niedziela, 24 maja 2015

5 Bal maturalny

05xSąsiedzi


KIMBERLY

Wiadomość o tym, że Jack Brewer przespał się z najładniejszą dziewczyną w szkole, rozniosła się w błyskawicznym tempie. A wraz z nią moja choroba, której nazwa brzmiała: Giń-Podły-Obślizgły-Idioto.
   Kiedy go widziałam moje schorzenie zyskiwało na mocy, jak jakaś wysypka, gdy jesteś na coś uczulony, a później przez przypadek to jesz. 
   Jak mogłam być taka naiwna? Nie tylko wobec Jacka, ale także mojej najbliższej przyjaciółki. Upiła się jak świnia, a później obściskiwała z kim popadnie, zupełnie odsuwając od siebie zakochanego w niej Jerry'ego i ignorując mnie, dotychczas jedyną osobę, która miała siłę i ochotę wysłuchiwać jej nawet najbłahszych problemów. 
   Zawiodłam się na obydwojgu i nie miałam zamiaru zamienić z nimi ani słowa w pierwszy dzień szkoły po hucznej imprezie w białej, przypominającej szpital, willi Parrishów, gdzie zapewne do tej pory służba męczyła się z doprowadzeniem domu do porządku. W takim układzie oznaczało to unikanie Jacka i Grace na każdym kroku przez bite osiem godzin spędzonych w szkole (nie wliczając dwóch pieszych przechadzek z domu do szkoły i ze szkoły do domu, nie natykając się na sąsiada). 
   Raz musiałam schować się za szafkami, by Grace mnie nie zauważyła tym bardziej, że stale się rozglądała. Innym razem wbiegłam sprintem do damskiej toalety, bo Jack spostrzegł mnie wychodzącą z pracowni chemicznej. A jeszcze kiedy indziej, gdy szłam korytarzem z uczestnikami kółka matematycznego, zwiałam na drugie piętro w tłum kończących lekcje pierwszo- i drugoklasistów, kiedy Jerry mnie dojrzał i od razu zawołał Jacka. 
   Czułam się wykorzystana i oszukana. Jack zabawił się moimi uczuciami: utwierdził mnie w fakcie, że nie jestem mu obojętna, a później zupełnie wszystko wyparowało mu z głowy w ciągu paręnastu godzin i na pierwszym planie znów pojawiła się London. Zaś Grace, zawsze lalunia ze wszystkim dopiętym na ostatni guzik, miała przyjaciół w nosie i wolała wyszaleć się na imprezie ze zboczonymi mięśniakami.
   Tak więc przez całe dnie unikałam najbliższych mi osób i było to niemniej trudne niż słuchanie wywodów Jerry'ego na temat piłki nożnej (nudy!). Czasami miałam ochotę podbiec do Grace i opowiedzieć jej o wszystkim, co zaszło pomiędzy mną a Jackiem i poprosić o ratunek przed jej zdesperowanym przyjacielem w kapelusiku, ale później uświadamiałam sobie, że przecież nie mogę. Bo czy Grace w ogóle by to obchodziło? 
   Jerry czuł się również podle. Grace narobiła mu wiele nadziei, ale on jak jakiś niedorozwój stale tłumaczył ją zdaniem: "Kobieta zmienną jest". Według mnie bardziej jednak pasowałoby: "Kobieta mnie wkręciła". Do tego był na tyle nieogarnięty i naiwny, by donosić Jackowi o wszystkich naszych rozmowach. Dlatego też po jakimś czasie zrezygnowałam również z widywania na przerwach Jerry'ego i kiedy nie spotykałam się z członkami kółka matematycznego, przesiadywałam na ławce jak najdalej Jacka i Grace, czytając książki.
   Czułam się lekko osamotniona bez przyjaciół, ale dało się to wytrzymać dla dobra własnej godności.
   Ogółem wszystko szło po mojej myśli, gdy w końcu któregoś dnia Jack nie przyszedł do mojego domu z zeszytem od matematyki pod pachą. 
   Moje schorzenie Giń-Obślizgły-Podły-Idioto zaczęło się nasilać.
   Z okna widziałam, jak zwinnie przeskakuje przez płot i po chwili słyszałam dzwonek do drzwi. Oczywiście tata zerwał się pierwszy i jak zwykle surowo powitał sąsiada. Przez niedomknięte drzwi od pokoju słyszałam strzępy rozmowy.
   - Kimberly nie chce się z tobą widzieć - rzekł ostro tata. Zapewne miał wtedy tę swoją groźną pozę - ręce skrzyżowane na piersiach, podniesiony podróbek i zmrużone zimne oczy, wywiercające dziurę w głowie swojego rozmówcy.
   - Nie pomoże mi z tym zadaniem? - Przybliżając się do szyby, zobaczyłam Jacka wskazującego na książkę. Wyraz jego twarzy był zacięty. - To zajmie chwilkę.
   - Niech pomogą ci rodzice - odparł
tata nieustępliwym tonem.
   Jack roześmiał się.
   Niedobrze, pomyślałam.
   - Pan nie rozumie..
   - Nie - powiedział stanowczo tata. - To TY nie rozumiesz. Moja córka NIE CHCE się z tobą widzieć.
   - Tak? - spytał zdziwiony. - To dlaczego stoi w oknie i nas obserwuje?
   Serce mi zamarło, gdy Jack spojrzał w moją stronę. Odskoczyłam od szyby i uderzyłam plecami o bok szafy.
   Obleciał mnie strach. Zaraz wejdzie tu tata i zacznie mnie wypytywać, dlaczego to robiłam, że nieładnie jest podsłuchiwać, że nie powinnam w ogóle interesować się kimś, kto mnie zranił, bo to nie ma sensu i inne takie. Jego wszystkie argumenty byłyby naturalnie trafne, ale to jedynie zasługa jego pracy. Prawnicy zazwyczaj są wygadani i stanowczy.
   Usłyszałam kroki na schodach. Nie przeraziło mnie to, że ktoś chciał się dostać do mojego pokoju, a raczej to, że tym kimś był Jack. Od razu rozpoznałam jego charakterystyczny chód. Wchodził po schodach szybko, stawiał energicznie noga za nogą. Zapewne dostał od taty określony limit czasu widzenia się ze mną. Jednak wolałabym w ogóle go nie widzieć. To zniszczyłoby cały proces, który opracowywałam przez najbliższe dni. Nie mógł mi tego zepsuć!
   Doskoczyłam do drzwi, aby zamknąć je na klucz, ale Jack najwyraźniej domyślił się co do moich intencji, bo nagle przyspieszył kroku i naparł na drzwi w ostatniej chwili, wślizgując się do mojego pokoju. 
   Kiedy docisnął drzwi do framugi i puścił klamkę, odwrócił się do mnie przodem i spojrzał z roztargnieniem prosto w moje oczy.
   - Co ty, do cholery, wyprawiasz? - spytał rozjuszony.
   Nie lubiłam kiedy dopuszczał się chociażby najmniejszego bluźnierstwa w mojej obecności. 
   Unikałam jego wzroku i próbowałam nawet na niego nie patrzeć, ale stale czułam zapach jego wody kolońskiej i kątem oka dostrzegłam kremową flanelową koszulę, którą ostatni raz miał na sobie, gdy pół roku temu rodzice zorganizowali wspólnego grilla w naszym ogrodzie. 
   Jack zaczął się do mnie zbliżać, a ja w efekcie cofać.
   - Wytłumaczysz mi, o co ci chodzi? - mówił podenerwowanym tonem. - Dlaczego mnie unikasz? Jak możesz mi to robić?
   Nie wspomniał nic o Grace. Nie pomyślał nawet o tym, co ON mi zrobił. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo wewnątrz cierpiałam na jego widok. 
   Poza tym: co JA mu robiłam?
   - Kim - powiedział ostro, ale cicho, by nikt (głównie tata) z dołu nas nie usłyszał.
   Moje plecy spotkały się z zimną, gładką ścianą. Jack był coraz bliżej. 
   - Odpowiedz mi w końcu - nalegał.
   Stanął naprzeciwko mnie. Wystarczyłoby, że zrobiłby pół kroku i przylegałby do mnie całym ciałem. 
   - Kim - powtórzył. Jego rysy twarzy były ostrzejsze niż zazwyczaj. Mocno zaciskał szczękę. 
   Zdecydowałam się mu coś odpowiedzieć, nieważne jak bardzo będzie się to mijało z prawdą.
   - Po prostu zrezygnowałam z udzielania ci korepe..
   Nagle znalazł się tuż przy mnie, przyciskając mnie własnym ciałem do ściany.
   Przed oczami miałam jego klatkę piersiową i skupiłam się na ostatnim guziku od jego koszuli, by nie podnieść wzroku.
   Wiedziałam, że wodzi spojrzeniem po mojej twarzy. Po prostu czułam jego oczy prześlizgujące się od mojego czubka głowy do końca brody. 
   Poczułam jego palce na szyi, lekko muskające moją skórę. Gorący prąd przeszedł mi po plecach.
   Chciałam upomnieć go, że nie ma prawa mnie tak dotykać i wparowywać do mojego pokoju, kiedy mu się żywnie podoba, ale wtedy delikatnie ujął w dłoń mój podbródek i podniósł go, a moje spojrzenie wylądowało dokładnie na jego ciemnych oczach.
   Przez około dwa tygodnie unikałam jego wzorku. Chciałam przestać go widywać w nadziei, że wtedy moje uczucia szybko się ulotnią. Myślałam, że jeśli zniknie z pola mojego widzenia, wkrótce opuści i moją głowę, ale okazało się to trudniejsze niż przypuszczałam. A kiedy po tym niedługim czasie, który trwał dla mnie wieczność, ponownie zobaczyłam go z bliska i w jego prawie czarnych tęczówkach dostrzegłam najprawdziwszy smutek, serce mi zmiękło. 
   - Kim.
   - Jack - powiedziałam równo z nim. 
   Przez chwilę trwaliśmy w ciszy, wpatrując się nawzajem w swoje oczy. 
   Jego ciemne tęczówki emanowały ciągłym smutkiem, ale gdzieś głęboko widziałam w nim nieprzeniknione szczęście i w moim sercu zapalił się promyczek nadziei, że cieszy się, bo jest blisko mnie. 
   Gdy czułam jego dotyk na własnej skórze, skręcało mi kiszki. Co chwilę spoglądałam na jego usta i zaraz potem karciłam się w duchu, ale on wtedy zbliżał się do mnie coraz bardziej. 
   - Wiesz, że nie kocham London? - To zdanie powinno zniszczyć ciepłą atmosferę, która nam towarzyszyła, ale tak się nie stało. Jedynie spotęgowało pożądanie do drugiej osoby. 
   Miałam ochotę rzucić się na Jacka i nie chciałam psuć tego nowo poznanego mi uczucia, ale musiałam spytać: 
   - Po co mi ciągle o tym mówisz?
   Jack zbliżył swoją twarz do mojej, wodząc dłońmi po mojej szyi i moich ramionach. 
   Poczułam mrowienie na skórze pod jego palcami. 
   - Chcę, abyś o tym pamiętała - rzekł bez zastanowienia.
   Naparł na mnie bardziej.
   Zaczęło mi się kręcić w głowie i myślałam, że albo zaraz wyskoczę przez okno albo zacznę chodzić po ścianach.
   Oddychałam niespokojnie, wodząc wzrokiem po jego twarzy i starając się unikać jego ust.
   - Powinieneś już iść - wyszeptałam gorączkowo, nie wiedząc, co zrobić z rękoma. Dlaczego musiały tak się trząść?
   - Na pewno? - odszeptał, co zabrzmiało jak seksowny pomruk dzięki mutacji głosu, którą wtedy przechodził. 
   Zbliżył się jeszcze bardziej, jego usta wprost wisiały kilka centymetrów nad moimi. 
   - Nie! - krzyknęłam półgłosem. - Tak! Chodziło mi o tak! - dodałam szybko, kręcąc głową, gdy Jack wplątał palce w moje włosy.
   - Więc.. - powiedział szeptem, pochylając się nade mną jeszcze bardziej (o ile było to możliwe).
   Nasze policzki lekko musnęły o siebie. 
   Wypuścił nerwowo powietrze z nosa wprost na mnie.
   Krew zawrzała mi w żyłach, wszystko wewnątrz mnie poskręcało się nienaturalnie w różne strony, co spowodowało nagły przypływ adrenaliny. 
   Tego znieść nie mogłam.
   Stanęłam na palcach, a moje usta spoczęły dokładnie na pełnych, drżących wargach Obślizgłego Jacka Brewera. 


   W nocy zamiast spać siedziałam z szeroko otwartymi oczami, obgryzając skórki wokół paznokci. 
   Mój wymarzony pierwszy pocałunek okazał się najgorszym, jaki tylko mogłabym sobie wyobrazić.
   Jack nawet nie poruszył ustami, nie dał znaku, że chce czegoś więcej, nie odwzajemnił mojego gestu ani nie pogłębił pocałunku. Stał bez ruchu, chyba lekko zdziwiony i oszołomiony moją nagłą reakcją na całą tę sytuację, a gdy w końcu skleił ze sobą wszystkie istotne fakty, oderwał się ode mnie ruchem powolnym i przerywanym, jakby był zardzewiałym robotem, który ma problemy z poruszaniem się. Zaczął się jąkać i mamrotać coś, że już musi iść. Był czerwony jak burak. Wychodząc, wpadł na pufę, na której zawsze siedział podczas korepetycji i po tej całej scence jak z jakiejś dennej komedii, w której dziewczyna zostaje odrzucona przez super-chłopaka po pierwszym pocałunku i później wszyscy w szkole (włącznie z nim) się z niej nabijają, po prostu zniknął.
   Nie patrzyłam przez okno, jak przeskakiwał przez płot na swoją część podwórka, ale dobrze wiedziałam, że to zrobił. 
   W moim pokoju nadal unosił się delikatny zapach jego wody kolońskiej i pomyślałam o tym, jak cudownie mu w flanelowych koszulach o stonowanych, ciepłych kolorach. Zupełnie tak samo ciepłych jak jego usta, których nie dano mi do końca poznać. 
   Wtuliłam twarz w poduszkę i rozpłakałam się. 
   Była zimna, mglista noc. Jedynymi punktami pomagającymi w dostrzeżeniu czegokolwiek w ciemnościach były latarnie na ulicy, których światło wpadało do mojego pokoju przez okno. 
   Poduszka przemokła od moich słonych łez. W powietrzu zawisło jedno kluczowe pytanie: Co JA mu robiłam?


   Po tym wszystkim w końcu nastał weekend. 
   Obudziłam się paręnaście minut przed południem wykończona trudną nocą i z opuchniętymi powiekami, przez co za każdym razem, gdy widziałam swoje lustrzane odbicie, momentalnie się krzywiłam. Spróbowałam doprowadzić się trochę do porządku, ale efekty nie były powalające. Zeszłam na dół do kuchni. Po drodze powitał mnie tata, machając do mnie z salonu i krzycząc:
   - Co tam, Śpiąca Królewno?
   "Ach, nic! Tylko chyba właśnie zostałam odrzucona przez chłopaka, w którym zabujałam się bez opamiętania. I do tego wprost go uwielbiasz! No, nic szczególnego" - pomyślałam z goryczą. 
   Mamy nie było w domu, gdyż miała dyżur w szpitalu od dziewiątej do siedemnastej. Zazwyczaj takie soboty bez niej spędzałam z tatą, telewizorem i słodyczami, o których mama nie miała prawa nigdy się dowiedzieć. Ale tego dnia było inaczej. Miałam ochotę zakopać się wsród poduszek na własnym łóżku i zapaść w wieczny sen, jakbym naprawę była Śpiącą Królewną. 
   Dzień minął na szczęście zadziwiająco szybko. Pewnie dlatego, że prawie cały przespałam na kanapie, wygodnie ułożona na kolanach taty. 
   Obudziła mnie dopiero mama, wracając  z pracy. Powinna być znużona i wycieńczona po ośmiu godzinach latania w te i we wte po szpitalu, ale ona jak zawsze tryskała energią (naprawdę nie wiem, skąd ją czerpała). Zaś ja umierałam ze zmęczenia po całym dniu nic nie robienia.
   - Cześć, moja leniwa rodzinko! - zawołała z korytarza, zdejmując buty. Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech.
   - Kochanie - zwrócił się do niej tata. - Wydaje mi się, czy dzisiaj jesteś jakoś bardziej szczęśliwa niż zawsze?
   Mama podbiegła do nas w podskokach. Wyglądała jak mała dziewczynka, która za wszelką cenę chce podzielić się arcyważnymi informacjami z innymi. Uśmiechnęłam się, gdy na jej nadgarstku zauważyłam bransoletkę, którą podarowałam jej na święta.
   - Marge zaprosiła nas jutro do siebie z okazji jej imienin! - prawie wypiszczała mama.
   Miałam ochotę wrzasnąć: "NIEEE!" lub "Za co?!", ale w rzeczywistości powiedziałam tylko:
   - Cieszę się.
   Posłałam jej ciepły uśmiech i zaraz potem ukryłam twarz w poduszce, opadając całym ciężarem ciała na kolana taty.
   Nastała cisza i mogę przysiąc, że mama zrobiła do taty jedną z tych min: "Czy o czymś nie wiem?", a on jak zwykle odpowiedział jej jakimś grymaso-uśmiechem typu: "Nie mam pojęcia, to ty jesteś głową tej rodziny! Powinnaś wiedzieć!". Zawsze, ale to zawsze tak robili, gdy nie chciałam powiedzieć im czegoś, co wiązało się z dennym życiem nastolatki. 
   - Kimmy.. - zaczęła mama, ale od razu jej przetrwałam.
   - Jestem dziś bardzo zmęczona. Przepraszam.
   I porywając poduszkę wraz z kocem w ręce, pobiegłam na górę do pokoju.



   Patrzyłam w lustro ze zmrużonymi powiekami.
   Przed moimi oczami powinna znajdować się chuda, blada i wkurzająco niska blondynka z szopą na głowie. Jednak zamiast tego miała na sobie (O, Chryste) przylegającą do ciała cienką kwiecistą sukienkę do połowy uda, na nogach rzemykowe sandały, w uszach srebrne kolczyki-wkręty, a na twarzy bardzo delikatny makijaż. Jej blond szopa na głowie wyglądała jakoś mniej odrażająco niż zawsze. Cera nie była tak mleczna, jak parę dni temu, a jej chuda postura jakby nabrała kształtów.  
   Odwróciłam się od swojego lustrzanego odbicia. 
   Czułam się, jakbym patrzyła na zupełnie mi obcą osobę. Osobę ładną, zadbaną i bardzo dziewczęcą. Pomyślałam wtedy, że tata na pewno byłby dumny z takiej córki - nie chodzącej w za dużych ubraniach, a w subtelnych sukienkach, nie straszącej fioletowymi worami pod oczami, zaś zachwycającą wszystkich podkreślonymi delikatnymi rysami twarzy. 
   Ponownie spojrzałam w lustro. 
   Miałam ochotę zetrzeć błyszczyk z moich ust, zmierzwić sobie włosy oraz zakryć czymś nogi i ramiona. To byłoby takie naturalne w moim przypadku. Nawet powstrzymywałam się od założenia starej dżinsówki taty, którą kiedyś znalazłam głęboko w jego szafie. 
   Wygładziłam powoli sukienkę na biuście i brzuchu. Przyjrzałam się uważnie swojemu odbiciu i wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi.


   Jack gapił się (nie, nie zerkał, nie spoglądał ukradkiem, a po prostu się gapił) na mnie, odkąd weszłam do jego domu i złożyłam życzenia jego mamie, wręczając bukiet tulipanów oraz przyjmując jej obfite w dziewczęce piski komplementy na temat mojego wyglądu, aż do zajęcia przez wszystkich miejsc przy stole. Przywitał się ze mną jedynie nędznym: "Cześć", przy tym spoglądając na mój biust. Chciałam wtedy uderzyć go w twarz, ale chyba nie wypadało, tym bardziej, że był synem solenizantki. Usiadł przy stole jak najdalej mnie, za co dostał kazanie od pani Brewer i został skierowany na krzesło tuż przy mnie. Czułam jego wodę kolońską. Zapach był uzależniający - słodko-gorzki, delikatnie szczypiący w nozdrza. Gdy wstał, by pomóc matce w przyniesieniu pieczonego kurczaka, zauważyłam, że ma na sobie jasno-zieloną flanelową koszulę. Jak zwykle wygniótł ją do potęgi na rękach od podwijania rękawów i zawijania ich we wszystkie strony tak, aby było mu wygodnie. Na włosach miał ledwo widoczny żel, który nie potrafił pokonać jednego jedynego koguta z tyłu jego głowy. 
   Odwróciłam szybko wzrok, gdy wracał na miejsce i zajęłam się wsłuchiwaniem w rozmowy dorosłych. Jednak po niespełna dwóch godzinach siedzenia na tyłku i próbowania nie patrzeć na towarzysza po prawej, zaczęło mi się okropnie nudzić. Niestety zauważyła to chyba pani Brewer, bo zwróciła się do swojego syna z uśmiechem:
   - Jack, może zajmiesz się trochę koleżanką, a nie męczysz ją siedzeniem z nami, nudziarzami - Rozległy się ciche śmiechy. - przy jednym stole od bitych paru godzin. 
   Jack nie odpowiadał.
   Miałam ochotę spojrzeć na niego i zbadać, jaką ma minę, ale nie mogłam sobie na to pozwolić, zwłaszcza w obecności taty. 
   - Jack - powtórzyła głośniej pani Brewer.
   - T-tak, tak - powiedział w końcu. Kątem oka widziałam, jak nerwowo pocierał dłońmi o dżinsy. - Już.. tak.
   Wstał nagle i dopiero wtedy na niego zerknęłam. Skinął na mnie głową, abym poszła za nim.
   Nie patrząc na nikogo z obecnych, wstałam od stołu, dziękując za posiłek. 






