czwartek, 26 lutego 2015

4 DomÓwka u London

04xSąsiedzi


KIMBERLY


- Dzień dobry, Mądralińska!
   Moja reakcja na te słowa była dość nietypowa. W normalnych okolicznościach przewróciłabym stronę aktualnie czytanej przeze mnie książki, wzniosła oczy ku niebu i prychnęła w stronę Jacka, schodząc ze schodków przed drzwiami od domu, ale że nie byłam przyzwyczajona do wizyt sąsiada na moim podwórku, zrobiłam coś naprawdę dziwnego, może i nawet trochę śmiesznego. Dokładnie to wykonałam gwałtowny ruch w stronę zatrzaśniętych drzwi, uderzając o nie czołem i upuszczając nowiuśką książkę Grace w twardej okładce na mokre od nocnego deszczu schody. Mogę przysiąc, że serce stanęło mi wtedy na kilka sekund. 
   Jack zaś wybuchnął śmiechem.
   - Wszystko okej, Mą..
   - Głupi, nierozsądny, bezmyślny, dziecinny, nie liczący się z innymi idioto! 
   - A ty znowu z tym głupi? - uśmiechnął się krzywo. 
   Zacisnęłam ręce w pięści.
   - Jeszcze jedno słowo.. - warknęłam i podniosłam książkę z ziemi, otrzepując ją z mokrego piasku. - Grace mnie zabije!
   - No - potwierdził Jack, zaglądając przez moje ramię. - Mogłaś bardziej uważać, wiesz?
   Odwróciłam się do niego szybko ze zmarszczonymi brwiami, przypadkiem uderzając ramieniem o jego brodę. Zmrużyłam oczy. 
   - Szkoda, że siebie teraz nie widzisz! - zawołał, wybuchając salwą śmiechu. - Ten mord w oczach!
   Próbowałam oczyścić książkę Grace z piasku i błota przez całą drogę do szkoły. Był kwiecień, a jak wiadomo w tym miesiącu można spodziewać się i zimy i lata. Nocami było ciepło, ale to nie przeszkodziło chmurom w uronieniu paru łez, które stworzyły pokaźne kałuże na drodze. Obejrzałam książkę ze wszystkich stron i z jękiem doszłam do wniosku, że róg okładki spotkał się z jedną z owych kałuż. 
   - Jack - zawodziłam. - Jesteś idiotą.
   - Już to dziś słyszałem, Mądralińska.
   Załamałam ręce na jego odpowiedź i udałam, że rozpaczam, zakrywając twarz rękoma. 
   - Nie wysilaj się, to nic nie da - odparł spokojnie, spoglądając na zegarek. - No, mamy osiem minut do lekcji. 
   Spojrzałam na niego z ukosa. 
   - Nienawidzę cię - powiedziałam z zaciśniętymi zębami.
   - Tak, tak - Jack zaczął się rozglądać, kiedy weszliśmy na teren szkoły.
   Większość uczniów rozłożyła koce lub swoje kurtki na trawie, aby móc na nich usiąść i cieszyć się ostatnimi promieniami słońca, które zobaczą po raz kolejny dopiero na przerwie obiadowej. 
   Jack uśmiechnął się i pomachał w czyjąś stronę. Powędrowałam za jego wzrokiem i ujrzałam London Parrish we własnej osobie. Jej złote loki opadały swobodnie na ramiona i lśniły na słońcu, oliwkowa cera sprawiała, że każda dziewczyna miała ochotę wydłubać sobie oczy z zazdrości, a obcisłe ubranie uwydatniało jej największe walory w postaci cycków i tyłka, czyli wszystkiego, czego potrzebował do szczęścia przeciętny nastolatek. Przewróciłam oczami, kiedy z uśmiechem odmachała Jackowi i z zaciętą miną wywnioskowałam, że jej dłonie są wprost idealne. Jej całe ciało było jakby wyrzeźbione przez najwybitniejszego artystę. Każdy mijający ją chłopak, pożerał ją wzrokiem. Dobra, albo Jack miał to gdzieś, bo tak naprawdę nie lubi London albo miał to gdzieś tak po prostu albo jeszcze inaczej - miał to gdzieś, bo był przyzwyczajony, że wszyscy zazdroszczą mu bogatej dziewczyny z urodą światowej modelki. 
   - No - powiedział w końcu, kiedy już pozachwycałam się wyglądem Parrish (może trochę zbyt przesadnie). - Będę się zawijał, Mądra..
   - Powiedziałeś Mądra, ha! Nie ma odwoływania! - zawołałam, klaszcząc w ręce, a Jack tylko uśmiechnął się jednym kącikiem ust. - Uciekam, pa.
   - Nie, nie - zaprotestował, ciagnąc za książkę Grace w moich rękach. - To ja miałem uciekać, nie ty. 
   Pociągnęłam mocno lekturę w swoją stronę z diabelskim uśmiechem.
   - Chyba jednak nie, Obślizgły Jacku.
   - A założysz się? - spytał, zaciskając palce na niebieskiej okładce w chmurkami.
   - O co? - wyparowałam od razu.
   - O wyzwanie.
   Prychnęłam.
   - Nie ma zakładów o wyzwania, idioto. 
   - Chyba jednak są, Mądralińska - zaczął mnie przedrzeźniać, nawet zmrużył oczy w taki sam sposób, jak ja. - Stoi? - spytał, gdy zaczęliśmy przeciągać książkę na swoje strony coraz mocniej.
   - Stoi - odparłam od razu, a Jack przestał załatwiać mi reprymendę od Grace za naruszenie idealnego stanu jej mienia i puszczając mi oczko, oddalił się w stronę London.
   Kiedy do niej dotarł, objął ją ramieniem w talii i dał jej słodkiego buziaka w usta, co przypomniało mi o naszym prawie-pocałunku.
   Westchnęłam, gładząc nieumyślnie książkę Grace. 
   - Zostałyśmy same, mała - wyszeptałam do lektury i ruszyłam w stronę metalowych drzwi, prowadzących do szkolnego korytarza, a stamtąd do sali chemicznej.


