poniedziałek, 5 stycznia 2015

3 Korepetycje

03xSąsiedzi




KIMBERLY

Myliłam się co do Jacka. Po naszym wspólnym wyjeździe na ferie, spaniu w jednym łóżku, piciu razem pierwszego w życiu piwa i sprzątaniu przez cały dzień domu cioci Alice myślałam, że on naprawdę się zmienił (lub po prostu zawsze taki był, ale nie potrafiłam tego dostrzec). Jednak po pierwszym dniu szkoły zaraz po zakończeniu ferii zimowych przekonałam się, że Jack Obślizgły Brewer zawsze był idiotą. 
   - Zabrałam go do mojej biblioteki, wprowadziłam we własne dzieciństwo, które w połowie spędziłam u cioci, nawet uchyliłam przed nim rąbek prawdziwej siebie, a on udaje, że mnie nie zna! - wyżalałam się Grace, kiedy siedziałyśmy razem w damskiej łazience na różowych kafelkach pokrywających podłogę. - Nie mogę w to uwierzyć - wyszeptałam, odwracając głowę w bok, gdyż poczułam ogromną chęć rozpłakania się jak mała dziewczynka w ramię matki.
   - Jak mu coś powiem.. - urwała Grace, zaciskając ręce w pięści. - Ile razy powtarzałam, żeby zostawił cię w spokoju! Ale nieee.. lepiej złamać serce świetnej, inteligentnej, skromnej..
   - Grace, nie kocham go - powiedziałam cicho, skubiąc rękaw za dużego swetra. - Naprawdę nic nas nie łączy. 
   Brunetka spojrzała na mnie smutno. Jej mina mówiła mi jedno: Nie wierzę ci. Sama sobie nie wierzyłam, więc tym bardziej nie wymagałam tego od swojej przyjaciółki. Ale chyba potrzebowałam tak po prostu rzec, że mój okropny sąsiad jest mi zupełnie obojętny. Ile bym dała, aby tak było. 
   Wstałam z zimnej podłogi i spojrzałam w lustro. Przed oczami ukazała mi się blada i zmęczona dziewczyna w wielkich ubraniach, które sprawiały, że jej postura wydawała się nienaturalnie drobna.
   Westchnęłam.
   - Nikomu ani słowa o tym, co przed chwilą zaszło - odparłam pewnie, spoglądając w lustrze na Grace. - proszę.
   - Jasne - odpowiedziała.
   Zadzwonił dzwonek.
   - Muszę lecieć - powiedziała przygnębionym tonem i zerknęła na mnie. - Widzimy się na przerwie.
   A ja nadal stałam i wpatrywałam się w swoje lustrzane odbicie. 

   Na lekcji matematyki byłam zupełne nieobecna. Coś było ze mną nie tak, bo kochałam ten przedmiot ponad życie. Starałam się skupić na liczbach, ale rozmazywały się one przed moimi szklanymi oczami. Nie mogłam pozwolić sobie na płacz na lekcji. Nie mogłam pozwolić Jackowi zawładnąć moją osobą. 
   Jak do tego doszło? Czy to uczucie tliło się gdzieś głęboko w moim sercu zawsze? Czy po prostu nagle on wdarł się tam i namieszał niesamowicie? W mojej głowie słyszałam tylko jego głos, kiedy wyznawał mi, że nie kocha London. Wewnątrz mnie zapaliła się wtedy nadzieja. Niestety złudna. Na pewno nie zostawiłby pięknej, bogatej i popularnej dziewczyny, która zapewniała mu dobrą pozycję w drużynie piłki nożnej dla.. zwykłej mnie. 
   Jakim cudem do tego doszło? Przecież to Jack Brewer! Ten sam Jack Brewer, który miał krzywe zęby, puszczę na głowie i wiecznie chodził brudny! Ten sam od osiemnastu lat, urodzony tego samego dnia, co ja, dwadzieścia minut po mnie! Jak to się stało? 
   - Panno Crawford! - Krzyk pana Stokera wdarł się do mojej głowy, wywołując wewnątrz mnie jeszcze większe zamieszanie.
   Potrzebowałam chwili, aby skojarzyć fakty. Siedziałam na lekcji matematyki. Poniedziałek. Trzecia lekcja. Oddychaj głęboko.
   - Słucham, proszę pana? - spytałam uprzejmie, patrząc nauczycielowi w oczy.
   - Zadanie czwarte - oznajmił z powagą. - Na tablicy. Wykonać! - dopowiedział dobitnie, czego nauczył się po sześciu latach służby w wojsku. 
   Wstałam od ławki i niepewnym krokiem podreptałam w stronę tablicy z podręcznikiem w drżącej ręce. Delikatnie ujęłam kredę w dłoń i zetknęłam ją z zieloną powierzchnią przede mną. 
   Pole koła. P=2(pi)r. Średnica - cztery centymetry. Muszę znaleźć długość promienia. D=1/2 r. Promień wynosi dwa centymetry. Pole równa się cztery pi centymetrów. 
   - Dokładnie - odparł Stoker. - Możesz usiąść, Crawford.
   Ze spuszczoną głową udałam się do swojej ławki. Pech chciał, że podniosłam wzrok akurat na niego. Siedział obok London. Patrzył na mnie, ale kiedy nasze oczy się spotkały, od razu spuścił wzrok. London przejechała po mnie krytycznym spojrzeniem i uśmiechnęła się drwiąco, kładąc dłoń na kolanie Jacka i pochylając głowę w stronę zeszytu, aby zająć się zadaniem.
   Usiadłam na krześle. Było mi gorąco. Cała się trzęsłam. 
   Zadzwonił dzwonek i wszyscy zerwali się z krzeseł. Chciałam pójść w ich ślady i jak najszybciej opuścić salę, aby nie patrzeć panu Stokerowi w oczy. Skompromitowałam się na lekcji po raz pierwszy w życiu. Nie słuchałam nauczyciela. Nie robiłam notatek. Wykonanie zadania na tablicy kosztowało mnie wiele wysiłku i zajęło mi więcej niż jedną minutę. 
   Nie chciałam już dłużej myśleć o Jacku, ale nie mogłam przestać. Kiedy tylko rozstaliśmy się przed naszym bliźniaczym domem i każdy poszedł w swoją stronę, poczułam coś dziwnego, jakby ta relacja jaką udało nam się zbudować przez dwa tygodnie ferii zimowych nagle pękła jak mocno napięta lina. Tą liną była moja niepewność. Niepewność co do uczuć. Przez całe czternaście dni starałam się pokazać mu, że jest dla mnie kolegą, może awansować jedynie na przyjaciela, ale nie pozwalałam mu zbliżyć się do siebie do tego stopnia, aby poczuł, że tak naprawdę pragnę od niego więcej niż przyjaźni. Nasza lina pękła i dopiero teraz zaczęłam to naprawdę odczuwać. Tylko czy zerwaną linę da się połączyć na nowo, na stałe? Tego nie byłam pewna. 
   - Kimberly - usłyszałam głos pana Stokera za swoimi plecami, kiedy opuszczałam powoli klasę, pogrążona we własnych myślach. Odwróciłam się do niego przodem. - Chciałem się dowiedzieć, czy wszystko w porządku? - Na jego twarz wpełzł ten sam ciepły uśmiech, który zawsze dodawał mi otuchy przed każdym konkursem matematycznym. 
   Byłam zżyta z panem Stokerem. Już tyle lat mnie uczył i indywidualnie przygotowywał to olimpiad matematycznych, pokładając we mnie ogromne nadzieje i wspierając na każdym kroku, że nie sposób było mu nie powiedzieć o rzeczach, które mnie trapiły.
   Posłałam mu delikatny uśmiech.
   - Typowe problemy naiwnej nastolatki - rzekłam. - Rozumie pan..
   - Oczywiście - odparł od razu. - No cóż, nie przejmuj się, Kimberly. Na pewno wszystko się ułoży. Tak jest zawsze. Los lubi płatać nam figle.
   Jego słowa w ogóle mnie nie przekonały, ale miałam nadzieję, że moja mina wyrażała wtedy coś zupełnie przeciwnego.
   - Na przerwie obiadowej dyrektor ogłosi tegoroczne zespoły - dodał nauczyciel.
   - Zespoły..? - zdziwiłam się. Czyżby znowu chodziło im o piłkę nożną?
   - Korepetytor plus uczeń - dopowiedział, a ja pokiwałam głową ze zrozumieniem.
   - Zaraz.. - zamrugałam kilkakrotnie oczami. - Teraz?! Teraz to ogłoszą?
   - Yhym. Dokładnie - uśmiechnął się promiennie i poklepał mnie po ramieniu. - Widzimy się za pięć minut w stołówce!
   Obleciał mnie strach. Kogo mi przydzielono?

   Przed klasą matematyczną złapała mnie Grace, która akurat kierowała się w stronę naszych szafek.
   - Dopiero wychodzisz z klasy? - zdziwiła się, łapiąc mnie za przegub i prowadząc w głąb korytarza. - Chyba nie jesteś na tyle zdesperowana, że nie usłyszałaś dzwonka, co?
   Mimowolnie się uśmiechnęłam.
   - Nie - odpowiedziałam. - Pan Stoker mnie zatrzymał.
   Doszłyśmy do szafek. Grace sprawnie wystukała kod i pociągnęła za drzwiczki swojej szafki, ukazując jej wnętrze pełne różu, brokatu, lusterek i innych świecidełek. Rzuciła niedbale książki od geografii na jedną z półek. 
   - Stoker? - spytała, penetrując swoją torbę w poszukiwaniu kanapek. - Co chciał? - Znalazła jedzenie i wrzuciła swoją wielką dżinsową torebkę do szafki, przykrywając nią wszystko inne. - Chwila.. powiedział ci, kogo dostaniesz do korepetycji?! - Złapała mnie za ramiona. - No mów kto to! Ten przystojny blondyn, co tańczy? Nie, czekaj.. ten z zielonymi oczami! Albo nie.. ten fajny, co zawsze nosi takie śmieszne koszulki! Lub.. o kurczę, ten co ma mahionowe włosy.. - rozmarzyła się.
   - Tak naprawdę to.. 
   Z głośników buchnął donośny głos dyrektora:
   - Za chwilę w stołówce odbędzie się oficjalne przydzielenie uczniów do ich korepetytorów z danego przedmiotu na bieżący semestr. Za dwie minuty chcę widzieć wszystkich, ładnie stojących w rzędach na stołówce przed moimi oczami! Dziękuję bardzo. Mówił Peter Lee, dyrektor waszej szkoły. 
   Grace spojrzała na mnie, zatrzaskując swoją szafkę, kiedy wymieniałam książki na kolejną lekcję.
   - Co tak stoisz?! - wyszczerzyła zęby. - Biegniemy! 
   Włożyłam podręczniki od języka angielskiego do plecaka. 
   - Spotkamy się na miejscu - oznajmiłam. - Muszę coś jeszcze załatwić.
   Grace westchnęła, pocałowała mnie w policzek i żwawym krokiem ruszyła ku stołówce.
   Tak naprawdę rzeczą, którą musiałam załatwić było uderzenie głową o szafkę i powstrzymanie się od płaczu, bo nie spodziewałam się, że drzwiczki szafki będą tak boleśnie twarde. Westchnęłam głęboko. Zamknęłam oczy i spróbowałam się uspokoić, ale jak zwykle nie było mi to dane.
   - Hej, Mądralińska - Na dźwięk mojego przezwiska z dzieciństwa w jego ustach skoczyło mi ciśnienie. - Jak tam ferie, co? Przesiedziałaś całe w domu z nosem w książkach? 
   Na jeden moment stanęło mi serce i po chwili znów zaczęło bić jak oszalałe ze zdenerwowania i ogólnego rozdrażnienia.
   - Słucham? - To jedyne, co udało mi się wydusić w tamtej chwili z gardła, w którym tkwiła wielka gula.  
   Jak on w ogóle mógł wpaść na pomysł, aby mnie o to zapytać? Dwa tygodnie razem, nierozłączni, cały czas był miły, rozśmieszał mnie, zachowywał się, jakby nie posiadał żadnego innego przyjaciela oprócz mnie. Czułam wtedy, jakbyśmy mieli po osiem lat i mimo wyzwań, które wtedy były dla nas walką na śmierć i życie, kochali się ponad wszystko. Zupełnie jak brat i siostra - bliźniaki urodzone tego samego dnia. Jednak do naszej relacji wkradło się coś jeszcze, co być może niedługo zniknie. Możliwe, że nastąpi to w tym momencie. 
   Wtedy poczułam wszechogarniającą mnie złość. Napadły mnie myśli typu: Uderzyć go czy skompromitować przed całą szkołą? Byłam zła do granic możliwości. Nie rozumiem, dlaczego był dla mnie taki okropny.
   - No.. - zaciął się, co od razu wykorzystałam.
   - Popisówa przed kolegami, którzy i tak mają cię gdzieś, co? - Skrzyżowałam ręce na piersi. Byłam zła, jak jeszcze nigdy. Chciałam go uderzyć, pobić, żeby trafił do szpitala, powiedzieć wszystkim, że spędził całe ferie ze mną i kotami. - Bawi cię robienie ze mnie idiotki?
   - Kim.. - powiedział cicho, abym tylko ja go usłyszała. - Przestań. 
   Zmarszczyłam brwi.
   - Ja mam przestać? - roześmiałam się mu w twarz. - Ja?
   Kiedy tak stał i nie wiedział, co powiedzieć, czułam się wyższa i potężniejsza od niego, choć w rzeczywistości sięgałam mu zaledwie do ramienia i byłam lichej postury. Poczułam wygraną. 
   Podeszłam do niego i stając na palcach, wyszeptałam mu do ucha:
   - Potraktuj to jako nauczkę na przyszłość. 
   Jack przełknął głośno ślinę.
   Wyszczerzyłam do niego zęby i wrzasnęłam na cały korytarz, zapełniony naszymi rówieśnikami i nie tylko:
   - Och, Jack! Moja ciocia zaprasza nas do siebie na wakacje, bo tak świetnie bawiliśmy się z nią i jej pięcioma rozkosznymi kotkami przez te całe dwa tygodnie ferii! Czyż to nie cudowne? Znowu zobaczysz Czesia! 
   Obślizgły Jack Brewer oblał się soczystym rumieńcem, kiedy jego koledzy z drużyny jeden po drugim wybuchali śmiechem. 
   - Chryste, jak się cieszę! - rzuciłam mu się na szyję. - Już wszystko planuję! Nie mogę się doczekać, a ty? Znowu wezmę książki na przyszły rok i będziemy się razem uczyć! Spełnienie marzeń!
   Oczy Jacka były wielkie jak spodki, co przepełniało mnie szczęściem. 
   - Muszę zadzwonić do cioci, że zgodziłeś się przyjechać. To pa!
   I odeszłam z triumfalnym uśmiechem na twarzy, pozostawiając swojego podłego sąsiada w towarzystwie kaskad śmiechu. 