   Staliśmy w ciszy w ogrodzie z tyłu domu. Państwo Brewer zajmowali się swoim ogrodem, zaś moi rodzice nie. U nas na tyle domu znajdowała się jedynie trawa, gdzie kiedyś stał mały plac zabaw. Gdy byłam mała, bawiliśmy się tam z Jackiem godzinami, ale później z tego wyrośliśmy i sprzęt trzeba było sprzedać. Pamiętam, jak płakałam za utraconą huśtawką, a mój sąsiad, który był wtedy wrednym bachorem, śmiał się ze mnie wniebogłosy. A jaka była moja radość, gdy parę dni później jego mama przez przypadek sprzedała na wyprzedaży garażowej jego ulubiony plastikowy samochód. Płakał chyba cały dzień, a ja biegałam za nim, wyśpiewując: "Mi zabrano huśtawkę, a Obślizgłemu Jackowi ulubioną zabawkę!".
   Jack chrząknął, wkładając ręce do kieszeni. 
   Staliśmy pod małą jabłonką, próbując skryć się przed cieniem nocy i własnymi emocjami. 
   Z jednej strony chciałam znów pocałować Jacka, poczuć choć na chwilę jego wargi pod swoimi, nawet gdyby nic by to dla niego nie znaczyło, ale z drugiej nie miałam ochoty nawet go widzieć. Tyle razy opowiadał mi, że nie czuje nic do London, a później tak po prostu się z nią przespał. Jak mógł tak postąpić? Czy to w ogóle logiczne kochać się z kimś, kogo w rzeczywistości nie darzy się żadnym głębszym uczuciem?
   Objęłam się ramionami, wpatrując w gwiazdy nad naszymi głowami. Nie mogłam doszukać się żadnego gwiazdozbioru, choć wytężałam wzrok, jak tylko mogłam. 
   - Zimno ci? - spytał nagle Jack, przysuwając się do mnie.
   Pokręciłam szybko głową, gdyż pomyślałam, że chce mnie przytulić.
   Znów nastała cisza.
   - Em.. - mruknął. - Skąd ta zmiana w twoim wyglądzie?
   Jego niepewny, cichy głos wprawiał mnie w zakłopotanie, więc wolałam w ogóle nic nie mówić, by tego nie wyczuł. Bo po co dawać mu satysfakcję?
   Ciągle wdychałam jego zapach, gdy się koło mnie znajdował i miałam taką ochotę na niego spojrzeć, że myślałam, iż zaraz wyjdę z siebie. 
   - Jak minął ci weekend? - zapytał.
   Zacisnęłam mocno zęby. 
   "Jeszcze pytasz?! Nie dość, że pozbyłam się przez ciebie hektolitrów łez, to jeszcze teraz muszę cię oglądać!" - chciałam wrzasnąć, ale się powstrzymałam. 
   Odwróciłam się do niego plecami i ze skrzyżowanymi rękoma na piersiach, zaczęłam powoli kierować się wzdłuż wąskiej ścieżki, która zygzakami okrążała cały ogród. 
   Usłyszałam chrzęszczenie piasku pod czyimiś butami. Jack ruszył za mną.
   Ogród państwa Brewer był piękny i kolorowy, ale w ciemnościach nie było tego widać. Obydwoje wkładali w jego wygląd wiele ciężkiej pracy. Wokół ścieżki pojawiały się małe kwiatki, tulipany, a nawet róże. Rosło tam wiele drzew i krzaczków, z których nie raz z Jackiem podkradaliśmy owoce. Wszystko było posadzone z myślą - wydawało się, że każda kępka trawy ma tam swoje idealnie zaplanowane miejsce. Zawsze mnie to zachwycało. Gdy byłam mała, wierzyłam, że ogród ten jest magiczny, a Jack miał wtedy niezły ubaw. 
   Najbardziej lubiłam oglądać tulipany. Żółto-różowe. Gdy ich płatki ujrzały słońce, kwiat otwierał się i ukazywał w swojej całej niesamowitej okazałości, a gdy robiło się ciemno, roślina zasypiała, opatulając się płatkami jak kołderką, zupełnie jak człowiek, który został skrzywdzony - w dzień udaje, że wszystko jest dobrze, a nocą oddaje się w ukryciu swoim wewnętrznym mękom. Tulipany były dla mnie kiedyś czymś wspaniałym, mogłam oglądać je godzinami, jednak największe wrażenie robił na mnie zawsze wielki orzech, stojący na samym środku ogrodu. Dobrze pamiętałam, jak w dzieciństwie bawiliśmy się z Jackiem na jego gałęziach i później wracaliśmy cali brudni do domu, narażając się na gniew rodziców.
   Oparłam się plecami o pień drzewa i podniosłam głowę do góry, wypatrując gwiazd na niebie pomiędzy ciemnymi szumiącymi liśćmi. 
   Jack powoli zbliżał się do mnie. Tym razem wiedziałam o tym, gdyż w końcu na niego spojrzałam. 
   Utkwiłam wzrok w jego długiej, gibkiej sylwetce sportowca, podążającej w moją stronę. Wątłe światło księżyca oświetlało jego przystojną twarz, a włosy rozwiewał delikatny zefirek. 
   Patrzyłam jak przechodzi przez idealnie przystrzyżony trawnik, nie przejmując się, że ktoś kiedyś musiał poświęcić wiele czasu i cierpliwości, by uczynić najzwyklejsze źdźbła trawy czymś pięknym. Szedł pewnie swoim szybkim, sprężystym krokiem i zanim się obejrzałam, stał tuż przede mną z rękoma w kieszeniach i oczami ciemnymi zupełnie jak otaczająca nas noc.
   - Masz zamiar nie odzywać się do mnie już nigdy? - spytał, gdy przez zbyt długi czas trwaliśmy w ciszy, wsłuchując się w melodię wygrywaną przez liście na wietrze. 
   Uśmiechnęłam się delikatnie, nic mu nie odpowiadając. Zrobiłam to chyba z zażenowania, bo przyglądałam się mu jak jakaś psychopatka, która znalazła sobie nową ofiarę. Ofiarę prezentującą się tak zjawiskowo, że aż miękły mi kolana. 
   Jack zrobił krok ku mnie. Jeszcze jeden i przylgnie do mnie tak samo, jak wcześniej, tym razem przyciskając do kory drzewa. 
   Rumieńce wstąpiły na moje policzki. 
   - Nie boisz się?
   - Czego? - odezwałam się w końcu, czując dziwny przypływ pewności siebie, ale Jack nawet tego nie skomentował. - Ciemności?
   - Nie jej samej w sobie - rzekł, powoli podchodząc do mnie i spoglądając mi w oczy.
   Nie zrozumiałam. Może dlatego, że byłam zmęczona, a może z powodu stale hipnotyzującego mnie wzroku Jacka. Jego oczy były jak magnes - chciałaś patrzeć na nie bezustannie, zbliżając się coraz bardziej do ich cudownie ciemnej głębi i dostrzec coś, czego nie zdołał dostrzec jeszcze nikt inny.
   Jack pochylił się nade mną, opierając dłońmi na pniu drzewa. 
   "Zablokował mi drogę ucieczki" - pomyślałam, wodząc spojrzeniem za każdym jego nawet najmniejszym ruchem. (Ale nie wiem, czy chciałabym wtedy uciekać.)
   - Wiesz, że jesteśmy tu zupełnie sami? - spytał cichutko, zbliżając twarz do mojego ucha. Ręce w jego łokciach zaczęły się zginać.
   - Yhym - mruknęłam.
   Przez jedną krótką chwilę, która dłużyła się w nieskończoność, czułam, jak Jack opiera się na mnie całym ciężarem ciała. Przycisnął mocno biodra do moich i musnął mój policzek nosem. Wydychał powietrze wprost na moją twarz, co przyprawiało mnie o skręt kiszek.
   Wstrzymałam nagle oddech, gdy jego dłonie zaczęły leniwie wodzić po moim ciele.
   Palcami prawej dłoni powolnie gładził moje nagie ramię, chwilami zahaczając o szyję. Lewą ręką zaś jeździł od talii aż do mojego uda, zmysłowo wbijając kciuk w mój pośladek, gdy akurat jego długie palce natrafiły na te rejony.
   Uniosłam delikatnie głowę do góry, kiedy Jack próbował wcisnąć twarz pomiędzy moją szczękę a obojczyk. Czułam i słyszałam jak wdycha zapach mojej skóry. 
   - Kim - wyszeptał mi prosto do ucha.
   Ucha?
   Poczułam, że muszę go szybko dotknąć, bo inaczej eksploduję. Moja dłoń sama powędrowała na jego gorącą klatkę piersiową zamaszystym i zupełnie niekontrolowanym ruchem z cichym klapnięciem. Czułam, jak oddychał nierówno. 
   Przycisnął mnie mocniej do kory całym swoim ciałem. Moje plecy prawie roztrzaskały się na strzępy, ale gdy lekko go popchnęłam, znów się rozluźnił. Jego dłonie wciąż wodziły po mojej skórze, pozostawiając po sobie przyjemne ukłucia prądu. Łaskotał nosem moją szyję i słyszałam, jak coś mruczy, wdychając mój zapach.
   Po chwili energicznie wysunął głowę z zagłębienia przy moim obojczyku i nagle popatrzył mi prosto w oczy z takim uczuciem, że zmiękło mi serce. Mrużąc powieki, zbliżył się do moich warg tak bardzo, że jedyne, co przyszło mi wtedy do głowy to rozewrzeć usta, czekając na pocałunek. 
   Nie mogłam już wytrzymać pragnienia jego warg na własnych. To było nie do zniesienia!
   Prześlizgnął pożądliwym wzrokiem po mojej twarzy, a ja spostrzegłam, że czekając w napięciu na jego ruch, zaciskałam rękę na jego jasnozielonej koszuli. Już miałam rozluźnić uścisk, gdy jego dłoń bez wcześniejszego uprzedzenia wkradła się pod moją sukienkę i ścisnęła zmysłowo mój pośladek. Westchnęłam z podekscytowania i niekontrolowanym ruchem pociągnęłam go mocno za kołnierz w moją stronę, a w efekcie jego usta wylądowały na moim policzku. 
   Podniosłam wysoko ramiona, by uwiesić się na jego karku i gdy już to zrobiłam, poczułam coś ciepłego za swoim uchem. Chwilę mi zajęło, by przyswoić sobie, że to wargi Jacka, a kiedy już to zrobiłam, nagle oblała mnie gorąca fala czegoś tak przyjemnego, że aż z wrażenia ugięły się pode mną kolana.
   Przed oczami miałam włosy Jacka, czułam jego uzależniający zapach i dotyk na całym swoim ciele, który sprawiał, że wewnątrz mnie tworzyła się wielka bomba atomowa, czekająca jedynie na wybuch. 
   Wszystko we mnie wrzało, wręcz paliło od środka i nie miałam jak się ochłodzić, bo dopływ powietrza torowało mi szczupłe, seksowne ciało Jacka Brewera, który przyssał się do skóry za moim uchem i pieścił ją językiem, dłońmi gładząc mój pośladek, tułów i niepewnie próbując dobrać się do stanika przez ramiączka kwiecistej sukienki.
   Wplotłam palce w kosmyki jego włosów, jeżdżąc paznokciami po skórze głowy i czując w dłoni sztywnego koguta z tyłu głowy, gdy nagle Jack westchnął tak głośno i tak mocno naparł na mnie, spinając wszystkie mięśnie w swoim ciele, że myślałam, iż zaraz mnie zgniecie lub nawet przewróci drzewo.
   Oparł swoje czoło na moim i spojrzał mi głęboko w oczy. Miał rozszerzone źrenice, jego brązowe tęczówki były ciemniejsze niż zwykle, prawie czarne, rozmarzone..
   - Tak mi się podobasz - powiedział, oddychając ciężko, gdy nadal błądziłam dłońmi w jego włosach. - Nie mogę przestać o tobie myśleć. O tym, jaka piękna jesteś.. o twoich włosach - Jęknął. - Tak bardzo chcę cię pocałować - wyznał. 
   Słuchałam go oniemiała z sercem tłukącym się w piersi, spragniona jego dotyku i wiedziałam, że może dać mi go więcej. Policzki miałam czerwone. Przyspieszył mi się puls, a w efekcie oddech.
   - Więc na co czekasz? - powiedziałam cicho ostatkiem sił, jakie wysysały ze mnie szalejące wtedy emocje i hormony. Biły się, mieszały ze sobą, napędzały bombę atomową wewnątrz mnie.
   Wtem zahuczało mi w uszach. Czas stanął w miejscu wraz z moim biciem serca. Zesztywniałam całkowicie, napinając mocno wszystkie mięśnie, a gdy wypuściłam powietrze nosem, by uspokoić nerwy, pełne, rozpalone, miękkie usta Jacka Brewera całowały moje z taką żarliwością i zaciekłością, że moje ciało nie dawało sobie z tym rady. 
   Objęłam go mocno za szyję, niezdolna myśleć o niczym innym, jak o jego wargach. Jego. wargach. na. moich.
   Oddałam pocałunek z kłębkiem nerwów, gniotącym się wewnątrz mnie. 
   Co jeśli zaraz czas znów ruszy i wszystko zniknie tak szybko, jakby ktoś pstryknął palcami? A co gorsza - czy w ogóle powinnam pozwalać na to, co właśnie się działo?
   Jack pogłębił pocałunek. I to z jaką mocą! Aż mną wstrząsnęło.
   Otworzyłam lekko oczy, przyglądając się mu.
   Powieki miał zaciśnięte, brwi ściągnięte, policzki całe czerwone. Drżącymi dłońmi obejmował mnie w talii - miał tak duże dłonie i tak długie palce, że gdy bardzo się postarał, mógł objąć mnie nimi w pasie. Całował mnie długo, bez umiaru, rozpalony do czerwoności. Przyciskał moje ciało do drzewa już tylko biodrami i wręcz czułam jak coś rośnie mu w spodniach. 
   Przeniosłam jedną dłoń na jego głowę i ponownie zaczęłam błądzić palcami w jego włosach, niszcząc ciężką pracę żelu i od nowa tworząc koguty z pojedynczych kosmyków.
   Jack oderwał się ode mnie nagle i jęknął gardłowo, co przyprawiło mnie o ciarki. Nie zdjęłam dłoni z jego głowy, a wręcz przeciwnie - wbiłam mocno paznokcie w jego skórę.
   Oddychaliśmy szybko.
   Nie chciałam otwierać oczu, by wszystkiego nie zepsuć moim przerażonym spojrzeniem. 
   Czułam ciepło bijące od twarzy Jacka.
   Musnął delikatnie moje usta swoimi i oparł nos na moim policzku.
   Trwaliśmy w ciszy, wsłuchując się w swoje przyspieszone bicia serc.
   Jego klatka piersiowa uderzała o moje piersi i wprawiało mnie to w stan ogólnego zachwycenia.
   Po chwili przestał na mnie napierać i zsunął ręce na moje biodra, oddychając już miarowo i coraz spokojniej.
   Przez głowę przeszła mi myśl, że to już koniec, że już więcej nie poczuję jego ust na własnych i nigdy nie będę miała okazji napawać się dotykiem jego długich palców przy ramiączkach od stanika. 
   "Nie!" - zawodziłam od środka.
   Nie mogłam do tego dopuścić. Chciałam więcej. Chciałam jego ust. Jego dłoni, długich palców. Chciałam jego włosów. Jego ciała przytwierdzonego do mojego już na stałe. Jego uszu! Słodko-gorzkiego zapachu jego wody kolońskiej. I wszystkiego innego, co tak bardzo mnie w nim pociągało. Pragnęłam Jacka Obślizgłego Brewera. 
   Bomba atomowa wewnątrz mnie wybuchła, a eksplozja pozostawiła po sobie falę pożądania w postaci ognia, który wypływał na zewnątrz, pozostawiając po sobie palące rumieńce na moich policzkach.
   Zamaszystym ruchem złapałam Jacka za kołnierz i odwróciłam go, przygwożdżając do pnia drzewa. Był tak zdziwiony moją reakcją, że gdy go pocałowałam, potrzebował kilku chwil na przyswojenie faktów.
   Czułam, że rządzę, że to ja gram pierwsze skrzypce w tym pocałunku. 
   Wpita w jego gorące wargi, przeniosłam dłonie na jego szyję i przycisnęłam biodra oraz piersi do jego ciała. 
   Jęknął w pocałunku, oddając go dwukrotnie mocniej niż ja i wplótł palce w moje włosy, gdzie od jego dotyku przechodziły mnie mocne ukłucia prądu.
   Po chwili wróciliśmy do poprzedniej pozycji i to Jack znów opierał się na mnie, całując zajadle moje usta. Gładziłam kciukami jego uszy, dłońmi obejmując jego szyję i dwoma najdłuższymi palcami wkradając się pomiędzy jego włosy a małżowinę uszną. Stawałam na palcach, by być jak najbliżej jego twarzy, w efekcie co chwilę ocierając się o jego krocze.
   Oderwaliśmy się od siebie na sekundę, aby złapać głęboki oddech i ponownie złączyliśmy nasze usta w gorącym pocałunku. 
   Dłonie Jacka zjechały po mojej szyi i ramionach prosto na biust.
   Krew zawrzała mi w żyłach. 
   Zsunął jedno ramiączko od mojej sukienki i wciąż mnie całując, objął powoli i delikatnie moją pierś przez materiał stanika.
   Musiałam oderwać usta od jego, bo z mojego gardła za wszelką cenę chciał się wydobyć piskliwy jęk podniecenia. 
   Moją brodawkę przeszedł mocny gorący prąd, a w brzuchu wszystko się poskręcało.
   Jack pocałował mnie mocno w usta i przygryzł moją dolną wargę, dłonią wciąż błądząc po moim biuście. 
   W jednej chwili poczułam nagły przypływ pewności siebie i wsunęłam od dołu ręce pod jego flanelową koszulę. 
   Badałam dłońmi budowę jego torsu. Miał delikatnie zarysowane mięśnie na brzuchu, które napinały się i rozluźniały zależnie od mojego dotyku. Jego klatka piersiowa była dobrze rozbudowana i unosiła się miarowo wraz z jego oddechem. Ramiona miał silne, takie, w których można by skryć się na zawsze. Skóra na jego plecach parzyła mnie w dłonie.
   Jack nabrał powietrza do ust i ponownie wpił mi się żarliwie w wargi, na co zareagowały od razu moje ręce i bez namysłu wbiłam paznokcie w jego łopatki. Masował moją pierś, gdy ja stale gładziłam jego tułów od dołu do góry. Kiedy zatrzymałam dłonie na bardzo delikatnym zarysie litery "v" u dołu jego brzucha, poruszył się niespokojnie i zacisnął wargi na moich, napinając mięśnie w okolicach barek. 
   Zawiesiłam palce na pasku od jego spodni, a wtem on oderwał się ode mnie, spoglądając mi w oczy. Wydawał się być spięty, gdy coraz bardziej zbliżałam się do dolnych partii jego ciała. 
   Nasze spojrzenia się skrzyżowały i pocałowałam go w usta. Gdy odwrócił uwagę od moich dłoni, włożyłam wszystkie palce oprócz kciuków do jego spodni, zmierzając coraz..
   - Kimberly! - Usłyszałam krzyk mamy gdzieś z oddali. - Idziemy!
   Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni. 
   Uderzyłam o pień drzewa łopatkami, a przechodzący mnie ból pozwolił mi racjonalnie myśleć. 
   Nasze usta nie miały odnaleźć się po raz kolejny, ręce nie mogły dotknąć drugiej osoby, naruszyć jej intymnych zakamarków. Nasze ciała ze spójnej jedności stały się dwoma odrębnymi przedmiotami w całym wszechświecie, który nie miał zamiaru spleść ich losów razem. Były dla siebie tak bliskie, a równocześnie tak obce, że nie dało rady zrobić nic, co mogłoby poprawić ich stosunki. Bo to, co się wydarzyło było jedynie zwykłym impulsem. Dla niego, bo London nie dawała mu tyle, ile od niej oczekiwał i dla mnie, bo nie chciałam dłużej zwlekać z pierwszym pocałunkiem. W jakimś stopniu ufałam Jackowi bardziej niż komukolwiek innemu, więc pocałowanie go jako pierwszego wydało mi się czymś, co się po prostu stać musiało. 
   W mojej głowie pojawiło się tylko jedno pytanie: "Skoro to był zwykły impuls, to dlaczego moje serce nie chce przestać bić jak oszalałe?".
   Popatrzyłam z wypiekami na twarzy przed siebie.
   Jack miał spuszczony wzrok i zapewne umyślnie unikał mojego spojrzenia. Zdążył już włożyć ręce do kieszeni i prawą stopą grzebał w ziemi, niszcząc idealny trawnik.
   Poczułam dziwne ukłucie od wewnątrz. Ukłucie, które sprawiło, że nagle moje serce było skłonne złamać się na pół. 
   Jack odczuwał wstyd, że mnie pocałował.
   Bez słowa odeszłam od wielkiego orzecha na środku ogrodu, pod którym moje usta po raz pierwszy spotkały się z cudzymi.


