czwartek, 31 marca 2016

7 SŁoŃce/Gwiazda

07xSąsiedzi


KIMBERLY

   
Na dachu było zimno. Niby trwało lato, powietrze było duszne, a my ubrani w bluzki na krótki rękaw, ale mimo to chłód w tajemniczy sposób odnalazł nas nawet tam.
   Niebo było czyste. Ciemne.
   Każda gwiazda widoczna nawet bez użycia lornetki. 
   Kolana trzęsły mi się, gdy stałam na krawędzi, dotykając skrawkiem podeszwy błyszczącej rynny, i wyciągałam ręce jak najdalej w górę, by objąć gwiazdę polarną swoimi krótkimi palcami. Jack trzymał mnie mocno w pasie, asekurując w razie czego mój upadek. (Zastanawiało mnie tylko, co by było gdybym naprawdę spadła - wleciałabym na Jacka i potoczylibyśmy się razem po dachówkach prosto na wielkie drzewo czy może od razu upadłabym twarzą na twardą powierzchnię, zjeżdżając coraz szybciej w dół?)
   Zerknęłam na niego, oczekując jakiejkolwiek przydatnej rady, chociażby paru słów otuchy. Ale wyraz jego twarzy nie zmieniał się od dłuższego czasu - zacięty, poważny, skupiony. Nie odrywał ciemnego wzroku od moich dłoni, z daleka chwytających, najjaśniej świecącą gwiazdę na niebie, zupełnie jakby myślał, że naprawdę mogę ją złapać. 
   - Może kiedyś spadnie - pocieszałam go na tyle, ile było mnie stać, gdy już bezpiecznie siadłam u jego boku. - Wtedy na pewno wygramy szkolny konkurs naukowy! Tylko jaki tytuł damy projektowi? Czekaj.. - zamyśliłam się. - Mam! Co ty na to? "Kimberly Crawford i Obślizgły Jack Brewer - pierwsi w historii odkrywcy.."
   - Myślisz, że jest nam przeznaczona? - zapytał niespodziewanie, gwałtownie, prawie uderzył mnie nosem w policzek, energicznie odwracając głowę i nie dając mi nawet możliwości dokończenia zdania.
   Jego wielkie oczy zaciekle hipnotyzowały moje, żądając natychmiastowej odpowiedzi. Nie mogłam oderwać od nich zachwyconego spojrzenia.
   Wreszcie wzruszyłam ramionami. 
   - Jeśli jest taka jak my - odparłam spokojnie. - to nie ma się czym przejmować. 
   Wpatrzył mi się głębiej w oczy, widocznie zainteresowany, gdy przysuwałam nogi w jego stronę. Zaczęło robić się coraz chłodniej, co od razu wyczuła moja wrażliwa na wszystko skóra. I wyczuł to również (jak zwykle) Jack, bo od razu przybliżył się do mnie, opierając ciepłym ramieniem o moje zziębnięte. Zupełnie jakby miał jakieś tajemnicze połączenie z cząstką mojego ciała, odpowiedzialną za rejestr temperatury w organizmie.
   - Czyli, że.. - zaciął się, szukając odpowiednich słów. Uszy mu poczerwieniały jak zawsze, gdy mnie dotykał. - To znaczy, że jesteśmy sobie przeznaczeni? - powiedział szybko, już wpatrując się nerwowo w swoje trampki. 
   Odwróciłam wzrok, opierając powoli głowę na ramieniu Jacka, by go nie spłoszyć, i ponownie skupiłam się na gwieździe polarnej. Jej blask przyćmiewał światło wszystkich innych, niczym bijąc je na głowę. Świecił prosto w moje zafascynowane nią ślepia. I z każdą kolejną sekundą spędzoną na obserwacji jej delikatnego migania, stawała się jakby bliższa, jakby jeszcze jaśniejsza i jeszcze bardziej oślepiająca, aż w końcu prawie musiałam zamknąć oczy.
   - Jesteśmy - Odszukałam jego mały palec u dłoni własnym i splotłam je powoli ze sobą.
   Poruszył niespokojnie ramieniem, lekko zaskoczony, ale nie zdjęłam z niego głowy. Trwaliśmy w takiej pozycji przez długi czas.. niezliczoną ilość sekund, może minut. On cały sztywny, od jakiegoś czasu przesadnie przy mnie zestresowany. Ja przyciśnięta do niego całym ciałem, szukająca ciepła. Oparłam brodę na jego ramieniu, wdychając zapach jego świeżo upranej koszulki. Po całym dniu przeszła już jego zapachem. Gorzko-słodkim. Gdy w końcu wsparł głowę na mojej własnej, splotłam wszystkie nasze palce u dłoni i wyszeptałam mu koło ucha:
   - Jesteśmy sobie przeznaczeni.
   Gwałtownie otworzyłam oczy, gdy zewsząd otoczył mnie nieznośny blask. Zanim jeszcze się ocknęłam, już zaczęłam panikować, przerażona, że nie byłam w stanie dostrzec nic prawym okiem i jak oparzona przez upadającą prosto na mnie gwiazdę, zerwałam się z łóżka, sięgając po okulary. 
   Macałam rękoma blat stolika bez ustanku. I bez rezultatu.
   Potem na chwilę zamarłam.
   I znów zaczęłam panikować.
   Boże!
   Okularów nie było nie półce! 
   Jezu, nie, nie, nie, nie! 
   Co miałam zrobić?! Bez szkieł ledwo co widziałam, prawe oko nadal było dziwnie przyćmione i lekko szczypało, a gdy rodzice zobaczą mnie w takim stanie, zginę na miejscu! O Boże.. Jezu.. nie..
   Potarłam bezradnie twarz rękoma, czując, zbierające się pod powiekami łzy. Przemywały piekące oko.
   Chwila.
   Chwilunia.
   Potarłam twarz dłońmi jeszcze raz (i jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz.. i jeszcze jeden raz dla pewności), a gdy otworzyłam szeroko oczy, na wielkich szkłach widniały ogromne smugi po dotyku palców.
   Jeszcze sekunda i wrzasnęłabym z radości i narastającej momentalnie ulgi. Tym bardziej, że patrząc na nadal pościelone łóżko, odnalazłam skrawek promieni słonecznych padających na środek poduszki, na której (oczywiście) minutę temu leżałam i ubolewałam nad częściową stratą wzroku. 
   Gdy panika już we mnie ustała, zaczęłam po kolei odnajdywać swoje kończyny, potem resztę mniejszych i większych części ciała. Lewą rękę miałam tak zdrętwiałą, jakbym co najmniej przespała na niej dwie noce (Boże, w sumie nie wiem, ile czasu zajął mi sen), a gdy w końcu odzyskałam w niej czucie, wolałam przywrócić ją do  poprzedniego stanu, bo łokieć bolał mnie tak mocno, że było to nie do wytrzymania. Chciałam go obejrzeć i sprawdzić, co powodowało tak okropny ból, ale dostęp do niego torowała mi kurtka, o której obecności wcześniej nie miałam pojęcia. 
   Usiadłam po turecku, wzdychając ciężko i czyszcząc okulary czarnym materiałem (kurczę, nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek nosiła tę kurtkę). Wyglądał jak nowy, ani razu prany i pachniał tak..
   - A! - krzyknęłam, jak najszybciej próbując wydostać się z nakrycia, które okazało się być marynarką. Męską. Za dużą na mnie jeszcze bardziej niż połowa mojej szafy. O woni tak gorzko-słodkiej..
   Odruchowo zakryłam usta, zerkając na zegarek. Piąta dwanaście. Mogłam mieć tylko nadzieję, że nie obudziłam rodziców dwa pokoje obok. 
   Ale wtedy jednak nie to było najistotniejsze. Tylko najczarniejsza na świecie marynarka w moim pokoju. Na moim łóżku. Boże, na mnie!
   Oblała mnie fala gorąca na samą myśl o spędzeniu całej nocy w części jego cudownego garnituru. W której chodził, tańczył, rozmawiał z innymi, rozpinał, gdy było mu gorąco, pocił i perfumował, tworząc ten niepowtarzalny gorzko-słodki zapach, okrywał nią moje zmarznięte ramiona.. Zagryzłam nieświadomie wargę z rozmarzenia. Jednak rzeczywistość opierała się na tym, że na pewno nie zrobił tego, bo miał na to ochotę - ktoś mu kazał albo sama go o to bardzo prosiłam albo.. tak właściwe, czemu tego nie pamiętałam?
   Wstałam lekko rozkojarzona, i gdy tylko moje nogi poczuły, przygważdżający je do podłoża ciężar ciała, machinalnie zmiękły, przez co prawie upadłam, gdyby nie rama łóżka. W tej samej chwili również moją głowę ogarnął mocny ból, jakby ktoś właśnie uderzył mnie dzwonem, pozostawiając wewnątrz niej denerwujący szum. I na domiar złego zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo było mi zimno! 
   Nie mając sił na znalezienie jakiegoś ciepłego swetra, sięgnęłam po czarną marynarkę, jęcząc z tego powodu jeszcze bardziej niż z oszałamiającego bólu głowy. 
   Od razu skierowałam się do łazienki, gdzie pod prysznicem zmyłam z siebie i z włosów jakiejkolwiek oznaki pobytu na balu maturalnym, doszczętnie wyczyściłam twarz ze zbędnych, koloryzujących dodatków, po czym na piżamę ponownie nałożyłam wcześniejszą "kołdrę". Na biurku znalazłam paczkę gum miętowych, aparat i otwartą butelkę wody. Po kilku sekundach wrzucałam pusty plastik do kosza na śmieci, nadal jednak czując pragnienie.
   Opadłam ciężko na łóżko, próbując znaleźć odpowiednią pozycję dla głowy, by nie bolała tak bardzo, chociaż było to niewykonalne. Okryłam się szczelnie kołdrą, zamykając oczy.
   Nie pamiętałam nic z ostatniej nocy. No.. może oprócz piosenki Davida Bowie (cud, że ją puścili), ślicznej sukienki Grace i powrotu do domu samochodem Dave'a. (Jeszcze będę musiała mu za to podziękować.) I może (ale to może) jeszcze jednego - dziwnego poczucia obecności Jacka. Zupełnie jakby przez całą noc siedział koło mnie na dachu i trzymał mnie kurczowo za dłoń, powtarzając w kółko i w kółko (nie wiedzieć czemu) "O cholera".

   - Przestań płakać - powiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku. Wzroku tak przepraszającego, tak smutnego. Jego wielkie, ciemne, cudowne oczy plamiła rozpacz. - Kimberly, przestań - Serce zadrżało mi boleśnie na dźwięk własnego imienia. 
   Gdzie była wtedy Mądralińska? Jego towarzyszka przygody? najlepsza przyjaciółka? jedyna osoba na świece w pełni go rozumiejąca? znająca go jak nikt inny? co noc wysłuchująca monologów na temat kosmosu? wpatrująca się w te miliony gwiazd na czarnym niebie? Gdzie było jego Słońce? Jego przeznaczona gwiazda? 
   - Po prostu zapomnij. 
   Nie! 
   Nie chciałam oddać przeszłości żadnej z tych chwil. N a s z y c h wspólnych, niepowtarzalnych chwil! Jak miałam p o  p r o s t u zapomnieć o jego małym palcu? o jego dotąd krzywych zębach? starganych włosach? rozbieganych, dzikich oczach? całusach gdy nikt nie patrzył? chudych ramionach zamykającym w mocnym uścisku? nosie, łaskoczącym w policzek? wiecznie niezdecydowanych, spoconych dłoniach? słowach, które potrzebowały lat, by zostały w końcu wypowiedziane? wstydzie, stresie, strachu, odwadze, spokoju, szczęściu, wszystkich emocjach świata, które spotkałam na swojej drodze; na naszej wspólnej drodze? o wyzwaniach? o nocnych rozmowach? o zjadaniu orzechów z wielkiego drzewa? o śmianiu się z byle czego? ukrywaniu przed tatą za płotem? głębokim patrzeniu w oczy? dotykaniu jego uszu? obserwowaniu, jak policzki czerwienieją mu z każdą kolejną sekundą..? 
   Stał przede mną idealny, taki jak nigdy. Z prostymi zębami, ułożoną na żel fryzurą, flanelową koszulą w zieloną kratę, jasnymi oczami, suchymi dłońmi, bez lornetki. 
   Ja przed nim. W kwiecistej jak ogród za jego domem sukience. 
   - Kim - powiedział.
   - Kim! - powtórzył.
   - KIM! - zawodził. 
   
