeskoczyłam na miejsce pasażera z przodu. 
   Jack odpalił samochód i ruszyliśmy do domu.
   Przez całą drogę w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy. Radio było wyłączone.
   Kiedy po pięciu minutach Jack zatrzymał samochód przed naszym bliźniaczym domkiem, spojrzałam na niego. 
   Chyba to zauważył, bo spytał:
   - Nadal widać ślad?
   Popatrzyłam na jego policzek i wskazałam mu palcem jedną małą czerwoną plamkę.
   - Dzięki - odezwałam się.
   - Za co? - zapytał, kiedy badał swój policzek w małym lusterku samochodu. 
   - Za podwózkę, to chyba jasne - rzekłam.
   Spojrzał na mnie tajemniczo.
   Chwyciłam za klamkę od drzwi samochodowych. 
   - Dałaś mi wyzwanie, Mądralińska - powiedział, kiedy już miałam wyjść. 
   - Obślizgły Brewer chyba naprawdę jest obślizgły i słaby, bo właśnie pobiła go własna dziewczyna - zadrwiłam, a on spuścił wzrok.
   Nie zrobiło mi się głupio.
   - Ona czasami jest taka..
   - .. taką nadętą krową - dokończyłam za niego. - Tak, zauważyłam.
   Ponownie na mnie spojrzał. 
   - Co tu robi ta kujonica? - udałam jej głos, robiąc przy tym dziwne miny i układając usta w dziubek. - Przecież sama jest mózgiem matematycznym, no nie? - oburzyłam się.
   Jack wybuchnął śmiechem, a ja do niego dołączyłam.
   Zdałam sobie z czegoś sprawę.
   - Śmiejesz się z własnej dziewczyny? - spytałam. 
   - A co z niej za dziewczyna? - mruknął.
   Prychnęłam.
   - Nie wiem - powiedziałam, kiedy spojrzał mi w twarz. - To ty z nią chodzisz.



JACK

Brewer, wstawaj! 
   Ktoś mocno uderzył mnie w ramię, tym samym budząc z głębokiego snu, w którym byłem superbohaterem, ratującym świat przed złem. 
   Otworzyłem momentalnie oczy i ujrzałem Jerry'ego Martineza we własnej osobie, spowitego lekką mgłą, co było skutkiem ubocznym tak szybkiego wybudzenia mnie ze snu.
   - Czego chcesz, mendo? - mruknęłam, przewracając się na drugi bok, by na niego nie patrzeć. - Kto ci w ogóle pozwolił tu wejść?
   Latynos zaczął mną trząść.
   - Twoja mama mnie wpuściła - powiedział wymijająco. - A teraz rusz tyłek i ogarnij się!
   - Jeszcze chwilkę - powiedziałem w poduszkę.
   - Stary, za godzinę zaczynamy trening, zapomniałeś? - oburzył się. - Jesteś kapitanem, a kapitan nie może spóźnić się na trening, który sam zapowiedział! - wykrzyczał.
   - Już wstaję - odparłem, ale się nie ruszyłem.
   - Jasne, rób co chcesz - powiedział obrażonym tonem. - Najwyżej zawalimy dzisiejszy mecz z tymi gnojkami z Bacon Hills - Przeturlałem się na łóżku w jego stronę. - Dokładnie tak samo jak rok temu - dodał i wyszedł, trzaskając drzwiami.
   Przetarłem twarz rękoma, nie dopuszczając, aby oczy same zamknęły mi się ze zmęczenia. Wstałem i ruszyłem do łazienki. Kiedy myłem zęby, usłyszałem warkot silnika motoru Jerry'ego. Zacząłem zastanawiać się nad jego słowami. 
   Miał rację. Nie możemy przegrać z Bacon Hills jak rok temu. To byłaby klęska na całego. 
   Ubrałem się pospiesznie i nałożyłem żel na włosy, aby przygładzić koguty na głowie, które męczyły mnie od dzieciństwa. Zabrałem plecak z krzesła obrotowego i wyszedłem z pokoju, zbiegając po schodach. 
   Rzuciłem plecak na podłogę, ruszając do kuchni, gdzie czekało na mnie śniadanie.
   Mama patrzyła na mnie z nachmurzoną miną.
   - Co? - spytałem, odgryzając kawałek tosta z serem. 
   - Twojej matce nie podoba się z jakim stosunkiem traktujesz swoje rzeczy - odparł pogodnie tata, grzebiąc coś w laptopie. - Czyli to, co zawsze - dodał, mrugając do mnie.
   - Tom! - wykrzyknęła mama, a policzki poczerwieniały jej ze złości. - Dzisiaj sam robisz sobie obiad! 
   Tata spojrzał na nią zaniepokojony, ale i tak się roześmiał. 
   - Marge, proszę cię - wyszczerzył zęby. - Codziennie przerabiamy to samo i nie przynosi żadnych efektów.
   - Właśnie, może czas zmienić taktykę? - zaproponowała mama, patrząc na mnie ostro. - Może czas dać mu szlaban na piłkę nożną?