   W poniedziałek rano jak zwykle wyszłam z domu pięć minut przed Jackiem, by nie przyszło mu do głowy rozmawiać ze mną o tym, czemu go unikam. Choć tego dnia miałam wrażenie, że on sam stał za drzwiami i patrzył przez wizjer, czy już sobie poszłam, aby przypadkiem się na mnie nie natknąć.
   Dnie mijały szybko, a władała nimi melancholia - budziłam się o szóstej, patrzyłam w moje ponure lustrzane odbicie, szłam do szkoły, unikałam Grace, Jacka i Jerry'ego, wracałam do domu, uczyłam się i szłam spać. W ciągu dwudziestu czterech godzin nie było sekundy, w której nie myślałabym o moim pierwszym pocałunku. Coraz bardziej wątpiłam w to, że był to jedynie impuls. Chodziłam korytarzami szkolnymi i obserwowałam wielu chłopców, zastanawiając się, czy gdyby któryś z nich przygwoździł mnie do drzewa w nocy, to bym go pocałowała czy raczej pomyślała, że jest pedofilem. Poza tym ciągle władała mną bezsensowna myśl, że Jack zaraz do mnie podejdzie i opierając moje ciało o metalowe szafki, pocałuje tak mocno, jak wtedy, że przyprawi mnie o skręt kiszek i kompletną utratę rozumu. To było najgorsze - za każdym razem, gdy go widziałam, traciłam kontrolę nad własnym ciałem. Ratowało mnie zaciskanie na czymś palców i skupianie wzroku na ścianie albo czymś innym, równie interesującym. 
   Gdy Jack śmiał się z kolegami, zastanawiałam się, co go tak bawi i nadaremno próbowałam dosłyszeć, o czym mowa. Kiedy obejmował London w talii, idąc korytarzem, zazdrość zżerała mnie od środka jak jakiś pasożyt. Gdy zaś wiedziałam, że przechodzi koło mnie lub gdy słyszałam jego głos, przechodził mnie przyjemny prąd w okolicach brzucha.
   W domu płakałam nad kartkami papieru, robiąc zadania z myślą, że już nigdy nie będzie mi dane zbliżyć się do Jacka. Uświadomiłam sobie, że najlepsza chwila w moim życiu przyniosła najgorszy czas. Zastanawiałam się więc, czy ta jedna nędzna chwila była warta tak okropnej przyszłości? Co miał jeden pocałunek do całego życia? Mogłam nadal przyjaźnić się z Jackiem lub być z nim pokłócona, bo nawet to byłoby lepsze niż świadomość, że specjalnie unika mnie wzrokiem. Mogłam użyć rozumu, pohamować to wszystko, wyjaśnić, że nie ma sensu niszczyć tego, czym darzyliśmy się od urodzenia - najszczerszą przyjaźnią. Bo to nowe uczucie pomiędzy nami sprowadziło nas jedynie do okresu jeszcze gorszego niż już kiedyś przeszliśmy. Nie byliśmy na siebie po prostu obrażeni - nie chcieliśmy siebie nawet widzieć, bo wiedzieliśmy, że wtedy uczucie nabierałoby na sile, a to zniszczyłoby wszystko, co do tej pory wypracowaliśmy. Ja nie opuszczałam się w nauce, a Jack był w drużynie piłki nożnej.

   Dwa tygodnie później na lekcji języka angielskiego Grace usiadła ze mną w ławce. Przyglądała mi się przez jakiś czas, a potem spuściła wzrok i zajęła swoim zeszytem.
   Nie czułam się już na nią zdenerwowana, ale myślałam, że zbliżyła się do mnie w jakimś celu, gdy tak naprawdę nie zrobiła nic, bo po lekcjach wstała z ławki i po prostu wyszła.
   Jednak wieczorem odwiedziła mnie w moim domu. 
   Siedziałyśmy dość długo w ciszy na moim łóżku. 
   Skubałam koniuszek mojej ulubionej poduszki, gdy Grace w końcu się odezwała:
   - Wcale nie jestem taka, jak myślisz.
   Jej ton głosu był rozżalony i zawodzący.
   - Grace, nie musisz mi się tłumaczyć - powiedziałam wymijająco, przeczesując włosy palcami.
   Brunetka poderwała się z siedzenia.
   - Nie mówię tego, żeby ci coś udowodnić. Po prostu musisz wiedzieć, że mylisz się co do tamtej nocy!
   Zmarszczyłam brwi.
   - Skąd wiesz o czym..
   - Jack zna cię lepiej niż myślisz - rzekła od razu.
   Spuściłam wzrok na swoje dłonie.
   Jack.
   Sama wzmianka o nim była dla mnie męką.
   - Upiłam się jak jakaś świnia - wiem! - ciągnęła Grace, ale trudno było mi jej słuchać, bo moją głowę znów zaprzątała osoba przystojnego bruneta w jasnozielonej flanelowej koszuli. - Zrobiłam to, bo był tam Mahoniowy Chłopiec - wyjaśniła. - On.. on zaczął ze mną rozmawiać i tak się zestresowałam, że zaczęłam niekontrolowanie sięgać po coraz więcej drinków! - Zaczęła chodzić nerwowo po pokoju, żywo gestykulując. - Pocałował mnie! - Przerwała.
   "Całowałam się z Jackiem!" - chciałam jej ogłosić, ale się powstrzymałam.
   - Spytał, czy pójdę z nim na bal maturalny, Kim! - zawołała szczęśliwa.
   Chryste! Bal maturalny!  
   W jednej chwili ogarnęło mnie przerażenie. Nie miałam z kim iść. I na pewno nikt mnie o to nie poprosi. Jack pójdzie z London i..
   - Tak się cieszę - zawtórowałam przyjaciółce, a ta rzuciła mi się w ramiona.
   - Tęskniłam za tobą, sztywniaczku - powiedziała mi na ucho, a ja ją objęłam.
   Do nocy rozmawiałyśmy o bzdetach, ale ani słowem nie wspomniałam o Jacku. Nie dlatego, że nie chciałam, by Grace wiedziała, co się pomiędzy nami wydarzyło, ale poczułam, że w naszej wspólnej rozmowie nie ma dla niego miejsca. Nie pragnęłam, aby stał się głównym tematem naszego babskiego świata.
   Wprawdzie zaczęłam żywić do niego lekką urazę. Nie kochał London, tak? Wręcz cholernie świetnie to okazywał!


   Kwiecień był trudnym miesiącem. 
   Napisałam maturę, osiągając bardzo dobre wyniki i rozglądałam się za szkołą zawodową, do której mogłabym udać się po oficjalnym ukończeniu szkoły. Jedno było pewne - w Seaford nie czeka mnie świetlana przyszłość, więc musiałam szukać czegoś poza miastem. Mama była załamana tym faktem, ale przekonywała, że była na to przygotowana od dawna. Codziennie wieczorem przychodziła do mojego pokoju i siedząc na łóżku rozmawiałyśmy o tym, co będę robić w przyszłości. Oczywiście, wybiorę nauki ścisłe. Po ukończeniu szkoły porozglądam się za pracą nauczyciela w podstawówce lub wykładowcy na jakimś uniwersytecie, jeśli będzie to możliwe. W międzyczasie odnajdę miłość swojego życia i skończę w domku jednorodzinnym z małymi bachorami, biegającymi mi pod nogami.
   Planowanie przyszłości wydawało się takie łatwe. Szkoda, że teraźniejszości także nie dało się tak prosto ułożyć. 
   W pierwszej połowie maja wszyscy w szkole zaczęli mówić tylko o balu. Dziewczyny kupowały już piękne kreacje, chłopcy bukowali limuzyny i zamawiali śliczne bukieciki, poszukując jak najlepszych garniturów, by oczarować swoje wybranki.
   Grace miała parę już od dwóch miesięcy. Dave, bo tak miał na imię Mahoniowy Chłopiec, okazał się być bardzo miłym gościem i nie trzymał do nas urazy za to, że zabrałyśmy mu paluszki z automatu sprzed nosa. On i Grace chodzili ze sobą od jakiegoś półtora miesiąca i dobrze im się układało. Wybrali nawet tę samą szkołę i postanowili wynająć sobie wspólne mieszkanie. Cieszyłam się ich szczęściem, ale mimo to chwilami było mi żal Jerry'ego. 
   Skoro o nim mowa - postanowił wyprowadzić się do Nowego Jorku i zostać słynnym inżynierem. Z jego bujną wyobraźnią nie było to aż tak głupim pomysłem.
   I Jack. Jack Obślizgły Brewer. Nie miałam pojęcia, co chciał robić, jak poszły mu egzaminy ani nawet co u niego słychać. Wiedziałam tylko, że szedł na bal razem z London, co nie było raczej niespodzianką. 
   Nie rozmawiałam z nim od pamiętnego pocałunku w ogrodzie jego rodziców. I nie powiedziałam o nim nikomu. Była to moja tajemnica, moja chwila, którą trzymałam głęboko w przełamanym na pół sercu. Trudno było mi sobie przyswoić, że zakochałam się w tym brudnym dzieciaku z krzywymi zębami, który zniszczył moją ulubioną lalkę i kazał mi jeść musztardę z cynamonem. I do tego nie odwzajemniał moich uczuć. 

   Na bal miałam pójść sama, ale wydarzyło się coś bardzo dziwnego.
   Morgan, odwieczny boiskowy wróg Jacka, który rok temu odszedł z naszej szkoły do Bacon Hills, wrócił. Nikt nie wiedział czemu lub raczej w jakim celu, ale mnie nie za bardzo obchodziła jego obecność, aż któregoś dnia nie podszedł do mnie na przerwie i nie powiedział:
   - Hej, co słychać?
   W pierwszej chwili nie wiedziałam, czy mówi do mnie, więc rozejrzałam się wkoło, ale nikogo nie zauważyłam.
   - Cześć - odpowiedziałam niepewnie, a on się uśmiechnął.
   Miał przystojną, ciemną twarz i był bardzo umięśniony. Bezustannie świecił do mnie białymi prostymi zębami i spoglądał brązowymi oczami w moje. Rozmawiał ze mną codziennie i dowiedziałam się o nim wielu ciekawych rzeczy, jak na przykład, że jego matka pochodzi z Afryki, ale pobrała się z białym Amerykaninem, który zabrał ją do swojego kraju i tam znalazła dobrze płatną pracę, po czym wraz z mężem zdecydowali się na dziecko. Ben, bo Morgan to jego ksywka i nazwisko, był zafascynowany piłką nożną od małego i swoim charakterem bardzo przypomniał mi Jacka. Choć jego wygląd w ogóle nie powielał się z Brewera - Morgan był mojego wzrostu, czarnoskóry o krótko przystrzyżonych ciemnych włosach i małych wesołych oczach. Jego sylwetka była silna, mocna i stąpał ciężko po ziemi. Był naprawdę miły i miał ogromne poczucie humoru. Zdziwiło mnie, że zwrócił na mnie uwagę, gdyż zawsze uderzał do London (z resztą jak każdy), a tym większe było moje oszołomienie, gdy spytał, czy mam parę na bal.
   - N-nie - odpowiedziałam, jąkając się z wielkimi oczami.
   Ben pochwycił moją dłoń w swoją i uśmiechnął się nieśmiało.
   Ze smutkiem stwierdziłam, że nie posiadał długich smukłych palców, które mogłyby objąć mnie całą w talii. 
   - W takim razie może chciałabyś pójść ze mną na bal, Kim? - zapytał w końcu.
   To była ta jedyna chwila w moim życiu, gdy naprawdę chciałam usłyszeć "Mądralińska" zamiast "Kim". 
   W uśmiechu ani spojrzeniu Bena nie wyczułam szczerości. Nie byłam zawiedziona, bo spodziewałam się, co do jego intencji. Przystojny sportowiec, bliski znajomy London Parrish miałby zwracać większą uwagę na taką sztywniarę jak ja? To nierealne.
   Chciałam mu odmówić, ale nagle kątem oka spostrzegłam, że ktoś mi się przygląda. Spojrzałam szybko w tamtą stronę i ujrzałam osobę, której spodziewałam się najmniej. 
   Jack Brewer patrzył na mnie z oddali swoimi wielkimi ciemnymi ślepiami i mogłam przysiąc, że albo chce udusić Morgana albo wrzasnąć, żebym za nic się nie zgadzała. 
   Przez chwilę obserwowałam jego długą, sprężystą sylwetkę i drżące ruchy dłoni.
   Zrobił krok w moją stronę, ale zaraz cofnął się zmieszany.
   Popatrzyłam w fałszywie ciepłe oczy Bena i głośno, z ogromną satysfakcją, powiedziałam:
   - Tak.

   Tego samego dnia wieczorem, gdy siedziałam na schodkach przed domem, po raz pierwszy od paru miesięcy rozmawiałam ze swoim sąsiadem.
   Słuchałam listy najlepszych przebojów z lat osiemdziesiątych, którą przygotowywałam sobie na podróż do wybranej szkoły, gdy nagle poczułam uderzenie kamyczka na prawym ramieniu. Podniosłam "broń" i od razu rozpoznałam jasne ozdobne kamyki z ogrodu państwa Brewer, z których była uformowana wąska ścieżka.
   Odwróciłam głowę w stronę mojego oprawcy i zdjęłam swoje różowe słuchawki nauszne, zawieszając je na szyi.
   - Hej - powiedział Jack, opierając się o płot.
   Podeszłam do niego, miętoląc w dłoniach białego pomazanego kolorowymi pisakami iPoda. 
   - Hej - odpowiedziałam cicho, spoglądając w dół na odtwarzacz muzyki w moich rękach.
   Skupiłam wzrok na niebieskich wyrazach napisanych niewyraźnym dziecięcym pismem, które głosiły: "TU BYŁ JACK".
   - Co słychać? - Jego ochrypły głos przechodzący mutację sprawił, że podniosłam wzrok na jego twarz.
   Zmarszczyłam brwi.
   "A co cię to nagle obchodzi?!" - chciałam krzyknąć, ale powiedziałam tylko:
   - Okej - i pokiwałam głową.
   W środku miałam ochotę uderzyć Jacka w twarz i uciec. Zainteresował się mną dopiero wtedy, gdy jego wróg zaprosił mnie na głupi bal maturalny. Ciekawe czy chociaż raz pomyślał, co zrobił, całując mnie, a później udając, że nic się nie wydarzyło. 
   Przez chwilę trwaliśmy w ciszy, a w mojej głowie zaczęły pojawiać się nienormalne myśli, dotyczące uszu Jacka lub szybkiego przywalenia mu w klatkę piersiową i pobiegnięcia ile sił w nogach do domu.
   - Wybrałaś już szkołę? - spytał nagle, wyrywając mnie z wewnętrznej bitwy "Uszy czy liść?".
   - Nie - rzekłam, odgarniając blond kosmyki z twarzy i myślami skupiając się na czymś neutralnym, jak na przykład na tym, że następnego dnia po szkole umówiłam się z Grace w centrum handlowym, by porozglądać się za sukienką dla niej. - A ty? - Zerknęłam na niego i zaraz ponownie spuściłam wzrok.
   Westchnął.
   - Nie.
   Podniosłam głowę, by coś powiedzieć, bo pomiędzy nami znów zaczynało robić się niezręcznie, gdy nagle spostrzegłam, że Jack mi się przygląda.
   Nasze spojrzenia skrzyżowały się na długą chwilę, w której badałam ciemną głębię jego oczu, przypominając sobie czas, kiedy zrobiłam to po raz pierwszy i nie doszukałam się w niej niczego. 
   Uśmiechnęłam się delikatnie do Jacka.
   - Co? - zapytałam, jakby to tylko on patrzył na mnie, a ja na niego nie.
   Prześlizgnął wzrokiem po mojej twarzy, rozwierając delikatne usta w odruchu, jak gdyby przypominał sobie nasz pocałunek. 
   - Nic - odpowiedział nagle. - Więc idziesz na bal z Benem Morganem? - Jego tęczówki przybrały prawie czarną barwę, gdy o to pytał.
   Spojrzałam mu głęboko w oczy i zobaczyłam. Zobaczyłam złość, przerażenie, smutek.
   Serce zadrżało mi w piersi i w jednej chwili poczułam przymus rzucenia mu się na szyję, wtulenia w jego pierś i przeproszenia za wszystko. Ale zamiast tego powiedziałam:
   - Na to wygląda.
   Jack odwrócił wzrok od moich oczu, wpatrując się w domy bliźniacze po drugiej stronie ulicy.
   Myślałam, że coś powie, coś zrobi, chociażby nakrzyczy na mnie, że jestem głupia i bezmyślna i że zgodziłam się pójść z Morganem na ten nic nie znaczący bal, jedynie by go wkurzyć. Ale nie powiedział nic i to zasmuciło mnie najbardziej. Chciałam, aby udowodnił mi, że mu zależy, że się tym przejmuje, a on tylko gapił się w te głupie domy! 
   - Będę już lecieć, jeśli ci to nie przeszkadza - oznajmiłam pospiesznie, wycofując się z pola walki, jakie się powoli między nami tworzyło, a on pokiwał jedynie głową, nadal wpatrując się w domy naprzeciwko naszych. - Pa - wyszeptałam nerwowo i założyłam słuchawki na głowę.


   - Kim, czy ty czasami myślisz?! - zawołała wzburzona Grace, opierając ręce na biodrach.
   - Nie wiem - wyznałam. - W sumie..
   - W zielonym mi nie do twarzy! - Z impetem odrzuciła sukienkę na bok, gdzie tworzyła się pokaźnych rozmiarów górka z ubraniami, która nosiła nazwę: "Na pewno tego nie założę! Chcesz, żeby Dave wyglądał lepiej niż JA?!". 
   Przewróciłam oczami, gdy schyliła się po następną kreację, tym razem w łagodnym odcieniu fioletu.
   Podreptała do przymierzalni, zasuwając zasłonę i zaczęła przebierać się w nową zdobycz.
   - Ta będzie idealna - zaczęła swoją gadkę, którą słyszałam przy każdej innej sukience. - Zobaczysz - zapewniła.
    Postanowiłam zniszczyć oficjalną górę Grace stworzoną dokładnie na środku przymierzalni, tuż przed fotelami, gdzie siedzieli znużeni chłopcy, z uporem przekonujący swoje dziewczyny, że wyglądają dobrze, gdy te zdenerwowane twierdziły, że tak jednak nie jest. 
   Ja nie byłam chłopakiem Grace, a musiałam to wszystko znosić. 
   "Wielkie dzięki, Dave" - pomyślałam i zajęłam się zbieraniem ubrań z podłogi i zawieszaniem ich na wieszakach w przymierzalni, by pracownicy później odwiesili je na ich miejsce za nas.
   - KIM!!! - Usłyszałam chyba najgłośniejszy pisk w całym moim życiu, który wydobył się z ust Grace Mendler we własnej osobie, zamaszystym ruchem ręki odsuwającej zasłonę i podchodzącej do wielkiego lustra na końcu przymierzalni.
   Wszyscy obecni spojrzeli na mnie, gdyż byłam jedyną dziewczyną, czekającą na kapryśną damę, wybierającą się na bal.
   Potarłam palcami uszy.
   - Tak? - spytałam więc, gdyż i tak nie było już dla mnie żadnego ratunku.
   - Chodź tu natychmiast i uszczypnij mnie w rękę - nakazała stanowczym tonem, któremu nie sposób było się sprzeciwić. 
   Wyciągnęła dłoń w moją stronę i pociągnęłam za jej opaloną skórę na zewnętrznej stronie ręki, lustrując wzrokiem jej perfekcyjne różowe paznokcie.
   - A jednak! - zawołała, przyglądając się swojemu odbiciu. - Jest idealna!
   Spojrzałam w lustro.
   Rzeczywiście - sukienka leżała na Grace naprawdę idealnie, swoim krojem podkreślając jej krągłości w okolicach klatki piersiowej i bioder. Kreacja sięgała jej za kolana i świetnie eksponowała jej zgrabne łydki, tym samym zakrywając okrąglejsze uda. Subtelny odcień fioletu łączył się wyśmienicie z ciemnymi włosami dziewczyny i podkreślał kolor jej dużych, błyszczących oczu. 
   Grace poprawiła cieniutki pasek o odcieniu nieco ciemniejszym niż sukienka, który wysmuklał jej talię i przygładziła krótkie rękawki, zachwycając się dwoma szwami jadącymi wzdłuż materiału i uwydatniającymi jej figurę.
   - I co myślisz? - zapytała w końcu, szczęrząc się do swojego odbicia.
   - Uau - No, na nic innego nie było mnie stać. Wyglądała naprawdę oszałamiająco. 
   - Myślisz, że..
   Przerwałam jej.
   - Dave padnie przed tobą na kolana i będzie błagał, byś zatańczyła z nim choć przez jedną cholerną sekundę - zaśmiałam się.
   - Nie wierzę - rzekła. - Powiedziałaś "cholerną".
   - Tak - przytaknęłam rozbawiona, gdy Grace rozszerzyła maksymalnie oczy, przez co ich rozmiar stał się wprost ogromny.
   - Chyba naprawdę muszę wyglądać bosko!
   - Tak - powtórzyłam.
   - Ale ty będziesz wyglądać bościej - Nie wspomniałam nic, że takie słowo jak "bościej" zapewne nie istnieje i raczej istnieć nie będzie, bo brzmi wręcz okropnie, gdyż Grace była taka zawzięta i zahartowana, że nie miałam serca jej przerywać. - bo znajdę ci najbościejszą - Słodki Jezu. - sukienkę, jaka tylko skrywa się gdzieś tutaj, w tym centrum handlowym! I będę jej szukać, choćby miało mi to zająć całe życie!
   - Ale wtedy spóźnisz się na bal - wtrąciłam. - A poza tym wokół nas jest milion sklepów. Komu chciałoby się..
   - W drogę!