   Gwałtownie odwróciłam się na bok, gdy czyjaś mocna w uścisku dłoń pociągnęła mnie za ramię. Szczupłe palce wbiły mi się w ciało i nie puszczały, póki nie otworzyłam oczu, powoli dochodząc do siebie.
   Złapałam się ręką za głowę, jęcząc przeciągle.
   - Grace - wychrypiałam. - Czego ty chcesz?
   Zaczęła energicznie ściągać ze mnie kołdrę, dając zimnym powiewom wiatru dostać się do mojej rozgrzanej skóry. Nie wierzę, że pomyślała o tym, żeby wcześniej otworzyć okno! 
   Chwila.
   Uniosłam się z trudem na łokciach, ogarniając pokój zamglonym wzrokiem.
   Grace bez słowa wyciągała z mojej szafy ubrania. Światło w łazience było włączone, a rzeczy z kosmetyczki walały się po podłodze. Na łożku obok mnie leżała wielka butelka wody, na którą od razu się rzuciłam. Krok po kroku dochodząc do siebie, czułam powracający puls bólu w skroniach. 
   Przyjaciółka rzuciła ciuchy na kołdrę koło moich nóg i z kieszeni swojej jasnej kurtki wyjęła zieloną, owalną tabletkę. Połknęłam ją bez namysłu. 
   - Kim - odezwała się w końcu. 
   Popatrzyłam na nią pytająco. Może nieco zaniepokojona. Albo raczej zdezorientowana. 
   - Pamiętasz, jak na imprezie u tej kutwy London świńsko się schlałam i byłaś na mnie straasznie wkurzona? - Boże. Pokiwałam zawstydzona głową. - Dobra, więc wiedz, że ja wcale zła nie jestem - powiedziała. Szybko, bez namysłu, żywo gestykulując. Spiesząc się. Tylko gdzie? - I źli na pewno nie są Jerry z Jackiem, którzy czekają w samochodzie na dole, ale na pewno będą, kiedy naprawdę się nie pospieszysz - Czekaj. Co?
   Zmarszczyłam brwi chyba najmocniej, jak się dało. 
   - Grace, o czym ty..
   - Dziewczyno, po prostu wstań, leć do łazienki i ubieraj te cholerne ciuchy! - zawołała, ale szeptem, wiedząc, że rodzice na pewno jeszcze śpią (bo tak w gwoli ścisłości to zdrzemnęłam się zaledwie godzinę).
   Podniosłam pytająco brwi i dłonie. 
   - Możesz zrobić to, o co cię proszę? - zapytała z widocznym pośpiechem na twarzy. - Proszę jeszcze raz? 
   Okej. Nie wiedziałam, o co chodzi. Nie miałam zielonego pojęcia. Wiedziałam tylko, że Grace była strasznie podekscytowana, weszła do mojego pokoju przez okno, chłopcy czekali na dole, miałam zaraz być pomalowana, a na łóżku leżały najbardziej dziewczęce ciuchy, jakie dotąd przebywały nienoszone w mojej szafie. 
   Poruszałam się tak szybko, że chyba nie nadążałam sama za sobą. Wiązałam oklapłe włosy w niechlujnego koka na czubku głowy, gdy Grace delikatnie pudrowała mi twarz. Zakryła mi worki pod oczami i nadała zmęczonej twarzy nieco naturalnych kolorów. Kazała pomalować mi rzęsy, przy czym zmazałam sobie na czarno prawie wszystkie możliwe okolice oczu. Odrzuciłam na bok, przygotowaną przez nią spódniczkę, sięgnęłam z wieszaka ogrodniczki i wciągnęłam je na tyłek, zakrywając biały, obcisły t-shirt. Trampki miałam w pokoju i od razu wsunęłam je na nogi, ale kurtka..
   - Grace! - przywołałam ją rękoma. - Nie mam co założyć! Kurtkę mam na dole!
   Złapała się za głowę, cienko widząc  bezszelestne przemknięcie koło mojego taty, którego zmysł słuchu był nadzwyczaj imponujący. Rozejrzała się szybko wkoło, wyłapała coś wzrokiem i zanim zdążyłam zaprzeczyć, rzuciła mi czarną marynarkę, wyłażąc już przez okno.
   - Grace, no co ty! 
   Schodziła z drzewa gałązka po gałązce.
   - Jezu, nie marudź! - zawyła. - Oddasz później!
   No, jasne. Jak mogłabyś nie wiedzieć, co?
   Zeskoczyła z pnia i pomachała do mnie rękoma, abym się pospieszyła. Jęknęłam, chowając do kieszeni marynarki gumy miętowe i zawieszając na szyi aparat, po czym wskoczyłam na parapet. 




   - Jack! - zapiszczał Jerry. Chyba po raz trzeci w ciągu godziny. - Mógłbyś w końcu skupić się na drodze?! Zaraz wpadniemy w jakąś kolizję! Jesteś pewien, że wczoraj nic nie piłeś? Może nawet nie pamiętasz! A teraz wieziesz nas na pewną śmierć! Chociaż raz mógłbyś.. - Samochodem gwałtownie szarpnęło w lewo i niespodziewanie wpadłam Grace na kolana. - JACK! - wrzasnął Jerry, a my zajęczałyśmy, łapiąc się za uszy. Jack skrzywił się nieznacznie, co zauważyłam w lusterku koło jego twarzy. I na pewno również ulżyłby swoim bębenkom poprzez krótki masaż palcami, ale nie chciał narażać ich na kolejne niebezpieczeństwo przez oderwanie rąk od kierownicy. - Naucz się w końcu jeździć, bo jak nie, to zaraz wysiądę!
   - Nie wysiądziesz - skwitował szybko Jack, ostrym, podenerwowanym głosem.
   - Obiecuję ci, że wysiądę! - obronił się.
   - Tym razem? - podłapała temat Grace, krzyżując ręce na piersiach i wydymając wargi w akcie protestu. - Obiecywałeś już z jakieś pięćdziesiąt razy! Daj sobie spokój! 
   - Nie! - krzyknął, gwałtownie odwracając się do tyłu na przednim fotelu. Przy tym oczywiście zahaczył o rękę Jacka na skrzyni biegów, za co ten momentalnie zgromił go wzrokiem. - Ostatni raz chciałem wysiąść, gdy ten przygłup prawie wjechał w moherową babkę na skrzyżowaniu!
   - Typowe wymuszenie pierwszeństwa! - zaprzeczył Jack, uderzając głośno spodem dłoni o kierownicę. - Baba ledwo co widziała na oczy, a wchodziła za kółko! Gdzie tu rozum?! 
   - O! O! - Jerry znów zmienił położenie na siedzeniu, tym razem także musząc przeszkodzić Jackowi w prowadzeniu auta. - Odezwał się najmądrzejszy! Pamiętasz, jak piętnaście minut temu o mało nas nie zabiłeś, wjeżdżając w rowerzystę?!
   - Kiedy ja go tylko wyprzedzałem! Widziałeś, ile miał tego napakowane?! Dziw, że w ogóle się utrzymywał! 
   - No tak! Bo wielki pan Brewer nie może jechać dwadzieścia na godzinę przez zaledwie minutkę, żeby poczekać, aż ciężko pedałujący prawdziwy mężczyzna zjedzie na bok, bo przecież musi wyjść na wspaniałego przy.. - W jednej chwili Jack rzucił się na przyjaciela, a ten zaczął drzeć się i piszczeć tak głośno, że cztery samochody za nami na pewno go usłyszały. - TY NAPRAWDĘ CHCESZ NAS POZABIJAĆ! 
   Oparłam głowę o zimną szybę, próbując znaleźć chwilę ukojenia pośród szaleńczych wrzasków. Jej temperatura od razu przyniosła ulgę rozgrzanemu policzkowi, przez co przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Wciąż i wciąż czułam gorzko-słodki zapach. Wszędzie. W samochodzie, na marynarce, od Grace, Jerry'ego, zimnej szyby, Jacka. Po godzinie jazdy miałam wrażenie, że ja sama przeszłam uzależniającym zapachem. Na dodatek skronie pulsowały mi niebezpiecznie z każdym kolejnym krzykiem Martineza, potrójnie głośnym śmiechem czy warkotem silnika. Led Zeppelin, dający cichy koncert ze starej płyty w odtwarzaczu, nie przeszkadzali mi jako jedyni. Głos wokalisty otulał przyjemnie moje poszarpane myśli, powoli tworząc z nich scalony, powoli zrozumiały, aczkolwiek senny ciąg. Dolne rzęsy przyciągały do siebie górne niewidocznym magnesem, czyniąc powieki ociężałe. Za oknem świat przelatywał mi mgliście przed oczami. Auto spychało każdy kolejny krajobraz w przeszłość z prędkością dziewięćdziesięciu (po negocjacjach z Jerry'm) kilometrów na godzinę. 
   Ciekawe z jaką prędkością można wypowiedzieć słowo "Zapomnij"? Jak szybko można posłać je w przeszłość, żądając, by ono jedno pociągnęło za sobą miliony innych, ośmioliterowych wyrazów? 
   - Kim! - Dostałam gumką recepturką w nos i gdy szybko poderwałam się do pozycji siedzącej, usłyszałam narastający, gromki śmiech Jerry'ego.
   - Idiota - powiedziała pod nosem Grace, zdegustowanym tonem.
   Jack zerknął na mnie w lusterku, ale gdy tylko nasze spojrzenia się skrzyżowały, pospiesznie odwrócił wzrok. 
   Zagryzłam wargę od wewnątrz, ponownie wyglądając za szybę (tym razem przytomnie). Gdy zaczęłam skubać skórki przy paznokciach, Grace pacnęła mnie w rękę. 
   Może to i dobrze, że nawet nie patrzył mi w oczy. Przede wszystkim ze względu na dowcipnisia Jerry'ego, który znowu dostałby szału z powodu nieuwagi kierowcy. Ale przecież od dawna nic nas nie łączyło. Mimo że w ciągu ostatniej klasy nadeszła próba odnowienia naszych relacji, okazała się ona jednak zbędna. Naprawdę nic nas nie łączyło. Nie łączyło nas nic oprócz pocałunku. Tylko tego jednego. Pod wielkim orzechem. 
   Oprócz tego nic nie sprawiało, że intrygował mnie gorzko-słodki zapach.