   - Zastanawiam się, czy cię zabić czy może lepiej..
   - Ale to nie ja! - zaprzeczyłam od razu, a Grace pokiwała tylko głową z niedowierzaniem. 
   - Naprawdę jesteś tak zdesperowana tym, że ty i Jack nie możecie być razem, że aż doszłaś do punktu zwrotnego, w którym nie zazdrościsz London posiadania Jacka, a zwyczajnie zazdrościsz MU, bo ma tak idealne życie licealne, a ty, niestety, nie?
   Przewróciłam wściekła oczami.
   Grace i to jej gadanie.
   - Wcale nie chcę, żebyśmy byli razem! - zaprzeczyłam od razu. - I tym bardziej nie zazdroszczę niczego London - Grace omotała mnie wzrokiem. - A jeszcze bardziej nie zazdroszczę niczego Jackowi. To przeczyłoby mojej dumie.
   - To nie zmienia faktu, że umoczyłaś róg MOJEJ książki, nie wypożyczonej czy coś, nie, nie, w brudnej, obsranej kałuży! - Grace uderzyła pięścią w stół, marszcząc brwi.
   Usłyszałam pisk czyichś podeszw. Odwróciłam się za siebie i ujrzałam Jerry'ego z tacką w rękach, w śmiesznym kapelusiku na głowie, z udawanym przerażeniem na twarzy. 
   - Wiecie.. chciałem się do was dosiąść, ale teraz nie jestem zbytnio pewien swojej decyzji - zaśmiał się, kładąc tackę z jedzeniem pomiędzy mną a Grace.
   - Ty? Dosiadasz się do nas? - zdziwiła się zła jak osa, grzebiąc widelcem w słynnej sałatce warzywnej jej mamy. - A gdzie Jack i jego przydupasy? I jeszcze jego rąbnięta dziewczyna o wkurzająco idealnej cerze? A, no i jej dwie piszczące landrynki?
   Jerry westchnął, próbując otworzyć puszkę z Coca-Colą. Grace patrzyła na jego zmagania niewzruszona, więc ten w końcu zostawił puszkę w spokoju i zajął się jedzeniem frytek. 
   - Jezus Maria, z uszanowaniem, ale czy ty masz Downa?! - Grace jednak nie wytrzymała widoku Jerry'ego, robiącego z siebie idiotę i dwoma ruchami ręki otworzyła puszkę z napojem gazowanym, a następnie posoliła frytki i wylała na nie ketchup. - Patrzenie na ciebie mnie boli! Moje oczy krwawią!
   Jerry uśmiechnął się głupkowato. 
   - Kocha mnie.
   Wybuchnęłam śmiechem na jego słowa, a Grace wyglądała jakby zaraz miała pożyczyć broń od jakiegoś mafioza, aby zrobić Jerry'emu dziurę w głowie za pomocą największego naboju jaki istnieje na świecie. 
   - Serio, Gracie. Byłaby z ciebie niezła żona - Śmiałam się coraz głośniej, zaś Grace zrobiła się cała czerwona na twarzy (nie byłam pewna czy ze złości czy z zażenowania). - Nieważne jak bardzo chciałbyś nie zwracać na mnie uwagi i tak to cały czas robisz, aż w końcu nie wytrzymujesz i litujesz się nade mną, dodatkowo wrzeszcząc, że jestem głupi. W sumie to całkiem słodkie - Puścił do niej oczko, a ja zakryłam usta rękoma, aby znów się nie roześmiać. 
   - Jerry - powiedziała ostro Grace, wbijając palce w butelkę z wodą. 
   - Nie, nic nie mów - przerwał jej momentalnie. - Pozwólmy emocjom nami zapanować. Niech słowa nie mają tu znaczenia - Mogę przysiąc, że byłam wtedy bordowa od powstrzymywania śmiechu. - Ale zanim to uczynimy, chcę zadać ci jedno pytanie. Mogę?
   Grace zamknęła oczy. Minę miała zaciętą.
   Cała ta sytuacja zaczynała mnie coraz bardziej bawić. 
   - Pójdziesz ze mną na imprezę, Grace? Jako moja para? - spytał, patrząc na nią błagającym wzrokiem. 
   Grace otworzyła oczy i wypuściła nerwowo powietrze z ust. Popatrzyła ostro na Jerry'ego.
   - I tak już z tobą idę, durniu - warknęła, a ja patrzyłam na wodę w jej rękach, która o mało co nie eksplodowała. - Kazałam ci mnie zabrać. Zapomniałeś? 
   - Nie - uśmiechnął się. - Ale chciałem żeby było bardziej..
   - Formalnie - podsunęła.
   - ..romantycznie - dokończył Jerry i spojrzał Grace prosto w oczy.
   Przez chwilę wszyscy we trójkę spoważnieliśmy. Obserwowałam, jak Grace wraca do swoich normalnych kolorów i jak Jerry pochłania ją wzrokiem. W końcu (nie wiem, jak do tego doszło, naprawdę) Grace w ułamku sekundy rzuciła się na Jerry'ego i pocałowała go prosto w usta, aż spadł mu kapelusik. Ich pocałunek trwał zaledwie trzy sekundy i kiedy dobiegł końca, Grace zawołała:
   - A teraz idź stąd, do tych głupich przydupasów, i nie zawracaj mi więcej głowy!
   Jerry posłusznie wykonał jej polecenia i oddalił się z lekko oszołomionym wyrazem twarzy do stolika drużyny piłkarskiej, po drodze zgarniając z podłogi swoje nakrycie głowy. 
   Uśmiechnęłam się głupio do przyjaciółki.
   - Grace.. - zaczęłam piskliwym głosem. 
   - Eghem! - odchrząknęła, poprawiając wygląd w małym, przenośnym lusterku. - Więc na czym skończyłyśmy?
   - Na ustach Je..
   - Książka! - krzyknęła szybko. - Tak, książka. I twoja zazdrość o Jacka, dokładnie.. - wzięła głęboki wdech. - Dokładnie na tym skończyłyśmy.
   Zagryzłam delikatne dolną wargę, aby się nie uśmiechnąć. 
   - Jasne. Pozostańmy tylko przy książce.