   Grace nie mogła uwierzyć, że w całym centrum handlowym nie było dla mnie tej właściwej sukienki. Naprawdę. Każda jedna kreacja albo była na mnie za duża, za bufiasta, za bardzo wisiała albo była zwyczajnie za szeroka w biuście czy biodrach.
   - Po tym wszystkim nie wiem, czy mogę nazywać cię kobietą - podsumowała Grace, ciągle spoglądając na mój biust.
   To było gorsze niż spojrzenia chłopaków, które i tak często się w moim przypadku nie zdarzały.
   - Weź! Bez przesady - uspokoiłam ją i odepchnęłam jej ręce, które w tamtej chwili przypominały dłonie piętnastolatka (o silnie różowych paznokciach) z silną potrzebą ujrzenia swoich pierwszych w życiu piersi (nie licząc jego matki, gdy był małym berbeciem). - Nie są aż tak małe.
   Grace skrzywiła się żartobliwie.
   - No..
   Roześmiałam się i tylko pokręciłam głową.
   - Nie każdy może mieć tyle szczęścia tu i tu, jak ty - rzekłam, a ona uśmiechnęła się pod nosem. 


   W końcu przekonałam się, że idealna sukienka od dawna czekała na mnie w domu, głęboko w szafie mamy. Jej słynna kreacja - niebieska sukienka do kolan (co było szałem w tamtych czasach) ze sztywną górą bez ramiączek, która od połowy pasa rozszerzała się, tworząc przewiewny, lekki klosz wokół bioder i ud, posiadająca wiele jasnych falban promieniście zmierzających po materiale od mojego biustu do kolan.
   Gdy patrzyłam na siebie w lustrze, nosząc owe cudo, czułam się jak prawdziwa księżniczka. Jedynie brakowało mi złotej korony. No.. i butów.
   Mama wyglądała na bardzo uszczęśliwioną faktem, iż jej ukochana kreacja przeżyje nową młodość. A może była i dumna, bo w jej oczach widziałam istny zachwyt, kiedy na mnie patrzyła. Poprawiając sukienkę we wszystkich miejscach i obmyślając, jak najlepiej ją wyprać, by nie zniszczyć nieskazitelnego wyglądu, była w swoim żywiole. Latała za mną w te i we wte, gdy ja przechadzałam się po całym domu, przeglądając w każdym lustrze, bo nie mogłam się nadziwić, jak tak stara sukienka może pasować na mnie wprost idealnie, co do milimetra! 
   - Taka nasza natura - mówiła mama z uśmiechem, sugerując, że jestem do niej podobna bardziej niż do ojca, co stanowiło główny temat ich kłótni.
   Myślę, że mama również widziała we mnie siebie sprzed wielu lat. Tę samą przestraszoną twarzyczkę, która wybierała się na najważniejszy bal w jej życiu.  
   Co prawda nie posiadłam wymarzonego księcia z bajki i na pewno z głośników na sali nie popłynie niesamowity głos Davida Bowie, no i jeszcze nie przeżyję swojego pierwszego pocałunku (bo już to na nieszczęście zrobiłam), ale cieszyłam się tym, co miałam, bo Ben Morgan, głos Taylor Swift i brak pocałunku ze snu nie były najgorsze. Liczyło się tylko to, że w ogóle szłam na bal. I że miałam najbościejszą sukienkę na świecie!




   Tydzień przed balem maturalnym w szkole zapanowało istne piekło. 
   Wszyscy już znali swoje wyniki z egzaminów i mówili tylko o wybranych już przez siebie szkołach, komentując srogo wszystkie te, które odrzuciły ich podania. Ci, którzy nadal na nic się nie zdecydowali robili największe zamieszanie. Chodzili z sali do sali, obgadując wszystko z nauczycielami i próbując w końcu podjąć ostateczną decyzję co do swojej przyszłości. Do tego dochodził bal, czyli ostatni dobór partnerów, wybór pasujących do siebie stroi, które oprócz spójności kolorów będą także robić wrażenie na innych, zamówienie miejsc w restauracjach, limuzyn, bukiecików dla partnerek oraz sprawy związane z wystrojem sali balowej, której przygotowania trwały już od miesiąca, muzyką, poczęstunkiem i słynnym szkolnym ponczem, przygotowywanym przez stołówkowe kucharki. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. W moim przypadku było. Miałam już dawno wybraną szkołę, partnera na bal, sukienkę (buty już też! - tata kupił mi niebieskie lakierki na delikatnym obcasie jako wynagrodzenie za wiele lat pracy i przynoszenie mu dumy (gdy podawał mi pudełko z obuwiem, w jego oczach dostrzegłam łzy wzruszenia i w końcu sama także się popłakałam)) i cudownych przyjaciół u boku, z którymi spędzałam ostatnie chwile razem. Jednak mimo tego wszystkiego czułam, że coś jest nie tak. Wmawiałam sobie, że nie mam pojęcia co, ale prawda była taka, że pomimo moich usilnych starań Jack Brewer nie chciał wyjść z mojej głowy. Ostatni raz rozmawialiśmy tego dnia przy płocie, gdy Jack dowiedział się o mojej parze na bal. Od tamtego czasu nie odezwaliśmy się do siebie słowem i wcale tego nie oczekiwałam. W końcu szłam na najważniejszy bal w moim życiu z wrogiem numer jeden mojego sąsiada. Więc czego mogłam od niego pragnąć? Gratulacji? A może po prostu normalnego zachowania. Takiego jak dawniej.
   Próbowałam zapomnieć o wszystkich tych latach spędzonych z Jackiem, ale to sprawiało tylko, że chciało mi się płakać. 
   - Nigdy nie rycz przez facetów! - powtarzała mi Grace i mimo, że zawsze wtedy wybuchałam śmiechem, nadal chciałam jedynie płakać. 
   W końcu w dniu balu miarka się przebrała. Nie powiedziałam o mojej decyzji nikomu. Nie mogłam. Musiałam zrobić to sama, bo to, co siedziało w środku mnie, nie mogło zostać tak po prostu zignorowane.
   Na długiej przerwie podeszłam do Bena Morgana i powiedziałam:
   - Nie pójdę z tobą na bal.
   Na początku mi nie uwierzył i zaczął śmiać się wraz ze swoimi kolegami, ale gdy powtórzyłam swoje słowa bez zająknięcia, mina mu zrzedła i spławił przyjaciół.
   - O czym ty mówisz, Kim? - zapytał, kryjąc złość za szerokim uśmiechem. - Coś się stało? Możemy poro..
   - Przepraszam cię, Ben - rzekłam, nagle tracąc pewność siebie. Poczułam, że nieważne, jakie miał intencje, zachowałam się wobec niego nie fair. - ale naprawdę nie mogę z tobą iść.
   Zmrużył oczy, popatrzył na mnie podejrzliwie i w końcu oznajmił rozwścieczonym głosem:
   - Brewer ci coś nagadał, prawda? Zrobił to, szuja jedna!
   Nie wiedziałam, o co mu chodzi i szczerze - wiedzieć nie chciałam, więc po prostu dopowiedziałam ze smutkiem w oczach:
   - Wybacz. - i odeszłam, ale nagle poczułam czyjąś dłoń zaciskającą się mocno na moim nadgarstku.
    Gdy Ben szarpnął mną w swoją stronę, zanim ujrzałam jego czarne, ściągnięte ze złości brwi, naprzeciwko nas dostrzegłam Jacka. Przyglądał się nam, ale na pewno nie obchodziło go, o co Morgan tak bardzo się ma mnie wkurzał.
   - Idziesz ze mną na bal - odparł stanowczo tonem nieznoszącym sprzeciwu.
   Westchnęłam.
   - Powiedziałam już, że nie mogę.
   Popatrzyłam na swój nadgarstek, który stawał się siny pod wpływem uścisku czarnoskórego.
   - Ben, to boli - zawiadomiłam go, ale wtedy on wzmocnił swój chwyt, na co niekontrolowanie krzyknęłam. 
   - Nie możesz mnie teraz zostawić i dobrze o tym wiesz - trzymał przy swoim. - Mam pójść sam na bal? Gdzie ja teraz znajdę taką naiwną idiotkę, jak ty, w której Brewer się zabuja, co? 
   Osłupiałam, spoglądając na niego wielkimi oczami.
   - Co, proszę? - wykrztusiłam. 
   - Dobrze słyszałaś! - zapewnił mnie. - Myślisz, że po co fatygowałem się, żeby być dla ciebie miłym, później pójść z tobą na bal, na który zresztą i tak nikt inny by cię nie zaprosił, następnie rozkochać cię w sobie, a na koniec rzucić, gdy nikt już nie będzie o tym wiedział? Z własnej woli? - Roześmiał się.
   Patrzyłam na niego zdenerwowana, a może i trochę przestraszona, bo jego dłoń coraz mocniej zaciskała się na moim nadgarstku - wręcz traciłam w nim czucie. Strach mną potęgował. Bałam się wyrzucić mu, że zachował się wobec mnie podle, gdy mi krajało się serce, kiedy mówiłam, że nie pójdę z nim na bal.
   - Wszystko tylko po to, żeby złamać serduszko głupiemu Brewerowi, wywalić go z drużyny, bym ostatni mecz w tym roku zagrał jako kapitan, czym już zajęła się London, i odpłacić się za wszystkie moje piłkarskie porażki w ciągu czterech lat - wytłumaczył, a ja już nie czułam ręki. - Proste, prawda?
   - Jesteś okropny! - wyrzuciłam z siebie niczym jak bumerang.
   W jednej chwili Ben szarpnął za mój obolały nadgarstek i popchnął na szafki, gdzie moje ramię miało spotkać się z twardym metalem. I tak zapewne by się stało, gdyby Jack nie znalazł się przy nas w odpowiednim momencie i nie złapał mnie w ramiona, a później uderzył Bena z prawego sierpowego prosto w nos.
   Czy moja ręka była warta tego wszystkiego, co stało się później? Czy JA byłam tego warta?
   

JACK


Miałem nadzieję, że oddając torbę Kim, zyskam w oczach pana Crawford, ale gdy otworzył mi drzwi, usłyszałem: 
   - Coś ty zrobił mojej córce?
   Długo musiałem zbierać szczękę z ziemi, bo nie dość, że nie wiedziałem, o co chodzi, to jeszcze przy wielkim blond mężczyźnie zawsze odbierało mi mowę.
   - S-słucham? - wykrztusiłem w końcu, a mój ton głosu był chyba zbyt wysoki. - J-ja tylko.. - Odchrząknąłem. - Oddaję torbę Kim. Zostawiła ją u mnie w samochodzie - Wyciągnąłem ręce ku niemu.
   Zmrużył oczy.
   - Czyli zrobiliście to w aucie twojego ojca, tak?
   Aha, teraz to nie mogłem zebrać kopary z ziemi za nic w życiu.
   Pan Crawford patrzył na mnie pewnie, a w jego jasnych oczach tlił się rząd mordu.
   - Przepraszam, co? - wydusiłem, a torba o mało nie wypadła mi z rąk.
   - Słońce - Na korytarzu pojawiła się pani Crawford w postaci mojej wybawczyni i położyła mężowi rękę na ramieniu, lekko je masując. - Daj chłopakowi spokój. Na pewno jest zmęczony po nocy pełnej wrażeń.
   Oblałem się rumieńcem. 
   Nawet pani nie wie, jakich wrażeń.
   Wzięła ode mnie torbę i uśmiechnęła się pokrzepiająco.
   - Chyba obciąłeś włosy, Jack - zauważyła.
   Uśmiechała się identycznie, jak Kim, a jej oczy były tak samo tajemnicze i różnokolorowe. Nie pozwalało mi to racjonalnie myśleć i w głębi duszy tylko czekałem, aż Kim zejdzie po schodach i pośle mi ten sam wesoły uśmiech, od którego kręciło mi się w głowie. 
   - Tak, zgadza się - odparłem i nerwowo zerknąłem na schody.
   Pan Crawford zmierzył mnie wzrokiem, a jego ostro zarysowane rysy twarzy wydały się jakby jeszcze bardziej przeraźliwe. 
   - Um - mama Kimberly spojrzała na niego z zamyśloną miną, okręcając włosy wokół palca. - Kochanie, zdaje mi się, że zlew znowu się zapchał. Poszedłbyś to sprawdzić?
   - Który? - burknął ponuro, nie spuszczając ze mnie oczu.
   - Ten w łazience.
   Mężczyzna ostatni raz zlustrował mnie swoim jasnym, mrożącym krew w żyłach spojrzeniem i odszedł w głąb domu.
   Popatrzyłem z nadzieją na panią Crawford. Na pewno nie spławiła swojego przerażającego męża bez powodu.
   - Jack - powiedziała, patrząc na mnie współczującym wzrokiem. Jej kolorowe oczy błyszczały. - Nie wiem, co wydarzyło się na tym przyjęciu, ale Kim przechodzi teraz trudny okres i.. - zawahała się, kładąc mi, z bladym uśmiechem na twarzy, dłoń na policzku. - Myślę, że ma to coś z tobą wspólnego.
   Poczułem nagły przypływ smutku.
   - Czy ona.. my..
   Kobieta pokręciła głową.
   - Raczej nie będzie chciała się z tobą teraz widzieć. Mam nadzieję, że rozumiesz, kochany - wyszeptała ze współczuciem.
   Przecież Kim nie mogła widzieć, jak London zaciąga mnie do łóżka, prawda? Nawet jej nigdzie nie widziałem! To niemożliwe. 
   - Wszystko w porządku? - zapytała z pocieszającym uśmiechem, gładząc moją twarz. 
   Nie rozumiałem, jak taka miła osoba mogła związać się z kimś takim wielkim i muskularnym, jak pan Crawford, tym bardziej, że był jeszcze bardzo wpływowym prawnikiem, na którego widok włosy stawały wszystkim (lub tylko mnie) dęba. 
   - Tak myślę - powiedziałem cicho, a ona złapała mnie za dłoń i mocno ją uścisnęła.
   Popatrzyłem jej w oczy i poczułem ból w sercu, bo tak bardzo przypominały mi Kim. 
   - Muszę już iść - powiedziałem cicho. - Do widzenia.
   Pani Crawford posłała mi miły uśmiech.
   - Do widzenia, Jack - odpowiedziała i zamknęła przede mną drzwi.
   Odwróciłem się, zmierzając do furtki, a smutek atakował mnie od środka ze wszystkich stron. Nie zobaczę jej, nawet nie wiem, dlaczego!
   Spojrzałem na okno od pokoju Kim, a później na dach. Przed oczami pokazały mi się dwie zamglone postacie, śmiejące się i wskazujące palcami gdzieś wysoko.
   Popatrzyłem na niebo. Było błękitne, jasne, czyste - bez żadnej chmury. (Zupełnie jak oczy pana Crawford - przeszło mi przez głowę.) Słońce świeciło mocno.
   Przypomniało mi się, jak kiedyś, dawno temu, tata powiedział mi, że gwiazdy świecą zawsze - nie tylko w nocy, jak wtedy myślałem. Ale widać je dopiero, kiedy jest ciemno, gdyż ich blask jest tak samo jasny, jak niebo za dnia. Spytałem wtedy, dlaczego więc widać Słońce, bo ono również jest gwiazdą. Tata uśmiechnął się do mnie i poklepał po ramieniu. 
   - Ludzie są, jak gwiazdy - rzekł wtedy, a w jego oczach tliła się radość. - Każdy błyszczy swoim własnym światłem, ale nie potrafisz w nich tego dostrzec, dlatego są dla ciebie pospolici. Jednak któregoś dnia spotkasz osobę, której blask dostrzeżesz od razu. I ta osoba będzie dla ciebie wyjątkowa, tak samo, jak wyjątkowe jest Słońce. 
   Siedząc z Kim na dachu w nasze ósme urodziny, zrozumiałem, że była ona moim Słońcem. I dostrzeżenie tego było moim największym odkryciem w życiu (nawet większym od tego, że nasza Galaktyka nie jest jedyna na świecie).
   Po tym wspomnieniu zrobiło mi się gorąco na sercu.
   Spojrzałem na okno od pokoju Kim i odszedłem.


   - Stary, super!
   - Zarąbiście! Teraz to dopiero jesteś gość!
   - Jak ci zazdroszczę, ziom!
   - Musiało być.. GORĄCO, co?
   Szczerze, męczyły mnie już te głupie odzywki chłopaków ze szkoły. "Przespałeś się z London Parrish, wow, szczęściarz!" - tylko gdybym coś z tego w ogóle pamiętał! Poza tym samo myślenie o tym, co mogło się wtedy dziać, nie było dla mnie jakoś specjalnie przyjemne. Gdyby była to Mila Kunis - o, tak! Wtedy byłoby, co sobie wyobrażać. Ale London? Gdybym nie był nafaszerowany jakimś specyfikiem, który odebrał mi rozum, nigdy nie zgodziłbym się na seks z własną dziewczyną (obecną!).
   Słowo "seks" brzmiało dla mnie normalnie, póki sam go nie doświadczyłem. Po tym wszystkim stało się dla mnie czymś przerażającym. Już nigdy w życiu nie chciałbym uprawiać seksu, jeśli miało się to wiązać z gratulacjami osób, których w życiu na oczy nie widziałem i oglądaniu, jak cała szkoła patrzy pożądliwie na London, która zdawała się być wielce uszczęśliwiona tym faktem. 
   Jednak zastanawiałem się również nad tym, czy tamtej nocy w ogóle do czegoś doszło. Nic nie pamiętałem, a tym bardziej nie ufałem London. Ale skoro nie mogłem nawet przypomnieć sobie, jak to jest przeżywać ten pierwszy raz, to tak samo jakbym nigdy tego nie zrobił. Nie raz pytałem Parrish, co ona czuła, ale wtedy ona tylko zarzucała swoimi złotymi lokami i chichotała jak mała dziewczynka, która chciała zataić przede mną swój sekret. 
   Więc tak naprawdę czułem się, jakby żadnego seksu nigdy w moim życiu nie było. I chyba lepiej było mi z tą myślą.

   Głupie teksty chłopaków, chichotanie London i zazdrość ze strony kumpli były niczym w porównaniu z tym, co zrobiła Kim.
   Był piątek wieczorem - oglądałem z rodzicami nudny film miłosny, na którym jak zwykle usnąłem. Zazwyczaj po tej drzemce od razu szedłem do sąsiadki na korki z matematyki, ale tego dnia było jakoś inaczej.
   Zadzwonił telefon mamy, wybudzając mnie ze snu, gdzie przed oczami stale miałem grube, oświetlone przez słońce blond włosy Kimberly, podskakujące w powietrzu wraz z nią, gdy tańczyła do starej piosenki Beyoncè. (Och, jej włosy!) Pomyślałem, że to dzwoni pan Crawford, bo znowu spóźniłem się na korepetycje, więc od razu zerwałem się z fotela i zacząłem zakładać trampki, gdy mama wyjrzała na mnie z salonu i pokiwała ręką, abym przestał.
   - Tak - mówiła do słuchawki. - Tak, oczywiście. Rozumiem - Mina nagle jej zrzedła i popatrzyła na mnie gorączkowo. - Dziękuję za informację. Tak, ja również. Do widzenia. 
   Rozłączyła się i odłożyła komórkę na stół. Zerknęła na mnie i poprawiła włosy w nerwowym odruchu.
   - Mamo? - spytałem, marszcząc brwi. - Kto dzwonił?
   Nie odpowiedziała i zaczęła kręcić się w kółko.
   - Marge, słonko, powiedz nam, o co chodzi, bo młody zaraz spóźni się na korepetycje i Mark znowu się wkurzy - powiedział prosząco tata, a ja pokiwałem głową.
   Mama westchnęła, śmiejąc się swoim dziwnym śmiechem, który objawiał się tylko wtedy, gdy czuła się bardzo głupio lub odczuwała wstyd.
   - Właśnie - zachichotała smutno. - Korepetycje.
   - Co? - zaciekawił się tata.
   - Odwołane - pisnęła i szybko podreptała do kuchni.
   Zamarłem, osłupiałem, stanąłem w miejscu jak wryty, zamarzłem i nie wiem, co jeszcze. Wewnątrz mnie zaczęło kumulować się coś, co za wszelką cenę chciało ujrzeć światło dzienne. Próbowałem zdusić to w sobie, ale nie dałem rady i wrzasnąłem:
   - CO?!
   Cisnąłem niezałożonym trampkiem o podłogę, krzycząc różne przekleństwa na temat imprez, basenów, białych pościeli i ładnych dziewczyn.
   "NIE! - wrzeszczałem od środka. - Nie zrobiłaś tego, Kimberly Crawford!"
   - NIE! NIE! NIE! - Uderzyłem pięścią o ścianę i gdy moją rękę przeszedł straszny ból, ogarnęła mnie jeszcze większa złość.
   - Synu, uspokój się - powiedział spokojnie tata, podchodząc do mnie ostrożnie.
   Jak mam być, cholera, spokojny, gdy ONA mnie unika?!
   Pomyślałem o tym, że nie widywałem Kim na korytarzu ani nie spotykałem, wychodząc rano z domu czy wracając ze szkoły. Do tego przechodziła ciężki okres i to JA byłem tego powodem! 
   Tego było już dla mnie za wiele.
   Rozwścieczony założyłem ekspresowo trampki i chciałem wyjść z domu, by przeskoczyć przez płot i walić w drzwi sąsiadów, czekając aż ktoś mi otworzy i wszystko wytłumaczy. Ale drzwi były zamknięte na zamek, którego za nic w życiu nie mogłem otworzyć! Wiedziałem, że nie wolno za niego szarpać, bo nic to nie da - zepsuł się dawno temu, ale nerwy tak we mnie buzowały, że nie wyobrażałem sobie być spokojnym ani przez chwilę.
   Uderzyłem siną już pięścią w drzwi, wydając z siebie okrzyk złości.
   - Jack James Brewer, spokój - mówię! Ale to już! - wrzasnęła na mnie mama, tupiąc nogą o kafelki na korytarzu.
   Tata podszedł mnie od tyłu i zablokował mi jakiejkolwiek ruchy, przenosząc mnie na kanapę i tam doszczętnie unieruchamiając rękoma. 
   Szarpałem się, rzucałem, darłem, a wszystko to nadaremno. 
   Gdy w końcu zabrakło mi sił i leżałem przyciśnięty przez silne ręce taty na sofie z głową opartą na kolanach mamy, oddychałam ciężko i myślałem tylko o tym, że muszę zobaczyć się z Kim za wszelką cenę. Nie mogła tak po prostu się ode mnie odizolować. Nie pozwolę jej na to!
   Mama gładziła dłońmi moje włosy i szeptała, żebym się uspokoił. W jakimś stopniu mi to pomogło i w końcu wycieńczony emocjami zasnąłem w objęciach rodziców. 
   