   Nikt nie chciał powiedzieć mi, gdzie jedziemy. 
   Za każdym razem, gdy z moich ust padało pytanie, dotyczące naszego celu podróży czy chociażby aktualnego położenia, byłam ignorowana na milion sposobów. Wszyscy odwracali ode mnie wzrok, z czasem nawet głowy. Udawali, że mnie nie usłyszeli, nie pytając jednak: "Co mówiłaś?" czy "Możesz powtórzyć?". W przypadkach ekstremalnych, gdy łapałam się rękoma obu przednich siedzeń i pochylałam nad skrzynią biegów, Jack podkręcał muzykę albo odpychał niby nic nie znaczącym ruchem moją głowę. 
   Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, gdy Jerry po raz setny narzekał: "Siku, siku!". Grace przygotowywała sobie kawę z ekspresu na drugim końcu sklepu, gdy siedziałam przy małym stoliku, pełniącym jedną drugą mini baru. Patrzyłam, jak Jack stoi w kolejce po cztery hot-dogi i szczerze - nie mogłam się napatrzeć. Jak ktoś tak perfekcyjnie mógł wyciągać z kieszeni portfel, grzebać w nim w poszukiwaniu przydatnych papierków, poprawiać poczochrane włosy z rekordową ilością kogutów, przestępować nerwowo z nogi na nogę, kiedy jakaś nieogarnięta babka blokuje kolejkę? Wszystko to tak naturalnie, tak zwyczajnie, tak podobnie do niego. Tak idealnie. 
   Podszedł do mnie na gibkich, długich nogach, wręczając mi parówkę. Odruchowo zajrzałam w opakowanie, jak zwykłam robić, gdy byliśmy małymi szałaputami i dosypywaliśmy sobie różnych cudów do jedzenia (tak, nigdy nie zapomnę o moim wyskoku z shejkiem).
   - Majonez i ketchup - powiedział, wygodnie siedząc już koło mnie. - Jak zawsze - mruknął, bardziej sam do siebie, jednak zdołałam to usłyszeć i sprawiło to, że wewnątrz poczułam cichą pustkę. Kiedyś mówił mi o wszystkim, nigdy nie ściszał głosu, nie zatrzymywał niektórych słów dla samego siebie, ufał mi bezgranicznie. 
   Nie mogłam odepchnąć, nagle zbliżającego się do mnie biegiem potoku ciężkich emocji. Smutek, rozżalenie, samotność, odraza, złość, uczucie, uczucie, uczucie, wcale nie, nie, nie, nie. Zaraz miałam eksplodować. Zaraz miałam dać upust temu wszystkiemu, całemu światu! Co ja tam robiłam?! Bolała mnie głowa, Boże, wszystko! Nie wiedziałam nawet, gdzie jestem! Musiałam słuchać tych wrzasków, śmiechów, idiotycznej muzyki Led Zeppelin, tego strasznego kawałka "Stairway to heaven", który tak dramatycznie pasował do leżenia na Jacku Brewerze pośród świeżo skoszonej trawy, na pełnym słońcu! Nie mogłam znieść ani chwili dłużej w tej okropnej, śmierdzącej nim marynarce; chciałam jak najszybciej zedrzeć ją z siebie i poszarpać na strzępy! Dlaczego przed nim siedziałam?! Dlaczego w ogóle z nim rozmawiałam?! Nienawidziłam go! Nienawidziłam! Nienawidzę! 
   - O tym nie zapomniałeś? - zapytałam z przekąsem, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Zanim zdążyłam odepchnąć samą siebie. 
   Kocham. Kochałam. Kochałam go.
   Wgryzłam się w bułkę, obserwując walkę Grace z wielkim ekspresem i Jerry'ego myślącego, że uda mu się jakoś pomóc. 
   Bardzo. 
   - Ładna marynarka - Usłyszałam i od razu zaciekawiona odwróciłam głowę w stronę Jacka.
   Całym sercem. 
   - Nie odzyskasz jej szybko, jeśli o to ci chodzi.
   Całą sobą. 
   Uśmiechnął się do hot-doga.
   - Tobie w niej lepiej - powiedział i w jednej sekundzie poczułam, jak serce podskakuje mi do gardła. 
   Bardzo cię kochałam. 
   Założyłam nogę na nogę i zajęłam się jedzeniem. Boże. Co ja wyprawiałam? Czułam, jakbym mogła wszystko. Tak nagle. Jakbym siedziała na dachu i prowadziła gadkę szmatkę z osobą, która kiedyś była mi najbliższa i która w końcu doczekała się dnia, w którym o wszystkim sobie przypomniałam. 
   - Przecież jest za duża - oznajmiłam bez owijania w bawełnę. - Nie pamiętam, żebyś lubił mnie w luźnych rzeczach.
   Jego brwi na krótką chwilę skoczyły do góry ze zdziwienia, ale zaraz uśmiechnął się krzywo, spuszczając wzrok na mój ubiór i rzekł miękko:
   - Najwyraźniej zmieniłem zdanie.
   - Albo obchodzisz oficjalny Dzień Dobroci dla Zwierząt Jacka Obś.. Brewera - Chętnie zdzieliłabym się wtedy bułką po twarzy, gdyby Jack nie patrzył. 
   Zagryzł nieumyślnie dolną wargę i wpatrywał się we mnie ciemnym wzrokiem, jakby również czuł, że nasza na pozór zwykła rozmowa, pogawędka na zbicie czasu była sztywna i lekko stresująca. Pewnie również dlatego wyciągnął wielką dłoń w moją stronę i strzepnął długimi, ciepłymi palcami okruszki z okolic moich ust. I dlatego też zaraz nie cofnął ręki. Tylko z narastającym napięciem na kościstej twarzy, zupełnie jakby wewnątrz walczył sam ze sobą, dotykał kącika moich ust i wpatrywał się w nie z rozszerzającymi się źrenicami. Oczy czerniały mu z każdą kolejną sekundą; cząsteczką w powstającej coraz szybciej między nami złożonej chemii. Jego kciuk drżał niebezpiecznie na mojej skórze. 
   Pomyślałam wtedy nawet, że naprawdę wyglądał, jakby za chwilę miał mnie pocałować. Przez głupie zauważenie okruszków na niezdarnej buzi. Patrzyłam, jak uszy mu czerwieniały, jakby ze złości na samego siebie. A najgorsze było to, że ja również denerwowałam się, bo moje zdradzieckie ciało ogarniały to potężniejsze ukłucia gorącego prądu. Kumulowały się złowieszczo tuż przy ustach. 
   Nie wiem, w jaki sposób, jakim cudem czy chociażby dlaczego chwyciłam powoli za jego ciepłą dłoń. Tak ogromną przy mojej. I z jakiego powodu przejechałam delikatnie jego szorstkim kciukiem po mojej dolnej wardze, zastanawiając się, czy mu też sprawiło to tak niewyobrażalnie wnerwiającą, ale jak kuszącą przyjemność. 
   Wpatrywaliśmy się w siebie jak w obrazy Salvadora Dali. Z zaintrygowaniem doszukując się to nowszych detali, mogących doprowadzić do rozwiązania zagadki, jaką była głębia [wnętrze]. Zupełnie, jakby nasze twarze dzieliły centymetry, my przewróceni na moim łóżku, czekający na ruch drugiej osoby lub nowe zadanie matematyczne do przepisania na kartkę papieru. 
   Gdy przełknął głośno ślinę, z trudem odsunęłam jego rozgrzaną skórę od swojej i kiedy nadal nie odrywał ode mnie ciemnego, hipnotyzującego, przyciągającego jak wielka czarna dziura wzroku, zeskoczyłam z krzesła i popatrzyłam na niego, próbując uśmiechnąć się tak krzywo, jak tylko on potrafił. 
   - Idziesz nas zabić za kierownicą czy będziesz tak tutaj siedział jak ostatnia gielejza? 
   Nie odpowiedział mi nic. Nie zwrócił uwagi na specjalnie użyty "wikisłownikowy" wyraz. Tylko wstał, prostując długie, szczupłe ciało, podszedł blisko swojej czarnej marynarki na moich ramionach, pochylił się w opustoszałym mini barze i prawie równo z moim wstrzymanym gwałtownie oddechem, ucałował powoli mój podbródek, pozostawiając po sobie mokry ślad i sprawiając, że zaczęły pulsować mi skronie, w ten straszny, przyjemny sposób, a brzuch boleć z zachwytu. Zacisnęłam mocno pięści. Wdychał i wydychał powietrze koło mojego ucha, dając mi szansę na przypomnienie sobie czegoś, o czym niesprawiedliwie zapomniałam.
   Przecież wiesz, że nadal cię kocham. 

   - Nie wierzę, że nie działa ci radio - stwierdziła oskarżycielskim tonem Grace. - Nie zgrywaj jakiegoś wspaniałego fana rocka czy czego ty tam słuchasz, który brzydzi się popularną i przede wszystkim  n o r m a l n ą  w tych czasach muzyką! I, kurde, włącz to cholerne radio! 
   Jerry, odwrócony przodem do nas i dziwnie wygięty na swoim fotelu, wpatrywał się z sennym zachwytem w zawsze promienną twarz przyjaciółki, teraz skalaną zmarszczkami nerwów na czole. 
   - Normalną muzyką nazywasz dźwięki, wzorujące się na zarysowanej płycie w odtwarzaczu, czymś na wzór popu, co tak naprawdę składa się na cztery linijki wciąż powtarzanego tekstu i..
   - Proszę cię, nie przyyynudzaj znowu - Przewróciła oczami, opadając ciężko na oparcie siedzenia. 
   Obserwowałam ich potyczki, zakopana szczelnie w czarnej marynarce, raz po raz zerkając z rozbawieniem na rozmarzonego Latynosa. Zastanawiałam się też, ile takich wciągających rozmowo-kłótni Grace i Jacka mnie ominęło. W tamtej chwili zaczęłam nawet myśleć, że nie warto było siedzieć całymi dniami w pokoju pośród stosu podręczników. Możliwe, że trójka siedząca ze mną w aucie, urządzała sobie takie wycieczki donikąd co tydzień. A ja nic o tym nie wiedziałam. Nawet się nie spodziewałam. Nie przyszło mi do głowy, że mogłabym w nich [może] uczestniczyć. 
   - O co ci chodzi? - prawie zapiszczał Jack, niby zdziwiony, przez mutację głosu i od razu odchrząknął, dodając: Przecież nie obrażam twoich idolek, wywijających sztucznymi tyłkami pośród napakowanych Murzynów w różowych stringach, tak kobieco wijących się na tle jakiegoś ślepego zaułka do gwałcenia. 
   - Co z ciebie za palant! - żachnęła się, podrywając do przodu i łapiąc za oparcie jego siedzenia. Jerry wydał z siebie dziwny dźwięk, przypominający trochę nieudaną próbę śmiechu. 
   - No co? - Jack uniósł ramiona do góry, zaciskając palce na kierownicy. - Jak nie prawda jak prawda? Stwierdzam fakty. Każde wypowiedziane przeze mnie słowo ma swoje odzwierciedlenie na teledyskach chociażby takiej Nicki Minaj. 
   - Nie słucham Nicki Minaj, jakbyś chciał, do cholery, wiedzieć - Grace posługiwała się takim z lekka wulgarnym słownictwem zawsze, czy to towarzystwo akurat tych dwóch chłopaków tak na nią wpływało? 
   - No tak, sorki - obronił się Jack, przygotowując do kolejnego krótkiego wywodu. - Twoja oficjalna playlista czy chociażby ulubiony gatunek muzyki zmieniają się co miesiąc razem z nowym Top 100 na YouTube. Jakie to ambitne - westchnął z widocznie udawaną ekscytacją.  
   Grace skrzywiła się obrzydzona jego w pewnym sensie prawdziwą gadką i z rozwścieczeniem wbiła paznokcie w fotel kierowcy. 
   - Albo się uciszysz albo zaraz Jerry znowu będzie miał powód do pobicia cię, żebyś zwolnił - warknęła ostrym tonem tuż przy jego głowie i znów oparła się o swoje siedzenie - tym razem nieco agresywniej, cicho uderzając plecami o oparcie. Skrzyżowała obrażona ręce na piersiach i wpatrzyła się z uporem w szybko mknący krajobraz za szybą. 
   Chwilę po zakończeniu głośnej wymiany zdań pomiędzy przyjaciółmi, Jerry usnął w tej samej, dziwnej pozie, jakby nadal wpatrywał się z uśmiechem w napiętą ze złości twarz Grace, jednak z tą różnicą, że oczy miał zamknięte. 
   Potarłam dłonią brodę, po raz setny próbując pozbyć się z niej przyjemnego mrowienia. Czułam, że zaraz przez nie oszaleję albo chociaż wydrapię sobie całą skórę w najbardziej dokuczliwym miejscu. Z udawanym spokojem patrzyłam w bok, prosto na szybę, by nie musieć wciąż odwracać wzroku od przedniego lusterka, odbijającego ciemne ślepia Jacka. Jego obecność dekoncentrowała mnie najmocniej. Miałam już dość jego towarzystwa, tym bardziej, że wiedział o czymś, o czym ja na przekór losu nie pamiętałam, bo miałam nieziemsko wielkiego kaca! Jack Brewer doskonale, z każdym najmniej istotnym szczegółem wiedział, co wydarzyło się w dzień balu maturalnego. Wiedział, z jakiego powodu obudziłam się w jego marynarce, we własnym łóżku, kompletnie nieprzytomna. Wiedział o wszystkim, co stało się zaledwie paręnaście godzin przed naszym wyjazdem z Seaford. I przede wszystkim wiedział, że to wszystko miało z nim jakiś związek. 
   Ja nie wiedziałam nic. Znów nie pamiętałam. Mimo, że po raz wtóry tak rozpaczliwie chciałam. 
   A on bezkarnie zostawił sobie każde to wspomnienie na własność, nawet mnie o tym nie informując. 
   Potarłam nerwowo brodę i zaraz po tym zacisnęłam z frustracji zęby. Najchętniej zmiażdżyłabym je sobie na miejscu, pozostawiając po nich jedynie biały, nadal śmierdzący alkoholem proch. I wtarła go w tę okropną marynarkę, żeby przestała tak charakterystycznie i intensywnie pachnieć! Dokładnie na mnie!
   Wpatrzyłam się z napięciem w okno, drzewa rozmazujące się za nim i powoli padający deszcz, uderzający z denerwującym stukiem o szybę. Krople odbijały się od zimnego, śliskiego materiału, jak racjonalne myśli od mojej głowy. 
   Podciągnęłam kolana pod brodę. Pas bezpieczeństwa wbił mi się nieprzyjemnie w brzuch. Zanim zdążyłam go jednak poprawić, przed oczami z rozpędem mignął mi znajomy znak, nakazujący zwolnić ze względu na teren zabudowany. Zaraz po nim wielka, błyszcząca się złowieszczo, prosto w moje zdumione spojrzenie, tablica ze świdrującym mi mózg napisem "Witaj w Danville! Życzymy miłego pobytu!". 
   Pas zaczął wrzynać mi się w żebra, gdy z rozdziawioną buzią patrzyłam prosto w przednie lusterko, zalewane przez ciemne, rozbawione spojrzenie. 