   Znalazłam Grace stojącą prawie przed samym dyrektorem, która zajmowała to miejsce, aby jak najlepiej słyszeć, kogo przydzielono mi do udzielania korepetycji.
   - Już nie mogę się doczekać - podskoczyła w miejscu, rozglądając się za najprzystojniejszymi chłopakami w szkole, którzy zbytnio nie lubili się uczyć. 
   Miałam ochotę skakać wraz z nią, gdyż nadal wypełniało mnie uczucie wygranej. Coś wspaniałego. Czułam się, jakbym rzuciła Jackowi jakieś zwariowane wyzwanie, a on wykonał je na oczach całej szkoły. Jak dawno już tego nie robiłam.
   - Już wszyscy są? - powiedział dyrektor do mikrofonu. - Mam nadzieję, że tak, bo właśnie zaczynamy - Zerknął na kartkę, którą trzymał w ręce. - A więc najpierw zajmiemy się językiem angielskim. 
   Dyrektor czytał kolejno nazwiska uczniów i korepetytorów z każdego przedmiotu. Nawet już nie byłam ciekawa, kogo dostanę. Liczyło się tylko to, że przestałam wzdychać za Jackiem. Już nie mogłam się doczekać, kiedy zawiadomię o tym Grace. 
   - Matematyka! - powiedział pan Lee do mikrofonu, a Grace rozejrzała się wkoło niecierpliwie.
   - Jak to będzie ten z mahoniowymi włosami, przyjdę do ciebie przez przypadek w czasie korepetycji - wyszeptała mi do ucha z szerokim uśmiechem. 
   - Mandy Andrews z klasy pierwszej oraz Lily Parks.
   Grace trzymała kciuki, kołysząc się na boki i zaciskając mocno powieki. Mruczała coś pod nosem. 
   - Guy Binns i Barry Mets.
   Po chwili zaczęła oddychać niespokojnie, marszcząc swoje idealnie wystylizowane pensetą czarne brwi. 
   - Barbara Chick i Garry Candy.
   - Są już przy C! - ucieszyła się, a ja nagle poczułam ogromną ochotę spojrzenia się za siebie.
   Jack stał obok London, a ta próbowała go objąć. Na jego twarzy widniał grymas. Od razu poznałam tę minę. Kiedy był mały, zawsze ją robił, gdy coś nie poszło po jego myśli. Nie można było wtedy na niego spojrzeć, bo od razu wybuchał złością. Uśmiechnęłam się, gdyż tym razem to ja spowodowałam, że niesamowicie się wkurzył.
   - Kimberly Crawford - usłyszałam, ale się nie odwróciłam.
   Jack rozejrzał się po całej sali, aż w końcu mnie odnalazł, wyłapując mój wzrok. Mogłam dosłownie przysiąc, że na chwilę uśmiechnął się i wypowiedział bezgłośnie:
   - Mądralińska. 
   Robił tak zawsze, kiedy na żarty mówiłam mu, jaki to jest okropny.
   Przypomniało mi się wtedy, jak siedzieliśmy na dachu naszego bliźniaka o północy. Był to dzień naszych ósmych urodzin i stwierdziliśmy, że chcemy spotkać się razem już na jego początku (do tego mieliśmy nadzieję przeżyć swoją pierwszą buntowniczą chwilę  - wymknięcie się z domu w nocy). Patrzyliśmy razem w gwiazdy. Jack był bardzo zafascynowany i nie mógł oderwać swoich wielkich oczu od nieba. Interesował się wtedy kosmosem. Wręcz kochał wszystko o nim, co mógł znaleźć w książkach i z własnych amatorskich obserwacji. (Ciekawe, czy jest tak nadal.) Kiedy wybiła równo godzina dwudziesta czwarta, Jack złapał mnie za rękę. Spojrzałam na niego, ale on przez cały czas z pasją wpatrywał się w gwiazdy.
   Czekałam. 
   - Obiecaj mi, Mądralińska - powiedział wtedy swoim skrzeczącym głosem, który sprawiał, że zawsze się śmiałam. Jednak w tamtej chwili wcale nie było mi to śmiechu. - Obiecaj mi, że nigdy się nie rozstaniemy. 
   Nie rozumiałam go.
   - Nie możemy, rozumiesz? - Popatrzył wtedy na mnie, a księżyc odbił się w jego ciemnych oczach. - To przeznaczenie, gwiazdy mi to powiedziały. 
   Jack ścisnął moją dłoń i uśmiechnął się krzywo, jak zwykle. 
   - Już zawsze będziemy przyjaciółmi.
   Ucałował mocno mój policzek i znów począł obserwować gwiazdy z uśmiechem.
   Patrzyłam na niego zaskoczona z rozdziawioną buzią. Właśnie wtedy jego słowa przewędrowały z mojego umysłu prosto do serca. 
   - Obiecuję ci, Obślizgły Jacku.
   Kiedy wróciłam do rzeczywistości, usłyszałam słowa dyrektora:
   - ..i Jack Brewer.
I wtedy zrozumiałam, że gwiazdy nie kłamały, a ja nie będę miała czym pochwalić się Grace. 


   - To największa mieszanka emocjonalna w moim życiu - oznajmiłam poważnie Grace, kiedy szłyśmy razem na język angielski. - Najpierw chciało mi się płakać, później zaś byłam maksymalnie wkurzona, a teraz czuję się spokojna i opanowana! Nawet nie chcę wiedzieć, jak to możliwe.
   Moja przyjaciółka szła obok mnie naburmuszona, więc założyłam, że w ogóle mnie nie słuchała. Była bardzo zawiedziona, że to akurat Jack okazał się tym przystojnym debilem, którego będę musiała uczyć. A ona tak bardzo trzymała kciuki za chłopaka z mahoniowymi włosami.
   Nagle Grace popatrzyła na mnie i, jakby tknięta czarodziejską różdżką, szeroko się uśmiechnęła. Pobiegła przed siebie, aby za chwilę zatrzymać się tuż przede mną i zablokować mi drogę do klasy. 
   - To miłość, Kim! - wrzasnęła na cały korytarz. 
   Parę osób spojrzało w naszą stronę z minami wyrażającymi jedno: Co to za idiotki?
   Przewróciłam jedynie oczami, nie zamierzając ponownie przeprowadzać żywej konwersacji z Grace na temat moich skomplikowanych uczuć. Poza tym miałam nadzieję pozostać dłużej w stanie błogiego spokoju. 
   - A tak poza tym, to zabiję London! - dodała. - Mój biedny mahoniowy chłopiec trafił pod skrzydła laski spod latarni!

   Do domu szłam zygzakiem, gdyż przez całą drogę czytałam książkę przygodową od Grace, którą mama kupiła jej na Święta. Byłam bardzo zaskoczona, ponieważ jej rodzicielka miała ostro poprzewracane w głowie, jeśli chodzi o kupno książek. Wypożyczała je i pożyczała, gdzie tylko się dało, byleby nie wydać pieniędzy. Ceny książek bardzo jej nie odpowiadały, toteż wielkie było moje zdziwienie, kiedy Grace pochwaliła się nowiutką lekturą w twardej, lśniącej okładce. 
   Wchodząc do domu wpadłam na wieszak i książka wypadła mi z rąk, zamykając się na podłodze. 
   - Chryste! - krzyknęłam. - Nie zaznaczyłam strony!
   - Hejka, Kimcia! - usłyszałam tatę z głębi domu.
   Zdjęłam szybko buty i rzuciłam plecak na korytarzu, idąc do kuchni, gdzie zazwyczaj przesiadywał tata, co bardzo denerwowało mamę. Nie lubiła, kiedy ktoś dekoncentrował ją podczas gotowania obiadu. 
   - Cześć - przywitałam się, siadając przy stole naprzeciwko taty.
   - Jak w szkole? - spytał, czytając gazetę i od czasu do czasu popijając czarną kawę z jedną (!) łyżeczką cukru brązowego. 
   Oparłam głowę na ręce.
   - Dzisiaj przydzielali nam uczniów do korepetycji - rzekłam.
   - I?
   - Dostałam naszego sąsiada - Uśmiechnęłam się na myśl o nim, co z lekka mnie przeraziło. 
   Tata spojrzał na mnie znad pisma.
   - Jack Obślizgły Brewer, tak? Życzę ci powodzenia - odparł i ponownie zajął się czytaniem. 
   Tata nigdy za bardzo nie przepadał za Jackiem. Nie chodzi o to, że jest on nieznośny tylko raczej, że jest chłopakiem. 
   Kiedy byliśmy mali, mieliśmy wspaniały kontakt. Widywaliśmy się codziennie, mówiliśmy sobie o wszystkim, a wszystko to poprzez wyzwania, które rozwiązywały wiele trudnych spraw. Jack i ja byliśmy przyjaciółmi, jednak mój tata postrzegał to inaczej. Od zawsze miał bzika na moim punkcie i założył, że ja i Jack w przyszłości będziemy razem, a on i tak prędzej czy później zostawi mnie dla młodszej i ładniejszej. (Oklepana wersja.) Do tej pory nic nie szło po jego myśli, gdyż ja i Jack bardzo się od siebie oddaliliśmy, ale teraz wszystko się zmieniło. 
   Od czasu ferii zimowych tata zaczął pałać coraz większą niechęcią do Jacka Obślizgłego Brewera. 
   Wypuściłam głośno powietrze z ust. 
   - A wiesz, co? Przygotuję najlepsze korepetycje w historii wszystkich korków na świecie i jeszcze będziesz ze mnie dumny! Zobaczysz, podwyższą mi za to ocenę z zachowania w szkole!
   Tata nie wykazał zbytniego zainteresowania moją wypowiedzią.
   - Słyszałeś?
   Spojrzał na mnie znudzony.
   - Aha - przytaknął, a jego wzrok ponownie zaczął śledzić tekst gazety.
   Wstałam i westchnęłam głośno, zakładając ręce na biodra.
   - To da się podwyższyć ocenę jeszcze bardziej? - spytał tata z zadziornym uśmiechem. 
   Zagryzłam wargę, wznosząc oczy ku niebu.
   - Świetnie - powiedziałam, machając palcem wskazującym na wszystkie strony. - Niesamowicie. 