   Następnego dnia obudziłem się w swoim łóżku z samego ranka. (Dobra, była godzina jedenasta w sobotę, czyli świt, okej?) 
   Jedyne o czym mogłem myśleć to zobaczenie Kim (i dowiedzenie się, co jej nagle strzeliło do głowy!). Dlatego też zerwałem z siebie kołdrę, pobiegłem do łazienki, by szybko się ogarnąć, ubrałem byle jakie ciuchy i zszedłem na dół.
   - Jack, gdzie idziesz? - zawołała mama z kuchni, gdy zakładałem buty na korytarzu.
   - Przejść się - skłamałem, chwytając zeszyt od matematyki, który przed korepetycjami zawsze trzymałem na półce na korytarzu, i otworzyłem ostrożnie zamek, by znów nie podnieść sobie ciśnienia.
   - Bez śniadania?! - krzyknęła, ale już było za późno, bym zawrócił, bo zatrzasnęły się za mną drzwi i już przeskakiwałem przez płot na podwórko sąsiadów. 
   Zadzwoniłem dzwonkiem od drzwi i słyszałem, jak po ich domu rozchodził się głośny dźwięk, świadczący o moim przybyciu.
   Usłyszałem kroki, zmierzające w moją stronę, przekręcanie zamków i po chwili przed oczami miałem jasne, świdrujące mnie spojrzenie pana Crawford.
   - Tak? - spytał ostro.
   Przyjąłem postawę pewnego siebie i powiedziałem, podnosząc wysoko głowę:
   - Chciałbym zobaczyć się z Kim.
   - Ach - Prychnął, krzyżując ręce na piersiach. - Nie wątpię.
   Uśmiechnął się do mnie złowrogo i aż zawrzała mi krew w żyłach. 
   Wejdę tu, czy tego chcesz czy nie, wielkoludzie!
   - Wiem, że nasze korepetycje są już nieaktualne, ale niestety nikt nie zdołał dobrze wytłumaczyć mi tego zadania - Wskazałem na swoje niewyraźne pismo na kartce w kratę. - a wiem, że Kim dałaby radę.
   - Posłuchaj mnie uważnie - powiedział pan Crawford swoim mocnym, męskim głosem i żałowałem, że ja nadal przechodziłem mutację. - Moja córka - Pochylił się w moją stronę. - nie chce cię widzieć - wycedził przez zęby.
   Zacisnąłem rękę w pięść za plecami. Miałem ochotę użyć najgorszych przekleństw pod adresem właściciela jasnych oczu.
   Zerknąłem szybko na okno od pokoju Kim i ujrzałem tam to, czego najbardziej oczekiwałem i wtedy potrzebowałem.
   - Skoro - Roześmiałem się. - nie chce mnie widzieć, to czemu stoi w oknie - Wskazałem na nią palcem. - i nam się przygląda?
   Pan Crawford zacisnął szczękę, wciągając głośno powietrze nosem.
   - Piętnaście minut - rzekłem bez zająknięcia.
   - Pięć - warknął.
   - Dziesięć - ciągnąłem naszą grę.
   Jego wyraz twarzy stał się jeszcze bardziej zacięty niż zwykle.
   - Od teraz i ani minuty dłużej.
   Przepchnąłem się przez jego wielkie, umięśnione cielsko i pobiegłem schodami do pokoju Kim. W porę zauważyłem, że drzwi się zamykają, więc przyspieszyłem kroku i wpadłem do pomieszczenia w ostatniej chwili.
   Popchnąłem za sobą klamkę, drewno uderzyło o framugę i krzyknąłem szeptem:
   - Co ty, do cholery, wyprawiasz?!
   Kim zmarszczyła brwi, opierając się o szafę i patrząc w bok.
   Zlustrowałem ją ekspresowo wzrokiem. Miała na sobie luźne dżinsowe spodnie, podwinięte do kostek i wielką niebieską koszulkę z małą kieszonką na piersi. Jej grube włosy spływały falami po ramionach. Miała uroczo zmarszczony nos, gdy się na mnie złościła. 
   Wyglądała cudownie.
   Podszedłem do niej nagle. Przeraziło mnie to, bo nie zrobiłem tego z własnej woli. W środku krzyczałem: Nie! W tył zwrot! Co ty wyprawiasz, chłopie?! Coś samo mnie do niej przyciągało i nie mogłem tego za nic powstrzymać. A z każdym krokiem, który mnie do niej zbliżał, w moim brzuchu pojawiało się coraz więcej chochlików. Kazały mi one myśleć: Nie widziałem jej tak długo, nie rozmawiałem z nią. Nie dotykałem. Więc chyba mam prawo..
   - Popatrz na mnie - poprosiłem. Tak bardzo tego pragnąłem.
   Poruszyła się niespokojnie, ale nie posłuchała mojej prośby.
   - Czego chcee.. - przerwała w pół słowa i zdziwiona wciągnęła gwałtownie powietrze do płuc, gdy w jednej chwili przywarłem do niej całym ciałem.
   Popatrzyła mi prosto w oczy i w jej różnokolorowych tęczówkach dostrzegłem oszołomienie.
   - Jack, co ty wyrabiasz?! - wyszeptała mi nerwowo prosto w usta.
   Próbowała uniknąć ze mną jakiegokolwiek bliższego kontaktu (no, nie licząc tego, że byłem praktycznie do niej przyklejony całym ciałem). Chowała ręce za siebie, szarpała się i nie raczyła spojrzeć na mnie ani na chwilę. A ja chciałem tylko jej oczu, które jako jedyne były w stanie powiedzieć mi prawdę i odpowiedzieć na nurtujące mnie pytanie: Dlaczego mnie unikasz, Kim?
   Pochwyciłem jej podbródek w prawą rękę, lewą blokując jej drogę ucieczki z moich objęć. Skierowałem jej twarz prosto na moją, wpatrując się w jej zmarszczony nos.
   W końcu sprowokowana, zawiedziona w pułapkę bez wyjścia utkwiła wzrok dokładnie w moich oczach.
   Zacząłem oddychać szybciej, gdy w jej tęczówkach zaobserwowałem gryzące się kolory brązowe i niebieskie, a czasami nawet i różowe (chyba zbyt traciłem rozum w jej obecności). Ale pomiędzy tymi barwami czaiła się złość, próbująca wygrać z poddaniem się mojemu rozmarzonemu spojrzeniu. 
   Nie wiedziałem, jak ona to robiła, ale wchodząc rozwścieczony do jej pokoju, wcześniej musząc rozprawić się z jej ojcem, miałem ochotę wyrzucić jej w twarz, jak bardzo jej nienawidzę, bo chciała się ode mnie kompletnie odsunąć, a chwilę później chciałem już tylko ją pocałować. To chyba było najgorsze. Miałem z nią porozmawiać, ale gdy tylko ją ujrzałem, opuścił mnie zdrowy rozsądek. Ale czy to moja wina, że jej oczy sprawiały, iż po jednym spojrzeniu od razu się w nich zatapiałem? Były jak wehikuł czasu - różnokolorowe, pełne tajemnic i pochłaniające cię całego bez możliwości wydostania się. 
   - Jack - wyszeptała Kim, gdy ciągle wpatrywałem się w jej oczy. - Co..
   - Kim - nie dałem jej dojść do słowa. - Cicho.
   Obserwując jej tęczówki, nagle spostrzegłem, że zmieniły swoje położenie. Były jakby niżej i drżały nad nimi powieki. Rozwarłem lekko wargi, wypuszczając powietrze z buzi i w tym samym momencie tęczówki Kim wróciły na swoje poprzednie miejsce. 
   Z sercem kołaczącym w piersi zrozumiałem, że Kimberly patrzyła na moje usta.
   Obleciał mnie strach.
   To byłby jej pierwszy pocałunek, nie mogłem tego zniszczyć. Powinno to być jedno z jej najlepszych wspomnień. Ten jedyny w swoim rodzaju pocałunek - najbardziej naturalny, czuły, delikatny. To pierwsze zetknięcie drżących warg, kiedy po raz pierwszy w życiu czuje się cudze usta na swoich i nie myśli o niczym innym, a gdy ten moment już się kończy, nie wiadomo jak zareagować.
   Kim stanęła na palcach i kładąc dłonie na moich ramionach, delikatnie dotknęła moich warg swoimi. 
   Zamknąłem oczy, gdy ona zamknęła swoje. 
   Moje ciało zalała fala gorąca i czułem tylko jej drżące usta na własnych, które również nie trwały w stanie spoczynku. 
   Nie ruszaliśmy się, skupieni tylko na naszych złączonych wargach.
   Poczułem coś dziwnego, jakby pustkę w sercu, gdy doszło do mnie, że ten moment wydawał się być także moim pierwszym pocałunkiem. 
   Nigdy nie czułem niepewności ze strony London, kiedy mnie całowała - zawsze była pewna swego i grała pierwsze skrzypce, dyrygując mną i blokując jakiekolwiek moje niekontrolowane ruchy, odruchowe tiki. Zaś Kim była tak samo przestraszona jak ja. I wiedziałem, że wtedy to właśnie ja miałem prowadzić, ale byłem tak zagubiony, że nie dałem rady zrobić nic. 
   Kim odsunęła się ode mnie i popatrzyła mi w oczy. 
   - Przepraszam - wyszeptała. - Myślałam, że..
   W jej różnokolorowych tęczówkach dostrzegłem szczerość, a była ona dla mnie tak przytłaczająca, że myślałem, iż zaraz się rozpłaczę. Kim była smutna. Była przeraźliwie smutna i zawiedziona. 
   Zniszczyłem wszystko. Cały jej pierwszy pocałunek.
   Odsunęłam się od niej i podniosłem zeszyt od matematyki, który wypadł mi z rąk, gdy przyległem do niej parę chwil temu.
   Nie byłem wtedy w stanie powiedzieć jej, jak bardzo jest mi głupio i jak pragnę ją przeprosić, bo myślałem tylko o sobie i o tym, że mój pierwszy w życiu pocałunek wcale nie był taki, jaki być powinien. London gwałtownie wpiła się w moje usta, a gdy skończyliśmy obściskiwać się na jej łóżku, kazała mi iść do domu, bo musiała pomalować paznokcie. 
   Popatrzyłem na Kim, otwierając usta, by coś powiedzieć. Ale gdy zobaczyłem, jak smutna opiera się o ścianę, chowając się w własnych objęciach ze spuszczoną głową, nagle moja odwaga zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
   Kiedy po raz trzeci w życiu zobaczyłem, jak Kimberly Crawford płacze, stchórzyłem i uciekłem z jej domu, bo byłem tak zaoferowany sobą, że nie dostrzegłem, jaką krzywdę jej wyrządziłem. Bo w głębi duszy chciałem, aby jej pierwszy pocałunek nie był idealny, bo mój również nie był. 


   Od tamtej pory miałem ochotę zapaść się pod ziemię, gdy widziałem Kim, dlatego starałem się nie widywać jej często. Absurd, prawda? Chciałem walczyć o to, by ona mnie nie unikała, a później sam postępowałem podobnie. 
   W głowie stale próbowałem przywołać smak jej ust, ale moje próby były daremne, bo gdy jej wargi w końcu dotknęły moich, bujałem w obłokach zamiast zająć się najważniejszym: POCAŁUJ JĄ, KRETYNIE! W efekcie za każdym razem, gdy przypadkiem się na nią natknąłem, albo patrzyłem na jej usta z przyspieszonym oddechem albo obserwowałem jej blond włosy. 
   Najgorzej było na matematyce - jedynej naszej wspólnej lekcji. Nie dość, że nic nie rozumiałem ze słów Stokera, to jeszcze moją uwagę ciągle przyciągała Kim, zakładając włosy za ucho, uderzając długopisem o palce lub drapiąc się po ramieniu. Było to tak dekoncentrujące, że po każdej lekcji czułem, iż nie wyniosłem z niej nic oprócz odkrycia nowego odruchowego tiku Kim. Do tego London stale mnie zaczepiała i bałem się, że odkryła moje ukradkowe spojrzenia posyłane w stronę właścicielki pięknych włosów. 
   Skoro o włosach mowa - nie wiem, czemu, naprawdę, do cholery jasnej, nie wiem, dlaczego tak bardzo pociągają mnie włosy u dziewczyn. Pierwszy raz zauroczyłem się złotymi lokami London, a później puszystymi jasnymi kosmykami Kim. Zamiast zwracać najpierw uwagę na biust czy tyłek, ewentualnie nogi, to na pierwszym planie pojawiają się włosy. Nienawidzę tego. Bo gdy widzę włosy farbowane, prostowane, czy też lakierowane, od razu dziewczyna mnie odpycha, nieważne jak wygląda ani jaka jest. (Zrządzenie syna fryzjerki!) To dość skomplikowana sprawa - sam używam żelu do włosów, ale tylko z przymusu. Po pierwsze mama każe mi przygładzić czymś nieznośne koguty, a po drugie London by mnie ukatrupiła, gdybym pokazał się przy niej w fryzurze jak mały nieokrzesany chłopiec (kobiety..). 
   Krótko mówiąc - mam przerąbane jeśli chodzi włosy. A zwłaszcza przy kolegach, gdy chcą poderwać jakąś laskę. Zawsze palnę jakiś tekst typu: "Kiedy ostatnio myłaś włosy?!" lub "Ale zrobiły ci się proste druty od tego lakieru!". Dziewczyny uciekały szybciej niż się pojawiały. 
   


   Codzienne po lekcjach drużyna piłkarska miała trening. Zbliżał się ostatni w tym roku mecz z Seaville od razu po balu maturalnym. 
   Jak zwykle w piątek o piętnastej skierowałem się na boisko i szybko przebrałem w szatni, bo i tak spóźniałem się dziesięć minut z powodu zajęć dodatkowych z języka angielskiego, a wszyscy chcieliśmy wrócić do domu o przyzwoitej porze. Wyszedłem na murawę, nakładając kaptur na głowę z powodu deszczu i przemierzywszy mokrą trawę, stanąłem naprzeciwko chłopaków. Zlustrowałem cały skład wzrokiem, by sprawdzić obecność. Każdy miał jakoś dziwnie przestraszoną minę. (Może to przez deszcz. Gra na śliskiej powierzchni jest o wiele trudniejsza - pomyślałem.) Gdy już dochodziłem do Jerry'ego, który posyłał mi spojrzenia pełne napięcia, nagle coś rzuciło mi się w oczy. Moje spojrzenie skrzyżowało się ze znajomymi wąskimi ślepiami i serce podskoczyło mi do gardła. 
   Niski, krótkie czarne włosy, szyderczy uśmiech i wielkie, szerokie barki. Czarnoskóry.
   - Morgan - wykrztusiłem przez zaciśnięte zęby, marszcząc brwi do granic możliwości.
   - Brewer - odpowiedział radośnie, wyciągając ku mnie rękę.
   Uścisnąłem jego dłoń i aż powstrzymywałem się, aby jej mu nie wyrwać, spodziewając się jego słów, które miały nadejść wraz z moją falą złości. 
   - Na polecenie dyrektora od dziś z wami trenuję - wyszczerzył zęby, czym niesamowicie podniósł mi ciśnienie. - kapitanie - prawie się roześmiał.
   CHOLERA! CHOLERA! CHOLERA! Zaraz czymś w ciebie rzucę, darmozjadzie!
   - Witaj w pierwszym składzie - rzekłem z udawanym entuzjazmem i popatrzyłem na resztę osłupiałej drużyny. 
   Przez chwilę stali nieruchomo, wpatrując się we mnie jak w ducha, ale zaraz się ocknęli i chórem powiedzieli nieprzytomnie:
   - Witaj w pierwszym składzie.
   Uderzyć go czy nie uderzyć? To pytanie chodziło mi po głowie przez cały trening. Za każdym razem, gdy Morgan podbiegał do mnie, próbował zabrać mi piłkę, a to jedynie sprawiało, że dawałem z siebie sto procent. Było to wbrew moim zasadom. Na treningach nigdy nie wykorzystywałem wszystkich sowich sił, by skumulować wszystko dopiero na prawdziwą rozgrywkę, ale tego dnia nerwy tak mną targały, że na boisku byłem jak bomba atomowa.
   - Jack - Jerry podszedł do mnie na pięciominutowej przerwie, kiedy rzekomo skryłem się przed deszczem w szatni, gdy tak naprawdę nie mogłem znieść widoku Morgana w mojej drużynie. - Nie próbuj mu nic udowadniać, bo jedynie zaszkodzisz nam wszystkim.
   Wiedziałem, o co mu chodziło. Wykorzystywałem maksimum swoich sił i tym samym nie dawałem szans na wykazanie się reszcie. Czułem, jakby na boisku była nie tylko piłka, ale również Morgan. Przez niego nie mogłem się skupić, chciałem tylko go pokonać. Nie liczyła się piłka, a on. 
   - Szlag! - krzyknąłem "szeptem".
   - Stary - Jerry poklepał mnie po plecach. - Nie przejmuj się nim.
   Te parę słów z ust najlepszego przyjaciela o dziwo załatwiło całą sprawę i w drugiej połowie treningu Ben Morgan był niesamowicie zawiedziony, że jego próby zdekoncentrowania mnie na nic się nie zdały. 
   Gdy wybiła godzina siedemnasta, ogłosiłem:
   - Na dziś koniec. Idźcie do domu, chłopaki.
   - Albo do Sally Pemberton na macanko, nie, Tom? - wybuchnął śmiechem Mark i razem z innymi rozbawionymi kolegami skierował się w stronę szatni.
   - Zamknij ryj, idioto! - odpowiedział mu wzburzony Tom. - Nie wiecie, jaka ona jest!
   - Ale za to wiemy, jaki ty jesteś! - zawołał Patrick.
   Śmiechy zniknęły wraz z zamknięciem drzwi od szatni.
   Gdy zostałem sam na boisku, spojrzałem w niebo, obserwując jak powoli się ściemnia. Za jednym z drzew dostrzegłem blady blask księżyca. Przyglądając się mu uważnie, stwierdziłem, że za dokładne sześć dni i niecałe trzy godziny nastanie pełnia. Już kiedyś prowadziłem takie badania i mój wynik okazał się być prawdziwym, więc teraz rozpoznanie tego samego układu księżyca gołym okiem nie było żadnym wyczynem. Ogarnąłem wzrokiem przestrzeń wokół jasnej kuli, poszukując pierwszej samotnej gwiazdy, tak jak kiedyś i porównałem ją do piłki. Podniosłem dwa palce, określając odległość gwiazdy od środka wgłębienia w "rogalowym" księżycu, przyjmując, że to bramka. Gdyby wykonać rzut dokładny czterdziestu stopniom z siłą stu niutonów, to..
   Przetarłem twarz rękoma.
   To było cztery lata temu. Teraz są cztery lata do przodu i już nie interesuję się astronomią.
   Westchnąłem i podnosząc piłkę z ziemi, ruszyłem do szatni, odsuwając od siebie przeszłość jak najdalej było to możliwe. 