   - Oszalałeś?! - krzyknęłam, gdy Jack zatrzymał samochód na małej stacji benzynowej w Danville, gdzie zazwyczaj rano kupowałam kubek gorącej herbaty. 
   Grace i Jerry poszli rozprostować kości - ona po bezruchu spowodowanym nerwowym napięciem, zaś on po śnie w pozycji zagrażającej jego kręgosłupowi. 
   Wgramoliłam się na przednie siedzenie pasażera, pożerając Jacka morderczym spojrzeniem. Z bliska. Nie miał jak się z tego wykaraskać, nawet gdyby bardzo tego chciał. Jedyną możliwością była szybka ucieczka z auta, ale żeby to wykonać najpierw musiał się obrócić, przy tym jeszcze odpinając pas i otworzyć drzwi. W tym czasie pięć razy zdążyłabym złapać go za ucho i zbesztać za tchórzostwo. Okej, mógł również ostrożnie załagodzić sytuację, ale oboje wiedzieliśmy, że nie był ekspertem w słowach, więc nawet nie próbował. 
   - Kim, posłuchaj.. - Chyba że ten zduszony jęk można jednak nazwać próbą.  
   Nie dałam mu dokończyć. Nie widziałam potrzeby słuchania go, tak samo jak on nie widział potrzeby wyjaśnienia mi tego wszystkiego. Wyjaśnienia mi całej szkoły średniej. 
   - Nie! - zawołałam. - Mam już tego dość, Jack!
   Mój głos przypominał żałosne skomlenie psa, ale nie miałam nawet siły czy rozumu, by jakoś temu zaradzić. 
   - Czego masz dość? - zapytał z tym swoim szaleńczo denerwującym spokojem. Jakim cudem zawsze był tak opanowany?! 
   Skrzyżował ciemne spojrzenie razem z moim i serce zatrzepotało mi w piersi, za co miałam ochotę je rozerwać. 
   Pokręciłam bezradnie głową, patrząc w inną stronę. 
   - To małe miasto. Ciocia na pewno mnie spotka. Zaczną się pytania. W końcu się domyśli. Powie o wszystkim rodzicom. Boże.. - Złapałam się za głowę. - Tata mnie zabije. 
   Poczułam wielką dłoń na kolanie i chociaż miałam przemożną ochotę zrzucenia jej i zdzielenia nią jej właściciela po twarzy, nie zrobiłam tego. 
   - Wkurzy się o to, że pojechałaś gdzieś z przyjaciółmi? - zapytał głosem miękkim, jak materiał jego marynarki. - Przecież jest weekend, wszystko jest.. 
   - W porządku? - dokończyłam za niego, gwałtownie łapiąc za jego dłoń na moich ogrodniczkach. Wiedziałam, że w moich oczach maluje się rozpacz, ale Jack jakoś musiał znieść to spojrzenie na swoim. Gdyby odwrócił wzrok, nie odpuściłabym mu. Oczywiście, że o tym wiedział. Wie o mnie wszystko. Jego długie palce drgnęły nieznacznie pod moim dotykiem. - Nic nie jest w porządku, Jack - zapewniłam go. - Nic nie jest w porządku, bo się upiłam. Nic jest w porządku, bo przeze mnie nie dostałeś się do szkoły astronomicznej - Jego oczy pociemniały. - Zniszczyłam sobie bal, z którego nic nawet nie pamiętam. Zrobiłam mamie ciche nadzieje, że mogę być taka jak ona. Wykorzystałam cię, żeby w końcu się od tego wszystkiego uwolnić. Przez całą szkołę średnią nie mogłam wyizolować się od tego jednego słowa. Tak bardzo chciałam sprawić ci radość i przestać wciąż i wciąż przywoływać obrazy w swojej głowie. Nie mogłam! A teraz, gdy naprawdę zapomniałam, nie pragnę na świecie niczego więcej, jak odzyskać tę jedną noc, która zniszczyła wszystko.
   Nie pamiętam, przy którym zdaniu po policzkach potoczyły mi się łzy. O dziwo nie były ciężkie ani nie sprawiały mi bólu. Były delikatne, łaskotały moją skórę jak piórko, zalewały moją napiętą twarz ulgą. 
   Jack otarł jeden z mokrych policzków wierzchem dłoni. Drugą nadal trzymał, nawet nie w połowie przykrytą moją. 
   - Do której nocy? - spytał. Jego wielkie oczy były czarne, bez wyrazu. Patrzenie na nie było jak wbijanie sobie zwęglonych szpilek w serce. 
   Jak mógł dotykać mnie z takim uczuciem, tak naprawdę nie czując nic? Jak mógł być taki spokojny, gdy obnażałam przed nim swoje najskrytsze myśli? Jak mógł nie wiedzieć, o którą noc mi chodziło? 
   - Zapomnij - wyszeptałam z żalem. - Wcale nie chodziło mi o bal.
   - Wcale nie chciałem, żebyś cokolwiek zapominała - powiedział szybko, niczym przecinak, prawie wchodząc mi w słowo. - Byłem..
   Tym razem jak błyskawica odjął rękę od mojego policzka, gdy drzwi za mną otwarły się gwałtownie. Jego dłoń pod moją zniknęła.
   - Ej, Kim! - Usłyszałam jęk Jerry'ego, kiedy pospiesznie ocierałam mokrą twarz dłońmi. - Co to ma być, że wychodzisz na chwilę i zaraz zajmują ci najlepsze miejsce?! 
   - Jerry - Jack spiorunował go wzrokiem, gdy spostrzegł, że łzy nie przestają lecieć mi z oczu. - Rusz swój zapyziały tyłek na tylne siedzenia i nie marudź jak baba z rokoko. 
   Podniosłam na niego rozbawiony wzrok, przypominając sobie o feriach zimowych i naszym wspólnym sprzątaniu mieszkania cioci Alice. Kącik jego ust drgnął. 
   - Wiesz co! - oburzył się Jerry. - Mój tyłek wcale nie jest zapyziały, tylko gładki jak pupcia niemowlaka i tak już poza tym to co to, do cholerci, jest koroko?!
   Wybuchnęłam śmiechem, zaraz zakrywając sobie usta dłonią i czując jak się rumienię. 
   Jerry mruknął coś pod nosem, zapewne mające na celu obrazić Jacka, i zatrzasnął drzwi, pakując się na fotel za mną. Grace siedziała już koło niego z kolejną kawą w ręku i dwoma innymi kubkami. Wyciągnęła rękę do Jacka, by podać mu dwie duże herbaty. Odebrał je od niej bez słowa, podając mi jeden z papierowych kubków. 
   Posłałam Grace promienny uśmiech w ramach podziękowania. Dobrze wiedziała, że nienawidzę kawy. Rzucało mnie po niej od środka, jakby jakaś nieodkryta, szalona część mnie chciała wydostać się na zewnątrz. 
   Jack popatrzył na zegary samochodu i zdawało mi się, że na chwilę jego twarz wykrzywiła się w oszołomieniu. Trwało to jednak tak krótko, że nie byłam pewna, czy zrobił to naprawdę. Zerknął na mnie, po czym zapalił samochód i nie pisnął ani słówka, powoli tocząc auto po wyjeździe ze stacji. 
   Popatrzyłam na czerwoną lampkę nad kierownicą przy znaczku węża do wlewania benzyny. 
   Na twarzy Jacka pojawiło się napięcie, choć próbował to ukryć. Nie przede mną.
   - Czemu jedziemy tak wolno? - zapytał nagle Jerry, jak na przekór losowi.
   - No nie mów, że chcesz przyspieszyć! - rzuciła dokuczliwe Grace, a ten zmierzył ją nienawistnym wzrokiem. 
   Czekałam aż Jack się odezwie, hamując w sobie chęć pacnięcia go w głowę, którą pokrywały gęste brąz włosy. Koguty odstawały mu z tyłu i w jednej chwili musiałam powstrzymać się, by nie uderzyć również siebie, bo zapragnęłam mu je przygładzić. 
   Odchrząknęłam i gdy Jack pochwycił moje ostre, niezadowolone spojrzenie, uśmiechnął się krzywo. Naprawdę chciałam go uderzyć. Tak, siebie przy okazji też. 
   - Więc? - ponaglił Jerry, ignorując fukanie przyjaciółki.
   Nikt się nie odezwał, zupełnie jak wtedy, gdy to ja pytałam o cel naszej podróży. Chyba mieli jakieś alibi co do odpowiedzi. 
   Ciszę po chwili przerwał Jack, skręcając w niewielki plac, pełniący funkcję parkingu, który otaczało szare, obdrapane ze starości blokowisko. Minął garaż z kolorowym napisem PALEC i zatrzymał się pod jednym z niskich budynków. 
   - Chyba wpadniemy do kogoś w odwiedziny. 

   - Kochaneczku! - zawołała ciocia Alice, zanim jeszcze Jack przekroczył próg drzwi.
   Porwała go w swoje niedźwiedzie objęcia, nie dając wytrzeć porządnie butów o wycieraczkę, przez co naniósł piasek do mieszkania i od razu zaczął posyłać jej siarczyste przeprosiny. Co za pozer, pomyślałam, krzyżując ręce na piersiach i przygryzając nerwowo wargę. Jacka nigdy nie obchodziło to, czy naniesie piach czy nawet śnieg z piachem i solą do domu, a już w szczególności to, że jego mama będzie musiała po nim posprzątać. Ale ciocia Alice tylko uśmiechnęła się do niego oczarowana, na co przewróciłam z degustacją oczami. Jack posłał mi promienny uśmiech zwycięscy.
   Patrzenie na ciocię, jak uradowana witała ludzi, których wcześniej nie widziała na oczy (o Grace słyszała tylko z moich opowieści) i w końcu za ich plecami dostrzegła mnie, wprawiało mnie w poczucie winy. Czy naprawdę tak się cieszyła? Nawet z tego piachu na podłodze? Zupełnie niezapowiedzianych odwiedzin nieodpowiedzialnej, nieporadnej i wiele innych nie- bratanicy? Rzuciła mi się w ramiona, posyłając czułe słówka, ale jedyne na co mogłam się zebrać to poklepanie jej po plecach i wymuszony uśmiech.
   - Przepraszam, nie przyniosłam nic dla maluchów - prawie wyszeptałam zawstydzona. Gdyby był ze mną tata, na pewno wcisnąłby mi w ręce jakąś tandetną, kocią zabawkę, która mimo wszystko ucieszyłaby jego siostrę. Ale ja nawet tego nie potrafiłam dla niej zrobić. 
   Ciocia Alice spojrzała na mnie wzrokiem pełnym miłości i nieznanej w nim dotąd tajemnicy.
   - Kochanie - położyła mi opiekuńczo dłoń na głowie, jak zawsze robią dorośli w mangach. - Przestań myśleć o tej bezużytecznej wazie i chodź na ciasteczka. 
   Jej gwałtowność nieco mnie zaskoczyła i aż drgnęłam w reakcji na jej słowa. 
   Gdy podniosłam wzrok z jej bordowego, ozdobnego szalika, niedbale owijającego szyję, na jej radosne oczy w kształcie migdałów (tak bardzo przypominające moje), od razu miałam ochotę zakopać się w jej ciepłych, kochających ramionach. Była dla mnie taka dobra. Czułam łączącą nas ciasną więź, której dodatek tworzyły podobne spojrzenia różnokolorowych oczu. Ale ona tylko uśmiechnęła się do mnie, pogładziła moje blond włosy i odeszła. 
   Dopiero wtedy ze wstydem zorientowałam się, że przez ten cały czas Jack obserwował nas z kąta. Szybko udało ci się wskazać przyjaciołom salon, co?, pomyślałam rozjuszona, wstępującymi powoli na moją bladą twarz rumieńcami. Ciocia Alice zniknęła za jego plecami, uprzednio zatrzymując się tylko na krótką chwilę, by położyć mu dłoń na ramieniu w geście otuchy. Szkoda tylko, że nie jemu wtedy była potrzebna. 
   Popatrzyłam z oddali w ciemne oczy, spoglądające na mnie z żalem i z czymś jeszcze. Czymś tak znajomym, ostatnio widzianym tak dawno - przed tym jednym słowem. Uczucia z jego czarnych tęczówek eksplodowały prosto na mnie. Z każdą sekundą coraz bardziej. 
   Widziałam już to spojrzenie. Już je znosiłam. Dokładnie je pamiętałam. Pamiętałam. Coś w końcu pamiętałam. I zdawało mi się, że wcale nie z okresu mojego piętnastoletniego życia. Wcale nie koło jednego, łamiącego niedoświadczone serce słowa. Pamiętałam je. Po prostu pamiętałam. I nie mogłam się od niego uwolnić, chociażby po to, by zaczerpnąć powietrza. 
   Patrzył na mnie z istną eksplozją miłości, żałości.. i znów przepraszał, nie wiedząc nawet za co. 
   Odwróciłam gwałtownie wzrok, zaciskając palce na za długich rękawach marynarki i wyminęłam Jacka Brewera, pozostawiając go sam na sam ze swoimi nieodgadnionymi emocjami. 
   Jednak nie on jeden musiał zmagać się z tym w samotności.