   Spojrzeliśmy po sobie z tatą.
   - Nie! - odparliśmy zgodnie, po czym zajęliśmy się swoim jedzeniem.
   Mama wściekła tupnęła nogą i ruszyła do sypialni, aby przebrać się do pracy. 
   - Nie przejmuj się nią - szepnął tata, wpatrzony w ekran laptopa. - Do obiadu jej przejdzie.
   Uśmiechnąłem się pod nosem, dokańczając tosta i ruszyłem do przedpokoju, przy okazji sięgając po plecak. Ubrałem buty i krzyknąłem:
   - Pa, mamo! Pa, tato! 
   I nie czekając na ich odpowiedź, wyszedłem z domu, zatrzaskując drzwi.
   Kiedy wybiegłem na podwórko, usłyszałem dźwięk przychodzącego SMS i wyjąłem komórkę z kieszeni. Odczytałam wiadomość:

Lepiej bądź na boisku za 20 min, bo inaczej nie dożyjesz dzisiejszego meczu z Bacon Hills.

   Jerry, pomyślałem i schowałam telefon. 
   Zatrzaskując furtkę, w oddali ujrzałem Kim, moją sąsiadkę, wyjmującą komórkę i słuchawki. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
   - Hej, Mądralińska! - zawołałem, pędząc w jej stronę. 
   Nie byłem pewny, czy mnie dosłyszała, bo w ogóle nie zareagowała. Dobiegłem więc do niej, ale zanim zdążyłem się odezwać, warknęła:
   - Co chcesz? 
   Pomyślałem przez chwilę nad odpowiedzią, kiedy ona rozplątywała słuchawki.
   - Hm.. towarzystwa - odparłem. - Chcesz iść sama przez całą drogę do szkoły? 
   Poczułem wibracje w tylnej kieszeni spodni. Wyjąłem komórkę i spojrzałem na wiadomość: 
   
Masz 10 min. Czekam.

   Nagle coś zaświtało mi w głowie.
   - Ej, słuchaj, Kim - zacząłem. - Nie chciałabyś przyjść dzisiaj na mecz? Będziemy grali z Bacon Hills i ostro skopiemy im tyłki. Przyjdzie cała szkoła! Rozumiesz ile to znaczy dla drużyny? Wygrać na oczach wszystkich, słyszeć ich krzyki, wiwaty.. wtedy człowiek czuje, że żyje - Westchnąłem. - To jak? Przyjdziesz?
   Spojrzałem na nią. Miała słuchawki w uszach.
   - Nie, no! - wkurzyłem się. - Serio?
   Wyrwałem jej słuchawkę z ucha, a ona krzyknęła.
   - Co znowu?! - była wściekła i miała lekko zaczerwienione ucho.
   Chyba za bardzo pociągnęłam za kabel.
    - Nie słyszałaś mnie przez ten cały czas? - spytałem.
    - Bo co? - uniosła brwi.
    - Właśnie mówiłem, że mogłabyś wpaść dzisiaj na nasz mecz z..
    - Nie! - zaprzeczyła od razu.
    - Co? - zdziwiłem się. - Ale dlaczego? 
    Przewróciła oczami.
    - Bo nie - odparła i przyspieszyła kroku, przez co musiałem ją dogonić.
    - A, no tak - Uśmiechnąłem się. - Bo zapewne jesteś zazdrosna o London..
   - Chyba w..
   - ..moich mokrych snach, tak - dokończyłam za nią, znudzonym tonem.
   - To jak? - spytałem. - Decyzja podjęta? 
   - Odwal się! - I odeszła.




   Na trening dotarłem dwie minuty przed rozpoczęciem. 
   Na boisku znajdowała się już cała drużyna. Wszyscy gawędzili ze sobą o dzisiejszym meczu, a Jerry kiwał głową z niedowierzaniem. 
   - Chłopaki, do szatni - poleciłem.
   Jerry zrównał się ze mną chwilę później.
   - Stary, ty naprawdę olewasz sobie swoje stanowisko - powiedział od razu. - Uważaj, bo ktoś sprzątnie ci je sprzed nosa - ostrzegł. - A tego nie mam zamiaru oglądać. 
   - Jerry, nie bój się - uspokoiłem go, otwierając swoją szafkę i wyjmując z niej strój.
   - Po prostu nie chcę, żebyś utracił miano kapitana, okej? - speszył się. - Przecież zdajesz sobie z tego sprawę, że jeśli nie jesteś kapitanem, to pozostajesz na straconej pozycji. Wielki Jack Brewer stanie się nikim, straci dziewczynę, popularność i..
   - Stop! - Spojrzałam na niego agresywnie. - Przestań - dodałem spokojniej i powróciłem do zakładania stroju. 
   - Chyba nie chcesz stać się taki, jak twoja sąsiadka, no nie? - spytał szeptem. - Spójrz tylko na nią..
   - Powiedziałem przestań - odszeptałem, biorąc piłkę z kąta. 
