niedziela, 20 listopada 2016

9 Epilog

09xSąsiedzi

KIMBERLY

Siedzę na ławce. Jej chłód przenika przez cienką warstwę moich dżinsowych ogrodniczek. Ciemne niebo nie odkrywa nawet jednej gwiazdy.
   Czuję nagłe uderzenie i ląduję na czymś twardym, odruchowo przytrzymując się podłoża. 
   Jack śmieje się z czegoś na dachu bliźniaka, a delikatne zmarszczki okalają szparki jego oczu, błyszczące w świetle jasnych gwiazd na czarnym niebie. Co go tak bawi? Z czego śmieje się tak bardzo, że łzy płyną po jego policzkach, a dłoń ściskająca moją, staje się sina? 
   Jack płacze, na jego coraz większą rękę wstępują mozolnie siniaki, powstałe od uderzenia pięścią w ścianę, kiedy zapragnął wycelować w ojca po kolejnej kłótni o stopnie w szkole.
   - Pomogę ci. Coś zrobię, zobaczysz.. obiecuję - mówię nagle, szokując tym samą siebie. Ale Jack nie jest ani trochę zaskoczony. 
   Patrzy na mnie szklanymi, ciemnymi jak kruk ślepiami. Dostrzegam w nich wstyd, nieme zdanie brzmiące: "Przestań. Przecież mam już piętnaście lat, nie potrzebuję niczyjej pomocy. Sam potrafię sobie poradzić". 
   Mocniej ściskam jego dłoń. Syczy z bólu, więc od razu się opamiętuję, przypominając sobie o czerwonych śladach na jego skórze. 
   - Jack.. - Nim jednak zdążę się odezwać, jego twarz [jeszcze na równi z moją] nagle się przybliża, a usta lądują dokładnie na moich. Całuje mnie. W tej jednej chwili wręcz czuję, jak jego wszystkie problemy znikają. A przynajmniej tak mi się zdaje, bo gdy się ode mnie oddala, w jego oczach przewijają się iskierki, cicho zapraszając mnie do tańca ze skrytą w nich głęboko duszą, która właśnie się przede mną ujawnia. 
   Wstrzymuję powietrze, gdy powieki opadają mu na oczy, łaskocząc mnie rzęsami w okolicach nosa.
   Oddycham głęboko.
   Dryfuję na spokojnej tafli wody.
   Słońce ogrzewa mój odkryty brzuch.
   Gumowy materac obraca się w kółko i w kółko. Usypiająco. 
    Czuję błogość. Odprężenie. 
    Coś delikatnie dotyka moich warg. Otwieram je nieznacznie, spodziewając się piórka, które zaraz przyklei się do mojego języka i będę musiała je wypluć, ale moje podejrzenie się nie sprawdza.
   Mrużę oczy.
   Opalona, smukła twarz Jacka pochyla się tuż nad moją. Mogę dostrzec samotny pieprzyk na jego lewym policzku i mokre od otaczającej nas wody brwi. 
   - Brewer! Chodź tu! Potrzebujemy zagrywającego! - Woła ktoś z oddali, sypiąc gorącym, plażowym piaskiem na wszystkie strony, za wszelką cenę próbując odbić piłkę przez zawieszoną niezdarnie siatkę. 
   Jack odwraca wzrok w ich stronę. Jego mokre, długie włosy przemieszczają się po mojej rozpalonej od słońca skórze, zostawiając na niej chłodne smugi. Przynosi mi to niewyobrażalną ulgę i od razu myślę o wskoczeniu do zimnej wody, ale wciąż nie zamierzam zejść z materaca, by przymusowo grać w siatkę albo znosić zazdrosne spojrzenia pulchniejszych ode mnie dziewczyn.
   Mrugam parę razy oczami, wybudzając się z zamyślenia. Spostrzegam, że Jack bacznie mnie obserwuje. Jego ciemny wzrok wędruje po mojej twarzy, a gdy w końcu natrafia na moje oczy, ogarnia go zmieszanie. Na jego ustach rozciąga się krzywy uśmiech. Mam ochotę go dotknąć, ale tego nie robię. 
   Mam ochotę zagłębić palce w jego wilgotnych włosach. Powąchać jego szyję. 
   Żadnej z tych rzeczy także nie robię.
   Jack patrzy na mnie jeszcze przez chwilę. Nagle zbliża usta tuż do koniuszka mojego nosa. Czekam na ziemny dotyk jego warg na własnej skórze, ale gdy otwieram nieumyślnie zamknięte oczy, Jacka już nie ma, a słońce po raz wtóry praży moją wrażliwą skórę.