   Przybrałam ostry wyraz twarzy, próbując znów się nie rozpłakać przy swoim beznadziejnym sąsiedzie. Udawanie, że wszystko gra, nie wchodziło w rachubę. Czułam, że mojego wymęczonego przez całą szkołę średnią organizmu na to nie stać. O wiele łatwiej i prościej było udawać niewyobrażalnie złą za samo przebywanie w domu cioci. Za arogancję i bezmyślność. Jego. Bo kogo innego?
   Usadowiliśmy się wygodnie na kanapie, kiedy ciocia popędziła do kuchni po różnego rodzaju słodkości. To znaczy przycupnęłam na wąskiej sofie, Jack bez wahania zajął miejsce zaraz koło mnie (za co miałam ochotę go zdzielić, bo czy naprawdę nie czuł się tak niezręcznie jak ja?) i po chwili przywarł do mnie mocno ramieniem, aż wytrzeszczyłam oczy, gdy Jerry na chama wepchnął się, tworząc ścisk na meblu. Grace zajęła wielki fotel obok, wyciągając się na nim jak królowa, widocznie zadowolona ze swojego łupu. 
   Nie wytrzymywałam nacisku, jakim było jego ramię, ciepło, sama obecność. Moje wnętrze przegrzewało się niczym stary komputer stacjonarny. 
   - Jack - Popatrzyłam na niego gwałtownie, ze złości marszcząc brwi i przygotowując się do obsmarowania go wszelakimi wyzwiskami. Po chwili, lekko spięta po zwróceniu na siebie uwagi, stwierdziłam jednak, że był to fatalny pomysł, bo gdy on również odwrócił głowę w moją stronę, prawie zetknęliśmy się czubkami nosów. 
   Jack jak oparzony odskoczył ode mnie, gniotąc Jerry'ego, za co ten wepchnął go na mnie jeszcze bardziej. Poczułam, jak jego ramię napina się z nerwów. Koniuszki uszu czerwieniały mu z szybkością światła, jak zawsze gdy siedział koło mnie na dachu i udawał, że dotyk mojego ramienia nie robi na nim wrażenia. 
   - Jesteś strasznie nieodpowiedzialny. Bezmyślny - powiedziałam nagle, zaskakując nawet samą siebie. Emocje nie pozwalały mi zamknąć buzi na kłódkę. Najlepiej taką niezniszczalną. Zaczęłam obwiniać go za zrzucenie na ciocię całej odpowiedzialności za nasz wybryk. Właściwe to gwałtownie wyszeptałam obelgę prosto do bordowego już ucha. Znajdowało się tuż przy moich ustach i zdawałam sobie sprawę, że jeśli Jerry popchnie Jacka jeszcze o kilka centymetrów to.. 
   - A ty sztywna - odpowiedział tym samym tonem, z wyczuwalnym napięciem w głosie. 
   ..wybuchnę.
   Naburmuszyłam się.
   - Sztywne to jest twoje ramię, mądralo.
   Uśmiechnął się krzywo pod nosem, czego zauważenie wywołało u mojego serca wnerwiające palpitacje. 
   - A kto tu jest Mądralińską, co? - zapytał z przekąsem, ponownie zwracając wzrok ku mnie, chcąc mi udowodnić, że jego wcześniejsza reakcja na moją bliskość była czystym zdziwieniem. I niczym więcej! Jednak w tej samej chwili Jerry wysunął łokieć pod pretekstem podrapania się za głową i niespodziewanie pchnął mocno Jacka w moją stronę, niczym zdenerwowany buldożer. On również nie miał głowy do dobrych planów.
   Cały świat stanął w miejscu wraz z moim oddechem.
   Jednym ruchem mogłam przywrócić go do normy, po prostu odpychając Jacka w stronę oprawcy, ale serce zabiło mi dziesięciokrotnie mocniej i zdusiło we mnie szybki plan działania, otępiając całkowicie. 
   Rozum zastąpiły prawie osiemnastoletnie hormony i nie zamierzały za nic mu ustąpić, wciąż sprawiając, że świat nieruchomiał bardziej i bardziej, z sekundy na sekundę.
   Krótkimi przemyśleniami stwierdzałam przerażające fakty.  
   Jack nie mógł się ruszyć. Ja mogłam. Jego twarz nabierała wyraźnych rumieńców. Moja sekretnie zmówiła się z jego i przetransportowała całą krew w nieprzygotowane do tego blade policzki. Przełknął głośno ślinę, poruszając ostro zarysowanym jabłkiem Adama. Zerknęłam na jego usta. Wbijał łokieć w poduszki tuż koło mojego biodra. Nieumyślnie zaciskałam dłoń w pięść na jego klatce piersiowej, jakbym wciąż broniła się przed przygnieceniem. Jego delikatny oddech zaczął łaskotać mnie w rozgrzane policzki. Prawie dotknęłam nosem jego nosa, gdy niewidzialne pomiędzy nami magnesy zaczęły odnajdywać do siebie drogę. Oczy poczerniały mu niekontrolowanie, powieki powolnym ruchem odnajdywały drogę do dolnych rzęs. Na wierzchu dłoni czułam, odbijające się od niej raz po raz jego serce przez napiętą klatkę piersiową. Rozchylił wargi. Rozchyliłam moje gorące, gotowe na wszystko wargi.
   - No, proszę! - Nie na wszystko. W pierwszej chwili stanęło mi serce, jakbym przed chwilą zobaczyła ducha w postaci zdenerwowanego na mnie taty. W drugiej zaś odepchnęliśmy siebie nawzajem tak szybko, że omal nie wypadłam z kanapy, a Jerry warknął wściekły na Jacka. Ciocia Alice uśmiechała się triumfalnie od ucha do ucha, kładąc na stole trufle i butelkę wina. - A jednak coś zaiskrzyło.
   Nikt się nie odezwał, kiedy zamiast zaprzeczyć, oboje wbiliśmy wzrok w swoje dłonie lub pustą ścianę naprzeciwko, która nagle stała się najbardziej interesującą rzeczą na planecie Ziemia. 
   Świat ze spoczynku zaczynał kręcić się wokół mnie zdecydowanie zbyt szybko. Przyprawiało mnie to wręcz o zawroty głowy. Myślałam nawet, że zaraz zwymiotuję. Ale to wcale nie były objawy jelitówki. 
   Jego gorące, pulsujące ramię napierało na mnie z siłą miliona kulturystów na raz. Wszystko kręciło się nazbyt gwałtownie, biorąc pod uwagę, że chwilę wcześniej przebywało w stanie samoistnego spoczynku. Kanapa, na której siedzieliśmy, obrazy na ścianach, miska ze słodyczami, Grace na fotelu.. Zaczęłam tracić oddech. Zaczęłam tracić rozum. Motyle latały mi jak oszalałe w brzuchu i próbując je zdusić, czułam wstępujące na twarz coraz to obfitsze rumieńce. Musiałam coś zrobić. Musiałam coś ze sobą zrobić! Musiałam w końcu zrobić coś, żeby nie przestać oddychać.
   Jerry i Grace rozmawiali z ciocią, która wlewała do wysokich lampek czerwonego, wydzielającego przyjemny, ostry zapach wina. Śmiali się z jednej z jej szkolnych opowieści, związanej z wagarami z facetem-psem, który rzucił się na nią jak na smaczną kostkę, gdy wylądowali na basenie, obchodząc pierwszą randkę. (Powtarzam: na basenie.) Jack sięgnął po trufle i zaczął nerwowo odwijać je z papierków, niesamowicie trzęsącymi się dłońmi. Zupełnie jakby ktoś trzymał go za nadgarstki i energicznie nimi potrząsał. Długie palce przytwierdzone do tak ogromnych, męskich, ale tak małych i chłopięcych dłoni nie potrafiły odnaleźć drogi do..
   Wdech. 
   Wydech.
   Wdech..
   Wy..
   Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Sześć..
   Zerwałam się z kanapy, prawie podrywając do góry, siedzącego koło mnie sąsiada i niczym błyskawica korytarzem udałam się do łazienki. Rozmowy o facecie-psie na chwilę ucichły, gdy zatrzasnęłam za sobą cienkie, białe drzwi.
   ..siedem. Osiem. Dziewięć. Dziesięć.
   Wdech.
   Wydech. 
   Oparłam się rękoma o wąski zlew, opuszczając nad nim głowę, jakbym zaraz miała zwymiotować hot-doga, a później wytaplać w nim czarną marynarkę. Zerwałam ją z siebie najszybszym ruchem, jaki wykonałam w całym moim krótkim, skomplikowanym życiu i zaczęłam krążyć wkoło, próbując pozbierać się do kupy. Pomieszczenie było tak małe, że istniało groźne ryzyko nabawienia się klaustrofobii. Ale wtedy bliżej było mi do depresji czy (już inaczej myśląc) do omdlenia. 
   Co mnie napadało, że znów zaufałam Jackowi Brewerowi? Że wsiadłam do jego zapyziałego, obrzydliwego Forda i dałam się zawieść na pewną śmierć do własnej cioci? Co było ze mną nie tak, że nie potrafiłam mu się oprzeć? Że będąc tak blisko niego, czując na dłoni jego zapalczywie bijące serce, nagle wszystko wkoło przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie? Dlaczego nie czułam żadnych pohamowań, gdy jego usta wisiały tuż nad moimi, mimo że obok znajdowała się moja przyjaciółka z truflami zamiast kinowego popcornu w rękach? Jaka magia sprawiła, że kochałam tego niedorobionego umysłowo dzieciaka z krzywymi zębami i wiecznie splątanymi przez liczne koguty włosami? Jak mogłam kochać go po tym, co zrobił? Jak mogłam go kochać, gdy kazał mi przyrzec? Jak mogłam być w nim zakochana tak, że cały świat przestawał istnieć? 
   Przez dziurki u dołu drzwi usłyszałam głośne śmiechy i dzikie nawoływania Jerry'ego z salonu. 
   Popatrzyłam w lustrze na leżącą obok moich stóp marynarkę, zagryzając nerwowo wargę. 