   Patrzyłam przez okno mojego pokoju, jak Jack wychodzi z domu i przeskakuje przez niski płotek pomiędzy naszym bliźniakiem, aby skrócić sobie drogę. Stanął przed drzwiami, poprawił i tak skołtunione włosy (zapewne dopiero co zakończył swoją popołudniową drzemkę, odkładając wszystkie zadania domowe na noc) i zapukał mocno do naszych twardych drzwi. 
   Usłyszałam, jak tata wstaje od stołu i idzie mu otworzyć. Chryste! Niestety, mamy nie było jeszcze w domu, choć była już godzina osiemnasta. Praca nie pozwalała jej na spędzanie miłych wieczorów z rodziną. W końcu była pielęgniarką i to jeszcze dobrze zorganizowaną. Kompletnie poświęcała się pracy, gdyż po prostu ją ubóstwiała. Miło mi, że praca mamy przynosi jej satysfakcję, ale żałuję, że nie możemy chociaż zjeść razem obiadu. 
   Skupiłam się na rozmowie taty i Jacka:
   - Dobry wieczór, proszę pana.
   - Dobry, dobry. Wchodź. 
   - Kim jest na górze?
   - Tak, Obśliz... Jack. 
   Przez chwilę było cicho i mogę przysiąc, że oboje zmierzyli się wtedy złowrogimi spojrzeniami. 
   - Dziękuję - powiedział Jack i usłyszałam skrzypienie schodów.
   Szybko spojrzałam w lustro na swoje odbicie i gdy uznałam, że jest okej, usiadłam na krześle przy biurku, otwierając książki i udając, że jestem bardzo zajęta odrabianiem pracy domowej. 
   Jack wszedł do pokoju. Zerknęłam na niego i przez moment nasze spojrzenia się spotkały, ale zaraz spuściłam wzrok na książki. 
   - Może byś tak zapukał? - spytałam kąśliwym głosem.
   - Może byś tak się nie czepiała? - odgryzł się i rzucił z hukiem podręczniki od matematyki na biurko.
   Aż podskoczyłam od tego hałasu, ale on zdawał się tego nie widzieć i przysunął sobie pufę z kąta mojego pokoju do stolika. 
   Popatrzyłam na niego zdenerwowana.
   - To co robimy?
   Przewróciłam oczami i wzięłam jego książkę do rąk, wertując strony w poszukiwaniu odpowiedniej. Kiedy już ją znalazłam, wygładziłam papier dłonią i pokazałam Jackowi, co ma robić.
   - Wyrażenia al.. ale.. ab.. - próbował odczytać nazwę działu. 
   - Algebraiczne - pomogłam mu, a on pokiwał głową. - Rozumiesz to, czy..
   - Jasne! - powiedział od razu z widocznie udawanym entuzjazmem. - Pamiętam to z tamtego roku.
   - Dobra, to ty rób zadania, a ja.. 
   - ..zajmiesz się sobą - wyprzedził mnie i nie odrywając wzroku od podręcznika, zaczął pisać na kartce. 
   Zachowywał się bardzo dziwnie. 
   Poza tym ja sama nie wiedziałam, jak dokładnie poprowadzić korepetycje. Chyba jednak powinnam mu pomagać wykonywać te ćwiczenia. Ale z drugiej strony on by to przecież wykorzystał i robiłabym wszystko za niego, a on niczego by się nie nauczył. Powinnam sprawdzić mu zadania? Tak. Będę robić to co jakiś czas, żeby nie pomyślał sobie, że jakoś bardzo przejmuję się jego ocenami i pozycją w drużynie. Przecież nie obchodzi mnie jego życie... prawda?
   Było cicho. Bardzo cicho. Wręcz niezręcznie!
   Słyszałam jak długopis Jacka mknie po papierze. Zerknęłam w jego kartkę, aby sprawdzić pierwsze przykłady i opierając głowę na ręce, westchnęłam bezradnie. 
   Jack spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami. 
   - Wszystko źle? - spytał od razu, bardzo rozjuszonym głosem.
   Popatrzyłam uważnie na kartkę. 
   - Zobacz - Chwyciłam z kubka, służącego do przechowywania różnorodnych przyborów do pisania, kolorowy długopis i poprawiłam zadanie w niemal sekundę. 
   Popatrzyłam na Jacka.
   - Nie rozumiem - przyznał.
   Jego głos zdradzał jego zdenerwowanie. Aż uszy mu poczerwieniały. 
   Spokojnie wytłumaczyłam mu, jak należy obchodzić się z wyrażeniami algebraicznymi i, że są o wiele łatwiejsze niż przykłady na liczbach, ale miałam wrażenie, że on wcale mnie nie słuchał. Niby patrzył na kartkę i od czasu do czasu kiwał głową, ale czułam, że robił to bez jakiejkolwiek chęci na zrozumienie, o czym mowa. 
   W końcu nie wytrzymałam i spytałam:
   - Masz zamiar siedzieć tu taki naburmuszony przez cały wieczór?
   W odpowiedzi otrzymałam ostre spojrzenie. 
   - Powiesz, o co ci chodzi, czy może wolisz wyjść i oblać kolejny test, co doprowadzi cię jedynie do opuszcze...
   - Jak mogłaś powiedzieć tak przy moich kolegach?! - wybuchł nagle, zły jak osa, wstając z krzesła. - Wiesz, jakiego wstydu mi narobiłaś?!
   Zatkało mnie.
   - Słucham?! - krzyknęłam, także wstając. - Żarty sobie robisz, tak?! 
   - Nie! To nie są żadne żarty, Kim! 
   Zacisnęłam ręce w pięści. Jack podwyższał mi ciśnienie niesamowicie. Był w tym po prostu mistrzem. 
   - Zapytałeś mnie, co robiłam w ferie! - wykrzyczałam przeraźliwie głośno, nie przejmując się tatą, siedzącym na dole i czytającym przeróżne gazety (oczywiście, pewnie wtedy słuchał naszych wrzasków). - Sam je ze mną spędziłeś, ty tępaku!
   Przez chwilę nie odzywał się do mnie. Zapewne myślał, jak może mnie słownie zaatakować.
   - To nie zmienia faktu, że przez ciebie wyszedłem na idiotę! - rzekł w końcu.
   - Ty jesteś idiotą! - odgryzłam się, tupiąc nogą. - Zawsze!
   Jack patrzył na mnie swoimi wielkimi oczami i zdawało mi się, że z każdą chwilą robią się coraz ciemniejsze. 
   - Po prostu uczmy się już tej matmy - powiedział przez zaciśnięte zęby.
   Na pewno przystałabym na jego propozycję, gdyby emocje nie buzowały we mnie jak szalone. 
   - NIE! - wrzasnęłam, waląc pięścią w biurko, na co Jack się wzdrygnął. - Najpierw wytłumaczysz mi, dlaczego jesteś taki głupi! 
   - Przestań już. 
   - Nie ma mowy! - krzyknęłam. - Jesteś tak tępy, że nawet nie potrafisz odpowiedzieć na moje głupie pytanie! Nie umiesz rozwiązać żadnego głupiego zadania z tego głupiego podręcznika, nawet przeczytać głupiej nazwy działu i piszesz, jak kura pazurem! To są tylko głupie liczby, wbij je sobie do głowy! Zobaczysz, że w końcu wyrzucą cię z tej głupiej drużyny, nie zdasz z matematyki, a wtedy twoja głupia dziewczyna z tobą zerwie i zacznie chodzić z tym głupim Morganem, który od razu wróci do naszej głupiej szkoły, aby zająć twoje miejsce we wszystkim! Jesteś tak przeraźliwie głupi, Obślizgły Jacku Brewerze! 
   To się nakręciłam.
   - Nie za wiele razy użyłaś słowa "głupi", Mądralińska? - spytał z krzywym uśmiechem, a ja warknęłam rozwścieczona i rzuciłam się na niego. 
   Zaczęliśmy się szarpać na wszystkie strony. Uderzyłam nim o szafę, ale za to dostałam w łokieć od własnej komody (i ty przeciwko mnie, Brutusie?). Jack pchnął mnie na ścianę, a ja złapałam się jego koszuli i napierając na jego klatkę piersiową, popchnęłam go na łóżko. On złapał mnie w pasie i poleciałam wraz z nim. Sprężyny w materacu podrzuciły nas lekko w górę, a kiedy pozostaliśmy w bezruchu, zaczęłam wyszarpywać się z uścisku jego silnych rąk. Uderzałam go pięściami w brzuch i czułam jego napięte mięśnie. Mogłabym tak cały dzień tylko go bić, ale on zwinnym ruchem zmienił nasze pozycje i znalazł się nade mną. Przygwoździł moje ręce do łóżka. Leżał na mnie, gdyż nie miał innego wyjścia. Próbowałam się wydostać, ale wszystko na nic. 
   Moje serce biło szybko. Było mi okropnie gorąco. 
   - Cicho - powiedział Jack, oddychając ciężko (na pewno lżej niż ja). - Już koniec, spokojnie. 
   Zamknęłam oczy i czekałam aż spadnie mi ciśnienie, które zapewne wtedy było równe dwustu. Kiedy poczułam się znacznie lepiej, ponownie otworzyłam oczy, ale moje serce po raz wtóry zaczęło bić jak oszalałe, gdyż zdałam sobie sprawę z kilku rzeczy:
   1. Jack leżał na mnie. Dzieliły nas jedynie warstwy ubrań (moja za wielka koszulka z Davidem Bowiem i spodnie z wyprzedaży oraz jego flanelowa koszula w kratę do kompletu ze spranymi dżinsami - co za połączenie).
   2. Jego twarz znajdowała się tuż przy mojej, a oczy wpatrzone były głęboko w me.
   3. Trzymał mnie mocno za dłonie, jego palce były wplecione w moje, abym przypadkiem nie chciała uciec. 
   4. Czułam bicie jego serca na własnej klatce piersiowej. Biło szybko, jak oszalałe.
   Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy z taką pasją, jaką posiada malarz, gdy maluje obraz lub pisarz, gdy pisze książkę. Czułam tę magię pomiędzy nami.
   Starałam się nie zwracać uwagi na jego usta tuż przy moich, ale on wypuszczał nimi powietrze prosto na moje. 
   Czekałam.
   Patrzyłam w jego ciemne oczy i czułam się tak, jak tamtej nocy, kiedy kończyliśmy pełne osiem lat. Zaskoczona i szczęśliwa.
   Jego ciało napierało na moje całym ciężarem. Widziałam tylko te wielkie oczy, nawet nie próbując przez chwilę spojrzeć na jego usta. Ale kiedy w końcu to zrobiłam, ujrzałam je jeszcze wyraźniej, jeszcze bliżej mnie. I wtedy mnie pocałował, a świat (a zwłaszcza tata jedną kondygnację niżej) przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.


   Kiedy rano mama obudziła mnie swoim powrotem z pracy, czułam się bardzo spięta. Czyżbym skrzywdziła uczucia London (jeśli, oczywiście, ona już o wszystkim wie)? Jestem jak te wredne kochanki z komedii romantycznych? Przecież to nie ja go pocałowałam, tylko on mnie! Poza tym to był jedynie całus w usta, jaki daje ci mama, kiedy złożysz jej życzenia z okazji Dnia Matki, a nie prawdziwy pocałunek. I do tego od razu się od siebie oderwaliśmy, więc tak naprawdę to nic złego nie zrobiłam. Ale co jest niedobrego w całowaniu się z chłopakiem? No nic. Znaczy pomijając, że ten chłopak ma dziewczynę (ale za to jaką głupią). To nie moja wina, że on się na mnie rzucił! Nie, nie rzucił. Jak już mówiłam, to był tylko zwykły całus, buziak, muśnięcie ust, cmok i już. 
   Myślałam o tym cały dzień. Kiedy myłam zęby, ubierałam się, jadłam, szłam do szkoły, siedziałam na lekcjach, słuchałam Grace, przyklejałam piątki na ścianach szafki, pisałam test, a nawet kiedy unikałam go na korytarzach. A gdy przyszedł do mnie wieczorem i przysunął sobie pufę do mojego biurka, powiedział:
   - Mądralińska, coś jest nie tak.
   A ja wiedziałam, że tym nie takiem byliśmy my. 