   Sobotni ranek był nerwowy. Nie dość, że wstałem lewą nogą, miałem więcej kogutów na głowie niż zwykle i w nocy prawie w ogóle nie spałem przez dołączenie Morgana do drużyny, to jeszcze przy śniadaniu mama ogłosiła rozradowanym głosem:
   - Jutro są moje urodziny, ale o tym oczywiście pamiętacie - popatrzyłem na tatę przerażonym wzrokiem, ale on udawał, że nie zapomniał, kiwając głową i zakrywając twarz gazetą. - i zaprosiłam sąsiadów na obiad! 
   Zamarłem, aż prawie wypadł mi widelec z ręki. 
   - Których? - spytałem, zanim zdążyłem ugryźć się w język. 
   Mama klepnęła dłonią o stół.
   - Nie bądź śmieszny! - zawołała z uśmiechem. - Państwo Crawford!
   NIEEEEEE!!!
   Godzinę później spotkałem się z Jerry'm w naszej ulubionej knajpce z falafelami. Od razu pochwycił temat i spytał:
   - Jak UKC?
   Wypuściłem głośno powietrze z ust, wpatrując się w swoje dłonie.
   - Stary - powiedział. - gapisz się na nią, wiesz?
   No co ty nie powiesz!
   Zmierzyłem go ostrzegawczym wzrokiem, a on w odpowiedzi zasiorbał, kończąc Colę. 
   - A jak London?
   - Chryste - Złapałem się za głowę.
   - Dobra, jedno jest pewne - zaczął Jerry, odkładając pustą szklankę po napoju na stół. - Nie możesz teraz zerwać z London. Nie możesz zerwać z nią do końca szkoły! 
   Popatrzyłem na niego.
   Nawet o tym nie myślałem, przecież..
   - To nie wchodzi w grę, rozumiesz?! - rozgorączkował się nagle, mimo że nic nie powiedziałem. - Morgan wrócił! Teraz czyha bezustannie za twoimi plecami, wyczekując jakiejkolwiek najmniejszej porażki, którą mógłby przeciwko tobie wykorzystać! Mogę przysiąc, że już opracował plan wykopania cię z drużyny! 
   - Nie wykopie mnie z..
   - Wiesz, do czego jest zdolny! - kontynuował, zupełnie ignorując moje próby odezwania się. - Raz wybił ci palec, a ostatnio nawet prawie złamał ci nogę! Do czego będzie zdolny, dzieląc z tobą jedno boisko już na każdym meczu?
   - Nie wykopie mnie z drużyny - powiedziałem w końcu, osłupiały widokiem przyjaciela, który ciężko dysząc, patrzył mi prosto w oczy. 
   Oparł się o obitą w sztuczną czerwoną skórą kanapę i zmierzwił sobie włosy. Dotykając rękoma swoich zarumienionych policzków, rzekł:
   - Jesteś totalnie bezuczuciowy, Jack.

   Naprawdę byłem bezuczuciowy? Jeśli chodziło o totalne niezrozumienie paniki Jerry'ego - może, ale jeśli o brak we mnie gwałtownych emocji - niemożliwe! 
   Kim stała przede mną w kwiecistej sukience na ramiączkach, sięgającej do połowy jej uda, a moje serce biło mocno w piersi. (O, tak. Tyle emocji nie szalało we mnie jeszcze nigdy.)
   Powinienem się z nią przywitać, zaprowadzić do salonu, porozmawiać o neutralnych tematach, wykazując przy tym inteligentnym językiem, później zabrać do swojego pokoju lub gdziekolwiek, żeby tylko nie nudziła się przy stole, ale zamiast tego okazałem brak jakichkolwiek we mnie cech dżentelmena, bo gapiłem się na nią oszołomiony, zachwycony i podniecony. Zaś ona nie spojrzała na mnie ani razu, jakbym nie był wart zajmowania jej cennej uwagi. Rozmawiała z dorosłymi, przede wszystkim z moją mamą i swoją. Powinienem wtedy przeprowadzać jakąś konwersację z mężczyznami, ale nie mogłem oderwać od niej wzroku. Co prawda jedynie spoglądałem na nią ukradkiem, ale dobrze wiedziałem, że tata od razu wyczaił, jak bardzo wtedy podobała mi się Kim. Więc pan Crawford też..?
   - Jack! - zawołała mama z kuchni. Jak ona się tam znalazła, lepiej mnie nie pytać - zauważyłabym tylko gdyby Kim zmieniła swoje miejsce. - Pomóż mi z tym kurczakiem! 
   Szybko wstałem od stołu i pomaszerowałem do kuchni, gdzie mama zbeształa mnie za przycupnięcie pomiędzy panią Crawford a tatą, gdy Kimberly siedziała dwa krzesła dalej. 
   Mam usiąść jeszcze bliżej niej?! - tego bym chyba nie zniósł.
   Jednak znieść musiałem, bo gdy tylko położyłem kurczaka na stole, mama prawie podbiegła do mojego miejsca i zajęła je z uśmiechem, włączając się do rozmowy z gośćmi. Trzęsąc się, usiadłem więc koło Kimberly Crawford, która tego wieczoru emanowała takim blaskiem słońca, że przyprawiało mnie to o zawroty głowy. Aha, i przez nią znów pojawiły się te głupie chochliki. Jak ja ich nienawidziłem! "Spójrz na nią! Spójrz!" - krzyczały, stale przewracając się po moim brzuchu. Cały czas głośno przełykałem ślinę, modląc się, by ona tego nie usłyszała. Zdawało mi się, że jakoś nienaturalnie się pocę, ale za każdym razem gdy odwiedzałem łazienkę, pod pachami nie znajdowałem żadnych mokrych plam. Kiedy Kim ruszała chociażby palcem, cały nagle się spinałem z myślą, że zaraz na mnie spojrzy, odezwie się, wstanie lub cokolwiek! Siłą woli powstrzymywałem się, by nie sięgnąć ręką pod stół i położyć jej na szczupłej nodze Kimberly. Ten wieczór był moją wewnętrzną porażką i wiedziało o tym całe moje ciało. 
   Kim podwinęła delikatnie sukienkę i podrapała się po kolanie. 
   Nie mogłem przestać patrzeć, jak jej chude palce dotykają jej delikatnej skóry, wbijając w nią paznokcie i powoli gładząc ją od góry do dołu. Tak bardzo zapragnąłem wtedy, by były to moje palce, a nie jej. 
   Mógłbym jej dotknąć.. choć na chwilę. Chyba nikt by..
   - Jack - powiedziała nagle mama, a ja prawie podskoczyłem na siedzeniu ze strachu. 
   Zapanowała cisza i wszyscy oprócz Kim popatrzyli na mnie.
   Szybko odgoniłem z głowy myśli, które nawiedziły mnie chwilę temu i próbowałem zapanować nad własnymi dłońmi, pocierając nimi energicznie o dżinsy. 
   - Tak? - zapytałem i chyba lekko się zająknąłem. A niech to szlag!
   Zerknąłem na pana Crawford.
   - Nie widzisz, że Kim się nudzi? Zabrałbyś ją do ogrodu, a nie siedzicie tak przy stole - Ogarnęło mnie lodowate spojrzenie ze strony blond mężczyzny, ale starałem się nie zwracać na to uwagi. - Znów zakwitły tulipany - mama zwróciła się radośnie do Kim. - Powinnaś je koniecznie zobaczyć. 
   Kimberly uśmiechnęła się szeroko i wstała od stołu.
   - Dziękuję bardzo za kurczaka. Był wyśmienity - Wyszczerzyła zęby, czarując uśmiechem moją mamę i wsunęła krzesło, czekając, aż ja także wstanę i pójdę wraz z nią.
   Rodzice patrzyli na nią wniebowzięci. Oczy mamy wręcz krzyczały za siebie - taka młoda, taka piękna! jaka rozsądna, dobrze wychowana, te maniery! MÓJ SYN POWINIEN BRAĆ Z NIEJ PRZYKŁAD. 
   Tak. Kimberly tego wieczoru nie zawojowała jedynie moim sercem, a wszystkich, poruszając swoim dziewczęcym wyglądem, który pociągał w tym przypadku tylko mnie. 
   Wstałem od stołu i lekko oniemiały podreptałem w stronę ogrodu, prowadząc za sobą piękność wieczoru. 

   Rozpoczęcie rozmowy było moim największym wyzwaniem w tamtej chwili. Stojąc tuż przed wąską dróżką, prowadzącą w głąb ogrodu, próbowałem nie spoglądać co chwilę na moją milczącą towarzyszkę, której bladą twarz oświetlał blask księżyca i pierwszej gwiazdy, pojawiającej się u jego boku. Wtedy nie miałem nawet siły skupić się na "bramce" i "piłce", bo moje myśli stale zaprzątała Kim. 
   Nie patrz. Nie patrz. Nie patrz. Cholera jasna!
   - Pokażesz mi tulipany? - spytała nagle chorobliwie niemiłym głosem.
   Nic nie odpowiedziałem, jedynie kiwając głową, choć ona i tak tego nie widziała, bo nadal na mnie nie patrzyła. 
   Wchodząc na ścieżkę, wpuściłem ją przed siebie, co było chyba moją najlepszą decyzją tego wieczoru. 
   - Tutaj są białe - Wskazałem palcem na prawo, gdzie przy idealnie ułożonych kamyczkach rosły kwiaty. - Tu różowe, żółte.. - Mówiąc, zerknąłem na nią i spostrzegłem, że już mnie nie słucha, zaoferowana tulipanami.
   Gdy uklękła przy kwiatach, gładząc ich płatki opuszkami palców, spuściłem wzrok.
   No tak. Zawsze uwielbiała nasz ogród. A zwłaszcza tulipany.. różowo-żółte, więc gdy tylko o nich wspomniałem, wszystko inne przestało się liczyć.
   Przycupnąłem koło niej, spoglądając na jej delikatny profil. W jej oczach malował się zachwyt.
   - Tutaj - Dotknąłem dłonią kawałka ziemi, skąd wyrastały dwa zielone płatki. - wyrośnie czerwony. Parę dni temu posadziłem go razem z tatą. 
   Przez chwilę Kim wpatrywała się we wskazane przeze mnie miejsce, jakby wyobrażała sobie wygląd czerwonego tulipana po zakwitnięciu, a później wstała bez słowa i skierowała się dalej wzdłuż ścieżki. 
   Westchnąłem. Już zaczynało męczyć mnie to jej oziębłe zachowanie. 
   Kroczyłem za nią z rękoma włożonymi w kieszenie spodni. Trącałem stopą jakiś kamień, który pochwyciłem po drodze i starałem się skupić na nim całą swoją uwagę, gdy nagle przestałem słyszeć chrzęszczenie piasku i małych kamyczków pod podeszwami Kim. 
   Popatrzyłem przed siebie i kiedy ujrzałem ją, stojącą pod wielkim orzechem, serce zaczęło bić mi w zawrotnym tempie. 
   Jej grube jasne włosy powiewały delikatnie na wietrze wraz z kwiecistą sukienką i szeleszczącymi liśćmi nad jej głową. Obejmowała się ramionami, wpatrując w gwiazdy, a księżyc oświetlał jej rysy twarzy. Z daleka wyglądała jak okruszek - niska, szczupła, trzęsąca się z zimna.
   Kiedy jej oczy ześlizgnęły się z nieba wprost na mnie, poczułem falę szczęścia.
   Patrzyła na mnie. Intensywnie. Pożądliwie. Z rozwartymi delikatnie jak do pocałunku wargami. Plecami przyciśniętymi do kory drzewa i okalającym ją jak płatek tulipana wiatrem.
   Czy istniał chociaż cień nadziei, że czuła się wtedy tak samo, jak ja?
   Stanąłem przed nią lekko zgarbiony, przyglądając się jej twarzy ze zmrużonymi z rozmarzenia powiekami. Moje ciało było dziwnie rozluźnione, jakbym miał zaraz zasnąć przykryty chmurą.
   Kim uniosła delikatnie podbródek, uśmiechając się do mnie kącikiem ust. Jej oczy lśniły, wręcz przywoływały mnie do siebie. 
   Z każdym zbliżającym mnie do niej krokiem, moje ciało ogarniał coraz większy zachwyt. Jej różnokolorowe, tajemnicze spojrzenie ciągle było utkwione we mnie.
   Gdy w końcu nasze ciała delikatnie się ze sobą zetknęły, Kim podniosła głowę i popatrzyła mi głęboko w oczy. Dotknęła kołnierza od mojej koszuli i nie spuszczając wzroku z moich tęczówek, palcem wskazującym naparła na materiał, rozpinając dwa guziki. Zjeżdżając dłonią po moim tułowiu, nagle pociągnęła mocno za moje ubranie w okolicach brzucha i po chwili przywarłem do niej, pozostawiając pomiędzy nami jedynie dwie cienkie warstwy - jej sukienkę i moją koszulę. Gdy przycisnąłem biodra do jej, poczułem, że moja wola przestała posiadać wtedy jakąkolwiek władzę. Zaczęły rządzić emocje, napędzane przez hormony, które kazały mi dotknąć rozpalonego policzka Kimberly Crawford. 
   Chciałem zapytać: "Ty też to czujesz?", te wszystkie wewnętrzne wstrząsy, utwierdzające cię w fakcie, że zaraz nie będziesz mogła się pohamować i zrobisz coś ryzykownego, to nagłe wodogłowie, ten gorąc, jakby było przynajmniej z trzydzieści stopni, te głupie, wnerwiające chochliki i..
   Kim objęła mnie za szyję, a gdy pochylała głowę do mojej szyi, jej wargi przez chwilę lekko musnęły o moje, co sprawiło, że mój kark przeszedł nagły prąd. Boże, musiałem jej dotknąć. Szybko, szybko, gdzie moje ręce? Naprawdę. Gdzie?! Odpadły mi czy tak zdrętwiały, że aż ich nie czuję? Kiedy w końcu przyswoiłem sobie, że w ogóle mam jakieś kończyny i posiadam możliwość poruszania nimi, z ulgą napływającą z ugaszonego pragnienia, położyłem dłoń na udzie Kim - jej szczupłej nodze, po której parę chwil temu się drapała - i z przechodzącym mnie w brzuchu gorącem stwierdziłem, że jest gładka i ciepła, tak jak sobie wyobrażałem. Och! wręcz powstrzymałem się, by w tamtej chwili się na nią nie rzucić. (Oczywiście, całą Kim, nie jej nogę. Aż tak rozumu nie straciłem!) Podążałem mozolnie dłonią coraz wyżej po jej zgrabnej nodze, napawając się jej dotykiem i czując, jak napina mięśnie dwugłowe uda i mięsień duży boczny (nie żebym kochał biologię - jestem piłkarzem i muszę wiedzieć takie rzeczy). Wślizgnąłem rękę pod jej sukienkę, zanim zdążyłem wrzasnąć na siebie w myślach. 
   Kim westchnęła i pochylona nad moim karkiem, złożyła mokry pocałunek na moim uchu. Takiej reakcji się nie spodziewałem. Byłem przygotowany na wybuch typu:
   - Gdzie z tymi łapami, Obślizgły?!
   A że tak się nie stało, toteż krew momentalnie napłynęła mi do twarzy i gdy poczułem powoli rozchodzące się mrowienie po moim ciele od dotyku jej ust, szala się przelała. 
   Zapragnąłem więcej, nie, od początku chciałem jeszcze więcej i wysuwając rękę spod jej sukienki, zacząłem jechać dłońmi ku górze jej drobnej postury wzdłuż lekko zarysowanych bioder, następnie talii (przysięgam, że mógłbym objąć ją samymi dłońmi!), zarysu piersi (tak mnie korciło, by tam się zatrzymać, ale jakoś przemówiłem sobie do rozsądku), na końcu dochodząc do nagich ramion, które w dotyku były tak niesamowite, że aż musiałem zagryźć wargi z zachwytu. Złapałem się kurczowo jej chudych rąk, wczepiając palce w zimną skórę i obserwowałem jak jej klatka piersiowa podnosiła się co chwilę wraz z jej nierównym, przyspieszonym oddechem. Kolorowe kwiatki na jej sukience migały mi przed oczami i myślałem tylko o tym, że to ja przyprawiałem ją o szybsze bicie serca. 
   Gdy tak delektowałem się chwilą, stale hamując cięższe emocje, nagle Kim poruszyła się niespokojnie i przeskoczyła wzrokiem od dwóch rozpiętych guzików mojej koszuli do podbródka, gdzie jej szczęka niebezpieczne zadrżała, jakby bała się zawędrować wzrokiem ciutkę wyżej. Przeniosła swoje dłonie na moją twarz, nie mogąc zapanować nad ich drżeniem i w końcu poddała się samej sobie, spoglądając prosto na moje usta. Przechodziły mnie ciarki, gdy gładziła moją skórę palcami, jak wcześniej swoją nogę. Nie mogłem wyrzucić z głowy tego widoku i w efekcie sam nieświadomie kreśliłem kształty przypominające gwiazdy na jej szyi i ramionach. Poczułem, jak dotyka delikatnie mojej dolnej wargi, po chwili mocniej na nią napierając i wbijając w nią paznokieć. To sprawiło, że coś wewnątrz mnie prawdopodobnie zmieniło swoje położenie - na przykład żołądek zamienił się miejscami z lewym płucem - bo tak skręcało mnie od środka, jakby ktoś bawił się moimi narządami i przekładał je, tworząc nowe układy. A może była to sprawka chochlików - bo jeśli tak, obiecuję, że kiedyś je wszystkie wybiję. 
   Kim wypuściła powietrze nosem prosto na mnie i nieświadomie zbliżyłem do niej twarz, by ciągle czuć te przyjemnie łaskoczące podmuchy powietrza, które posyłała mi, oddychając płytko. 
   - Jack - powiedziała nagle cicho nienaturalnie wysokim głosem.
   - Mmm.. - Chciałem spytać: "Co?", ale w jednej chwili odkryłem, że nie jestem w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku przez wielką gulę w moim gardle, a gdybym to nawet zrobił, to zapewne brzmiałbym jak wiewiórka z grypą.
   Oparłem czoło na czole Kim i przyglądałem się jej z bliska. Wodziła swoimi tajemniczo różnokolorowymi tęczówkami od mojego prawego oka do lewego i na własnych policzkach czułem, jak starała się opanować swoje, nadal trzęsące się, dłonie. Rozwarła nagle usta, a ja w odruchu przymknąłem powieki, które zawsze opadały mi na oczy, gdy czułem, że zaraz chochliki dadzą mi popalić. 
   - Pocałujesz mnie?
   Pogładziłem zarys jej szczęki, a oczy miałem już prawie zamknięte wraz z nadchodzącą falą pożądania i podniecenia niebezpiecznie razem zmieszanych w jedną mieszankę wybuchową i poooo.. CO TY WŁAŚNIE POWIEDZIAŁAŚ?!
   W jednej chwili otworzyłem oczy tak szeroko, jak tylko potrafiłem.
   - Trzęsiesz się - stwierdziła cicho, posyłając mi zawadiacki uśmiech.
   Ja śnię, czy to jawa? 
   - Eee.. - wydobyło się przypadkiem z moich ust i oblałem się rumieńcem, nadal przyciskając czoło do jej. - To.. yyyuu..
   Rozum zaczął powoli odnajdywać drogę powrotną do mojego mózgu i w jednej chwili uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem skrępowany. Kim była tak blisko, że aż mnie to przerażało. Zdjęła nagle okulary z nosa i dopiero wtedy przyswoiłem sobie, że nosiła je tego wieczoru; że w ogóle je nosiła! Roześmiała się na widok mojej oszołomionej miny, odchylając głowę do tyłu i w efekcie uderzając o korę drzewa, co jeszcze bardziej ją rozbawiło. Objęła mnie mocno za szyję i pocałowała delikatnie i krótko w usta.
   Ałć. Cholerne. Chochliki. Jak was dopadnę!
   Chciałbym opisać pierwsze wrażenie po pocałowaniu Kimberly Crawford tak, jak miałem na to ochotę, odkąd zobaczyłem ją w kwiecistej sukience, stojącą w drzwiach i świetnie udającą, że mnie nie widzi, ale tak naprawdę, gdy w końcu to zrobiłem, byłem tak zdziwiony własną reakcją, że nie pomyślałem nawet o skupieniu się na jej wargach. Dlaczego w ogóle ją całowałem?! Przecież nie powinienem, bo już nawet nie chodziło o samą London (ona mnie wtedy nie obchodziła), ale o ojca Kim! Co gdyby zobaczył, jak napieram całym ciałem na jego jedyną córkę, dotykam miejsc, których nigdy nikt oprócz niej nie widział i całuję tak, że czuję, jakby wewnątrz mnie wybuchł istny pożar? Miałbym przerąbane do końca życia! 
   Wyobrażałem sobie napinające się mięśnie dwu- i trójgłowe pana Crawford wraz z uderzeniem, którym z błyskiem w jasnych oczach mnie obdarzał, gdy nagle Kim zrobiła coś, czego nigdy (NIGDY!!!) nie powinna robić, nawet o tym myśleć i w ogóle wpaść na tak idiotyczny pomysł! Wplotła swoje namiętne palce (jeśli można tak w ogóle nazwać część dłoni, która tak zmysłowo potrafiła drapać się po kolanie) w moje włosy i wbiła paznokcie w skórę głowy, przejeżdżając nimi wzdłuż obwodu mojej czaszki. (Bardzo zły pomysł. BARDZO.) Cały się spiąłem, acz skamieniałem. W środku wrzałem; byłem wrzątkiem, który nakazywał ogniowi przestać na mnie buchać. Gdy tak przeżywałem wewnętrzne katusze związane z próbami pohamowania pożądania, Kimberly w najlepsze szperała w moich włosach, nieudolnie błądząc ustami po moich ustach. 
   Oderwałem się od niej gwałtownie, jęk podniecenia wyrwał się z mojego gardła i przycisnąłem jej ciało do drzewa najmocniej, jak potrafiłem, przylegając do niej i nie pozostawiając pomiędzy nami nawet pęcherzyka powietrza. Rozgrzany do czerwoności niespodziewanie przycisnąłem wargi do jej i z przyspieszonym biciem serca, wzmożonymi psikusami chochlików, krwią przeciskającą się z szybkością światła przez żyły i tętnice, jak lawa wypływająca z wulkanu i oddechem tak niewyrównanym, jakbym co najmniej przebiegł maraton, w końcu poczułem smak ust Kimberly, zatracając się w nim całym sobą. Wiśnie. Te same, które zawsze zabierała do szkoły na śniadanie lub smarowała zrobioną z nich konfiturą kanapki z twarogiem. Najprawdziwsze, zachwycające, pociągające mnie jak nigdy przedtem wiśnie. Nie myślałem o niczym innym do końca wieczoru. Tylko o wiśniach. Słodkich, seksownych wiśniach. Wiśniach w ustach Kimberly Crawford. 