   - Grasz z nami w butelkę? - zapytała Grace, kiedy tylko przekroczyłam próg salonu. 
   Jack, siedzący wraz z przyjaciółmi na podłodze, zmierzył mnie tajemniczym wzrokiem, którego nie miałam nawet siły odgadywać. 
   - To nie miało być pytanie - sprostował pospiesznie Jerry. - Kim, grasz z nami w butelkę - rozkazał z poważną miną, świdrując mnie brązowymi ślepiami. - I pijesz - dodał szybko, sięgając do niskiego, dębowego stołu i podając mi pełną lampkę wina.   
   Oczywiście i jak na mnie przystało: chciałam odmówić. Ale gdy moje nozdrza odurzył ciężki, charakterystyczny zapach alkoholu, poczułam dziwne pragnienie i nagle zdałam sobie sprawę, że tak mała dawka nie zrobi mi nic złego, a nawet poprawi strzaskany przez cały dzień humor. Zupełnie jak zaledwie paręnaście godzin temu. Istnieje jednak nieodkryta przeze mnie możliwość, że  poddałam się żądaniu Jerry'ego z powodu zaciętej miny najwyższego w pokoju chłopaka i należących do niego pary ciemnych, wielkich oczu, wbijających natarczywie wzrok w moją zajętą dłoń. Okej, nawet jeśli wcześniej nie miałam pojęcia o takiej opcji, z czasem stawała się ona bardziej realna. 
   Upiłam łyk napoju, od razu orientując się, że było to wino wytrawne, i przycupnęłam na białym dywanie między Grace a Jerrym, naprzeciwko Jacka. Nadal patrzył prosto na mnie, nieco obrażony, ale w większości zamyślony. Zupełnie jakby również wyobrażał sobie, jak wielką i trudną do zmycia plamę na białym futrze pozostawiłby podany alkohol. 
   Ciocia Alice zostawiła nam słodycze na stole i (ku uciesze Jerry'ego) do połowy pełną butelkę wina, po czym zniknęła za drzwiami, uprzednio wypuszczając z innego pokoju koty. Wleciały na czysty dywan niczym wielkie kłęby kurzu i zaczęły z zainteresowaniem krążyć wokół nas. 
   Strach ściskał mi serce, gdy myślałam o tykającym zegarku za moimi plecami - na dworze robiło się ciemno, samochód stał na zapełnionym parkingu pod balkonem, a my jak gdyby nigdy nic siedzieliśmy na podłodze w małym, czteroosobowym kole, które w zasadzie bardziej przypominało kwadrat. Dodatkowo stresu dodawała mi, złowieszczo kręcąca się pomiędzy nami, pusta, lekko wgnieciona po boku butelka. 
   Pogłaskałam nerwowo po łebku jednego z pięciu kotów, który zaczął przystawiać się do mojej gołej stopy (tak, nie zdążyłam zaopatrzyć się w skarpetki, gdy rano na kacu wyskakiwałam przez okno) i jednym uchem słuchałam Grace, która cała czerwona na twarzy opowiadała Jerry'emu o swojej wtopie na jednej z randek z Davem. Oczywiście, Latynos musiał wiedzieć o całym zajściu w jak najdrobniejszych szczegółach i odpuścił dopiero wtedy, gdy twarz Grace przybrała kolor ciemnego buraka - nie wiadomo czy ze wstydu czy raczej złości. 
   Kiedy rudo-biały kot znudził się moim towarzystwem, butelka kręcona przez moją zażenowaną przyjaciółkę po dziesięciu minutach odpytywania, wycelowała prosto w Jacka. Uśmiechnął się krzywo, a moje wnętrzności zrobiły fikołka, na co wzdrygnęłam się z niesmakiem. Wyglądał na zmęczonego - balem, jazdą do Danville czy może kolejną upojną nocą ze swoją dziewczyną - więc powiedział tylko, opierając łokieć na zgiętym kolanie:
   - Pytanie. 
   Grace wyszczerzyła zęby w uśmiechu, zacierając ręce. Ściągnęła złowieszczo brwi, niczym bandyta planujący napad na księgarnię pełną nowych, pachnących książek z lśniącymi okładkami, których brakowało na półkach w jej domu.  
   Uwaga, szykuje się bomba.
   Jack przewrócił oczami. 
   - Jak ci się układa z London, mój drogi przyjacielu? 
   Zamarłam z ręką na białym futrze Czesia, który romantycznie zerkał na wysokiego bruneta naprzeciwko, chcąc wzbudzić jego zazdrość. Usilnie próbowałam nie podskoczyć w miejscu ze zdenerwowania lub rzucić tłustym kotem w nie myślącą wtedy przyjaciółkę. Grace robiła sobie ze mnie jakiś chory żart czy to może los postanowił zabawić się moim kosztem? Podkurczyłam kolana pod brodę, wpatrując się w małe, jasne paluszki u stóp. Jasne, przecież Grace nie potrafiła czytać w myślach. 
   - Zerwaliśmy.
   Jeśli wcześniej byłam przerażona chwilowym zatrzymaniem akcji mojego serca, w tamtej chwili byłam pewna, że zaraz padnę nieżywa na środek koła/kwadratu. 
   - ..co? - wykrztusiła Mendler, zaraz zanosząc się dziwnym, zszokowanym śmiechem. Po chwili zaczęła już wypytywać Jacka o szczegóły: Jak to zerwaliście? Co chcesz przez to powiedzieć? - Czy to można nazwać szczegółami? Raczej niedowierzającymi, lekko prześmiewczymi pytaniami. 
   - Rzuciła mnie - powiedział swobodnie, unosząc jeden kącik ust wyżej niż drugi.
   Jerry zaśmiał się pod nosem, gładząc dłonią po pokrytej krótkimi, czarnymi od golenia włoskami brodzie, równie zdziwiony odpowiedzią kumpla, co Grace. 
   - Proszę cię! - Wyszczerzyła się szaleńczo. - Co takiego cię przekonało, żeby mówić innym, że to o n a chciała się rozstać? 
   Jack zmrużył oczy, niewidoczne dla pozostałych napinając mięśnie twarzy. Zawsze gdy tak robił, skóra na jego czole, policzkach i brodzie znacznie naciągała się na kościach, powodując, że rysy jego twarzy stawały się dziesięć razy wyraźniejsze. Wyglądał wtedy na znacznie wyższego niż był w rzeczywistości. Na potężniejszego od tego małego chłopca, jakim był w duszy. 
   - To kolejne pytanie - odparł ze swoim firmowym spokojem. - Kręcę - dodał nieco energiczniej, sięgając do środka okręgu (dobra, czy tam kwadratu). 
   Moje dziecięce palce u stóp były bardzo ciekawe. Zapewne tak ciekawe jak milion myśli nawiedzających wtedy moją otępiałą po kacu głowę, związanych z balem maturalnym, wydarzeniami, które podczas niego ominęły moją umyślnie niechłonną pamięć, chwilami, w których London Parrish i Jack Brewer kończyli ze sobą na zawsze, a ja podziewałam się nie wiadomo gdzie. I tak samo ciekawe jak butelka wycelowana prosto w Grace. Zupełnie takie same jak jej oburzony krzyk i dowiadywanie się z Internetu o zasadach grania w plastikową, wygniecioną butelkę. Dokładnie tak samo ciekawe jak nie spuszczające mnie ze swojej smyczy ciemne spojrzenie z naprzeciwka. 
   Westchnęłam cichutko, jak zwykle niezauważalnie i zakręciłam smukłą lampką, wprawiając alkohol w powolny ruch. Płyn zostawiał jakby tłuste ślady na gładkiej powierzchni szkła, męczące myśli, które rozpaczliwie chciał pozostawić za sobą, wspomnienia, od których chciał się uwolnić, choć w duszy czekał na nie przez całe życie. 
   Upiłam łyk wina, skuszona jego majestatycznym tańcem po przezroczystym tworzywie. Rozlało się na moim języku, wprowadzając kubki smakowe w stan istnej ekstazy. Jednak nasza słodka chwila porozumienia, złączenia w podobnym bólu nie trwała długo, według pewnej osoby nie miała nawet do tego prawa. Bo tak strasznie przeszkadzało jej, że w ogóle trzymałam lampkę w dłoni (i przeszkadzałoby zapewne również, gdyby była pusta) lub zwyczajnie była "o nas" zazdrosna. Prawie wyplułam wszystko, co miałam w buzi na nieskazitelnie czysty dywan, gdy Jack, spisując się znakomicie w odciągnięciu mnie od alkoholu, oznajmił jakby wcale go to nie śmieszyło:
   - Całuj się z Jerry'm z języczkiem przez dziesięć sekund - Wyszczerzył swoje białe, proste zęby, które z każdym kolejnym razem, gdy je widziałam, zabierały mi cząstkę tego małego chłopca, kochającego gwiazdy, którego znałam i kochałam. Mojego idealnego chłopca. - droga przyjaciółko - dodał spokojnym, acz palącym jak kwas tonem. 
   - JACK! - wrzasnęła, prawie wstając i dając mu w łeb butelką. - Oszalałeś?! Coś ci się w tej durnej głowie poprzewracało jeszcze bardziej, niż wcześniej! Chyba zmęczyłeś się jazdą, lepiej idź się przespać, bo śmierdzisz chamskim dupkiem! 
   Jack podrapał się po kolanie i śmiejąc cicho, zwrócił do wzburzonej Grace:
   - Wybrałaś wyzwanie, droga przyjaciółko, biorąc na siebie całe zobowiązanie, wiążące się z tą decyzją. Więc w imię przeczytanych przez ciebie zasad grania w butelkę, nakazuję ci spełnić jedno z większych marzeń mojego przyjaciela. I tak w ogóle - dupek z reguły jest chamem, więc określanie go jako "chamski" stanowi jedynie..
   - Przestań zgrywać takiego mądralę, bo Kim nie jest zainteresowana twoją bezsensowną paplaniną - przerwała mu złośliwie Grace.
   Zanim jednak zdążyłam zwrócić jej uwagę, że gada głupoty i posłać jej ostrzegawcze spojrzenie, informujące, że jeśli jeszcze raz wspomni tego wieczoru o Jacku Brewerze, będzie sprawczynią mojego trafienia do psychiatryka na oddział ciężkich przypadków, brunet siedzący naprzeciwko cisnął w nią plastikową butelką tak gwałtownie, że aż prawie się przewrócił. Popatrzyłam na niego zszokowana, gdy nagle zaklął, wbijając zwężone źrenice w "drogą przyjaciółkę".
   Grace wydała z siebie świszczący, wściekły dźwięk, brzmiący jakoś jak: Oho!
   - Mam tak wielką ochotę cię zlać, że zaraz ta cholerna butelka wyląduje w twoim ciasnym tyłku - zaczęła, a Jerry zakrył usta ręką, żeby nie wybuchnąć śmiechem i nie zepsuć tej rodem z głupawej, amerykańskiej komedii sceny. - Ale oszczędzę ci tego. I sobie w sumie też, bo jakoś nie widzi mi się oglądanie twojego zasranego ze strachu dupska, bo Kim siedzi obok i.. - W jednej chwili dostała różową poduszką w twarz, przewracając się z hukiem na plecy i wierzgając ze złości rękoma. I..? - ..i te wszystkie mądre zdania nic ci nie dadzą, bo ona i tak nie..! - Gdy dostała poduchą po raz drugi, zawarczała donośnie jak dzikie zwierzę i sekundę później już rzucała obiema broniami przeciwnika na raz w niego samego, tym samym zwalając go z nóg. 
   W końcu zaczęli się śmiać, w samym środku zaciętej walki, a Jerry, który nagrywał telefonem całą bitwę, między salwami szaleńczego śmiechu, nakazał Grace kręcić. Żadnym zdziwieniem nie było, gdy butelka ponownie wycelowała w roześmianego w jednym z czterech kątów Jacka. Grace wyrzuciła ręce do góry i oznajmiła triumfalnie, jakby wygrała milion na loterii, który przeznaczyłaby na nowe książki:
   - Tak! Będziesz musiał całować się z jedną osobą z naszego cuudownego grona, którą, oczywiście, za chwilę wybiorę ja, a na dodatek wyznać jej, co tak naprawdę do niej czujesz..
   Moja ręka zatrzymała się sztywno w połowie drogi kieliszka do ust, odmawiając posłuszeństwa.
   - Jej! - dodała radośnie Grace, kręcąc się na boki jak chomik, który zaraz miał zająć się swoim gryzonim obiadem.
   Patrzyłam na nią, jakby była duchem, a to co powiedziała, tylko mi się przyśniło. Może jednak wypiłam za dużo wina? I na minutkę zmrużyłam oko albo nadal spałam w piżamie w moim miękkim, pachnącym świeżością łóżku i żadne z tych strasznych rzeczy, tzn. wyskakiwanie przez okno czy przyjazd do Danville czy nawet krępująca rozmowa z Jackiem, nie miały miejsca. Może to po prostu był bardzo realistyczny, szczegółowy, trzymający się kupy, a jednak pogmatwany sen? Czy to jednak naprawdę było moje życie?
   Ukradkiem zerknęłam na Jacku, w tak wielkim napięciu, jakiego jeszcze nie czułam (a bynajmniej nie pamiętałam). Z ukrycia wyczekiwałam jego niespodzianej reakcji. 
   Ale on jak zwykle ze swoim dziwnym spokojem - udawanym czy stuprocentowo naturalnym - jak gdyby od niechcenia rzucał komuś krótkie "Cześć", odparł:
   - Czekam. 
   W tamtej chwili musiałam uważać, by szeroki uśmiech nagle nie wpełzł na moje blade z wcześniejszego przerażenia usta. Bo uświadomiłam sobie, że byłam jedną z nielicznych osób na świecie, które potrafiły dostrzec, jak bardzo stężała mu twarz. Kości policzkowe stały się wyraźne, same policzki bardziej zapadnięte, ciemne brwi delikatnie ściągnięte, usta zaciśnięte w jedną, bladą kreskę. Spojrzenie utkwione z zaciętością w przyjaciółkę naprzeciwko, krzyczące bezgłośnie "Tylko nie ona".  
   Uszy bez krzty czerwoności, świadczącej o zawstydzeniu. Proste zęby. Równo przycięte włosy. Wyprostowana postawa. Ani grama błota na łokciach czy policzku. Jack Brewer. Żaden Obślizgły. 
   Tylko nie ja.
   Modliłam się w duszy, by świdrujące mnie spojrzenie Grace, wcale nie oznaczało, że to ja będę przez nią wybrana. Jednak zawsze w podobnych sytuacjach zastanawiało mnie, dlaczego właściwie się tak "modliło". Czy modliłam się, by nie pocałować Jacka Brewera? Czy zabiegałam o to, by nie usłyszeć od niego, co siedziało mu w sercu przez te lata? Czy tak naprawdę wewnątrz mnie nie siedziała ta malutka nadzieja, którą nazywa się tak tylko po to, aby zwyczajnie przekonać siebie, że wcale nie chce się rzucić w ramiona temu przystojnemu, nierozgarniętemu chłopakowi naprzeciwko i zgasić żarzące się płomienie miliona obaw, kłujących poparzone przez cztery lata serce? Czy naprawdę musiałam kłamać sama przed sobą, że nie żyłam tą malutką nadzieją przez całą szkołę średnią? Czy naprawdę zamierzałam wciąż trzymać w sobie wszystkie wspomnienia? Czy nie warto byłoby w końcu dać im ujście i nie musieć słuchać, jak ktoś ci o czymś przypomina, tylko samemu doskonale o tym pamiętać? Czy nie warto byłoby teraz przyznać przed wszystkimi i przed samą sobą: "Kocham Jacka Brewera"? 
   - Jerry.
   Spojrzenie Grace w ułamku sekundy z mojej ściągniętej emocjami twarzy przeniosło się na Latynosa, żłopiącego wino centralnie z butelki. O mało nie wypluł bordowej cieczy, gdy usłyszał swoje imię, orientując się, co będzie go zaraz czekało. 
   Krótkim, gwałtownym ruchem głowy zmusiłam się, by spojrzeć prosto na Jacka i zaskoczyło mnie, gdy ujrzałam dwoje czarnych oczu, wpatrzonych dokładnie w moje. W przeciągu dwóch sekund przekazaliśmy sobie łańcuszek sprzecznych uczuć, emocji, myśli.. dawniej zrozumiałych komunikatów. Krzyczałam bezgłośnie z zawodu, jaki z szybkością światła albo wypowiedzi Grace ogarnął moje bijące z wrażenia serce. 
   Miałam całować Jacka Brewera. Jego miękkie, przepraszające za nic usta. Dotykać jego szczupłych, silnych ramion. Bawić się potarganymi włosami zupełnie bez powodu. Napawać bliskością jego czerwonych uszu. Czuć, jak z idealnego chłopaka staje się sobą, po prostu sobą. Sobą sprzed lat. Tym małym chłopcem. Tą gwiazdą na niebie, świecącą tylko dla mnie, nawet gdy było jasno. Zawsze będącą u mego boku. 
   - Co? - wykrztusił w końcu brunet. Wykrztusił. Bez żadnego spokoju. Z zaskoczeniem i pogardą, zaklinowanymi koło krtani. Nie hamując żadnych emocji, które tak bardzo chciał ze mną odczuć. 
   - Jerry - powtórzyła Grace. Jej dotąd wielki uśmiech zaczął maleć, niedługo kończąc się tylko na delikatnie podniesionych kącikach ust, przykrywających nagle oszołomienie. Nie miała nic więcej na ten temat do powiedzenia, przytłoczona czarnym spojrzeniem.
   Jerry skulił się na swoim miejscu, odkładając butelkę z winem na bok. 
   Czułam, jak moje serce zaczyna szaleńczy taniec po odebraniu wszystkich niezbędnych informacji o otoczeniu z mózgu. Wokół cisza. W piersi natarczywe dudnienie. 
   Zerwałam się z miejsca równo z sąsiadem z naprzeciwka. Zmierzyliśmy się krótko badawczymi spojrzeniami i po chwili stałam już na korytarzu, ubierając buty i narzucając na siebie jedyne ciepłe nakrycie, jakie wtedy posiadałam. 
   Zatrzasnęłam za sobą ciężkie drzwi z kolorową pianką od wewnątrz i zbiegłam po schodach z pierwszego piętra, gdzie w mieszkaniu cioci panowała istna cisza, nieprzerywana biciem mojego zawiedzionego serca.