   Od tamtego zdarzenia minęły jakieś trzy tygodnie (nie wiem, ale na pewno był właśnie weekend). Jack powiedział, żebyśmy o tym zapomnieli. Wytłumaczył się chwilą słabości. Powiedział, że potrzebował czyjejś bliskości, bo pokłócił się z London. Mimo to wiedziałam, że kłamał. 
   Nie mogłam zapomnieć. W głowie cały czas miałam jego wielkie oczy wpatrzone głęboko w moje. Czułam, że on tego chciał. I ja także tego chciałam. Nawet jeśli był to zwykły całus, dla mnie znaczył wiele. Chciałam, aby Jack podarował mi miliony takich całusów. Myślałam nie tylko o tym, ale także o nim samym. O jego długich palcach, wplatających się w moje, o jego delikatnych ustach, o jego szczupłej posturze, która zdecydowanie nie pasowała do jego rozległych męskich barek, które pociągały mnie niesamowicie (Chryste, kocham barki u mężczyzn!), o jego mięśniach brzucha (och!), wyraźnie zarysowanej szczęce, na której pojawiał się pierwszy zarost, o jego kogutach na głowie, których od dziecka nie potrafił okiełznać, o jego uszach (ach, jego uszy!), a tymczasem do mojej głowy wkradała się także flanelowa koszula. Pragnęłam prawdziwie go pocałować. Tak bardzo pragnęłam znów poczuć jego dotyk. Pragnęłam jego całego. A zwłaszcza jego uszu. O co ci chodzi z tymi uszami, wariatko? Myślenie o nim wprawiało mnie w zakłopotanie i zazwyczaj kończyło się wypiekami na policzkach. Odkąd dotknął moich warg własnymi, coś wewnątrz mnie zapulsowało i teraz za wszelką cenę nie chciało mnie opuścić. 
   Tak czy owak, ja i Jack nie gadaliśmy ze sobą. Oczywiście, nie licząc korepetycji. Ale nawet wtedy nie rozmawialiśmy. Wykonywaliśmy wspólnie zadania, traktując siebie nawzajem z dystansem. Nie uznawałam tego za normalne spotkania. Nie byliśmy wtedy sobą. Czułam się w tamtych chwilach jak jego nauczycielka, cała w nerwach, że może nie zdać. To bardzo głupie i stresujące.
   Tak naprawdę nie wiedziałam, co się z nami działo. Nasze wyzwania przeszły do historii i okropnie za nimi tęskniłam. Niby zawsze uważałam je za dziecinne, ale dopiero kiedy odeszły, odczułam ich okrutny brak. Chciałam znowu wkładać kredę do buzi, taplać się w błocie, kosić trawę na czas, robić pompki (w czym byłam beznadziejna), osmarkać stół ketchupem podczas wspólnej kolacji naszych rodzin, zrobić coś głupiego na oczach całej szkoły, założyć wyświechtaną bluzkę taty i paradować w niej po mieście, zniszczyć moją ulubioną książkę, uderzyć się pięścią w twarz, wypić herbatę z ośmioma łyżeczkami cukru, zabrać dzieciom żelki, obsypać się mokrym piaskiem, zjechać ze zjeżdżalni i obwieścić całemu światu, jakie to fajne, powiedzieć coś niestosownego w poważnej sytuacji..
   - Kim, słońce, czy ty mnie w ogóle słuchasz? - Usłyszałam mamę, dopiero wtedy gdy prawie zrzuciła mnie z kanapy.
   - Oczywiście! - krzyknęłam oburzona i rzuciłam w nią poduszką. 
   Przeleciała tuż koło jej głowy.
   - Chybiłaś! - zawołała z szerokim uśmiechem i natarła na mnie z moją ulubioną kremową poduchą w prążki. - Przegrałaś tę rundę, blondi! 
   Raz po raz wybuchałam szaleńczym śmiechem, kiedy mama rzucała we mnie mięciutkimi jaśkami. Do każdego elektryzowały mi się włosy. Musiałam wyglądać jak pijany strach na wróble. Tym bardziej, że miałam na sobie piżamę i starą powycieraną bluzę taty. Mama atakowała mnie wszystkim miękkim, co wpadło jej w ręce, a ja zaśmiewałam się na całego, jednak ona nie zaprzestawała miłych tortur. Niedługo po poduszkach doszły łaskotki, gdzie zaczęłam piszczeć ze szczęścia, rzucając się na kanapie na wszystkie strony. Kiedy mama przestała, powiedziałam:
   - Ty też jesteś blondynką, ale ukrywasz się z tym faktem, aby nie wzięto cię za przysłowiową idiotkę!
   Mama wyszczerzyła zęby na moje słowa. Kochała żarty o głupich blondynkach.
   - W brązie jest mi o wiele lepiej, spytaj taty - zarzuciła włosami i roześmiałyśmy się obydwie.
   Uwielbiałam niedziele, kiedy mama zostawała w domu i poświęcała cały swój wolny czas tylko mi.
   W telewizorze leciał jakiś program kulinarny, który po chwili bardzo nas zainteresował. Piegowata kobieta w zielonym fartuchu z falbankami pokazywała swoim widzom, jak szybko przyrządzić zdrowe, ale smaczne ciasteczka. 
   - Mogłabym takie zrobić, ale już nie zdążę - zamyśliła się mama, patrząc uważnie na pieguskę.
   Zdziwiłam się, zakopując pośród poduszek i sięgając po moją ulubioną. Położyłam delikatnie nogi na kolanach mamy, a ta zaśmiała się, bo miałam na sobie jeszcze piżamę, a była godzina siedemnasta. Puknęła się w głowę, spoglądając na mnie.
   - Jak to nie zdążysz? - spytałam nagle, wtulając się w wielką bluzę taty, którą zawsze nosiłam w weekendy. - Nie zdążysz do czego?
   Mama oderwała wzrok od szczupłej pieguski na ekranie telewizora.
   - Za piętnaście minut przychodzą do nas Brewerowie.
   Pokiwałam spokojnie głową i odwróciłam głowę w stronę patefonu, jak nazywał telewizor tata. Pieguska właśnie wyjmowała gotowe ciastka z piekarnika, przy tym eksponując swoje długie zgrabne nogi i pokaźną pupę. Wyglądała nieźle, ale jej nogi nie równały się z efektem końcowym ciastek. Kruche, lekko zarumienione, z licznymi dodatkami. Jedynie chciało się je schrupać. Aż poczułam ich zapach w naszym salonie, na co poleciała mi ślinka. Rozmarzyłam się na chwilę, kiedy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Zmarszczyłam brwi, a zapach pysznych ciasteczek w jednej chwili się ulotnił.
   Mama wstała, zrzucając z siebie moje nogi i wygładzając nowy sweter, pomaszerowała do drzwi.
   "Ciekawe kto to" - przeszło mi przez głowę. 
   - Cześć, Molly! Tom! - słyszałam głos mamy, dobiegający z wnętrza korytarza. - Kim jest w salonie - usłyszałam i zanim zdążyłam zareagować - nagle tuż przede mną, w wielkich drzwiach naprzeciwko kanapy, na której leżałam rozwalona i wpatrywałam się w ładne nogi pieguski, stanął Obślizgły Jack Brewer we własnej olśniewającej osobie.
   Patrzyliśmy na siebie wielkimi oczami. Ja na niego, bo wyglądał oszałamiająco w swoich spranych dżinsach, koszulce Adidasa i z kogutami na głowie, z którymi nigdy nie walczył, kiedy do nas przychodził. On na mnie, bo byłam w samej piżamie, starej bluzie taty, z szopą na głowie, wypiekami na policzkach, wtulona w kremową poduszkę w prążki. Pieguska w telewizorze roześmiała się na głos i mogłam przysiąc, że śmiała się ze mnie. 
   - Chryste! - Zerwałam się z kanapy i pobiegłam do swojego pokoju, przy tym (jak na złość!) wpadając na Jacka.
   Wleciałam do sypialni niczym strzała i rzuciłam się w stronę szafek. Szczypałam się w policzki, wmawiając sobie, że to tylko zły sen i Jack właśnie nie widział mnie wyglądającej jak lump spod ulicznego sklepiku. Porwałam pierwsze lepsze ubrania z szafy i wbiegłam do łazienki. Równocześnie myłam zęby i zakładałam bluzkę, która wydawała się jakaś ciasna (czyżbym wyjęła za małą koszulkę?). Nie było czasu na rozmyślania. Wypłukałam usta, uczesałam włosy i szybko założyłam spodnie, przy okazji psikając wkoło dezodorantem w spreju. Nie zdążyłam spojrzeć w lusterko nad zlewem, bo nogi poniosły mnie prosto do pokoju, gdzie niespodziewanie na łóżku ujrzałam Jacka. Spojrzał na mnie przelotnie, ale za chwilę jego oczy ponownie zatrzymały się na mnie. Lustrował mnie wzrokiem od stóp do głów, aż w końcu jego spojrzenie zatrzymało się na mojej bluzce. 
   Uśmiechnął się krzywo.
   - Zmiana koncepcji, co, Mądralińska? - spytał, wskazując głową na lustro, z czego wywnioskowałam, że mam się przejrzeć.
   Odwróciłam się energicznie w stronę wielkiej szafy, w której chowałam wszystko, z wbudowanym po środku lustrem i aż zakryłam usta z zażenowania.
   - O mój Jezu..
   - Wyglądasz nieźle - rzekł od razu Jack, a ja spiorunowałam go wzrokiem, na co mrugnął do mnie zalotnie. 
   Miałam na sobie obcisłą koszulkę. Bardzo obcisłą. Przeraźliwie obcisłą. Opinała się ona na mojej stosunkowo wklęsłej talii, a przede wszystkim na piersiach (Jack cały czas na nie patrzył!), co strasznie mnie peszyło.
   - Skąd to się wzięło w mojej szafie?! - złapałam się za głowę. - Zabiję tego, kto sprawił, że musiałam zobaczyć siebie w tym.. no tym!
   Jack mruknął coś pod nosem, kiedy zaczęłam grzebać po szafkach w poszukiwaniu normalnych (tzn. za dużych) koszulek. Gdzie się wszystkie podziały?!
   - Co ci nie pasuje? - Jack 
podszedł do mnie.
   Zadarłam głowę do góry, aby na niego spojrzeć. Miał ręce włożone do kieszeni od spodni i przestępował z nogi na nogę.
   - Siku ci się chce, czy co? - spytałam, powracając do wywalania wszystkiego z szafek na dywan. 
   - Nie - odparł, siadając koło mnie i biorąc z podłogi moje majtki. Kiedy zaczął się nimi bawić i śmiać, błyskawicznie je mu wyrwałam, przewracając oczami. Dzieciak. - Tylko dziwi mnie czemu ukrywasz, że jesteś taka ładna? - dodał, spoglądając na mój profil.
   Nadal dzieciak.
   Zerknęłam na niego. 
   Gapił się na mnie. Gapił. Perfidnie wlepiał swoje wielkie ciemne gały.
   Zaraz.. co? 
   Czy on naprawdę to powiedział? Powiedział, że jestem ładna?
   Popatrzył krótko na mój biust, widoczny przez duży dekolt u koszulki, zwłaszcza że byłam pochylona, i oblałam się rumieńcem. 
   Powiedział, że jestem ładna. 
   - Jeśli chodzi ci o to, czy zasłaniam swoją naturalną urodę makijażem, to nie - Próbowałam nie mówić nic typu: "Czy ty właśnie przyznałeś to na głos?!", ale z trudem się powstrzymywałam.
   Jack zamyślił się na chwilę, zerkając na sufit, a ja wykorzystałam jego nieuwagę i zakryłam swoje czerwone policzki włosami.
   - Mądralińska, nawet nie waż się zmieniać koszulki! - Usłyszałam jego głos, kiedy natrafiłam na starą (ale luźną!) bluzkę z moim znakiem zodiaku. - Nigdy ci tego nie wybaczę!
   Wytknęłam na niego język i uśmiechnęłam się szeroko, co od razu odwzajemnił. 
   - A co, wtedy nie będziesz mógł się na mnie gapić? - zażartowałam, szczerząc zęby. - Jak ty to przeżyjesz?
   Jack wciągnął głośno powietrze nozdrzami. 
   - Tak, to byłaby dla mnie istna męka, nie móc na ciebie patrzeć - dołączył się do dowcipkowania. - Chryste, tak mnie pociągasz, Mądralińska! - uniósł dłoń, złączając kciuk z palcem wskazującym i ucałował ją.
   - Nie wątpię - mruknęłam, kiedy po raz kolejny przyłapałam Jacka na wpatrywaniu się w mój biust. 
   Spojrzałam na wielką bluzkę z bliźniakami w greckich strojach o nienaturalnie dużych głowach i, wzdychając, wrzuciłam ją w głąb mojej wielkiej szafy.
   - Czyli jednak - Jack pstryknął palcami z uśmiechem. 
   - Tak, wiesz.. - Spuściłam wzrok na swoje kolana. Uśmiechnęłam się delikatnie. - Nie mogłabym ci tego zrobić.
   Otworzyłam usta i nabrałam powietrza, jakbym chciała coś powiedzieć, ale kiedy podniosłam wzrok i ujrzałam Jacka, patrzącego na moje piersi, tylko prychnęłam jak świnka. 
   Przysunęłam się do niego i oparłam o ścianę. 
   Stykaliśmy się ramionami.
   Kiedy spojrzałam na Jacka, on wpatrywał się w moje oczy. Pomyślałam wtedy, że przed chwilą go podrywałam. Podrywałam chłopaka. Pierwszy raz. (Można to tak nazwać, prawda?) I on podrywał mnie. A teraz patrzył mi głęboko w oczy i uśmiechał się krzywo. Tak diabelskiego uśmiechu nie posiadał nikt inny na całej Ziemi. Tylko on. 
   - Przyznaj, że ci się podobam, Mądralińska - rzekł nagle, bardzo cicho, ze zmrużonymi powiekami. 
   Wpatrywałam się w jego ciemne tęczówki z uśmiechem. Czułam się jak w siódmym niebie. Ale jeśli myślał, że zrobię to, na co miał ochotę, to był w wielkim błędzie. 
   - Najpierw ty przyznaj, że ja podobam się tobie - wyszeptałam zadziornym tonem, wodząc wzrokiem po jego twarzy.
   - Och, Kim, Kim.. - zaśmiał się cicho i pochylił nade mną.
   Patrzył mi głęboko w oczy, oddychając płytko. Nadal uśmiechał się krzywo. A kiedy zerknął na moje usta, a później znowu spojrzał mi w oczy i delikatnie się uśmiechnął, już wiedziałam. Chciał mnie pocałować. Właśnie teraz. Dokładnie w tej chwili. I nie wyglądał, jakby coś miało mu w tym przeszkodzić. 
   No, może z wyjątkiem mnie.
   - Mama zrobiła pyszną sałatkę - powiedziałam szeptem, kiedy jego usta znalazły się milimetry od moich. - Jestem pewna, że będzie ci smakować. 
   Jack uśmiechnął się i wyprostował, tym samym zupełnie się ode mnie odsuwając. Zauważyłam wyraźne wypieki na jego twarzy. Zaczął śmiać się sam z siebie. (Patrzyłam na niego z uśmiechem przez cały czas.) Zacisnął usta w wąską kreskę i spuścił wzrok na swoje skarpety. 
   - Chciałem cię pocałować - przyznał, przecierając czoło ręką i odetchnął głęboko. - O, Chryste..
   Spojrzałam w przeciwną stronę, na okno. Wpatrywałam się w gwiazdy na czarnym niebie. Milion myśli przewijało się w mojej głowie. 
   Nagle coś mi zaświtało.
   - Jack, nadal interesujesz się kosmosem? - spytałam łagodnie.
   - Tak, a co? - Usłyszałam jego stłumiony głos, co oznaczało, że zakrywał twarz dłońmi. 
   Zagryzłam wargę, myśląc o naszym prawie-pocałunku i zmrużyłam oczy, aby doszukać się szczegółów interesującego mnie widoku za szybą.
   - Nic, po prostu.. - Zacięłam się, dopiero wtedy dostrzegając księżyc pośród dziesiątek gwiazd. Ich blask przyćmiewał piękno przywódcy. Układały się w rozmaite kształty, na które patrzenie ogromnie mnie pochłaniało. - Nadal lubisz przyglądać się niebu nocą?
   - Kim, o czym ty mówisz? - spytał nagle zdziwionym głosem.
   - Spójrz - Wskazałam na okno i po chwili poczułam jego oddech na własnym ramieniu. 
   Minęło trochę czasu, zanim Jack zagłębił się w ten krajobraz tak bardzo, jak ja. 
   Oderwałam wzrok od ciemnego nieba i spojrzałam na niego. Patrzył na gwiazdy z taką pasją, jaką posiadał wtedy na dachu, kiedy mieliśmy osiem lat. Świecące kropeczki odbijały się w jego oczach, nadając im wygląd prawdziwego nieba. Dziesięć lat temu, w podobnej sytuacji, Jack dał mi buziaka w policzek, a trzy tygodnie temu - w usta. I przed chwilą przyznał, że chciał mnie pocałować. Czy nie pora się zrewanżować?
   Przejechałam wzrokiem po jego profilu. Zafascynowany wyglądał przez okno. Był przystojny, ale ja wciąż widziałam w nim dobrze znanego mi małego chłopca, rządnego nowych przeżyć, który od zawsze chciał wylecieć w kosmos i zobaczyć gwiazdy z bliska. Zagłębiony był w swoim własnym świecie wyobraźni. Nie chciałam przerywać mu tej chwili sam na sam, ale nagle, jakby samowolnie, moje usta mocno ucałowały jego gorący policzek. Jack zamrugał dwa razy oczami i spojrzał na mnie z rozszerzonymi źrenicami. 
   - Co ty.. 
   Przerwałam mu, kładąc palec wskazujący na jego ustach:
   - Cii.. nie psuj tego.
   Ponownie spojrzałam w gwiazdy. 
   Kątem oka zauważyłam, jak Jack mnie obserwuje i nagle poczułam jego ramię na swoim ciele. Objął mnie i przycisnął mocno do siebie. Mój policzek szybko odnalazł jego i przy nim już pozostał. Uśmiechnęłam się szeroko, biorąc głęboki oddech i wtulając się w Jacka. Położyłam dłoń na jego klatce piersiowej, tuż przy sercu. Biło szybko, jak oszalałe (ciekawe, czy moje też?).
   - Czyli nadal przyjaciele? - spytałam, myśląc o mojej obietnicy sprzed wielu lat. 
   Jack nie odpowiadał. 
   Patrzyłam w gwiazdy i napawałam się jego dotykiem i ciepłem. To zabawne, jak powoli się w nim zakochiwałam. Ale wiedziałam, że to dopiero początek. Później padnę mu u stóp i, niestety, już się nie podniosę. 
   Jack objął mnie także drugą ręką i mruknął zadowolony, delikatnie kładąc dłoń na moim brzuchu:
   - Tak, nadal przyjaciele.
   Odetchnęłam z ulgą.
   - Wiesz, że zaraz nie zostanie nam nic z sałatki mamy? 
   - Wiem.
   - Idziemy?
   - Za chwilę, dobra?
   - Dobra.
   Dobra..
   