  Do pomieszczenia wszedł trener.
   - Widzimy się za pięć minut na boisku! - ogłosił i opuścił szatnię tak szybko, jak się w niej pojawił.
   Po wyznaczonym czasie na murawie stawił się cały skład. Począwszy od Jerry'ego i skończywszy na Patrciku.
   - Na rozgrzewkę robimy pięć kółek! - krzyknął trener. - Ruchy, chłopaki! 
   Na jego białej  bluzce widniał czarny napis TRENER #1.
   Biegłem ramię w ramię z Jerry'm, ale w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy. Nie mogłem przyspieszyć, bo za szybko bym się zmęczył, ale nie mogłem także zwolnić, bo okazałabym się gorszy od Martineza. Tak więc biegliśmy pięć kółek koło siebie w totalnej ciszy. 
   Chwilę później odbyliśmy krótką rozgrzewkę, a następnie zaczęliśmy mecz.
   Podzieliliśmy się na dwie drużyny po parę osób. Jerry był w drużynie przeciwnej. 
   Na tym treningu nie dawałem z siebie stu procent. Bałem się, że wykorzystam wszystkie swoje siły teraz i nie zostanie mi nic na dziś wieczór. 
   Podał do mnie Artur Lynch, a ja ruszyłem na bramkę. Jerry dobiegł do mnie, próbując odebrać mi piłkę.
   - Co jest z tobą nie tak? - spytał. - Dlaczego nagle jej bronisz? 
   Szczerze, sam nie znałem odpowiedzi.
   Strzeliłem gola drużynie Jerry'ego.
   - Nie twoja sprawa - skitowałem.
   - Masz dziewczynę! - krzyknął za mną, ale już go nie słuchałem. 




   Po skończonym meczu wziąłem prysznic i ubrałem się najszybciej, jak tylko potrafiłem, aby znowu nie spotkać Jerry'ego i wejść z nim w słowną potyczkę. Nie zastanawiałem się zbytnio, dlaczego podniosło mi się ciśnienie, kiedy usłyszałem coś złego o Kim z ust własnego przyjaciela. Przecież ja robiłem to niejednokrotnie. Pomyślałem jednak, że to co innego. Ja znam Crawford od urodzenia, a on wie o niej tylko z moich opowieści, więc nie ma prawa nic o niej mowić, bo nigdy nawet z nią nie rozmawiał. 
   Kiedy wchodziłem na szkolny korytarz, zrozumiałem, jak za każdym razem musiała czuć się Grace, kiedy obrażałem jej najlepszą przyjaciółkę.
   Poczułem się głupio. 
   Przechodziłem koło Dereka Finnigana, mojego kumpla, który komentował mecz, przyblijając mu żółwika, kiedy zaraz obok dostrzegłem Kim.
   Grzebała w swojej szafce, obklejonej kolorowymi piątkami, kiedy stanąłem po jej lewej stronie. Przestraszyła się, gdy mnie zobaczyła, na co wybuchnąłem śmiechem. Przewróciła oczami.
   - A ty czego tu szukasz? - spytała zgryźliwie. 
   Uśmiechnąłem się. 
   - Chciałem ci tylko przypomnieć, że propozycja nadal jest aktualna - odparłem, mrugając do niej.
   Jęknęła z odrazą i zatrzasnęła szafkę, odwracając się do mnie tyłem.
   Zrezygnowany ruszyłem w stronę klasy matematycznej. Usiadłem w ostatniej ławce, a kiedy Jerry wszedł do pomieszczenia, udałem, że jestem zajęty swoim zeszytem.
   Martinez usiadł na krześle koło mnie. Spojrzał najpierw na zeszyt, a później na mnie.
   - Och, nie udawaj, że się uczysz - burknął.
   Przeniosłem wzrok z mojego koślawego pisma na niego.
   - Nie kłóćmy się przed meczem, okej? - Nie patrzył na mnie. - Naprawdę musimy to wygrać.
   Popatrzyłem na jego zaniepokojony wyraz twarzy.
   - Okej - odpowiedziałem, a on odetchnął z ulgą.
   - A ta.. Kim przyjdzie? - spytał po chwili.
   Spojrzałem na drugą ławkę, w której zawsze siadała. Dostrzegłem jej gęste blond włosy i odwróciłem wzrok, bo pomyślałem, że są ładne. 
   - Jeszcze mi nie powiedziała - szepnąłem, wyjmując podręczniki z plecaka.
   - Stary, użyj wyzwania - powiedział to takim tonem, jakbym nie wiedział o czym mowa.
   - Myślałem, że zgodzi się bez tego - rzekłem. - ale najwyraźniej się myliłem.
   Przygryzłem wargi, zastanawiając się, czy powinienem ją zmuszać. Tak, pomyślałem, zdecydowanie powinienem.
   - Dobra, zmywam się - wyszeptał Jerry. - London na drugiej.
   Nie odwróciłem się, aby na nią spojrzeć. Reszta chłopców w klasie wyręczyła mnie w tym zadaniu. 