   Patrzyłam, jak wątłe światło wewnątrz lampy ulicznej tłucze się o brudne szybki. Zaciekle chciało rozpalić w sobie na nowo mocny, niegasnący płomień. Ale co mogło począć, gdy po latach cała werwa, jaką posiadało, pasja, jaką darzyło swoje zajęcie, wypaliła się wraz z jego nadzieją, że ktoś w końcu je zauważy, zachwycony okazałością światła, które co dzień przyświecało mu drogę?
   Dłonie zamarzały mi do szpiku kości, złączone z zimnym drewnem, tworzącym ławkę, na której spoczywałam, trzęsąc się jak żałosna galareta. Rogi za długiej, czarnej marynarki powiewały mozolnie, z wrodzonym spokojem na wietrze. Chłodne, nocne powietrze szczypało wrażliwe policzki. Gwiazdy oświetlały odbijający światło słoneczne księżyc, tworząc wokół niego migocącą aureolę.
   Wstyd zalewał moje wnętrzności, wypierając wcześniejsze niepojęte przez młode ciało emocje. 
   Zamknęłam oczy, wzdychając cicho, cichutko. Tak cicho, że nikt nie był w stanie tego usłyszeć. 
   - Nie żal ci tego powietrza? Tak niemiło je odtrącasz - Nie podnosząc powiek, stoczyłam ze sobą wewnętrzną walkę o poruszenie kącikami ust. Tematem przewodzącym było: podnieść je w akcie udowodnienia, jak słabą siłę woli posiadam czy raczej wykrzywić się jak wiewiórka, która trafiła na zepsuty orzech? 
   Bitwę z samą sobą niespodziewanie przerwała mi gorąca para koło policzka, sprawiająca, że moja skóra od razu zaczęła się pocić. Wzdrygnęłam się, momentalnie otwierając oczy z myślą, że może być to cudzy oddech.
   Po chwili jednak szybko rozluźniłam ramiona, z ulgą sięgając po kubek największej herbaty, jaką można było zdobyć na stacji benzynowej kilka przecznic dalej i pozwoliłam Jackowi usiąść zaraz obok mnie.
   Wyglądał jakby właśnie przejechała go ciężarówka, a w ramach przeprosin dostał dwie wielkie herbaty. Ale tak naprawdę kontynuował swoje własne przeprosiny, z tą różnicą, że za nic. 
   - Nawet o tym nie myśl - ostrzegł zachrypniętym głosem, patrząc w dal. - Żadne za nic. Jak mogłaś tak kiedykolwiek myśleć? 
   Okręciłam kubek wokół własnej osi w dłoniach, by nieco je rozgrzać. 
   - Chyba byłam zbyt zaślepiona tymi zębami bez aparatu i włosami, które nie wiedziały, co to grzebień. 
   - Jasne.. - zaśmiał się pod nosem. Była to krótka, cicha akcja. Zupełnie jakby wzdychał albo nagle wypuszczał nadmiar powietrza z płuc. 
   Zamrugał szybko powiekami.
   - Czekałem, aż w końcu wylosuję ciebie, wezmę tę butelkę do ręki i powiem: "Odłóż ten kieliszek, do cholery". 
   Upiłam łyk herbaty. 
   - Wiedziałam, że cię to denerwuje. Robiłam to z premedytacją.
   - Myślałaś, że na to nie wpadłem? Patrzenie, jak specjalnie zabierasz sobie kolejne.. - przerwał gwałtownie, wciągając ze świstem powietrze przez nos. Pokręcił machinalnie głową. - Ile bym dał, żebyś pamiętała, dlaczego masz na sobie tę strasznie ciasną marynarkę.
   Popatrzyłam na za duże rękawy, marszczące się na moich łokciach i ramionach, skubiąc dwoma palcami rąbek czarnego materiału tuż przy połowie uda.
   - Nie, jest nawet wygodna - stwierdziłam po zastanowieniu. - Ładnie pachnie - dodałam pięć tonów ciszej, ale nie było opcji, by właśnie on tego nie wyłapał. 
   - Pradawna receptura: pot i woda kolońska - Wiedziałam. - Skąd wzięło się to określenie "kolońska"? Brzmi idiotycznie.
   - Może jacyś kolesie nakrapiali się wodą, będąc na koloniach i myśleli, że pachną jakoś inaczej? Może dlatego, że wtedy zaczęli się w ogóle myć? Właśnie na koloniach? 
   - To dziwne. 
   - Przecież nic nigdy nie było normalne. 
   - Jak teraz tak o tym myślę, to chyba czuć tylko zapach nowości - odparł z namysłem. - Albo pralni - Przekrzywił głowę na bok, mrużąc oczy tak, że powstały z nich dwie małe szparki. Zupełnie jakby usilnie chciał zapaść w sen, z którego obudzi się za parę po godzin z poczuciem, że o wszystkim pamiętam. - Myślisz, że kiedykolwiek prali tak drogą marynarkę? Czy w ogóle dadzą ją komuś po mnie? Albo wyrzucą i uszyją nową? 
   - Jack..
   - Właśnie. Nie-nor-mal-ne - Znów przekręcił głowę, tym razem by spojrzeć mi prosto w twarz. - Co?
   Gwiazdy jarzyły się jasno w jego ciemnych, jak niebo nocą oczach. Piłka z precyzją trafiała prosto do księżycowej bramki. 
   Nie odpowiedziałam. Tylko patrzyłam w jego ogromne, znajome ślepia, jakby zaraz czas miał stanąć w miejscu lub świat nagle wybuchnąć. 
   A może to wcale nie były gwiazdy, odbite w głębokim brązie jego tęczówek? Może to po prostu były te małe, liczne iskierki, które zawsze nawiedzały jego rozbiegane spojrzenie, gdy z zapałem opowiadał o kosmosie? 
   - Herbata ci wystygnie - Uśmiechnął się krzywo, jednym kącikiem ust i utkwił wzrok w niewidzialnym punkcie przed sobą, spowitym szarą mgłą. 
   Odchrząknął, gdy nie spuszczałam z niego wzroku, badając ciągle i na nowo idealny profil jego kanciastej twarzy. Zerknął na mnie spod długich, chłopięcych rzęs i po chwili zamknął oczy, przechylając się w moją stronę, zupełnie jakby chciał położyć głowę na moim ramieniu. 
   - Mogę zadać ci pytanie? - powiedział niepewnie, skrzeczącym głosem i zmarszczył brwi, obawiając się odpowiedzi. 
   - Po co pytasz? - zwiodłam go, ale postanowił tego nie drążyć. Tym razem. 
   - Zdenerwujesz się, jeśli rzuciłbym ci teraz wyzwanie? 
   Zmiękło mi serce.
   - Musisz udawać takiego idiotę? 
   - Wysłuchasz mnie w końcu?
   - Ty zawsze swoje, co?
   - Choć jedno moje słowo? 
   - Nie możesz się powstrzymać?
   - Dasz radę? 
   - Chcesz mi coś udowodnić?
   - Czyli nie dasz rady? 
   - A teraz coś sugerujesz, tak?
   - Zrobisz to, choćby świat miał się zaraz zawalić, a kolesie z kolonii przyjechać, żeby oblać cię wodą?
   - Mam wybór?
   - Nie bardzo.
   Wstrzymałam oddech, gdy przegrał walkowerem. 
   I czekałam. Czekałam. Czekałam. Pf.
   - Mogę dotknąć twoich włosów? - Kiedy zadał mi pytanie, brakowało mi już tchu, więc zaczerpnęłam łapczywie powietrza, tym samym sprawiając, że jego głowa gwałtownie oddaliła się od mojego drobnego ramienia. 
   Popatrzyłam na jego profil, próbując ukryć zdziwienie za maską spokoju - dla niego tak zupełnie naturalnego:
   - To chyba nie było wyzwanie. 
   Westchnął, zdmuchując z czoła pojedyncze kosmyki brąz włosów. 
   - Cholera. Masz rację - Podparł się rękoma za sobą, zwieszając głowę do tyłu. - A więc.. - przerwał, zerkając na mnie z ukosa. 
   Zakopałam zdrętwiałe z zimna dłonie w długich rękawach marynarki, której zatrzymująca ciepło warstwa coraz szybciej przestawała działać. 
   - Więc pozwól mi dotknąć twoich włosów - rzekł spokojnie (AH!), tak denerwująco. 
   Spuściłam wzrok na swoje ogrodniczki, nie wytrzymując presji. Nie mogąc utrzymać maski swobody na dłużej niż dwie jego wypowiedzi. Brzmiące tak samo, jednak w innej postaci. Powodujące palpitacje mojego wciąż jeszcze niedoświadczonego serca. 
   Potarłam nerwowo nos dwoma palcami, chcąc odgonić wstępujące na moją twarz zdradzieckie rumieńce i delikatnie schyliłam głowę w stronę Jacka. Wszystko w imię zabójczego wyzwania. Wszystko, by tylko mógł dotknąć moich włosów..
   Gęsia skórka mozolnie wpełzła na głowę, gdy długie palce powolnym ruchem wkradały się pomiędzy pukle moich włosów. Prawie nieodczuwalne ukłucia prądu dawały o sobie znać ze zdwojoną siłą z każdym nowym, najmniejszym dotykiem. Niezamknięcie oczu było w tamtej chwili sztuką. Chęć zapadnięcia się w ciemność, skrywającą jeszcze więcej przyjemności, była tak silna, że chwilami nie dawała skupić się na dłoni, wciąż szperającej we włosach. Długie fale ciepła w okolicach skroni promieniowały na szyję i kark. Krew huczała gorączkowo w uszach. Górne powieki coraz sprawniej odnajdywały drogę do dolnych bez względu na protesty rozumu. 
   Rozchyliłam wargi, wzdychając zdecydowanie zbyt głośno. 
   W jednej chwili poczułam drugą, ogromną dłoń, prawie obejmującą cały bok mojej drobnej czaszki, a w kolejnej Jack Brewer gwałtownie szarpnął za moją szczękę, zwracając nasze rozpalone twarze ku sobie. 
   Przełknął głośno ślinę, gdy bezmyślnie zerknęłam na jego wargi, wdychając powietrze z jego nosa tuż przy moim. Masował paroma palcami skórę za moim uchem. Buchał gorącem z czerwonych policzków. Oparł czoło o moje, zadowolony dotykiem cudzych dłoni przy swojej szyi. 
   - Kim - wyszeptał miękko, nieumyślnie łaskocząc mnie rzęsami pod brwią. 
   Odnalazłam jednym palcem granicę między skórą a równo przystrzyżonymi włosami z tyłu jego głowy. 
   - Co? - odpowiedziałam tym samym tonem, może nieco bardziej natarczywym, a może po prostu roztrzęsionym po zbyt nagłej dawce niespodziewanych emocji. Nie byłam w stanie przykryć ich tak grubą warstwą spokoju jak on. 
   Wymruczał pod nosem coś zupełnie niezrozumiałego - nakazał sobie nie zdejmować maski, choćby świat miał się zawalić, a ja zaraz go pocałować lub w końcu, po długiej walce z samym sobą nie wytrzymał tak wielkiego nacisku, jakim była chemia pomiędzy nami. 