JACK


   Kiedy pierwszy raz od zakończenia ferii zimowych ujrzałem Kim, myślałem, że eksploduję. Nie mogłem przestać się na nią gapić. Tak, gapić. To nie było zwykłe zerkanie zza ramienia, coś jak podryw gimnazjalisty, tylko perfidne wlepianie gał. Czułem się okropnie nieswojo, jakby całe moje pewność siebie i charyzma nagle poszły na urlop. Było mi wstyd, że odczuwałem wyraźną miętę do Kim. Przeklęta Mądralińska i to jej ciągłe przekomarzanie się ze mną, rzucanie mądrych słów, denerwowanie się o nic i.. pociągające ciało i te różnokolorowe oczy i grube blond włosy i różowa piżama w króliki. I nawet jej wielkie puchowe kapcie! O losie!
   - To co robiłeś w ferie? - dopytywał się Jerry.
   Za każdym razem, kiedy słyszałem to pytanie, robiłem się cały czerwony. 
   - No już ci mówiłem, że nic! - rzekłem w końcu.
   - Jak nic? - Co za wścibski niedorozwój.
   - W domu siedziałem, no! - powiedziałem trochę zbyt głośno, bo chłopaki z drużyny, którzy siedzieli obok nas, spojrzeli na mnie zaskoczeni. 
   - Dobijałem się do ciebie w środę. Pusto - nie ustępował. 
   - Akurat wtedy mnie nie było - odparłem wymijająco i udałem, że wkuwam biologię na nadchodzący sprawdzian. 
   - Czyli jednak gdzieś byłeś! 
   - Weź się w końcu odwal, stary! - rzuciłem go książką i wstałem z podłogi.
   - Kurna, nie obrażaj się od razu, jak panienka! - krzyknął za mną Jerry, kiedy ruszyłem przed siebie, aby odejść od niego i reszty chłopaków jak najdalej. - No gdzie leziesz?!
   - Tam, gdzie cię nie ma - wyszeptałem sam do siebie i skręciłem w inny korytarz, aby nie słyszeć jego krzyków. 
   Byłem przeraźliwie zły. Chyba na samego siebie. Jak mogłem ulec Mądralińskiej? To uczucie zniszczy całe moje życie licealne! Gdy London się dowie, na pewno ze mną zerwie i zrobi wszystko, żeby wyrzucili mnie z drużyny. I wtedy Morgan wróci do szkoły. Spełnią się wszystkie moje obawy. Tak nie może być! Muszę się z tego jak najszybciej wyleczyć.
   Jak na złość przed sobą ujrzałem Kim, grzebiącą w szafce obklejonej kolorowymi piątkami. Poczułem, że muszę coś zrobić, aby zepsuć nasze relacje (znowu). Może wtedy łatwiej byłoby mi wyrzucić ją z głowy. 
   Nie myśląc wiele nad swoim postanowieniem, poszedłem do niej i z zadziornym uśmiechem spytałem:
   - I co robiłaś w ferie, kujonko? Wkuwałaś z podręczników ostatnie tematy?
   Parę osób na korytarzu wybuchło śmiechem i od razu rozpoznałem głosy chłopaków z drużyny. 
   Kim odwróciła się powoli w moją stronę. 
   Po ujrzeniu jej miny pożałowałem swoich słów.
   - Co powiedziałeś? - spytała przez zaciśnięte zęby. - Co robiłam w ferie, tak?
   Wyprostowałem się, unosząc podbródek. 
   - Dokładnie tak. 
   To była najbardziej męska rzecz, na jaką było nie wtedy stać. Tak naprawdę w środku miałem ochotę uciec stamtąd jak najdalej. Po co w ogóle się odzywałem?
   Dupek.
   Zamknij się, sumienie!
   Kim wyglądała, jakby bardzo chciała uderzyć mnie w twarz otwartą dłonią i mogłem przysiąc, że powstrzymywała się od tego ostatkiem sił.
   - Chcesz wiedzieć? - spytała ostro. - Naprawdę chcesz?
   Czułem, że zaraz obleję się rumieńcem, dlatego jedynie kiwnąłem głową i mocno zacisnąłem zęby, aby jakoś temu zapobiec. 
   - Świetnie - uśmiechnęła się szeroko. - Spędziłam je całe u cioci wraz z jej śmierdzącymi kotami i TOBĄ we własnej osobie, Jacku Brewerze!!! - wrzasnęła na całą szkołę i odeszła z triumfem na twarzy, a ja stałem jak wryty. 
   I co narobiłeś?
   Cała szkoła patrzyła na mnie, ale nikt się nie odezwał. Byli zbyt oszołomieni.
    Chociaż plus był taki, że wkurzyłem się na Kim w takim stopniu, że na samą myśl o jej różowych piżamkach, robiło mi się niedobrze. 
   Oczywiście, do czasu. Grr..


   - Kochanie, ta twoja koleżanka Grace nagadała mi jakiś głupot i czekam, aż potwierdzisz, iż są one jedynie idiotycznymi wymysłami jej małego móżdżku - London uśmiechnęła się do mnie szeroko.
   Parę chłopaków z drużyny westchnęło na jej widok. 
   Miała dziś na sobie szarą obcisłą koszulkę, na którą narzuciła żakiet w odcieniu głębokiej czerni, który idealnie współgrał z rurkami tego samego koloru i szarymi balerinami z krokodylej skóry. Strój ten doskonale podkreślał jej największe atuty, dzięki czemu prezentowała się bardzo smukle i pociągająco. Żaden chłopak w szkole nie omieszkał spojrzeć na nią nawet na chwilę. Była przepiękna. 
   Przerażała mnie myśl, że Kim wyglądała od niej o stokroć lepiej w swojej dziecinnej piżamce, wielkich kapciach, z potarganymi włosami i workami pod oczami. 
    A niech to szlag!
   - Jack? - ponagliła mnie London, kiedy lustrowałem ją wzrokiem, nadaremnie próbując nie myśleć o Kim.
   Westchnąłem ciężko.
   - Jack, słońce, powiedz, że to nieprawda - Wyszczerzyła zęby, kiedy podeszły do nas jej dwie przyjaciółki, żądne nowych sensacji w naszym związku. - Jack - dodała stanowczo, podchodząc do mnie i łapiąc mnie za dłonie. 
   Nie patrzyłem jej w oczy, za to rozejrzałem się dookoła. Chłopaki z drużyny udawali, że rozmawiają, a tak naprawdę żywo przysłuchiwali się naszej konwersacji. Koleżanki London były wpatrzone we mnie jak w obrazek. Ujrzałem Jerry'ego, który przekazywał mi dłońmi, abym nie przyznawał się do dwóch tygodni dzielenia jednego łóżka razem z Mądralińską. Obok niego stała Grace i patrzyła na mnie ostro ze skrzyżowanymi rękami na piersiach. Nie wiedziałem, czy była zła, bo London obraziła jej osobę, czy może próbowała mentalnie sprawić, abym wyćwierkał o całych feriach zimowych swojej wkurzonej dziewczynie. No dobra.. wiedziałem, dlaczego tak na mnie patrzyła. I zdecydowanie miało to coś wspólnego z obroną jej przyjaciółki.
   Przeniosłem wzrok na London. Jej twarz się śmiała, ale oczy mówiły wyraźnie: "Powiedz, że to nieprawda, bo jak nie to pożegnasz się z posadą kapitana". Już otwierałem usta, aby przyznać jej rację, kiedy Grace udała paniczny atak kaszlu. Wszyscy spojrzeli w jej stronę, a Jerry rzucił się na pomoc, klepiąc ją po plecach. Grace wypluwała swoje płuca, ale nie zapomniała przy tym o posłaniu mi nienawistnego spojrzenia. 
   - Jack - London nie ustępowała, wykorzystując nieuwagę obecnych na korytarzu. - Po prostu powiedz. 
   Spojrzałem jej w oczy. Miały intensywny niebieski kolor.
   Grace zakaszlała przeraźliwie głośno, a Jerry zapiszczał przerażony.
   - Przepraszam - odparłem cicho i udałem się prosto na stołówkę, aby odpocząć od ciekawych spojrzeń innych uczniów.