   Popatrzyłem na nią, dopiero kiedy usiadła tuż obok mnie i ucałowała mój policzek. Pachniała drogimi perfumami. Ubrała się bardzo pociągająco, więc kiedy wycierała swoją szminkę z mojej twarzy, przyjrzałem się jej dokładnie. Była piękna. 
   Nie chciałem wyjść na idiotę, więc w końcu odwróciłem od niej wzrok, a ona zajęła się rozmową ze swoimi dwoma przyjaciółkami, których imion nigdy nie mogłem zapamiętać. 
   Spojrzałem na Kim. Ona także była piękna, ale bałbym się jej to powiedzieć, bo zapewne zdzieliłaby mnie na miejscu. Logika dziewczyn: powiesz im, że są brzydkie - dadzą ci w twarz; powiesz im, że są ładne - dadzą ci w twarz. Chyba zostanę gejem.
   Pan Stoker położył przede mną jakąś kartkę. 
   Wyrwałem się z głębokiego namysłu. Nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęła się lekcja. 
   London spojrzała na zwitek, leżący na mojej ławce.
   - Hm.. korepetycje z matmy? - prychnęła. - Przecież to najprostszy przedmiot na świecie.
   I odwróciła głowę.
   Westchnąłem. Może dla ciebie jest łatwy, pomyślałem zdenerwowany.
   Przez całą lekcję ani razu nie zwróciłem uwagi na nauczyciela. Zastanawiałem się, kto w tym roku będzie udzielał korepetycji i czy w ogóle któraś z wybranych osób będzie w stanie mi pomóc. 
   Zadzwonił dzwonek. 
   Pan Stoker przywołał do siebie parę osób, w tym London i Kim, a ja opuściłem klasę.
   Czekałem około pięciu minut pod drzwiami, kiedy pojawiła się Crawford, zgrabnie mnie wymijając, a zaraz za nią London. Chwyciła mnie za dłoń i ruszyliśmy na stołówkę. 
   Kiedy weszliśmy, każda napotkana znajoma mi twarz, witała mnie uśmiechem. Parrish bardzo się to podobało, więc rzuciła mi się na szyję i pocałowała w usta. Wszystkie oczy zwróciły się na nas. Słyszałem, jak parę osób gwizdało, czy krzyczało, ale w tamtej chwili liczyły się tylko usta London na moich i oddzielająca nasze wargi jedynie jej czerwona szminka. Co prawda London nie była dziewczyną o wspaniałym charakterze, ale za to była aż mdląco piękna i całowała jak anioł. Chyba wiem, dlaczego podkochiwałem się w niej od drugiej klasy podstawówki. 
   Kiedy wszyscy już się na nas napatrzyli, Parrish oderwała się ode mnie i przejechała językiem po moich ustach, na co jej przyjaciółki pisnęły podekscytowane. London jednak zaraz mnie puściła i pociągnęła do jednego ze stołów, gdzie usadziła mnie na krześle, a sama usiadła mi na kolanach. 
   Dosiadli się do nas Jerry i kilku innych chłopaków z drużyny oraz dwie przyjaciółki Parrish. 
   - Będę korepetytorką z matmy - oznajmiła London, uśmiechając się. - Oby przydzielili mi ciebie, mój ty nieuku.
   Musnęła moje usta swoimi, po czym oboje się roześmialiśmy.
   Rozejrzałem się po stołówce; cztery stoliki dalej siedziała Kim, jedząc drugie śniadanie. Zawsze zabierała kanapki ze sobą jako jedyna w szkole. Spojrzałem na stołówkowe żarcie przede mną i zrozumiałem, dlaczego to robiła. 
   - Zaraz wracam - szepnąłem do London, a ona zeszła z moich kolan.
   Ruszyłem w stronę Kim. Kiedy usiadłem naprzeciwko niej, przewróciła oczami.
   - Nie - powiedziała od razu, ale nie zamierzałem się tym przejmować.
   - Rzucam ci wyzwanie - Jęknęła. - Przyjdź na mecz. 
   - Jutro jest sprawdzian z fizyki! - obruszyła się. - Muszę się uczyć! 
   - Daj spokój - prychąłem. - I tak już wszystko umiesz.
   - Mój tata wraca późno i chciałabym spędzić z nim ten wieczór - powiedziała, mrużąc oczy.
   - Och, błagam cię! - roześmiałem się. - Co jeszcze wymyślisz?
   Odwróciła wzrok, krzyżując ręce na piersiach. W jej śniadaniówce leżała niedokończona kanapka.
   - Nie zjesz? - spytałem.
   Spojrzała na mnie chłodno.
   - Na twój widok mi się odechciało. 
   Uśmiechnąłem się.
   - O której mam przyjść? - spytała, sięgając jednak po chleb.
   - Czyli się zdecydowałaś? 
   - A mam inny wybór? - Zmarszczyłem brwi. - Wyzwanie, kretynie - puknęła się w głowę.