   - Kurde - powiedziała poważnie Grace, kiedy siedziałyśmy po lekcjach na ławce przed szkołą.
   - Co? - zaciekawiłam się, odrywając wzrok od książki, którą chwilę temu wypożyczyłam z biblioteki szkolnej. Powiem szczerze, że bardzo mnie zaciekawiła, choć poleciła mi ją nauczycielka języka angielskiego, za którą zbytnio nie przepadam. Trzeba jednak przyznać, że ma dobry gust co do literatury. 
   Grace obejrzała się za siebie parę razy, aż w końcu poprawiła nerwowo torbę na ramieniu i spojrzała mi prosto w oczy.
   - Kim - rzekła, świdrując mnie wzrokiem.
   - Słucham? - ponagliłam ją, sięgając do opakowania z paluszkami, które razem z Grace zgarnęłyśmy z automatu przed Mahoniowym Chłopcem. ("To zemsta za to, że jeszcze się ze mną nie umówił! Napawaj się słodkim smakiem tych paluszków, bo nic nie smakuje tak dobrze jak idealnie zaplanowana zemsta przy automacie!")
   - Nie chcę ci robić nadziei, czy coś.. ale.. 
   - Ale? 
   Chrupałam paluszki, wpatrując się w oczy przyjaciółki. Nie chce mi robić nadziei w związku z czym? To frustrujące nie wiedzieć, co druga osoba ma na myśli, a tym bardziej, że ta osoba jeszcze się bulwersuje, że ty nie wiesz, o co jej chodzi.
   - Boże, Kim! - pochyliła się w moją stronę, szepcząc gorączkowo. - Jack się na ciebie gapi! Cały czas!
   Zadrgały mi palce u ręki, kiedy wkładałam słonego paluszka do buzi. Jack na mnie patrzy? Czyli że naprawdę mnie lubi i nasz prawie-pocałunek jednak coś dla niego znaczył? 
   Zamknęłam oczy, biorąc głęboki oddech.
   - Musiało ci się coś przewidzieć - odparłam beznamiętnie. 
   Grace prychnęła.
   - Żartujesz?! Nie jestem ślepa!
   Zaczęłam śledzić wzrokiem treść powieści, słuchając przyjaciółki jednym uchem. 
   - Chyba jednak jesteś - powiedziałam wymijająco. 
   Grace uderzyła otwartą dłonią o swoje kolano. 
   - Jeśli mi nie wierzysz, to sama sprawdź.
   - Nie będę nic..
   Grace patrzyła na mnie tym samym ostrym wzrokiem, co wcześniej na Jerry'ego i przez chwilę miałam wrażenie, że mnie także pocałuje. 
   Westchnęłam, zdmuchując krótkie kosmyki włosów z mojego czoła.
   - Niech będzie.
   Wywróciłam oczami, siadając po turecku i udając, że czytam książkę, a Grace wbiła wzrok w śmietnik naprzeciwko nas. Na twarzy miała głupi szeroki uśmiech. Kiedy odwróciłam się za siebie, aby "zobaczyć kto wychodzi ze szkoły", zrozumiałam, że musiałyśmy wyglądać trochę dziwnie. Myśl ta jednak szybko mnie opuściła, kiedy na własne oczy ujrzałam Jacka, wlepiającego we mnie swoje wielkie ciemne oczy, które z daleka były jedynie małymi błyszczącymi punkcikami, zupełnie jak gwiazdy.
   Powróciłam szybko wzrokiem do książki i pochylając się nad nią, próbowałam wyrzucić sobie z głowy widok Jacka, opierającego się o murek i patrzącego prosto na mnie. Zrobiło mi się gorąco, sama nie wiem, dlaczego. Chyba nie mogłam uwierzyć, że to jednak prawda.
   - Mówiłam - Grace spojrzała na mnie triumfalnym wzrokiem, zakładając nogę na nogę. - A teraz idziemy malować paznokcie!