   Okazało się, że na stołówce znajdywało się jeszcze więcej par oczu. Chciałem uciec stamtąd jak najszybciej, ale (oczywiście!) zatrzymał mnie pan Stoker. 
   - A dokąd to, Brewer? - zapytał śmiertelnie poważnie. - Zaraz przydzielą ci korepetytora. Skoro już raczyłeś się tu zjawić, to chociaż zostań i dowiedz się, kogo masz odwiedzić dzisiejszego wieczoru. 
   Boże, co za idio.. CO?!
    - To już?! - zdziwiłem się.
   Nauczyciel pokręcił głową z niedowierzaniem i zlustrował mnie krytycznym wzrokiem.
   - Może ona cię czegoś w końcu nauczy - dodał cicho, ale i tak go usłyszałem. 
   Stoker skrzyżował ręce za plecami i odszedł w głąb sali, aby zrugać resztę uczniów za spóźnienie. 
   Stałem wyprostowany, wychylając głowę do góry, aby odszukać Kim w tłumie. Nigdzie nie mogłem dostrzec jej wielkiej blond czupryny. Nie wiedziałem dlaczego, ale odczuwałem ogromną potrzebę przeproszenia jej za moje zachowanie. I to natychmiast.
   - Jack - London pociągnęła mnie za rękaw koszuli, ale nie zwróciłem na nią zbytniej uwagi, bo moje myśli pochłonęła Kim i jej włosy. - Musimy porozmawiać. Teraz. 
   - Nie mam czasu - Chciałem ją spławić, ale ona nie dawała za wygraną i uwiesiła się na moim ramieniu. - Gdzie ty jesteś? - wyszeptałem sam do siebie, marszcząc brwi.
   London poruszyła się niespokojnie.
   - Co? - spytała.
   - Nic, nic - mruknąłem i powróciłem do wypatrywania burzy blond włosów.
   Paris wisiała na mnie i raz po raz szarpała moją koszulą, aby zwrócić moją uwagę na siebie. Niestety, nawet jakbym chciał jej wszystko wytłumaczyć, to nie mogłem. Narazić się na stracenie idealnej pozycji w drużynie? Nigdy!
   - Skoro wszyscy są już obecni.. - powiedział dyrektor do mikrofonu, a jego głos rozniósł się po całej sali. - Za chwilę wyczytam korepetytorów i uczniów im przydzielonych z poszczególnych przedmiotów, ale najpierw pragnę podziękować wszystkim naszym najlepszym uczniom za pomoc kolegom i koleżankom w trudnościach. Jesteście naszą dumą i sławą! - Bla bla. - Tak więc, dobrze. Zaczniemy od języka angielskiego!
   Dyrektor wyczytywał wiele nazwisk, ale żadnego sobie nie przyswajałem. Wędrowałem wzrokiem po zebranych, szukając tej jednej osoby, która nie chciała dać spokoju moim myślom. Zostały mi jeszcze dwa pierwsze rzędy, kiedy w końcu ją ujrzałem. Moje oczy uradowane spoczęły na jej grubych, jasnymi włosach. Przełknąłem głośno ślinę i zacząłem się na nią gapić, niekontrolowanie. 
   Usłyszałem jęk London gdzieś z boku i poczułem, jak ciągnie mnie ona za rękę.
   - A co jak dostanę jakiegoś totalnego idiotę? - wyżaliła się.
   Chciałem ją pocieszyć i dać jej buziaka, ale Kim nagle zaczęła rozglądać się we wszystkie strony i chęć zwrócenia na siebie jej uwagi była silniejsza niż chwila spędzona sam na sam z London. Więc mruknąłem tylko:
   - Yhymm..
   Oczy Kim mozolnie obserwowały uczniów naszego liceum. Zapewne szukała jakiejś znajomej twarzy w tłumie znudzonych nastolatków. Ogromnie chciałem, aby to moja osoba jako pierwsza wpadła jej w oko. Raz prawie Kim już mnie dojrzała, ale akurat w tym samym momencie Grace potrząsnęła jej ramieniem, więc ta musiała się odwrócić. Ich rozmowa trwała całą wieczność, podczas której próbowałem co chwilę nie zerkać w ich stronę. Nagle Kim wyjrzała zza ramienia i gdy w końcu mnie zobaczyła, nie mogłem powstrzymać uśmiechu, wstępującego na moją twarz. Kim patrzyła na mnie zamyślona i dopiero po chwili odwzajemniła mój gest.
   - Dobrze, przejdźmy więc do matematyki! - Głos dyrektora przebił się poprzez niewidzialną więź, jaką stwarzaliśmy ja i Kim pomiędzy sobą, posyłając sobie ukradkowe spojrzenia. 
   Moje serce zabiło mocniej i zacząłem przysłuchiwać się panu Smith.
   Berta jakaś z kimś.
   Ktoś z Adamem jakimś. 
   Jerry z.. nie pamiętam, ale koleś miał jakieś kujońskie imię.
   Nie obchodzili mnie inni. W tamtej chwili odezwał się we mnie mój wewnętrzny egoista i chciał jak najszybciej usłyszeć jakąś wzmiankę o sobie. 
   - Jack - wyszeptała mi nagle London do ucha, stając na palcach. - Dostałam tego idiotę z trzeciej B. Dasz mi całusa na pocieszenie, co? - mówiła słodko, wodząc dłonią po mojej klatce piersiowej. - Och - zdziwiła się, kiedy przyłożyła rękę do mojego serca. Nadaremnie próbowało wyskoczyć mi z piersi. - Stresujesz się, kochanie?
   Jeśli masz na myśli, czy za chwilę dowiem się, że będę spędzał z Mądralińską dwie godziny w tygodniu sam na sam - to tak. Zaraz zemdleję.
   - No już, nie denerwuj się - wymruczała London i pochyliła głowę, aby mnie pocałować, ale ją odepchnąłem. 
   Odepchnąłem ją.
   Zaraz.. co zrobiłem?!
   Zdziwiona i oburzona patrzyła na mnie, ale, choć sam byłem zaskoczony swoim zachowaniem, jej obrażone spojrzenia wcale mnie nie ruszały, bo w tej samej chwili dyrektor powiedział do mikrofonu:
   - Kimberly Crawford i Jack Brewer.
   I serce mi stanęło.
   Uśmiechnąłem się delikatnie do Kim, a ona odwzajemniła gest. I jak tu być na nią złym? 
   - Jack - wywarczała London. - Za trzy minuty widzimy się przy mojej szafce - i odeszła, zaciskając ręce w pięści, a za nią podreptały jej dwie przyjaciółki. 
   Westchnąłem głęboko. Już miałem pójść w ich ślady, kiedy ktoś tryknął mnie w ramię.
   - O osiemnastej u mnie? - Kim uśmiechała się tak pięknie, że zmiękły mi kolana. 
   - Jasne - odpowiedziałem łagodnie.
   Mądralińska popatrzyła mi na chwilę w oczy i w końcu odeszła rozpromieniona, a ja wzdychając z szerokim uśmiechem na ustach, skierowałem się w stronę szafki swojej dziewczyny, aby w ciszy wysłuchać jej kazania.


   Piętnaście minut przed wyjściem do Kim, próbowałem przygładzić koguty na głowie, co marnie mi wychodziło. Postanowiłem użyć żelu, choć wiedziałem, że Kim ostro wystrzega się wszelkiego rodzaju niszczycieli naturalnej urody w postaci kosmetyków. Jednak, jak na złość, żel się skończył. W szafce zastałem puste pudełko, które z ciężkim westchnieniem od razu wrzuciłem do kosza. 
   Schodząc po schodach, natrafiłem na mamę, która niosła w wielkiej misce brudne ubrania do pralni. Czy jeśli spytam ją o swój wygląd, to wyjdę na pedała?
   Zamyśliłem się przez chwilę i już miałem porzucić swój pomysł, kiedy ujrzałem swoje włosy w lustrze. O, Boże Święty. Mimo że regularnie strzygłem włosy, i tak wyglądały jakbym nie posiadał grzebienia. 
   Zacisnąłem mocno zęby i spytałem mamy, kiedy grzebała w moich butach na korytarzu w poszukiwaniu brudnych skarpet:
   - Dobrze wyglądam?
   Mama powoli podniosła na mnie wzrok, unosząc brwi do góry, więc machnąłem jedynie ręką, aby zapomniała o moim pytaniu, ale ta uśmiechnęła się szeroko, wrzucając trzy pary skarpet do miski.
   - Idziesz do Kim? - powiedziała tylko.
   Mruknąłem, kiwając głową, a mama uśmiechnęła się szerzej i zaczęła wybijać rytm u podstawy miski, kiedy ją niosła.
   - O co ci chodzi, hm?! - oburzyłem się. Co miały znaczyć te jej podejrzane miny i melodie wybijane palcami na plastikowej misce?
   Mama popatrzyła na mnie, lustrując mnie od stóp do głów i znów się uśmiechnęła.
   - Przestań! - krzyknąłem.
   Ale ona jedynie wyszczerzyła zęby i powiedziała:
   - Wyglądasz świetnie, ty mój mały przystojniaczku!
   Chciała objąć mnie rękoma, ale odsunąłem się nieznacznie, jęcząc, żeby przestała traktować mnie jak chłopca, a zaczęła jak młodego, poważnego mężczyznę. 
   - Idź już - poleciła, wskazując na zegar. Dwie minuty.
   Pożegnałem się z mamą i wyjąłem z plecaka, który został na korytarzu jeszcze po powrocie ze szkoły, książki i w końcu wyszedłem z mojego domu, inaczej zwanego przeze mnie Wariatkowem. Przeskoczyłem przez niski płotek do sąsiadów i bez namysłu zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi. 
   - Kim! - Usłyszałem głos pana Crawford i zacząłem nerwowo przygładzać włosy. 
   Błagam, zejdź tu, Mądralińska!
   - Ty otwórz! - krzyknęła Kim i myślałem, że ją zabiję.
   Pan Crawford po chwili otworzył mi drzwi i przywitaliśmy się podaniem sobie ręki. Ojciec Kim cały czas mierzył mnie pogardliwym wzrokiem, co okropnie mnie peszyło, więc udałem się szybko na górę, aby nie musieć patrzeć mu w oczy, bo chyba wyszedłbym z siebie. To głupie normalnie rozmawiać z ojcem dziewczyny, za którą szalejesz. Tym bardziej, że sam posiadasz inną dziewczynę, która nie jest jego córką.
   Wszedłem do pokoju Kim bez pukania, za co od razu zostałem przez nią zganiony. Przysunąłem sobie pufę do biurka i usiadłem tuż koło Kimberly, z hukiem kładąc książki na drewnianej powierzchni, za co również otrzymałem reprymendę. 
   Kiedy Kim zadawała mi zadania, przyjrzałem jej się ukradkiem. Jak zawsze za duża koszulka bez jakiegokolwiek dostępu do jej biustu, luźne dżinsy powycierane na kolanach oraz wielkie puchowe kapcie (standard!). Kim przyłapała mnie na gapieniu się na jej włosy i ze zmarszczonymi brwiami nakazała mi robić zadania. 
   Szczerze mówiąc, nie rozumiałem nic z treści poleceń i do tego czułem się przeraźliwie spięty. Kim siedziała tuż koło mnie i co chwilę zerkała na moje marne postępy. Matematyka w towarzystwie koleżanki, którą zna się od dziecka mogłaby być naprawdę przyjemna, ale matematyka z koleżanką od dziecka, w której skrycie się durzysz, jest wprost nie do zniesienia. Cały czas miałem głupią ochotę, aby rzucić się na Kim. Jej półnagie ciało w półmroku nie odstępowało od moich myśli i całą swoją silną wolą przekonywałem mego oddanego przyjaciela z dołu, że nie warto ukazywać się światu w zaistniałych okolicznościach - w pokoju Mądralińskiej i z jej ojcem piętro niżej, czającym się na mnie na każdym kroku. Emocje we mnie buzowały, nerwy szalały. Postanowiłem myśleć o czymś mniej przyjemnym od Kim w samej bieliźnie i w końcu dotarłem do zdarzeń z dzisiejszego poranka. Mądralińska upokorzyła mnie przed całą szkołą, wywołując tym śmiechy przyjaciół i furię mojej dziewczyny. Do tej pory nie byłem w stanie jej tego wybaczyć, więc musiałem się na tym skupić, aby chęć poczucia jej warg na swoich w końcu minęła. Było trudno wyrzucić sobie jej obraz z głowy, ale z każdym razem, kiedy od nowa przypominałem sobie jej wywód o kotach, robiło mi się gorąco ze złości. Powoli przestawałem nad sobą panować, ale nerwy puściły mi dopiero wtedy, kiedy Kim westchnęła zażenowana, patrząc ma moje obliczenia. Nie wytrzymałem presji i spytałem: 
   - Wszystko źle, tak?
   Może powiedziałem to zbyt ostro czy agresywnie, bo Kim posłała mi zdziwione spojrzenie. 
   Zmarszczyłem brwi.
   - Chcesz mi o czymś powiedzieć? - Dała mi do zrozumienia, że widzi, że źle się czuję w jej towarzystwie. 
   Jesteś piękna.. pfe! pociągająca.. pfe! zamknij się!
   - Nie, nic - odpowiedziałem, powracając do rozwiązywania zadań z podręcznika, których nadal nie rozumiałem. 
   Kim w skrócie wytłumaczyła mi o co chodzi z wyrażeniami al-coś-tam i zrobiła to z pewnym do mnie dystansem, abym nie poczuł, że mój zły nastrój jest jej obojętny. 
   Tak naprawdę to nie za bardzo jej słuchałem, bo jej grube lśniące włosy zebrały na sobie całą moją uwagę, za co się na siebie mocno wkurzyłem. 
   Kim posłała mi badawcze spojrzenie i w końcu spytała:
   - Masz zamiar siedzieć tu taki obrażony jak panienka, czy jednak wolisz się czegoś nauczysz w gwoli ścisłości? 
   I znowu te jej mądre zwroty. Niech już się tak nimi nie przechwala.. w gwoli ścisłości!
   - Nie wiem, o co ci chodzi - odparłem, ale czułem, że jestem bliski wybuchowi, który przyniesie ze sobą coś bardzo złego - wybuch Kimberly Crawford, który (jak zawsze) zmasakruje wszystko wkoło. 
   Kim mruknęła coś pod nosem i skreśliła czerwonym długopisem wszystkie moje przyklady. Tego było za wiele. Za kogo ona się uważa?! Bo urodziła się dwadzieścia minut wcześniej ode mnie, to może robić, co jej dusza zapragnie? Nie mogłem na to pozwolić i w końcu, nieoczekiwanie, wyrzuciłem z siebie wszystko, jak karabin maszynowy:
   - Jak mogłaś narobić mi takiego wstydu przy chłopakach z drużyny?! I wiesz, jak London się wkurzyła?! Czy ty myślisz czasem nad tym, co mówisz, Mądralińska?!
   Kim wstała gwałtownie z krzesła i wycelowała we mnie oskarżycielsko palec wskazujący: 
   - Co za deja vu, zawsze wszystko niszczysz! Mogłeś się w ogóle nie odzywać, Obślizgły Jacku Brewerze, ale nie! - musiałeś popisać się przed tymi idiotami i zagrać sobie na moich uczuciach! 
   Deja vu? Jaki normalny osiemnastolatek używa wyrażenia deja vu podczas głupiej kłótni?!
   - Zachowałeś się podle w stosunku do mojej osoby - oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu. 
   Postanowiłem odbić pałeczkę i naskoczyłem na nią:
   - To ty upokorzyłaś mnie przed całą szkołą, już zapomniałaś?!
   - Tak! - wrzasnęła, tupiąc nogą i mogłem przysiąc, że pan Crawford z nieukrywaną radością przysłuchiwał się naszej ostrej wymianie zdań, czytając z uśmiechem gazetę. - Lepiej żebym to ja najbardziej ucierpiała, więc wymyśliłeś sobie, że zaatakujesz mnie bez powodu na przerwie i dasz utonąć w kałuży wstydu, ale niestety, kolego! Nie, nie. Nie przewidziałeś, że twoja przeciwniczka będzie taka sprytna i obróci wszystko przeciwko tobie, więc po całym incydencie, po prostu się na nią obraziłeś, jak jakiś rozwydrzony bachor z dworku królowej Anglii! - Co to, do cholery, za porównanie?
   Po niedługim czasie wymiany zdań, skończyły mi się argumenty, a negatywne emocje opadły, co doprowadziło mnie do punktu zwrotnego - chęci rzucenia się na Kim i posmakowania jej najlepiej, jak się da. Jednak ona nie przestawała gadać i gadać. Wrzeszczała na mnie, wytykała palcami, a ja nadaremnie próbowałem ją uciszyć, co w końcu skończyło się tym, że to ona rzuciła się na mnie, tylko że z tą różnicą, że zrobiła to z pięściami. Uderzyła mną mocno o ścianę i wystraszyłem się, że jej ojciec zaraz wtargnie do pokoju, więc zakryłem jej usta dłonią, a ona próbując się mi wyrwać, popchnęła nas na łóżko, gdzie udało mi się objąć panowanie i przygwoździłem ją do materaca własnym ciałem. 
   Kim uspokajała się długo, a ja w tym czasie robiłem wręcz przeciwnie. Hormony buzowały jak szalone, wyczuwając przyjemny dotyk drugiej osoby. Myślałem o Kim. Półnagiej. Tak bardzo pragnąłem jej ust, że aż przeraziłem sam siebie. Musiałem coś zrobić, bo zaraz bym nie wytrzymał - wybuchnąłbym, czy coś. 
   Wszystko wydarzyło się szybko, w jednej cudownej chwili. Kim otworzyła oczy i spostrzegła, w jakiej znajdujemy się sytuacji. Zrobiła się lekko czerwona na twarzy, więc wywnioskowałem, że albo jest tak napalona jak ja albo jest zażenowana. Tak naprawdę nie obchodziło mnie wtedy, co ona sobie pomyśli, bo i tak nie mogłem się powstrzymać od złożenia delikatnego, aczkolwiek gorącego pocałunku na jej miękkich, cudownych wargach. Każda komórka mojego ciała odmawiała posłuszeństwa i chciałem jedynie więcej, choć wiedziałem, że nie mogłem. Chciałem pocałować ją tak mocno, aby zabrakło jej tchu w piersi, dotknąć tam, gdzie nikt nigdy jej nie dotykał i (jakkolwiek by to nie brzmiało) walić jej ojca na zbity pysk, bo w tamtej chwili pragnąłem Kimberly Crawford, jak nigdy dotąd. O, Boże, ile rzeczy chciałem z nią wtedy zrobić, ale zaprzestałem tylko na jedynym całusie w usta, pozostawiając falę pragnienia na inny raz. Wiedziałem, że przy tym innym razie nie będzie to fala, ale tsunami, i że istnieje możliwość, że nie zdołam się powstrzymać od zrobienia czegoś bardzo głupiego, ale nie mogłem. Tego wieczoru nie mogłem prawdziwie pocałować Kimberly i oddać się z nią w istną krainę przyjemności. Nie w jej pokoju, nie na tym łóżku, nie świeżo po kłótni, nie podczas korepetycji z matematyki i nie z myślą, że jej ojciec w każdej chwili może wtargnąć do pokoju z naciągniętym paskiem od spodni (oczywiście, bardzo mało prawdopodobne, ale wtedy moja wyobraźnia działała pod presją). Ten pierwszy prawdziwy pocałunek nie zasługiwał na takie okoliczności, i choć parę razy rozważałem, czy by nie odstawić na chwilę świata na bok i skupić się tylko na Kim, to w końcu zdołałem przekonać samego siebie, że pocałuję ją wtedy, kiedy uznam, że już czas. 