   - CO ZROBIŁEŚ?! - wydarł się na mnie Jerry, gdy tylko opowiedziałem mu o wrażeniach sprzed kilkunastu godzin. Nie mówiłem mu, że czułem się, jakbym całował się po raz pierwszy w życiu. Powiedziałem tylko, że w ogóle się całowaliśmy. Bo Jerry był moim najlepszym przyjacielem, ale wiedziałem, że nie zrozumiałby, co chodziło mi wtedy po głowie.
   - Wiśnie - wymamrotałem tak nagle, że zdziwiłem samego siebie, ale mimo to ogarnęło mnie rozmarzenie i myślami powróciłem do ogrodu, gdzie stałem pod wielkim orzechem, przyciskając jej plecy do kory drzewa, gładząc jej szczupłe nogi, całując bezustannie spuchnięte już usta, czując namiętne (nadal jestem za tym określeniem) palce w moich włosach..
   - Wiśnie? - zapytał, nie dowierzając Jerry. 
   - Wiśnie - powtórzyłem, podejmując próbę wrócenia do świata rzeczywistego, przy tym popijając szejka, którego zamówiłem w naszej ulubionej knajpce u Phila. - Tak, wiśnie. 
   - Muszę cię, stary, niestety zasmucić, ale twój szejk jest smaku waniliowego, a nie wiśniowego - popatrzył mi poważnie w oczy, z grobową miną splatając na stole dłonie, a ja wybuchnąłem śmiechem. Chciałbym myśleć teraz o głupim szejku, uwierz.
   Przed oczami wciąż miałem kwiatki, które skrycie porównywałem do tulipanów, choć tak naprawdę nie miały z nimi nic wspólnego. Chciałem, by kwiaty, stanowiące wzór sukienki Kim, nie były przypadkowe. Żeby łączyły się z tulipanami, które ona tak kochała. Żeby cały ten wieczór był przez nią zaplanowany. Żeby chciała mnie tylko sprowokować do zrobienia tak idiotycznej rzeczy. Żeby kierowały mną tylko emocje. Żebym przestał w końcu myśleć o wiśniach. Żebym nie czuł się, jakbym był w niej zakochany.
   Złapałem się za głowę i jęknąłem.
   - Stary, UKC chyba wkroczyło na nowe, bardziej niebezpieczne tory - powiedział to tak, jakby sugerował, że ją kocham, że jestem już temu tak bliski, iż w końcu mnie to przerośnie.
   Nie mogłem tego znieść. Nie chciałam już o niej myśleć, ani ciągle powracać do chwili, gdy nasze usta po raz pierwszy się zetknęły, ale każda najmniejsza cząstka mojego ciała wręcz mnie do tego zmuszała. Zmuszała mnie do patrzenia w przeszłość. Ale nie tylko tą najbliższą. Zawodziła znacznie głębiej, wwiercając się w moją głowę i pozostawiając w niej wielką dziurę, przez którą wspomnienia związane z Kim zaczęły napływać do mnie całego. Wszystkie te wspomnienia, które tak bardzo starałem się wyprzeć.
   - Muszę już iść - wymówiłem te słowa tak pospiesznie, że nie byłem pewny, czy Jerry w ogóle coś z tego zrozumiał.
   - Nie zapomnij o meczu! - wykrzyknął za mną, gdy wychodziłem już z knajpy, ale dźwięk jego głosu jedynie przyprawił mnie o nieznośny ból głowy, więc nie przyswoiłem sobie nic z tego, co powiedział.
   Krocząc ciężko, acz szybko do domu, napłynęło do mnie pierwsze wspomnienie związane z dachem bliźniaka, na którym zawsze przesiadywałem nocami z Kim. 
   Miałem chyba dziewięć lat, gdy odkryłem najwyżej położony punkt w moim domu, z którego spokojnie mógłbym przeprowadzać swoje obserwacje kosmosu przez lornetkę, którą kupiła mi ciocia, kiedy przyjechała odwiedzić nas w wakacje. Bałem się sam wejść na dach, więc poprosiłem Kim, by towarzyszyła mi choć ten jeden raz w celu pełnienia mojej ochrony przed jakimkolwiek niebezpieczeństwem na dachu.
   I to nocą. Kiedy jest ciemno. Bardzo ciemno.
   - BU! - krzyknęła mi do ucha Kim.
   Podskoczyłem w miejscu i stopa obsunęła mi się na śliskiej powierzchni. Zacząłem zjeżdżać w dół, jednak w porę zaparłem się nogami, opierając o rynnę i ściskając gorączkowo lornetkę w rękach. Gdy uspokoiłem oddech, usiadłem znów tuż obok Kim, która śmiała się ze mnie wniebogłosy.
   Obejrzałem dokładnie przyrząd, służący mi do obserwacji, by sprawdzić, czy aby nie ucierpiał podczas mojego niegroźnego upadku.
   - Serio? - pisnęła Kim swoim wysokim, dziewczęcym głosikiem, który czasami bardzo mnie wkurzał. - Patrzysz na to COŚ, zamiast sprawdzić, czy nic ci się nie stało?
   Westchnąłem, wycierając szkła lornetki koszulką.
   - To COŚ nazywa się lornetka i będzie mi dzisiaj służyć do odnalezienia Wielkiego Wozu.
   Kim zrobiła dziwną minę, mrużąc oczy.
   - Wielki Wóz to konstelacja gwiazd na niebie - wytłumaczyłem, ciesząc się, że w końcu wiedziałem coś, czego ona nie wiedziała. 
   Pokiwała z zamyśleniem głową, gdy położyłem się na dachu i przyłożyłem lornetkę do oczu.
   Wodziłem wzrokiem po ciemnym niebie przez szkła powiększające i na marne doszukiwałem się jakichkolwiek konstelacji gwiazd, bo tego dnia noc była pochmurna i nawet ledwo co było widać księżyc. 
   Poczułem czyjeś palce, zaciskające się na moim ramieniu.
   - Mogę spróbować? - spytała Kim.
   Z westchnięciem podałem jej mój pierwszy poważny przyrząd do obserwacji i rzekłem stanowczo:
   - Nic nie zobaczysz. Jest zbyt pochmurno, aby cokolwiek dostrzec.
   Jednak ona zignorowała moją uwagę i przez najbliższe piętnaście minut wypatrywała niczego na niebie. 
   - Mam! - zawołała nagle, ściskając gwałtownie moją dłoń. 
   Jasne.
   Popatrzyła zadowolona na lornetkę, jakby chciała ogłosić światu, że to jednak bardzo przydatny sprzęt, a nie zwykłe COŚ i sama jedną ręką przyłożyła mi ją do oczu.
   - Widzisz? - zapytała cicho podekscytowanym głosem.
   - W którą stronę mam patrzeć?
   Kim wskazała mi dokładnie miejsce, gdzie ujrzała coś, co uznała za gwiazdę, gdy tak naprawdę mógł być to jedynie samolot i powiedziała szeptem, mocniej ściskając moją małą dłoń swoją równie malutką:
   - Mama zawsze mówi, że pierwsza gwiazda, jaka ci się ukaże to osoba, którą bardzo, baardzo kochasz i na której szczególnie ci zależy. 
   Popatrzyłem przez lornetkę na rzekomą gwiazdę Kim i słuchałem dalej:
   - Ty najbardziej lubisz słońce (bo to też gwiazda, sam mi mówiłeś), więc gdy rano się budzisz, to widzisz je jako pierwsze. O kim wtedy myślisz?
   Uśmiechnąłem się i zacisnąłem mocno palce na dłoni Kim, odkładając lornetkę na bok.
   - Słońce jest bardzo wyjątkowe, Mądralińska - odpowiedziałem jej tylko, a ona nie drążyła dalej tematu, gładząc małym palcem mój mały palec. 
   Odwróciłem do niej głowę, gdy poczułem, że przygląda się mojemu profilowi. 
   - Rzucam ci wyzwanie - rzekła, posyłając mi wesoły uśmiech.
   Odwzajemniłem go, ciekawy, co też ta mała Kim o piskliwym głosiku mogła znowu wymyślić.
   - Powiedz mi, że ładnie wyglądam.
   Przyjrzałem się jej kwiecistej sukience i bez zająknięcia oznajmiłem:
   - Ładnie wyglądasz, Mądralińska.
   Odwróciłem głowę i spojrzałem na rzekomą gwiazdę Kim.
   Dziewczyny..

   Gdy byłem już w połowie drogi do domu, wprost czułem, jak moją czaszkę rozsadzają ukazywane w jej wnętrzu obrazy. Kolejne wspomnienie napłynęło do mnie przez dokuczającą dziurę w głowie, tym razem z czasu, gdy miałem jedenaście lat.
   - Naprawdę nie jest ci zimno? - zapytała Kim, podpierając głowę na swojej dłoni, by móc równocześnie leżeć i patrzeć prosto na mnie. 
   - Przestań o to pytać! - zdenerwowałem się. - Nie jestem babą! Jak już to ja powinienem zadawać ci takie głupie i bezsensowne pytania!
   - Jeezu - Przewróciła oczami. - Przepraszam, pani Obrażalska.
   Westchnąłem zdegustowany jej zachowaniem i odwróciłem się, by sięgnąć po koc. Rozłożyłem go i okryłem nim nas, gdy Kim w tym samym czasie starannie ułożyła poduszki tak, jak uwielbiałem - duże pod małymi rzuconymi wszędzie luzem tak, żeby móc rozłożyć się na całej ich powierzchni i w każdym miejscu czuć ich miękkość. 
   Rozejrzałem się po namiocie w poszukiwaniu latarki, bo robiło się już ciemno, a ja bałem się ciemności, co było bardzo wstydliwym i niedorzecznym faktem, który musiałem uchronić przed dojściem do Kimberly Crawford. Gdy w końcu ją znalazłem, szybko włączyłem na najmniejszą moc i ponownie położyłem się naprzeciwko Kim. Poświeciłem na jej twarz, a ona mrużąc oczy, zrobiła śmieszną minę. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem i Kim delikatnie złapała mnie za dłoń.
   - Która godzina? - spytała.
   - Nie wiem - powiedziałem od razu. -Nie wziąłem zegarka - Tak naprawdę było to kłamstwem. Po prostu cały czas chciałem trzymać Kimberly za rękę i patrzeć w jej wesołe, różnokolorowe oczy.
   Nagle zaczęła dmuchać ustami ku górze, patrząc w tym kierunku i przy tym robiąc zeza. Mimo to włos, który wkradł się jej na twarz i widocznie bardzo ją wkurzał, nie zamierzał złapać kontaktu z ruchami powietrza i w efekcie pozostawał cały czas w tym samym miejscu. Wyciągnąłem rękę spod koca i odgarnąłem kosmyk jej włosów za ucho, zanim zdążyłem się powstrzymać. Oblałem się rumieńcem, niezdolny nic powiedzieć.
    - Pamiętasz - zaczęła cicho Kim, sprawiając wrażenie, jakby mój gest nie zrobił na niej wrażenia. - że teraz moja kolej na wyzwanie?
   Pokiwałem jedynie głową, bo nie byłem pewny, czy mój głos w tamtej chwili nie brzmiałby zbyt dziewczęco. (Wolałem nie sprawdzać.)
   - Zgaś latarkę - wyszeptała.
   Jak ja nienawidzę tych wyzwań.
   Serce biło mi mocno, gdy naciskałem powoli guzik, wyłączający urządzenie. Kiedy światło zgasło, poczułem napływający znikąd strach i pożerający mnie w całości w ciągu paru sekund. Nic nie widziałem, a mój słuch się wytężył, przez co słyszałem każdy najmniejszy, najmniej istotny dźwięk, który wtedy przybierał wagę tak samo ważnego, jak inne. To tylko sprawiło, że gdy liście się poruszyły pod wpływem delikatnego podmuchu wiatru, myślałem, że to duchy i odruchowo zacisnąłem palce na misiowej łapce. Ale w jednej chwili przekonałem się, że niestety nie była to łapka misia, bo Kim zaśmiała się cicho i poinformowała mnie, jakbym sam nie wiedział:
   - Boisz się ciemności.
   - Wcale nie - zaprzeczyłem jednak.
   W odpowiedzi tylko znów się zaśmiała i później zapanowała cisza. Trwałem w niej dzielnie, próbując nie skupiać się na dźwiękach dochodzących z zewnątrz i poruszaniu się ścian namiotu, kiedy nagle poczułem coś strasznie dziwnego. Jakby jakiś ciepły, wilgotny przedmiot dotykał mojego policzka. To chyba nie glizda, co?! Nie.. oczywiście, że to nie była glizda, tylko usta Kimberly Crawford z lekkością całujące moją drżącą ze strachu twarz. 
   Zapaliła latarkę i zmrużyłem oczy. Gdy odzyskałem w pełni wzrok po tak wielkim kontraście widoku, dostrzegłem uśmiechającą się do mnie szeroko Kim.
   - Było aż tak strasznie? - zapytała, gładząc mój mały palec swoim małym palcem.
   Nie odpowiedziałem, czując, jak mój policzek robi się czerwony ze skrępowania, bo chwilę temu miał okazję usunięcia jakiejkolwiek odległości pomiędzy nim a ustami Kimberly Crawford.
   - Za to - rzekła stanowczo Kim. - musisz powiedzieć, że ładnie dziś wyglądam.
   - Nawet nie wiem, co masz na sobie! - wykręcałem się od tego pomysłu, by nie zaczerwienić się przez nią jeszcze bardziej. 
   Nachyliła się do mnie i szepnęła mi na ucho:
   - Sukienkę w kwiaty.
   Uśmiechnąłem się momentalnie, spoglądając jej w oczy, a ciepły rumieniec zdobił moją twarz. 
   - A więc wyglądasz ładnie, Mądralińska.
   Zagryzła delikatnie wargę i zerknęła ku górze.
   - Ostatnio myślałam, czy nie wyciąć by dziury pomiędzy tymi dwoma ścianami - wskazała na dwa trójkąty, stanowiące naszą ochronę przed potworami i duchami, buszującymi na zewnątrz. - Wtedy moglibyśmy oglądać przez nią gwiazdy. Rozumiesz? Myślę, że byłoby to jakoby bardzo taktyczne. 
   Powędrowałam za jej wzrokiem i zacząłem sobie wyobrażać, jak wszystkie zła świata wparowują przez tę dziurę do naszego namiotu, gdy śpimy i..
   Kim ścisnęła mocniej moją dłoń.
   - Duchy nie istnieją, Jack! - zapewniła mnie, choć wcale nie byłem skory, by tak od razu jej uwierzyć, jeśli mowa o tak poważnej sprawie. - Przestań być taki dziecinny, Chryste, błagam! 
   - To chyba normalne, że jestem dziecinny, skoro jestem DZIECKIEM - broniłem się. - Każdy, kto ma rodziców jest dzieckiem! Nawet łysy sześćdziesięciolatek z garbem prawie jak kąt prosty! 
   - Nie udawaj, że potrafisz się mądrować, proszę cię! - wybuchnęła nagle, a jej uszy przybrały czerwonej barwy. Zmarszczyła śmiesznie nos, jak zawsze, gdy się na mnie denerwowała, przez co nie mogłem opanować uśmiechu.
   - No tak! Zapomniałem, że tylko ty tak potrafisz - krzyknąłem, walcząc z wybuchem śmiechu, który uporczywie męczył mięśnie mojego brzucha. - Mądralińska! - dodałem, by bardziej ją zdenerwować. 
   - Jeszcze raz mnie tak nazwij! - pogroziła mi palcem, gwałtownie odrywając swoją dłoń od mojej.
   - Jak mówiłem, że jesteś ładna, to jakoś ci to nie przeszkadzało! - zbulwersowałem się. Już przestałam nabierać ochoty na roześmianie się. 
   - Zaiste, że nie! - Zaiste?! Kto tak mówi?! To nie średniowiecze! - Jak prawisz mi komplementy, to mam się obrażać?! Z jakiego powodu, Obślizgły Jacku Brewerze?! 
   Skończyły mi się cięte riposty, więc aby nie wyjsć na głupka, w końcu m rzekłem w miarę spokojnie:
   - Dobra, przestań już się tak drzeć.
   - Tak się składa, głupku, że ty też się darłeś jeszcze chwilę temu! - ciągnęła.
   - Kim, serio. Stop.
   - A w ogóle to wyprostuj w końcu zęby!
   Westchnąłem, odwracając się na plecy i podkładając sobie ręce pod głowę.
   Zaczyna się..
   - Będę nosił aparat za parę miesięcy - mruknąłem od niechcenia. 
   - A twoja głowa wygląda, jakby zalęgło się tam stado dzikich Teiidae*!
   Boże, czy ona kiedyś się zamyka?
   - Nawet nie wiesz, ile to dwa plus dwa, tak jesteś dobry z matematyki! A chcesz zostać astronomem! Lornetka nic ci tu nie zdziała! - Halo! Mam już teleskop! - Już wiem, co kupię ci na urodziny. Grzebień! Wiesz, co to?! Taki przedmiot, dzięki któremu nie wygląda się jak bezdomny! A wiesz może z czego robi się rzepy?! Oczywiście, że nie wiesz, bo..
   Później przestałem jej słuchać, wpatrując się w "sufit" namiotu i rozmyślając, jak wyglądałyby gwiazdy widziane przez dziurę w materiale (wpadło mi wtedy do głowy, że również byłoby miło trzymać wtedy Kimberly za rękę) i pokazując to nowsze konstelacje lub wysłuchując jej rozmaitych opowieści na temat odległości Słońca od Ziemi i ile by zajęła na nie podróż, o ile nikt by się przy nim nie spalił, bo jeszcze dokładnie nie doszła do tego, ile stopni Fahrenheita mogło dokładnie wynosić wtedy Słońce. Ale chociaż twierdziła, że było już blisko tego niesłychanego odkrycia. 
   Gdy tak o tym myślałem, ona nadal nie zamykała buzi, nawijąjąc bez przerwy o głupotach jak najęta i uroczo marszcząc nos. Chociaż.. nawet to jej wkurzające gadanie czasami było również bardzo urocze.
   - Jack? Słuchasz mnie?

   Wchodząc do domu i prawie wywalając się na dwóch betonowych schodkach, zawołałem od razu:
   - Mamy jakieś tabletki na głowę?!
   Mój własny krzyk spowodował, że czaszka o mało co nie przełamała mi się na pół.
   - Na głowę? - zaśmiał się tata, gdy zatoczyłem się na fotel w salonie. - Twierdzisz, że jesteś ułomny? 
   Na pewno bym mu zawtórował, wybuchając salwą śmiechu, ale wtedy nawet mój najmniejszy ruch sprawiał, jakby ktoś wbijał mi rozżarzony pręt w głowę i dłubał nim w oponach mózgu. 
   Jęknąłem głośno z bólu, zwijając się pomiędzy poduszkami w kłębek i zaciskając palce na swoich włosach. 
   Mama szybkim krokiem podreptała z kuchni do salonu, a tata rzucił czytaną przez siebie gazetę na stół i oboje w jednej chwili przykucnęli koło mnie. 
   - Jack, co się dzieje? - Tym razem głos taty był bardzo poważny i stanowczy. Od razu wyczułem, że się martwi.
   Zmrużyłem oczy, bo nagle światło także zaczęło powodować coraz mocniejsze i boleśniejsze pulsowanie głowy. 
   - Nic - mruknąłem cicho, próbując uspokoić rodziców. - Tylko trochę źle się czuję - Znów jęknąłem, nieświadomie zaciskając palce na włosach. - Zaraz mi przejdzie. 
   Im bardziej próbowałem zatrzymać potok wspomnień, tym większy odczuwałem ból. Nie byłem pewien, ile jeszcze tak wytrzymam i nie wiedziałem, dlaczego myśli wręcz rozsadzały mi czaszkę. Nigdy tak nie było - za każdym razem, gdy jakieś wspomnienie chciało do mnie wrócić, po prostu je od siebie odpychałem i zajmowałem czymś innym, by nad tym nie rozmyślać. Taktyka ta skutkowała przez cztery lata i nagle teraz, w najmniej oczekiwanym momencie, jakaś bariera wewnątrz mnie została zniszczona i wypuściła miliony, kłębiących się za jej murem i czekających na swój spektakularny powrót, myśli, które uporczywie trzymałem za nią od pierwszej klasy szkoły średniej. Chciałem na zawsze zapomnieć o gwiazdach, niebie i astronomii. O dachu. O wyzwaniach. O tulipanach. O kwiecistej sukience. O Kimberly Crawford i o tym, co od zawsze do niej czułem. O wszystkim tym, co łączyło mnie z jej osobą. 
   O tym, co od zawsze do niej czułem. Przecież nic nie czułem, prawda?
   I wtedy zrozumiałem. Jednego wieczoru wszystko, czego wystrzegałem się od czterech lat, nagle odnalazło drogę powrotną do mojego serca wraz z pojawieniem się piękności o grubych blond włosach. Było niebo. Były gwiazdy. Była piłka i bramka. Były tulipany. Była kwiecista sukienka. Była ONA. 
   Moje powieki w jednej chwili zrobiły się okropnie ciężkie. Z wysiłkiem próbowałem skupić wzrok na mamie, trzymającej szklankę wody w jednej ręce, a w drugiej tabletkę. Przestałem odczuwać ból w tak ogromnej ilości, oczy zamykały mi się coraz szybciej. Porywał mnie wir wspomnień i nawet nie próbowałem się mu opierać, oddając się w jego sidła całym sobą. Moje myśli zanurkowały głęboko w pamięci i w końcu odnalazły wspomnienie, o którym skrycie nigdy w życiu nie chciałem zapomnieć. 
   Zamknąłem oczy i odleciałem w głąb samego siebie. 