   - Twoja kolej - odszeptał, muskając ustami mój policzek, zapewne nieumyślnie, bo nagle zesztywniał. 
   To wcale nie była żadna chemia. To nawet nie brzmi romantycznie. Nie brzmi pięknie, majestatycznie, a może i nawet dramatycznie. Chemia kojarzy się ze szkołą. Szkoła z pracą domową i nauką. Z natłokiem myśli i pracy. To prowadzi do niczego innego jak korepetycje. A korepetycje.. fala uczuć, nowopoznanych emocji, dotąd niespotkanego pragnienia drugiej osoby, rozpaczliwego nawoływania świata do scalenia własnych warg z cudownymi ustami Jacka Brewera już po wsze czasy. A to wszystko.. tworząc jedną, wielką mieszankę wybuchową zamiast chemii kreuje nastoletnie uczucia. Większość z nich jest ulotna, krótkotrwała, żyjąca pod wpływem chwili - bo taka przecież natura nastolatków. Jednak "większość" nigdy nie oznacza "wszystkie". Z tego właśnie powodu została wymyślona inna nazwa, za którą kryją się uczucia. Ale nie te ulotne, nie one. Te stałe, wciąż towarzyszące. Może nieodstępujące myśli ani na chwilę. Albo głęboko skryte z tyłu głowy, zakopane gdzieś daleko w pamięci. Ale ciągle obecne. Bez względu na wszystkie okoliczności. Emocje. 
   Wnętrze mojej głowy pobudziło się do działania, odnajdując ukrytą za maską zapomnienia jedną z nastoletnich, najbardziej niepojętych emocji.
   Między nami przewijała się miłość. Czysta, nieskalana, nasza. Miłość. Będąca z nami od samego początku. Od pierwszego spotkania się tajemniczo kolorowych tęczówek z najciemniejszym, głębokim brązem na świecie. Od pierwszej rozmowy o zepsutej lalce. Pierwszego dotyku obślinionych w akcie zgody dłoni. Od pierwszego wyzwania. Pierwszych gwiazd na niebie. Uśmiechów w świetle księżyca. Wspinania się po grubych gałęziach drzewa po orzechy. Przesiadywania całymi nocami na dachu. Tworzenia rysunków kosmosu, zdobiących ściany chłopięcego pokoju. Uciekania od strachu przed duchami w jednym namiocie. Trzymania za ręce na dachu bliźniaka. Poszukiwania nieważnych rzeczy w wielkiej szafie z lustrem. Tworzenia własnego, fikcyjnego świata. Jedynego wspólnie przeżywanego czasu. 
   - Pocałuj mnie - poleciłam.
   Można by rzec, że odetchnął z ulgą, śmiejąc się w duchu z własnego zawodu wyborem Grace. A może zabrakło mu powietrza, gdy wstrzymywał je, czekając na moje słowa. Co jeśli tak naprawdę od początku myślał dokładnie o tym samym, nawet czuł to samo albo pragnął tego samego? Zaśmiał się pod nosem, oczekując właśnie tych dwóch słów?
   - To wyzwanie czy aż tak bardzo nie możesz mi się oprzeć? - rzucił zadziornie,   szczerząc niczym krzywe zęby. 
   Bańka niepewności i presji pomiędzy nami pękła głośno wraz z głupawym żartem, na którego dźwięk wybuchnęłam głośnym śmiechem, mimo że mnie nie bawił.
   Przyciągnęłam go do siebie za kołnierz dżinsówki, od środka obszytej białą wełną. Zacieśnił odruchowo uścisk pięści na moich włosach. 
   - Nie powtórzę się - zapewniłam, na co uniósł lekko jeden tylko kącik ust. 
   - Obawiam się, że nawet byś nie zdążyła. 
   Wstrzymałam oddech, gdy jego wargi gwałtownie uderzyły o moje, jakby zaraz agresywnie miały je spenetrować. Jednak tak się nie stało. Po nagłym początku, mającym jedynie przynieść falę ulgi, poczucie bliskości drugiej osoby, czas zaczął zwalniać. Nasze usta powolnie ocierały się o siebie, gdy patrzyliśmy sobie prosto w zmrużone, rozmarzone nadchodzącymi pocałunkami oczy. Rozpalone delikatnie wymieniały się uczuciami. Chwilami bardziej rozwarte pozwalały na wydobycie się męskiego pomruku zadowolenia z krtani. 
   Jack był subtelny. Niczym elegancki, jak zwykle spokojny. Złączone miał ze mną usta, nic więcej. Ocierał się gorącymi policzkami o moje, gdy zmienialiśmy ustawienie twarzy, by móc odnaleźć każdą najmniejszą część naszych warg. Sztywnymi palcami ściskał włosy tuż za moim uchem. Drugą dłoń wślizgnął pod długą marynarkę, na moją nogę przykrytą ogrodniczkami, prawie przy biodrze. Zacisnął powieki, wciąż i wciąż nie mogąc pohamować niskich pomruków, przybywających zupełnie nieproszenie. Oczywiście, że nie chciał być taki spokojny. Nigdy nie chciał. Nawet nie udawał. Gdy trzymał mnie za rękę, mówiła o tym każda część jego ciała - nawet czubek nosa. Gdy nasze usta spotkały się po raz pierwszy w dniu urodzin, wyglądał, jakby ktoś niedawno wylał na niego wiadro wrzątku, a jego zawsze wielkie oczy wtedy przybrały wrażenie piłek do tenisa. Reagował na mój dotyk tak szybko, że sam za tym nie nadążał. A wtedy jego uwadze nie uszedł żaden mój najmniejszy ruch. 
   Zajęczał cichutko, gdy pogłębiłam jeden z jego słodkich pocałunków i uniósł odruchowo ramiona wraz z przechodzącymi jego ciało ciarkami. Czyżby było mu zimno? A może zbyt gorąco..?
   Objęłam dłońmi jego rozgrzaną (ha!) szyję, by zaraz potem móc spojrzeć w jego szeroko otwarte, jeszcze całkowicie pochłonięte przez źrenice oczy tuż przy moich. 
   Jego dłoń drżała, gdy wysuwał ją spod czarnej marynarki. Palce przy moich uchu zesztywniały nienaturalnie. 
   - Eghem - odchrząknął nerwowo, zaraz odsuwając się ode mnie na tyle daleko, że prawie spadł z zimnej ławki. W ostatniej chwili przytrzymał się desek, szczerząc wstydliwie zęby. 
   Zacisnęłam gwałtownie usta, próbując się nie uśmiechnąć. 
   Jego krótko przystrzyżone włosy odkrywały bordowe uszy w pełnej okazałości. Policzki raziły ostrą czerwienią, a brązowe oczy biegały po mokrym chodniku jak szalone. 
   Potarł mozolnie miejsce na szyi, które chwilę wcześniej odwiedziła moja dłoń. 
   - Przepraszam - wypluł gwałtownie, jednak ze stoickim spokojem.
   Uniosłam jedną brew, szczelniej okrywając się marynarką.
   - To może tym razem dowiem się za co? 
   Skrzywił się, jakby dając mi do zrozumienia, że wcale nie ucieszyło go to pytanie. 
   - Wtedy.. - zaciął się, z westchnięciem podrywając tułów do prostej postawy. Odruchowo przygładził włosy, które w tamtej chwili w ogóle tego nie potrzebowały. - Bo wcześniej.. - Zagryzł wargę. 
   - Wcześniej - bal? Wcześniej - cztery lata temu? Wcześniej - co z głową mojej lalki? - pomogłam mu, pół żartując. 
   Uśmiechnął się - również w połowie i tym razem to ja chwyciłam w zęby dolną część ust, nie mogąc się przed tym powstrzymać. Poczułam na nich delikatnie mrowienie, zaraz przypominając sobie o niedawnym pocałunku. Chryste.. kiedy to było? Wydawało się jakby minęło milion lat. Całe milion lat bez rumianych, słodkich warg Jacka Obślizgłego Brewera. Milion. Nie cztery. 
   - Wcześniej w samochodzie.. - zaczął niepewnie, mrużąc jedno oko w oznace zdenerwowania. - Bo.. wtedy powiedziałem, że wcale nie chciałem, żebyś zapomniała i - Zerknął na mnie szybko. - to jest prawda - wydukał. - No i przepraszam, bo właśnie.. - znów przerwał, zupełnie jakby ktoś nagle zabrał mu głos. - Ach! - zawołał w końcu, gwałtownie tupiąc nogą. - Przepraszam, że byłem takim kretynem i kazałem zapomnieć ci o tym, co sam wspominam każdej nocy. Przepraszam, że cię skrzywdziłem. Przepraszam, że ciągle cię okłamywałem, nie zdając sobie sprawy, że tymi samymi kłamstwami obarczałem również siebie. Przepraszam za to wszystko, co chciałem z tobą zrobić przez te cztery lata, ale nie zrobiłem. Przepraszam, że to "przepraszam" tyle mi zajęło. Przepraszam, że zepsułem ci twój pierwszy pocałunek, i że potem pocałowałem cię chyba całe pięć razy - Czekaj, co?! - Przepraszam, że śmiałem się z naklejek w kształcie piątek. Przepraszam, że nie dałem ci żadnego prezentu urodzinowego od czterech lat. Przepraszam, że zdjąłem twoje rysunki ze ścian w pokoju. Przepraszam, że nie oddałem ci płyty z piosenką Beyoncè - była twoja. Przepraszam, że nazywałem cię kujonicą i Mądralińską.. nie, zaraz. Za Mądralińską nie przepraszam, bo nią jesteś. Przepraszam, że przestałem wtedy przychodzić na dach i że nie sadziłem różowo-żółtych tulipanów w ogrodzie. Przepraszam za to, że to ty zawsze musiałaś stawać na rynnie i próbować złapać Księżyc, bo ja zawsze się bałem. Przepraszam, że tak beznadziejnie wyglądam, gdy jesteś w pobliżu. Boże, przepraszam, że tyle gadam. Kim. Kim, przepraszam. Przepraszam, że się w tobie tak strasznie zakochałem. 
   

   Późno, ale jest (wybaczcie, miałam dużo na głowie)! 
   Kiedy skończyłam pisać rozdział, stwierdziłam, że tytuł ma się nijak do treści. Ale później doszłam do wniosku, że jednak ma on wiele wspólnego z bohaterami. Mam nadzieję, że Wy, kochani, również to dostrzegacie. 
   Słońce.
   Gwiazda. 
   Tytuł kolejnego rozdziału to tylko inne nazwy, to samo znaczenie. 
   Oficjalnie stwierdzam, że musieliście baaardzo mocno trzymać kciuki, bo mamy 31 marca i rozdział 7! Czy tylko ja tak bardzo się cieszę?
   Dzięki, że jesteście! <3

+ jak wspomniałam we wcześniejszych postach - dokończenie wydarzeń z tego rozdziału (tzn. perspektywa Jacka) ukaże się nie inaczej jak w postaci rozdziału 8!

(za wszelkie błędy przepraszam, rozdział sprawdzę jeszcze raz jutro, kiedy mój umysł już wytrzeźwieje)



Komentarze mile widziane :)