   Wyciągam dłoń poza materac. Moczę palce w przyjemnie chłodnej wodzie. Dotykam opuszkami brzucha. Wzdycham. 
   Nagle słyszę dziwny dźwięk z boku, potem donośny chlupot. Tafla wody zostaje zachwiana, materac zaczyna na niej niebezpiecznie falować. Wkoło chłopięce, niemiłe śmiechy, chichoty dziewcząt, dochodzące z brzegu. Tracę równowagę, ktoś spycha mnie z gumowej powierzchni i wpadam wprost w otaczającą mnie otchłań, czując przenikający całe moje ciało ból różnicy temperatur. Śmiechy stają jakby za mgłą. Są coraz mniej obecne. Skóra przyzwyczaja się do chłodu, niczym w mroźny dzień, kiedy sweter i kurtka nie dają wystarczająco ciepła. W jednej chwili zdaję sobie sprawę, że nie potrafię pływać. 
   Łapczywie łapię powietrze. 
   Lodowata woda napełnia moje płuca.
   Nie mogę oddychać.
   Brud jeziora w ułamku sekundy zmienia się w przezroczystą, szczypiącą w oczy chlorem otchłań. 
   Ściany basenu, ozdobionego kostką w milionie niebieskich odcieni, tańczą wokół mnie. 
   Spoglądam w górę. Za nieposkromioną taflą dostrzegam sufit. Wyciągam w jego stronę ręce, myśląc, że to w czymś pomoże, ale wierzgające ze strachu nogi ciągną mnie coraz głębiej na dno. 
   Czuję się osamotniona. Porzucona. Nikt nie wie, że tu jestem. Nikt nie zauważy, że mnie nie będzie. Żadne z bawiących się nade mną osób, nie wyciągnie pomocnej dłoni w moją stronę. Pogrążam się. W czeluściach wody i własnych myśli.
   Obok czuję nagłe poruszenie, cząsteczki H2O uderzają we mnie, sprawiając wrażenie lekkiego powiewu wiatru. Już od jakiegoś czasu nie widzę nic na oczy. Obraz jest rozmyty. Dostrzegam tylko jakiś cień, zgrabnie przemykający koło mnie. 
   Zauważył mnie? Minął mnie? A może j u ż mnie nie ma?
   Ostatnie, co czuję to silny uścisk w pasie. I to, że mimo otaczającego mnie chłodu, on wydaje się ciepły. 
    Z roztargnieniem nabieram powietrza do płuc, wynurzając głowę zza gorącego strumienia wody pod prysznicem. Przecieram szybko oczy.
    Jakieś dziewczyny w moim wieku śmieją się krótko, ale na tyle głośno, abym była w stanie usłyszeć:
   - Niech utopi się znowu! Ale tym razem żaden przystojniak jej nie wyłowi! Ha ha!
   Wychodzę z szatni, wciąż blade ze strachu policzki zdobią mi dwa czerwone rumieńce, powstałe w skutek zbyt długiego suszenia włosów gorącym powietrzem. Wszyscy myślą, że jest to oznaką wstydu. 
   Przeciskam się przez siedzenia szkolnego autobusu, ignorując nieprzyjemne uwagi na mój temat i przezwiska od "Nurków". 
   Staję przed furtką od domu. Wbita w ziemię niczym ciężka kłoda. Stoję i nie mogę się ruszyć. 
   Za plecami słyszę szybkie kroki. Ktoś biegnie.
   Odwracam się za siebie, ale zanim zdążę rozpoznać, kto to, Jack rzuca się na mnie, porywając moje liche ciałko w swoje silne, ciepłe ramiona i przyciska swój policzek do mojego, wbijając brodę w moje ramię. Po chwili obejmuję go w pasie bez słowa, dwa razy lżej niż on mnie. Zamykam oczy. Czuję jego mięśnie na swoim ciele, skórę palącą dotykiem, uspokajający się oddech i typowy dla niego gorzko-słodki zapach. Zaciągam się nim wprost z jego piersi, wibrującej od szybkich uderzeń serca. Mocniej przyciska mnie do siebie, a kiedy chcę się odezwać i wydukać coś na miarę podziękowań, jego wargi odnajdują moją szyję i wszystko się rozpływa. 
   Jego obecność staje się wyraźniejsza niż dotychczas. Uświadamiam to sobie dopiero w tej chwili. W tej jednej chwili, której nic nie jest w stanie zachwiać. Chwili, kiedy czujesz się zupełnie bezpieczna (pod egidą). Potrzebna. W centrum uwagi.
   Jack był przy mnie.
   Jack jest przy mnie.
   Jack już zawsze będzie przy mnie.


KONIEC