    - Ach, no tak! - Wyszczerzyłem zęby. - To do zobaczenia o osiemnastej!
    I odszedłem do mojego stolika.




   Na ostatniej lekcji złapał mnie Jerry.
   - Jack, słuchaj, bo to bardzo ważne - powiedział od razu, a ja spojrzałem na niego. - Bacon Hills mają nowego kapitana.
   - Morgan - szepnąłem, a złość zaczęła we mnie narastać.
   - Dokładnie - rzekł. - Już rok temu ubiegał się o wyższą pozycję i wiesz, co? 
   Popatrzyłem na niego, ukrywając zaniepokojenie. 
   - Tydzień temu kapitanowi Bacon Hills przytrafił się nieszczęśliwy wypadek i złamał obie nogi - mówił przejęty. - OBIE NOGI, stary! 
   - Zapewne Morgan nagadał ich trenerowi, że drużyna potrzebuje mentora..
   - ..i powiedział, że ich kapitan wybrał akurat go na zastępcę - dokończył Jerry, a ja złapałem się za głowę. - Jack, ten koleś nas rozwali! 
   - Nie mów tak - zaprzeczyłem momentalnie, karcąc go wzrokiem. - Pamiętaj o tym, jak długo się przygotowywaliśmy. Nie zmarnujemy tego. 
   Jerry poruszył się niespokojnie na krześle. 
   - Stary, Morgan wybił ci w tamtym roku palec - Spojrzał na mnie obruszony. - Więc co będzie dzisiaj?
   - Nie dam mu się - oznajmiłem.
   Nauczyciel spojrzał na nas groźnie, zapewne słysząc nasze rozmowy, przeszkadzające mu w lekcji.
   Udałem, że przepisuję coś z tablicy. 
   - Tu nie chodzi o to, czy mu się nie dasz - szepnął nagle Jerry. - Tu chodzi o niego. Nie wiemy, kiedy zaatakuje, a zrobi to na pewno.
   - Nie boję się go - powiedziałem, już trochę zdenerwowany tym gadaniem o naszej porażce.
   Martinez westchnął.
   - Po prostu.. - Spojrzałem na niego, a on położył mi rękę na ramieniu. - Uważaj na siebie.
   Usłyszałem za sobą głośne chrząknięcie.
   Razem z Jerry'm odwróciliśmy się tak szybko, że spadł mi zeszyt. Za nami stał nauczyciel z bardzo zdenerwowaną miną. Dopiero teraz zauważyłem, że był to pan Stoker, a ja właśnie znajdowałem się na dodatkowej lekcji matematyki. 
   - Brewer, przykro mi, że muszę przerywać tobie i Martinezowi romantyczną pogawędkę, ale na tej lekcji tylko ja mam prawo mówić - powiedział ostro. - A ty powinieneś jedynie mnie słuchać - dodał. - Nawet tego nie potrafisz? 
   Co za aluzja, pomyślałem, podnosząc zeszyt.
   Reszta klasy chichotała cicho, a Jerry siedział nieruchomo, wpatrzony w swoje splecione dłonie.
   Nauczyciel pochylił się w moją stronę, kiedy pozostali uczniowie zajęli się swoją pracą.
   - Ostrzegam cię, Brewer - wyszeptał mi do ucha. - Zawalisz kolejny test, to obiecuję ci, że osobiście pójdę do dyrektora i przyczynię się do zawieszenia cię w roli kapitana drużyny piłki nożnej.
   Przełknąłem głośno ślinę.
   - Zrozumiałeś? - szepnął.
   - Eee.. - zająknąłem się. - Tak.
   Pan Stoker wyprostował się i ruszył do swojego biurka.
   - Stone, do tablicy - powiedział, a rudowłosa dziewczyna wstała z krzesła, biorąc do rąk podręcznik. - Zadanie piąte.




   Przez całą drogę do domu czułem się bardzo spięty. Nie mogę pozwolić, aby Stoker odebrał mi piłkę nożną, pomyślałem. Uświadomiłem sobie także, że London nie zdoła pomóc mi w nauce do testu. Przy niej nie będę mógł się skupić, a do tego czułem, że jej korepetycje wcale nie będą związane z matematyką. 
   Pchnąłem drewniane drzwi i spojrzałem na zegar, wiszący w kuchni. Szestansta zero siedem.
   - Jack? - usłyszałem czyjś głos.
   Zdejmując buty, wychyliłem głowę, aby spojrzeć kto to.
   - Cześć, tato - powiedziałem, rzucając trampki i plecak byle gdzie.
   Ruszyłem do kuchni, spoglądając na ojca. Jak zwykle był radosny i uśmiechnięty. Nigdy tego nie rozumiałem, gdyż pracował na miejskiej komendzie, a jego stanowisko obejmowało analizowanie i ustalanie przebiegu zbrodni. Codziennie musiał patrzeć na zdjęcia poturbowanych ofiar, badając każdą z zadanych ran. To było chore.