   Tej nocy spałem bardzo niespokojnie, bo w snach nawiedzała mnie London, uderzająca mnie w twarz i powodująca usunięcie mnie z drużyny. Morgan powrócił do naszej szkoły i od razu przejął moją pozycję kapitana, tym samym zabierając mi London sprzed nosa. A ja zostałem sam, bez przyjaciół, nie zdałem z matmy, Kim wyśmiewała mnie na każdym kroku, obrzucając mądrymi wyrażeniami, a rodzice zakazali mi grania w piłkę nożną.
   Obudziłem się zlany potem w środku nocy. Musiałem pogadać z Jerrym, moim jedynym prawdziwym męskim przyjacielem. On na pewno pomoże mi się jakoś z tego wszystkiego wykaraskać.

   - Czy ciebie już do reszty pogrzało?! - wykrzyczał Jerry, kiedy zrelacjonowałem mu całe wczorajsze zajście. - Kimberly Crawford?! Ta kujonica, nieznośna sąsiadka?!
   - Halo, ja też tu jestem! - upomniała go Grace, którą (nie wiem, po co) Martinez zabrał ze sobą do naszej ulubionej kawiarni Phil Phalaphel. - I nie zapominaj, że rozmawiamy o mojej przyjaciółce - pogroziła mu palcem.
   Jerry westchnął głęboko i zatopił swoje zęby w gorącym gofrze z serem. Zamawiał go zawsze, kiedy musiał sobie coś intensywnie przemyśleć. Tym razem było to moje uczucie do Kim, które przeczyło z chodzeniem z London.
   - Trzeba to dokładnie obgadać - stwierdził w końcu mój przyjaciel. - Aha, i Grace - ani słowa Kim ani innym koleżankom, bo plotki szybko się rozchodzą - dodał.
   - Nie jestem głupia! - oburzyła się, popijając szejk czekoladowy. - W przeciwieństwie do ciebie - mruknęła pod nosem i na szczęście Jerry jej nie usłyszał, bo zajął się otwieraniem puszki z Colą, co marnie mu wychodziło. 
   Grace patrzyła na niego przez chwilę rozjuszona i w końcu pomogła mu z otwarciem napoju, posyłając mi pilotowane spojrzenie. 
   - Co za ułom - wyszeptała, kręcąc głową i krzyżując ręce na piersiach - dosłownie przyjęła pozę, która mówiła sama za siebie: "No, dalej. Obraź moją przyjaciółkę. Gwarantuję ci czerwony odcisk na policzku i wielki siniak w okolicach krocza". 
   Wolałem więc nie przekonywać Jerry'ego, że Kim wcale mi się nie podoba i nie wyzywać jej od kujonów i takich tam. Bo w sumie zaprzeczyłbym samemu sobie. Wcale nie uważałem, że Kim należała do grona kujonów. Owszem, była Mądralińską od zawsze, ale przezwisko to wynikało jedynie z jej inteligencji i tych wkurzających mądrych wyrażeń, których znajomości od pamiętnych czasów jej zazdrościłem. I tyle. To, że była mózgiem matematycznym o niczym nie świadczyło. Przecież London też wymiata z matmy, a jest najlepszą laską w szkole. Gdyby Kim ubrała się tak seksownie, jak ona i nałożyła odrobinę makijażu, to wszyscy chłopcy by się o nią zabiegali. Ale tak prawdę mówiąc - wolałem Kim bez podkładu i tuszu do rzęs, w jej wielkich koszulkach i powycieranych dżinsach z istną szopą na głowie. Bo to była Kim, którą od zawsze pamiętam - moja Kim. 
   - Halo, Ziemia do Jacka! - Jerry machał mi rękoma przed oczami.
   Wzdrygnąłem się, kiedy jeden z jego palców prawie wydłubał mi gałkę oczną.
   - Sorki - powiedział, zabierając swoje dłonie sprzed mojego nosa. - Powtórzę, co mówiłem, bo wątpię, aby któreś z was w ogóle mnie słuchało - wyjaśnił i odchrząknął, by zacząć swój monolog. - Tak więc po długich namysłach przy gofrze z serem, który właśnie skończyłem jeść (i ubolewam z tego powodu, bo przez to chcę jedynie więcej gofrów i sera), doszedłem do wniosku, że.. Grace, zostaw ten telefon, do jasnej ciasnej! - przerwał nagle, wyrywając komórkę z rąk oburzonej jego zachowaniem dziewczyny. - Ja tu wylewam siódme poty, żeby powiedzieć w końcu coś mądrego, a ty.. - Spojrzał na ekran telefonu. - piszesz z jakąś głupią Madison!
   - O, tak. Ona jest głupia - przyznałem mu rację. - Ostatnio na lekcji beknęła i udawała, że nie wie, skąd wziął się ten dźwięk i zaczęła rozglądać się po klasie w poszukiwaniu świni, która go wydała, choć i tak wszyscy wiedzieli, że to ona. 
   Grace wybuchnęła śmiechem.
   - O, nie! Muszę napisać do Donny! - Próbowała wyrwać swój telefon Jerry'emu, ale ten był sprytniejszy i włożył sobie aparat w majtki. - Nie zrobiłeś tego! - zawołała Grace, łapiąc się za głowę. 
   - Ludzie! - krzyknął Jerry. - Co was obchodzi jakaś bekająca Madison? My tutaj mówimy o sprawie życia i śmierci. Jack ma chodzić z London, czy nie?
   - Oczywiście, że nie! - powiedziała od razu Grace. - Głupia nadęta bogaczka zabrała mi Mahoniowego Chłopca!
   Popatrzyłem wymownie na Jerry'ego, a on przewrócił oczami.
   - Baby.. - westchnął. - One tylko o jednym.
   - A wy to niby nie?! - zawołała, a ja przyjrzałem się czekoladzie, która weszła jej pomiędzy zęby. - Dla was liczą się tylko cycki i tyłek - stwierdziła, mrużąc oczy.
   - Hej! Halo! E-e! Nieprawda! - zaprzeczył Jerry, wznosząc ręce ku górze. - Nogi też się liczą.
   Grace prychnęła głośno i nałożyła nogę na nogę, popijając swojego szejka i patrząc w okno, aby nie musieć oglądać twarzy Jerry'ego. Zerknąłem na niego. Niewzruszony pił Colę z puszki i objął Grace ramieniem, przyciągając ją do siebie po przyjacielsku, a ona warknęła na niego, na co wszyscy się roześmialiśmy.
   - Nienawidzę was, idioci - oznajmiła Grace z szerokim uśmiechem, który zdradzał jej niezobowiązanie do wypowiedzianych słów.
   - My też cię kochamy, Gracie - powiedział Jerry i wziął dużego łyka Coli, po czym beknął głośno.
   - Fuj!!! - wrzasnęła Grace i próbowała wyrwać się z uścisku Jerry'ego, ale ten trzymał ją mocno i jeszcze zaczął na nią chuchać. - Co ty jesteś?! Madison?!
   Ryknęliśmy równocześnie śmiechem.
   Na tamtą chwilę zapomniałem o London, a nawet o Kim i przestałem się przejmować tym, co będzie później. Cieszyłem się, że siedziałem z Jerry'm i Grace w naszej ulubionej knajpce, i że wszyscy byliśmy szczęśliwi. Wtedy tylko to się liczyło. My i smród, który wydobywał się z buzi Jerry'ego za każdym razem, kiedy napił się Coli. I może jeszcze komórka Grace w jego gaciach. 