   Był czwarty lipca, przeddzień moich urodzin, parę minut przed północą. Już za chwilę miałem zacząć nowy etap w moim życiu - szesnaście lat, pierwsza klasa szkoły średniej; wszystko miało się zmienić. 
   Tej nocy gwiazdy świeciły wyjątkowo mocno, a towarzyszyła im duma, rozpierająca moją pierś z powodu wymknięcia się z domu bez wiedzy rodziców. No dobra.. może nie było to aż tak buntownicze, jak pragnąłem tego wtedy jako piętnastolatek, bo tak naprawdę siedziałem we własnym ogrodzie, ale chociaż nikt nie miał o tym pojęcia. No, nikt oprócz Kimberly Crawford, która siedziała na świeżo skoszonej trawie tuż obok mnie pod wielkim orzechem i trzymała mnie za dłoń. Motyle latały mi w brzuchu i patrzyłem szczęśliwy na gwiazdy, szukając Wielkiego Wozu, co było trudne bez żadnego przyrządu do obserwacji (choć jak twierdziła Kim - oczy są najlepszym przyrządem do obserwowania świata). Ciepło bijące od ramienia blondynki i jej chudej dłoni było nadzwyczaj przyjemne. Wręcz miałem ochotę położyć się na pachnącej trawie, objąć mocno Kim i zasnąć razem z nią już na wieczność. Ale zamiast tego podniosłem wysoko rękę i wbiłem palec wskazujący w gwiazdę najbliższą księżycowi, mówiąc cicho:
   - Myślisz, że piłka doleci do bramki?
   Czekałem przez chwilę na odpowiedź, układając już w głowie schemat i obliczenia, ale Kim zdawała się zupełnie zignorować moje słowa. Popatrzyłem na nią lekko zawiedziony i nagle spostrzegłem, że nerwowo spogląda na swoje palce, bawiące się kawałkiem kwiecistej sukienki.
   - Ładnie wyglądasz, Mądralińska - Wpadło mi do głowy.
   Chciałem ją jakoś pocieszyć, bo wyglądała na lekko zestresowaną.
   - Dzięki - mruknęła.
   Zerknąłem na nią zza ramienia. Wydawała się być nieco przygaszona, jakby nie cieszyła się, że mamy okazję popatrzeć razem na niebo w środku nocy, kiedy zawsze była tym faktem wielce rozradowana. Chciałem ją o to zapytać, gdy nagle odezwała się cichym głosem:
   - Która godzina?
   Popatrzyłem na gumowy zegarek, który zawsze nosiłem na lewym nadgarstku. 
   - Cztery minuty po północy - odpowiedziałem żywo i w jednej chwili sobie coś uświadomiłem. - Wszystkiego najlepszego, Mądralińska.
   Kim zwróciła na mnie swoje różnokolorowe oczy, ale nie uśmiechnęła się. Podsunęła kolana pod brodę i objęła się ramionami. 
   - Masz szesnaście lat od dwóch minut - powiedziałem wesoło. - Mi jeszcze zostało dziesięć.
   Przez krótką chwilę siedzieliśmy w zupełnej ciszy, a wtedy Kim oznajmiła:
   - Rzucę ci dziś strasznie głupie i bezsensowne wyzwanie.
   Nie odzywałem się kilkanaście sekund, tłumiąc w sobie napływające do ust pytanie:
   - Jakie? - A jednak nie podołałem. 
   Kim założyła włosy za ucho i wbiła wzrok w swoje palce splecione na kolanach. 
   - Która godzina? - spytała znów.
   - Dziewięć minut po północy - rzekłem, spoglądając kątem oka na zegarek i dalej brnąc - Ale jakie wyzwanie? Dlaczego głupie? Jeszcze głupsze niż zawsze? 
   - Trzy minuty - powiedziała stanowczo. 
   Czekałem więc wyznaczony przez nią czas, nie oczekując swoich szesnastych urodzin (co było dziwne, bo czekałem na nie od zawsze), a głupiego i bezsensownego wyzwania, którego Kimberly nie chciała mi zdradzić przed dwudziestą czwartą czternaście. Były wakacje, piąty lipca, siedziałem nocą w moim ogrodzie pod niewiedzę rodziców, dłoń Kim mocno zaciskała się na mojej..
   - Która godzina? - zapytała nagle, patrząc mi prosto w oczy i tym samym wyrywając z zadumania. 
   Zerknąłem szybko na swój zegarek i uśmiechnąłem się, powracając spojrzeniem do jej różnokolorowych tęczówek. 
   - Moje urodziny.
   Kim poruszyła się niespokojnie i odwróciła w moją stronę, nie spuszczając wzroku z moich oczu. Przysunęła się do mnie lekko i pomyślałem, że jest jej zimno, więc wyciągnąłem ramię, by ją objąć, gdy zatrzymała mnie, mówiąc:
   - Jack.
   Popatrzyła na mnie z powagą i pogładziła delikatnie mój mały palec swoim małym palcem, na co nie mogłem powstrzymać uśmiechu. 
   - Obiecaj, że nie będziesz się śmiał - powiedziała przyciszonym głosem.
   Zagryzłem dolną wargę, dostrzegając kolor zielony w jej jasnobrązowych oczach. Może i zrobiłem to również, by przestać się uśmiechać, ale nawet to nie poskutkowało. 
   - To zależy - Wyszczerzyłem zęby, a ona zmarszczyła uroczo nos z rozdrażnienia.
   - Obiecaj - wycedziła przez zęby, więc tylko pokiwałem głową, powstrzymując śmiech. Przymknęła na chwilę powieki, oddychając ciężko, ścisnęła mocno moją dłoń i powiedziała, patrząc mi w oczy tak intensywnie, że aż sam spoważniałem: Weź głęboki oddech.
   Jej spojrzenie podziałało na mnie jak magnes, pochłonęło mnie całego, toteż od razu wykonałem jej polecenie, oczarowany kolorem jej tęczówek. 
   Kim położyła wolną rękę na mojej klatce piersiowej, zahaczając palcami o ramię. 
   - Zamknij oczy - poprosiła.
   Przeszedł mnie dziwny prąd od wewnątrz, którego jeszcze nie znałem i moje powieki same opadły na oczy. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Słyszałem nierówny oddech Kim (chyba że był to mój oddech - wszystko możliwe), skupiałem uwagę na jej jednej dłoni w mojej i drugiej opartej na mym ramieniu i nagle samowolnie się uśmiechnąłem. 
   - Miałeś się nie śmiać - powiedziała obrażonym tonem. 
   Albo mi się zdawało albo jej głos wydawał się jakoś bliższy niż przedtem. Nieco mnie to zdziwiło, ale odpowiedziałem tylko: 
   - Wcale się nie śmieję. 
   - Więc czemu się szczerzysz? 
   Wzruszyłem jedynie ramionami, gdy Kim odezwała się gwałtownie:
   - To będzie prezent ode mnie.
   Zanim zdążyłem jakkolwiek zareagować, poczułem coś dziwnego - coś jeszcze dziwniejszego niż przechodzący mnie wcześniej prąd. Krew napłynęła mi do twarzy, a po środku brzucha zaczęło mnie coś ssać, jakby jakieś.. chochliki urządziły sobie tam przyjęcie z trampolinami. 
   Kimberly Crawford pocałowała mnie prosto w usta, zaciskając palce na moim ramieniu. Był to raczej buziak, nie poważny pocałunek, choć zachowywaliśmy się, jakby było to coś wielkiego. Czułem jej ciepłe wargi ułożone w dzióbek na własnych i po paru chwilach zaczęło mi się to nawet podobać. Jedynie wkurzały mnie te głupie chochliki - musiały rozsadzać mi brzuch, skacząc jak opętane?
   Kim odsunęła się ode mnie i nagle wszystko, oprócz wypieków na twarzy, zniknęło.
   Otworzyłem gwałtownie oczy i pierwsze, co zobaczyłem to różnokolorowe tęczówki, w których biły się o władzę barwy zielone i brązowe.

   Biorąc łapczywy oddech, podniosłem się do pozycji siedzącej. Pod palcami czułem gładki materiał swojej pościeli i gdy mój wzrok doszedł do siebie po tak nagłym wybudzeniu się, oceniłem, że jestem w swoim pokoju. 
   - Jack! - zawołała mama, rzucając się do łóżka, a tata wstał z krzesła, które stało przy biurku. - Wszystko w porządku, kochanie? Jak się czujesz? Nadal boli cię głowa? - mówiła bez ustanku, wkładając mi termometr pod pachę i podając szklankę wody.
   - Marge, odsuń się - zarządził tata, kucając koło mnie i odganiając mamę dłonią. Miał zacięty wyraz twarzy. - Połóż się - polecił mi stanowczym tonem i popchnął lekko moje zbyt oszołomione ciało, by wykonać jakikolwiek ruch, na materac. 
   Uspokajałem oddech, gdy tata trzymał mnie mocno za ramię, a mama odgarniała mi włosy z czoła, powtarzając w kółko, że wszystko już dobrze. Tak bardzo się o mnie martwili..
   - Co się stało? - zapytałem w końcu.
   Tata chrząknął.
   - Chyba zemdlałeś - rzekł bez ogródek, już normalnym tonem. 
   I wtedy mama zaczęła nawijać:
   - Boże, słońce, tak nas przestraszyłeś! Ale dobrze się już czujesz? Nic cię nie boli? Chcesz może wody, co? Tom, zadzwoń może po karetkę, tak w razie czego! Ale, słońce, główka już nie boli? Mam tabletki, jeśli chcesz..
   Popatrzyłem na tatę, gdy mama nadal się nie zamykała, a on tylko pokręcił głową, uśmiechając się kącikiem ust i wyszeptał:
   - Cieszę się, że nic ci nie jest. 



   - JACK! - wrzasnęła mama z dołu, a ja aż podskoczyłem na łóżku.  - WSTAWAJ!
   Złapałem się leniwie za głowę, jęcząc i turlając pod pościelą, by wprawić swoje ciało w ruch. Spróbowałem otworzyć oczy, ale gdy tylko to zrobiłem, moje powieki ponownie znalazły się na dawnym miejscu.
   - JAAACK! - powtórzyła mama o trzy tony głośniej.
   Nienawidzę szkoły!
   Przetarłem twarz rękoma i podniosłem się do pozycji siedzącej. Odczekałem chwilę, aż przestało mi się kręcić w głowie i wstałem z łóżka. Ogarnąłem się w ekspresowym tempie, lekko nieprzytomny po prawie nieprzespanej nocy. To dziwne, że kładąc się spać, nie czułem zmęczenia, a gdy wstawałem o siódmej rano, wręcz nie miałem siły ruszyć małym palcem u stopy. 
   Wygramoliłem plecak spod biurka i wyszedłem z pokoju, nie ścieląc łóżka (oby mamie nie chciało się tego sprawdzać) z czystego lenistwa. Zbiegłem po schodach, rzuciłem bagaż na podłogę i usiadłem przy stole w kuchni naprzeciwko taty, który czytał gazetę i popijał gorącą herbatę z jedną łyżeczką cukru (ble! nigdy tego nie zrozumiem). 
   - Cześć, wielkoludzie! - zawołała mama i podeszła do mnie, całując mnie w polik i mierzwiąc mi włosy. 
   Oparłem głowę na dłoni i ziewnąłem.  
   Czasami rodzice traktowali mnie, jakbym miał osiem lat, a nie (prawie..) osiemnaście.
   - Chyba ktoś się nie wyspał - stwierdził tata, wyglądając na mnie zza szerokiej gazety. 
   - Ale za to na pewno poprawi mu się humor, gdy zje moje popisowe tosty z serem - Uśmiechnęła się szeroko mama, stawiając przede mną talerz ze śniadaniem i ponownie obdarzając mnie pieszczotami. 
   A może jednak myślą, że naprawdę mam osiem lat..
   Tata zamknął gazetę i odkładając ją na stół, wziął łyk herbaty i zaraz zajął się swoją porcją. 
   - Jak zwykle aż ślinka cieknie - skomentował, a mama delikatnie się zarumieniła, poprawiając fryzurę w lustrze. Gdy dostrzegła mnie w jego odbiciu, od razu poleciła mi nałożyć żel na włosy, bo podobno wyglądałem jak strach na wróble. Przytaknąłem, ale tak naprawdę nie miałem zamiaru tego robić, bo nawet tak banalnej rzeczy nie chciało mi się wtedy wykonać. 
   Po skonsumowaniu posiłku, opuściłem radosną, rodzinną atmosferę panującą w domu i podążyłem do szkoły, wciąż oglądając się za siebie, by sprawdzić, czy aby Kim nie idzie za mną. 


   - CO?! - krzyknął Jerry, patrząc ze zdenerwowaniem na moją klasówkę z matematyki. - Pięć z plusem?! - powtórzył chyba milionowy raz w ciągu pół minuty. - Z cholernym, zajebiście podejrzanym plusem! - Chryste. - PIĘĆ! - dodał, a ja przewróciłem oczami. 
   - A jednak potrafisz się wykazać bez korków twojej kujońskiej sąsiadki - mruknęła London tuż za moim ramieniem. 
   Udałem, że jej nie usłyszałem, choć tak naprawdę w środku zagotowałem się ze złości. Nie mogłem zaprzeczyć, że Kim była z lekka "kujonem", ale właśnie to w niej lubiłem. Była to nieodłączna część jej osoby - kochała się uczyć i rzucać mądrymi słowami i to sprawiało, że była wyjątkowa. Bo była chociaż sobą, nie to co..
   Nagle poczułem tępy ból w okolicach kostki prawej nogi - Jerry kopnął mnie pod stołem i spojrzał na mnie porozumiewawczo. 
   Tak, sory, zamyśliłem się - przekazałem mu wzrokiem.
   Zagadaj do niej - polecił, spoglądając na London i przy tym unosząc wysoko brwi.
   Naprawdę? Jakbym nie wiedział, o czym rozmawiać ze swoją dziewczyną!
   Pomasowałem delikatnie kostkę, lekko obruszony i spytałem, zwracając się do Parrish:
   - A tobie jak poszło?
   Popatrzyła na mnie gwałtownie, trzepocząc rzęsami, po czym wbiła wzrok w swoje paznokcie, rozkładając szeroko palce u rąk i rzekła:
   - Sto procent. 
   Nastała cisza.
   Nadal..
   Nadal..
   I.. nadal.. 
   Jednak nie potrafię z nią gadać..
   Wpatrzyłem się w złote loki London, opierając policzek na dłoni, i wplotłem w nie palce. Zawijałem sobie kosmyki jej włosów na palcu wskazującym, gdy niespodziewanie ona strzepnęła moją rękę ze swojej głowy i powiedziała, nerwowo poprawiając fryzurę:
   - Nie plącz mi włosów!
   Zanim zdążyłem odpowiedzieć jej coś niemiłego na ten temat, nagle usłyszałem skrzypienie drzwi i szybko odwracając się w tamtym kierunku, poczułem smak wiśni w ustach. 
   Chochliki dały o sobie znać na krótką chwilę, zaczęły mi się pocić dłonie, wzrok miałem rozbiegany - za wszelką cenę próbujący uniknąć blasku Słońca - a gdy w mojej głowie pojawił się obraz kwiecistej sukienki, serce zaczęło bić jak oszalałe. 
   Kim miała na sobie luźne powycierane dżinsy, brązową koszulkę na krótki rękaw przylegającą do jej ciała (CO?!) i ciemne trampki. Jednak myśli o obcisłej bluzce prędko opuściły moją głowę, gdy ujrzałem jej włosy. Jej piękne blond włosy, które zawsze nerwowo zakładała za ucho swoimi długimi namiętnymi palcami.. Jej włosy były wcieleniem piękna - grube, gęste, zdrowe, niefaszerowane niczym oprócz szamponu, świeżo umyte, lekko kręcące się w niektórych miejscach, błyszczące, podskakujące w rytm piosenki Beyoncé wraz z.. Jerry znów kopnął mnie w kostkę i tym razem poczułem to ze zdwojoną siłą, na co od razu zareagował mój organizm, sygnalizując o moim cierpieniu innych w postaci cichego:
   - Ałć!
   Odwróciłem się szybko do London, by zbadać sytuację, ale ona zajęta była swoimi dłońmi, więc byłem bezpieczny. Gdy ujrzała, że jej się przyglądam, popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się krótko, a później powróciła do podziwiania sowich dłoni. 
   Rzuciłem Jerry'emu ostre spojrzenie, a po chwili moje oczy same odnalazły drogę do blond pięknej czupryny. 
   Kim tłumaczyła coś nauczycielowi - zapewne wyjaśniała powód swojego niewielkiego spóźnienia. Przy tym gestykulowała żywo i ciągle przekładała trzymaną przez siebie teczkę z ręki do ręki. (Kolejny odruchowy tik do kolekcji..) I jeszcze zakładała te włosy za ucho.. tymi namiętnymi palcami!
   Na chwilę spojrzałem w drugą stronę na okno, by nikomu moje zachowanie nie wydało się niestosowne i znów zerknąłem na Kim. Tylko, że tym razem było troszkę inaczej - zamiast zobaczyć jasną burzę włosów i później się nią zachwycać, ujrzałem trzy niebezpiecznie zmieszane ze sobą kolory - brązowy, zielony.. przeklęty różowy. Kimberly Crawford patrzyła mi prosto w oczy przez około dwie sekundy, a chochliki w tak krótkim czasie zdążyły przełożyć każdy organ w moim ciele na inne miejsce. Dwie sekundy wybuchowej mieszanki kolorów, wiśni w ustach.. jej słodkich, miękkich, mokrych ustach.. Dwie sekundy. O dwie sekundy za mało i o dwie sekundy za dużo.


   Następnego dnia, wracając z treningu, zatrzymałem się przy automacie szkolnym, aby kupić butelkę wody. Pogoda była bardzo parna i okazało się, że sześćset mililitrów napoju nie starczyło mi na półtorej godziny ćwiczeń, jak zawsze. 
   Patrzyłem, jak butelka powoli przesuwała się pomiędzy sprężynami i w końcu spadła, uderzając swoją plastikową powierzchnią o czarne gumowe tworzywo. Pociągnąłem za "szufladkę" i wyjąłem zdobycz, od razu robiąc jeden duży łyk wody. 
   Była godzina siedemnasta i jedyne, o czym wtedy marzyłem to rzucić się na łóżko i pozostać tam już do kolejnego ranka. Niestety, czekało mnie jeszcze ostre zakuwanie do matury i nadchodzący sprawdzian z języka angielskiego. Miałem ochotę cisnąć butelką o podłogę ze złości, bo nienawidziłem się uczyć, ale z drugiej strony nie chciałem zostać w Seaford i tutaj zmarnować sobie przyszłości. Wiedziałem, że było mnie stać na wiele więcej niż harowanie jako jeden z pracowników hurtowni. 
   - Więc wszystko ustalone - Usłyszałem nagle dziewczęcy głos, dobiegający zza rogu.
   Zatrzymałem się gwałtownie w miejscu i zacząłem nasłuchiwać, gdy rozpoznałem słodki ton London. 
   - Wszystko, szefowo - odpowiedziała druga osoba, śmiejąc się ironicznie pod nosem. 
   Morgan.
   Nawet nie musiałem zgadywać. Od razu poznałem w jego głosie tę nutkę ironii, która za każdym razem momentalnie podnosiła mi ciśnienie. 
   - Ja już się nią zajmę - dodał. 
   - Mam nadzieję - bąknęła London. - Skoro to właśnie ona zniszczyła mój układ.. niech poczuje tę chwilę sławy, a później cierpi - Co to miało znaczyć? I kim jest ona? Jaki, do cholery, London ma układ? - Powinna trzymać się od niego z daleka tak, jak robiła to wcześniej. A teraz totalnie namieszała mu w głowie - mówiła dalej. - Biedny Jack.. nie wie, co go czeka. 
   Jej śmiech był jak strzał oddany mi prosto w serce. Myślałem, że albo zaraz upadnę albo wyskoczę zza ściany i ich pozabijam. 
   - Co planujesz? - zapytał Morgan.
   Chwila niepewności, w której trzymała nas obydwóch London, dłużyła się niesamowicie i nagle Parrish mlasnęła ustami i rzekła:
   - Jest bardzo przywiązany do swojej pozycji kapitana, nieprawdaż? 
   Ben zaśmiał się gorzko i wtem ucichł, gdy po raz ostatni rozległ się głos mojej.. dziewczyny: 
   - Masz czas do balu, a jak nie zdążysz, to rozprawię się i z tobą. Pamiętaj o nagrodzie.
   Stukot obcasów ogarnął korytarz.
   Schowałem się za szafkami, z obawą, że któreś z nich usłyszy, jak głośno biło mi serce. 
   London przeszła koło szafek i gdy pozostałem niezauważony, oparłem głowę o ścianę i wyszeptałem sam do siebie:
   - Cholera, Kim. 


*gatunek jaszczurki

Tytuł mylący, tudzież kluczowy.


Komentarze mile widziane :)