   - Jak tam w szkole? - spytał tata, czytając dzisiejszą gazetę. 
   Spuściłem wzrok.
   - Wiesz..
   - Coś się stało? 
   - No..
   W domu rozległ się huk zatrzaskiwanych drzwi. 
   - Ou, zaraz wszystkiego się dowiemy - powiedział radośnie ojciec, a ja uderzyłem głową o stół.
   - Buty, plecak - Słyszałem mruczenie mamy na korytarzu.
   Tata wyszczerzył zęby.
   - Jacku Jamesie Brewerze! - wrzasnęła mama, podchodząc do mnie na swoich krótkich nóżkach. 
   Pomyślałem w tamtej chwili, że zabiję pana Stokera przy najbliższej okazji. 
   Tata uśmiechnął się promiennie.
   - Marge, tylko spokojnie - powiedział, przewracając stronę w gazecie.
   - Jak.mam.być.spokojna - wywarczała mama. - kiedy mój syn w ogóle nie przykłada się do nauki, choć wie, co mu grozi?!
   - Co ci grozi? - spytał ojciec. 
   Zanim zdążyłem otworzyć usta, mama znów się odezwała:
   - Wiesz, co mu grozi, Tom? - spytała tajemniczo. - A wywalenie z drużyny! 
   Tata o mało nie wypluł wody, którą właśnie pił. Rzucił gazetę na stół.
   - Jack! - krzyknął zaniepokojony. - Obiecałeś, że już więcej nie podpadniesz Stokerowi! 
   - Daj mi kartkę do podpisania - zażądała mama.
   - Jaką kartkę? - zaciekawił się ojciec.
   - Nasz syn będzie uczęszczał na korepetycje z matematyki, Tom - odpowiedziała, zakładając fartuszek i zabierając się za przyrządzenie obiadu. 
   - Te szkolne od drugiego semestru?
   - Tak - mruknąłem.
   - Mam nadzieję, że przydzielą ci kogoś, kto zajmie się tobą na poważnie - syknęła mama, obierając ziemniaki. 
   Tata złapał się za głowę.
   - Jack, nie mogą cię wywalić! 
   - Nie wywalą - odparłem, jednak nie byłem tego taki pewny. - Stoker..
   - Pan Stoker! - upomniała mnie mama.
   Przewróciłem oczami.
   - Pan Stoker powiedział, że jedynie zawiesi mnie w obowiązkach kapitana - dokończyłem. 
   - Jeśli szybko nie wrócisz..
   - Nawet nie odejdę! - zaprzeczyłem. - Przygotuję się na ten test.
   Mama nagle odwróciła się do mnie, a w jej oczach tańczyły iskierki.
   - O! Ma pomysł! - oznajmił tata.
   - Wiesz kto byłby idealny, aby przypilnować cię w nauce?
   Spojrzałem na mamę z nietęgą miną.
   - Twoja sąsiadka, Kim - oznajmiła.
   Zaśmiałem się, kręcąc głową.
   - Nie, nie i jeszcze raz nie - skitowałem. 
   - Dlaczego? - zdziwił się tata. - Jest bardzo miła, no i mądra.
   - Bardzo zdeterminowana - dodała mama, mieszając coś w garnku.
   Ponownie zaprzeczyłem.
   - Wszyscy, tylko nie ona.
   



   Cheelederki skończyły swój układ, a na trybunach rozległy się piski i wrzaski. London uśmiechnęła się niczym gwiazda i wypięła pupę na drużynę z Bacon Hills, na co oni głośno zagwizdali. Usiadła na ławce z zadowoloną miną; spodziewała się takiej reakcji. 
   - Chłopcy, proszę was tutaj! - zawołał trener. 
   Na swoją białą koszulkę narzucił niebieską bluzę z wielkim napisem SEAFORD.
   - Chciałem życzyć wam powodzenia - popatrzył po każdym z nas. - Mam nadzieję, że kapitan poprowadzi was do zwycięstwa - dodał, uściskując mi dłoń. - Chcę, abyście pamiętali, że nawet jeśli przegracie, dla mnie zawsze będziecie wygranymi. 
   Jerry otarł łzy.
   - Trenerze, to było..
   - A teraz tak na serio: macie to wygrać, gnojki albo poszczuję was moim psem - dodał trener, a wszyscy wybuchnęli śmiechem. - Martinez, nie maż się! Co ty baba jesteś?
   Jerry odwrócił głowę nachmurzony.
   - Dobra, chłopaki - powiedziałem, wyciągając dłoń na środek, a wszyscy położyli swoje na mojej. - Idziemy skopać im tyłki.
   - Raz, dwa, trzy.. - wyliczył Jerry.
   - SEAFORD GÓRĄ! - ryknęliśmy i pobiegliśmy na boisko.
   - Trenerze, a jakiej rasy jest ten pies? - zapytał któryś z chłopców.
   - Jork, Philip - odpowiedział. - Jork.
   Rozejrzałem się po trybunach. Lustrowałem wzrokiem wiele twarzy, póki w końcu nie dostrzegłem Kim. 