   W szkole próbowałem nie zwracać uwagi na Kim i ona chyba wpadła na ten sam pomysł, bo nie zaszczyciła mnie choć jednym spojrzeniem. Oczywiście jej, jak zwykle, wychodziło to o niebo lepiej, bo ja, nawet jeśli nie chciałem, gapiłem się na nią na matmie w ukryciu przed London. Z każdym dniem coraz bardziej uzależniałem się od widoku jej jasnych włosów, które gdzieniegdzie uzyskiwały prawdziwy złoty kolor od wiosennego słońca. Myśl o naszym pół-pocałunku napawała mnie zazdrością, kiedy Kim rozmawiała z jakimkolwiek chłopakiem (nieważne, czy był to kujon z kółka matematyczno-fizycznego czy nawet Jerry - zazdrość zżerała mnie od środka). Do tego London chodziła ciągle naburmuszona, bo nie poświęcałem jej tyle uwagi, co wcześniej i już nawet nie miałem ochoty całować jej na stołówce tak, aby wszyscy na nas patrzyli czy chociażby w ukryciu przed niepotrzebnymi gapiami. Jednak kiedy już obściskiwaliśmy się w rogu korytarza czy w pustej klasie, myślami nadal byłem przy Kim i za każdym razem, kiedy próbowałem skupić się na całowaniu z London, wyobrażałem sobie, że to Mądralińska. Staczałem się bardzo nisko i wiedziałem, że London o tym wiedziała. Na pewno nie raz przyłapała mnie na gapieniu się na Kim, która śmiała się w towarzystwie znajomych z dodatkowych kółek i Grace. Jak ona mogła stać tam, śmiać się i wyglądać tak pięknie, kiedy ja męczyłem się z myślami, czy ona także spogląda czasem na mnie i też jest tak okrutnie zazdrosna?
   Któregoś dnia po szkole London chciała się ze mną umówić, zapewniając, że to bardzo ważne. Jednak kiedy na spotkaniu nie wykazywałem zbytniego zainteresowania jej nowymi ubraniami i kosmetykami oraz wyjazdem na Majorkę, London powiedziała mi tylko:
   - Jack, ogarnij się. Chyba nie chcesz przez to stracić wszystkiego? - I odeszła od stolika, zostawiając mnie samego w kawiarni.
   A co jeśli bycie z Kim byłoby wszystkim? Czy nie lepiej byłoby stracić to, co mam teraz, aby zyskać to wszystko?

   Jeszcze tego samego dnia spotkałem się z Jerrym w parku, aby opowiedzieć mu o rozmowie z London. Martinez wyglądał na zdenerwowanego i wiedziałem, że po prostu martwił się o moją posadę w drużynie. 
   - Stary, musisz zdusić to w zarodku - powiedział.
   Jerry stwierdził, że tak naprawdę wcale nie czuję nic szczególnego do Kim.
   - Jednak cały czas o niej myślę - zaoponowałem.
   Jerry był święcie przekonany, że nie mogę wyrzucić jej z głowy, gdyż po tym, jak rozpłakała się na moich oczach podczas ferii zimowych, zrobiło mi się głupio o tę rozbitą wazę i do tego doszły wcześniejsze błędy z dzieciństwa, kiedy to obrażałem ją na każdym kroku. Jerry nazwał to UKC, czyli Uczuciem do Kimberly Crawford, które tak naprawdę nie było żadnym uczuciem, lecz poczuciem - poczuciem winy.
   Przyznałem przyjacielowi rację i od tej pory postanowiłem więcej nie myśleć o Kimberly Crawford.


   Trzy tygodnie później w sobotę po południu razem z tatą oglądaliśmy losowe seriale, które leciały w telewizji, kiedy mama niespodziewanie wparowała do salonu i oświadczyła:
   - O szesnastej idziemy na obiad do sąsiadów.
   Spojrzałem na nią zmęczonym wzrokiem, który miał jej przekazać jasną i zrozumiałą wiadomość, głoszącą: "Jestem wykończony po całym tygodniu szkoły, a ty wymyślasz jakieś przypałowe obiadki?". 
   - Bez dyskusji, Jack! - Mama pogroziła mi palcem, kiedy tylko otworzyłem usta. - Pójdziemy tam, a ja i tata z chęcią wysłuchamy, jak zachowujesz się podczas korepetycji - Uśmiechnęła się triumfalnie.
   - Rodzice Mądralińskiej.. 
   Mama zagłuszyła moje "Mądralińskiej" swoją przesadną poprawką:
   - Rodzice Kimmy.
   Wywróciłem oczami, powstrzymując się od wybuchnięcia śmiechem. Kimmy.
    - Szanowni rodzice przemiłej Kimberly - powiedziałem dobitnie, a tata zaśmiał się cicho, za co dostał wzrokową od mamy. - nie siedzą razem z nami podczas korków, droga mamusiu.
   Uśmiechnąłem się uprzejmie, a mama zmierzyła mnie złym spojrzeniem. 
   - Lepiej zrób coś ze swoją fryzurą, a nie się szczerzysz, wielkoludzie - wywarczała i podreptała na swoich krótkich nóżkach do kuchni. 
   Mama była niska. A ja już nie. I dlatego żartobliwie nazywała mnie wielkoludem. Choć tak naprawdę wiedziałem, że bardzo tęskniła za czasami, kiedy, przytulając się do niej, obejmowałem ją nogami w pasie i wtedy mogła spokojnie nazwać mnie "Swoim Małym Pajączkiem". 
   - Migiem! - Usłyszałem głos mamy z kuchni. 
   Tata popatrzył na mnie z uśmiechem i rzucił we mnie poduszką, co miało oznaczać, abym się pospieszył i nie podpadał kobiecie, która jest totalną perfekcjonistką. 
   Ociężale zwlokłem się z kanapy i powędrowałam do swojego pokoju po skrzypiących schodach. Tam przebrałem dresy na pierwsze lepsze dżinsy, które znalazłem w szafie i naciągnąłem na siebie jedną z koszul, które mama zostawiła mi na łożku po praniu. Zszedłem na dół do łazienki i spryskałem się wodą kolońską taty (oczywiście, on nie wiedział, że od czasu do czasu podkradam mu kosmetyki). Prosto z łazienki przeniosłem się na korytarz, gdzie schowałem swój plecak za półką (miałem zanieść go do pokoju wczoraj wieczorem, o co poprosiła mnie mama, ale, jak zawsze, zapomniałem) w nadziei, że mama go nie zauważy i wciągnąłem szybko na nogi swoje brązowe, brudne trampki. 
   Rodzice już szli w moją stronę, kiedy patrzyłem w lustrze na swoje koguty na głowie. Tata zaczął zakładać buty, a mama przesunęła mnie na bok i poprawiła sobie swoją idealną fryzurę godną posiadaczki własnego studia fryzjerskiego i popatrzyła na mnie, przygładzając sukienkę po bokach. 
   - Mówiłam ci coś chyba na temat twoich włosów, prawda? - spytała ostro tym tonem, który słyszę zawsze, kiedy coś przeskrobię.
   Westchnąłem.
   - Ale tego - wskazałem na swoją głowę. - nie da się okrzesać. Nie jestem pewien, czy ty dałabyś radę.
   - Ja nie dam rady? - Mama pokręciła głową i zaczęła przygładzać dłońmi moje włosy. - Kochanie - zwróciła się do taty, który grzebał coś w telefonie komórkowym. - Podaj mi, proszę ten kremik w fioletowym opakowaniu na dnie tej tu torebeczki, co? - mówiła przymilnym głosem. 
   Tata z roześmianymi oczami spełnił jej prośbę i już po chwili mama nakładała na ręce owy krem. Wzdrygnąłem się, kiedy na zakrętce ujrzałem obrazek ulizanego gościa z lśniącymi włosami i uciekłem sprzed lustra. Tata pokazał kciuk w górę za plecami mamy.
   - Jack, już tutaj! - zawołała za mną, kiedy wybiegłem z domu, żeby poczekać przy furtce. - Wracaj, słyszysz?!
   - Chodź, bo się spóźnimy! - krzyknąłem, ignorując jej komendy.
   Mama odwróciła się do taty i zaczęła coś do niego szybko mówić (zapewne wyżalała się na moje zachowanie). Tata wzruszył ramionami i ruszył w moją stronę, a mama poszła umyć ręce do łazienki. 
   Tata poklepał mnie po plecach.
   - Dobrze, że uciekłeś - powiedział. - Ja kiedyś uległem - skrzywił się i otworzył furtkę przed mamą, która pacnęła mnie po głowie. 
   - Przez ciebie zmarnowałam mój krem, który miałam zanieść do pracy - warknęła i z uniesioną głową podreptała na posiadłość Crawfordów.


   Pani Crawford wycałowała nas wszystkich przy wejściu, ale mnie, niestety, najbardziej. 
   - Kim jest w salonie - Mrugnęła do mnie i zaraz po tym wdała się w żywą rozmowę z moją mamą na temat kobiety, która odwiedziła jej studio i ciągle gderała.
   Biedny tata.
   Idąc prosto do wielkich drzwi od salonu, zmazywałem z policzków szminkę pani Crawford i odruchowo przygładzałem włosy. 
   Wyobrażałem sobie Kim siedzącą na kanapie i słuchającą Davida Bowie z płyt winylowych z zamkniętymi oczami. W moich myślach ruszała zmysłowo głową, podrygując w rytm piosenki. 
   Tylko nie to. 
   Znowu zaczynałem o niej myśleć.
   Przygryzłem nieświadomie wargę i wszedłem do wielkiego pokoju.
   - Czeee.. - zaciąłem się.
   Zobaczyłem Kim. 
   W samej piżamie.
   Potarganą.
   W zniszczonej bluzie.
   Z fioletowymi workami pod oczami.
   W puchowych kapciach na nogach.
   Patrzyłem na nią długo, przerażony myślą, że wygląda pięknie. Jak mogła wyglądać tak olśniewająco? Przecież dopiero co wstała z łóżka! 
   Przyglądając się jej, dusiłem w sobie ochotę przygwożdżenia jej do ściany i pocałowania. Byłem pewien, że po niecałym miesiącu unikania jej, wszystko wróci do normy i zapomnę o moim Uczuciu do Kimberly Crawford. Jerry mówił, że myślę o niej tylko dlatego, że czuję się winny za ciągłe obrażanie jej w młodszych latach. Do tego chciałem upokorzyć ją przed całą szkołą i mimo, że ona wykręciła wszystko przeciwko mnie, to było mi głupio, że to ja zacząłem na nią naskakiwać. Teraz nie byłem do końca przekonany, czy Jerry miał rację.
   Kim wybiegła z salonu, zanim zdążyłem w ogóle to zauważyć. 
   Odetchnąłem, uspokajając myśli i wyszedłem za nią, zamykając za sobą wielkie drzwi. 
   Z jadalni dobiegały mnie roześmiane głosy rodziców i państwa Crawford. Stojąc sam na środku domu, zacząłem się uważnie po nim rozglądać. Widziałem go miliony razy, ale nigdy nie zwróciłem uwagi, jak w ogóle wygląda. Był lustrzanym odbiciem naszego, lecz zupełnie inaczej urządzony. Ciemne brązowe i pomarańczowe kolory ścian, podłogi i mebli były idealnie dopasowane oraz tworzyły niezapomniany, spokojny, a zarazem tajemniczy nastrój. Widać, że rodzice Kim mieli gust. Nie mam na myśli, że moi nie, ale w naszym domu można się pogubić. Wszędzie różne kolory, pstrokate dekoracje i ogólny wygląd późnego rokoko. To jedynie sprawka mamy - zawsze pozytywna perfekcjonistka, która ma bzika na punkcie swojej fryzury. Także tata zapewne nie miał nic do gadania, kiedy rodzice urządzali dom, zanim się jeszcze urodziłem. Musiał przyzwyczaić się do kobiety, która zawsze stawia na swoim. Myślę jednak, że za to właśnie najbardziej ją kocha.
   Usłyszałem czyjeś kroki, zbliżające się w moją stronę i szybko uciekłem do pokoju Kim w obawie, że to pani Crawford i jej szminka, a bardziej, że to jej mąż, który zbytnio za mną nie przepada (przynajmniej takie odnoszę wrażenie). 
   Kiedy wparowałem do pokoju Mądralińskiej, w oczy uderzyły mnie jasne pastelowe odcienie różu i błękitu, co zupełnie nie pasowało do reszty wnętrza domu. Do tego meble były całe białe, a podłoga bardzo jasna. 
   Usiadłem delikatnie na miękkim łóżku Kim i patrzyłem na baldachim nade mną, na którym namalowane farbą do płótna były konstelacje gwiazd. Widok ten bardzo mnie wciągnął i uspokoił. Przypomniałem sobie wtedy, jak dawno temu interesowałem się kosmosem i podziwiałem go całym sercem. Dlaczego wszystko tak się zmieniło? Nie nadążam za światem. Albo.. czyżby świat nie nadążał za mną? Może to ja się jednak zmieniłem.
   Patrząc na te nieprawdziwe gwiazdy i rozważając na temat samego siebie, próbowałem przestać myśleć o Kim, która znajdowała się za drzwiami małej łazienki w jej pokoju, tak blisko mnie. Chciałem, żeby ten wieczór był normalny. Nie fajnie byłoby gapić się na Kim przez cały obiad i to jeszcze przy stole, tuż obok jej i moich rodziców, którzy mają na nas baczne oko po incydencie z wazą. Chciałem żeby było tak, jak kiedyś - wymyślanie po cichu to ciekawszych wyzwań z Mądralińską, która była po prostu Mądralińską, a nie Mądralińską, o której myślę non-stop. 
   I właśnie wtedy Kim wyszła z łazienki w obcisłej, seksownej bluzce z pokaźnym dekoltem. O, Chryste. Jak ja wtedy chciałem ją pocałować. I wiedziałem, że ten wieczór jednak będzie bardzo ciężki.


   Szczęśliwego Nowego Roku dla wszystkich, którzy wytrwali do publikacji tego rozdziału! :)
Komentarze mile widziane :)