   Siedziała w przedostatnim rzędzie, patrząc prosto na mnie.
   Wyszczerzyłem zęby i ruszyłem na swoją pozycję. 
    Przede mną stał Morgan, pochylony nad piłką.
    - Powodzenia, Brewer - odparł drwiącym głosem. - Może w tym roku uda ci się nie wybić czegoś innego niż piłki. 
   Puściłem jego komentarz mimo uszu i skupiłem się na piłce. Głosy wokół mnie nagle ucichły; boisko opustoszało. Widziałem tylko zarysy postaci. Liczyłem się teraz tylko ja i piłka. Słyszałem jedynie swój oddech; jakby z oddali dochodził mnie głos dyrektora. Nie obchodziło mnie teraz, ile osób na mnie patrzy, czy ile warta jest dzisiejsza wygrana. W mojej głowie pojawiała się tylko jedna myśl. Piłka.
   Gwizdek zadźwięczał mi w uszach. Ruszyłem przed siebie, zgarniając Morganowi piłkę sprzed nosa. Podałem do najbliższego gracza w niebieskiej koszulce i popędziłem dalej. W niewielkiej odległości przede mną znajdowała się bramka. Ujrzałem piłkę przed sobą i szybko ją pochwyciłem. Zauważyłem Jerry'ego i podałem do niego. Bramka była już tak blisko.. 
   Piłka nagle znikąd zaświatała mi przed oczami. Spojrzałem na bramkę i kopnąłem z całej siły. Zamknąłem oczy.
   - GOOOL! Proszę państwa, gol! - usłyszałem głos Dereka Finnigana z głośników i uśmiechnąłem się.
   Ruszyłem dalej, goniąc co chwilę za piłką. Kochałem ten stan, w którym nie liczyło się nic, a totalna pustka witała w mojej głowie. Było to coś wspaniałego, czuć wiatr okalający mnie ze wszystkich stron i pchający na przód, ten ucisk w żołądku przy dotykaniu stopą piłki i to dzikie szczęście z wbitego gola.
   A skoro mowa o golach - wbiłem już cztery. Nie wiem, ile miała przeciwna drużyna, bo tak naprawdę wcale mnie to nie obchodziło. 
   Kiedy po raz piąty zauważyłem piłkę, a przed moimi oczami zaczęły pokazywać się linie, pod jakimi kątami mogę strzelić gola, poczułem nagle coś dziwnego. Czas nagle zwolnił, a okropny ból w prawej nodze rozchodził się tak powoli, że aż nie do wytrzymania. Upadłem na trawę, dotykając pokrzywdzonej łydki, aby zobaczyć, czy jest w niej jakiś rozgrzany pręt, jak czułem, ale na szczęście nic tam nie znalazłem. 
   Po chwili czas przyspieszył i dopiero wtedy poczułem, jak bardzo boli mnie noga. Myślałem, że zaraz zwymiotuję z bólu. Odzyskałem słuch, rozpaczliwie prosząc w myślach, aby to wszystko już się skończyło. Derek Finnigan krzyczał głośno do mikrofonu i wyzywał Morgana. 
   Mogłem się tego spodziewać, pomyślałem. To on doprowadził (znowu!) do mojej klęski.
   Ktoś zaczął macać moją nogę. Zamknąłem oczy, rozpoznając dotyk szkolnej pielęgniarki, u której często bywałem z jakimiś urazami po treningach. 
   - Nic nie złamał! - zawołała pielęgniarka, a trener odetchnął z ulgą. - Ale nie może dalej grać.
   Nie spoglądając na Morgana, byłem pewny, że w tej chwili szeroko się uśmiechnął. 
   Jerry i Patrick pomogli mi wstać i zaprowadzili mnie do ławki, gdzie czekała London z rozzłoszczoną miną. 
   Przez cały mecz Parrish ani razu się do mnie nie odezwała. A kiedy ja chciałem zagadać, Jerry akurat strzelił gola, a ona wystrzeliła z miejsca jak torpeda i pobiegła na środek boiska wykonać taniec zwycięstwa razem z cheelederkami. 
   Wygraliśmy, ale nie odczuwałem na pewno takiego szczęścia, jak Jerry, dzięki któremu moja porażka nie okazała się tak straszna, jak myślałem. Gdybyśmy przegrali, wszyscy gadaliby przez miesiąc o Jacku Brewerze, wielkim kapitanie, który zostawił swoją drużynę z powodu siniaka na nodze. Och, kocham cię, Jerry, pomyślałem.
   Chłopcy szybko nie zawitali w szatni, więc przebierałem się w ciszy, przytłoczony czekającą mnie nieprzyjemną rozmową z London.
   A skoro o niej mowa, czekałem na nią w samochodzie chyba z pół godziny. W radiu leciała jakaś denna muzyka, a ja pomyślałem, jak London i ja się różnimy. Ona - wielka szkolna gwiazda, wręcz idealna, córka milionera. Ja - zwykły chłopak z Yellow Street, słynący jedynie z wysokiej posady w drużynie piłki nożnej, mieszkający w małym bliźniaku z wkurzającą sąsiadką. No, żyjemy w dwóch rożnych światach. I - tak, wiem, że London chodzi ze mną tylko dlatego, że stałem się trochę popularny. I - tak, wiem, że jeśli ona zerwie ze mną, to stanę się nikim, a kiedy ja zerwę z nią, stanę się nikim i do tego będę atakowany wyzwiskami na każdym kroku, czym ona, modelka z wybiegu, za którą oglądają się wszyscy chłopcy, z uśmiechem się zajmie. Tak właśnie przedstawia się moja beznadzieja sytuacja.
   No więc czekałem na nią w pożyczonym od ojca samochodzie - szarym Fordzie Focusie - i czułem się, jak totalny idiota.
   W końcu się doczekałem i Parrish weszła do samochodu, otwierając lusterko i poprawiając makijaż. Nawet się do mnie nie odezwała. Zwykłe cześć by starczyło.
   Już odpaliłem auto i miałem ruszać, kiedy przez szybę wychyliła się głowa Kim z czerwonym od zimna nosem.
   - Rzucam ci wyzwanie - powiedziała od razu, a ja spojrzałem na London. - Zawieź mnie do domu.
   Udałem, że się namyślam, ale decyzję podjąłem, już kiedy ujrzałem twarz Crawford. Tak naprawdę podrzucenie Kim byłoby dla mnie dobrym uniknięciem pogadanki z London. 
   - Wskakuj - odparłem.
   Kim wcisnęła się na tylne siedzenia, drżąc z zimna. 
   Włączyłem klimatyzację, aby trochę się ogrzała, kiedy Parrish spytała ostro:
   - Co ta kujonica tutaj robi?
   Myśl, Jack, myśl! 
   - Jej rodzice poprosili mnie, abym odwiózł ją do domu - powiedziałem, błagając w duchu, aby to kupiła.
   Chyba się udało, bo zniesmaczona odwróciła głowę i krzyknęła:
   - Ruszaj!
   To była najgorsza najkrótsza podróż w moim życiu, zważając na to, iż kochałem jazdę autem mojego taty. 
   London w ogóle się nie odzywała, robiąc coś w telefonie, a Kim udawała, że nie istnieje. Czułem się samotny wśród dwóch osób. To chyba dziwne.
   Zatrzymałem się pod willą swojej dziewczyny, próbując (jak zwykle) się nie zachwycić. Chcąc uratować dzisiejszy wieczór pochyliłem się nad London, aby ją pocałować, ale ona uciekła z samochodu. Wiedziałem, że Kim powstrzymywała śmiech.
   Wypadłem z auta, goniąc Parrish, ale ona krzyknęła:
   - Idź już sobie! 
   - Najpierw powiedz, o co ci chodzi! - zażądałem. 
   Spojrzała na mnie.
   - Przez ciebie prawie przegraliśmy! 
   - Och, przepraszam, że jakiś idiota prawie złamał mi nogę! Jasne, to moja wina! 
   - Mogłeś bardziej się postarać! - wrzasnęła i ruszyła do domu.
   Nie powinienem, ale wybuchnąłem dawno skrywanym tajfunem złości:
   - Jasne, mogłem postarać się tak samo bardzo, jak ty, kiedy okazało się, że jestem dość popularny, aby się z tobą umawiać! Brawo, udało ci się zagrać na moich uczuciach! Prowadzisz także dzienniczek z imionami chłopaków, którym zrobiłaś laskę na imprezie? 
   Tak, to było bardzo złe posunięcie. 
   London już szła w moją stronę, zła jak osa. 
   - Kto powiedział ci o tej imprezie? - spytała ostro.
   - Jerry.
   - To było miesiące temu! - obruszyła się.
   - Nieważne! - krzyknąłem. - Wiesz, jak się wtedy zachowałaś? Jak totalna dzi..
   Dostałem w twarz z całej siły. 
   Kiedy podnosiłem wzrok, spodziewałem się łez w oczach London, ale ona patrzyła na mnie z wyższością.
   - Ja przynajmniej nie mieszkam na ulicy dla plebsu, a moją sąsiadką nie jest lumpiara - rzekła i odwróciła się ode mnie, zmierzając ku białym drzwiom.
   Wróciłem się więc do samochodu totalnie wkurzony, ledwo idąc i trzymając się za piekący policzek. Wsiadłem do auta, a Kim nagle pojawiła się tuż obok mnie, zapinając pasy. Tak samo, jak zrobiła to London, spojrzała w okno, ale ona na pewno nie patrzyła na swoje odbicie, tylko w przestrzeń. I ona nie wrzasnęła na mnie, abym ruszał, tylko czekała aż oswoję się z czerwonym odciskiem dłoni na swoim policzku. 
   Odpaliłem samochód i ruszyłem na Yellow Street, do mojego (i jej) domu. Do naszego domu.
Komentarze mile widziane ;)