   Malowanie paznokci według Grace oznaczało zaczadzenie mojego pokoju nieznośnym zapachem przeróżnych lakierów do paznokci. Grace malowała swoje idealnie upiłowane cudeńka, a ja obserwowałam jej pracę i od czasu do czasu wietrzyłam w pokoju, aby się nie udusić. Lakiery Grace śmierdziały szczególnie, nie to co mojej mamy (nie wiem, od czego to zależy). Poza tym Jack miał dzisiaj przyjść na korepetycje i nie chciałam, aby marudził, że w moim pokoju unosi się nieprzyjemny zapach. Tym bardziej nie chciałam stwarzać z nim żadnych problemów, gdyż nadal czułam się lekko rozkojarzona po zetknięciu się z jego ciemnymi oczami sam na sam choć na parę sekund. 
   - Myślisz o tym, że się na ciebie gapił, co? - spytała nagle Grace, malując żółte kwiatki na jednym z paznokci.
   Westchnęłam, zakrywając twarz rękoma i pocierając oczy. Jęknęłam.
   - Nie potrafię myśleć o niczym innym. 
   Chciałam porozmawiać z Grace o moim prawie-pocałunku z Jackiem, o którym zapewne nie miała pojęcia, i o tym, jak dobrze i swojo czułam się w jego ramionach, kiedy patrzyliśmy razem w gwiazdy. O tym, jak bardzo jest mi przykro i głupio zarazem, kiedy widzę go z London, jak dziwnie się czuję, gdy nasze dłonie przez przypadek spotkają się, by pochwycić długopis i rozwiązać zadanie z matematyki. Grace od zawsze była moją jedyną prawdziwą przyjaciółką i poczułam, że muszę jej o tym wszystkim powiedzieć, bo w końcu należy mi się, aby ostro obgadać Jacka i jego idealną dziewczynę. Grace także zasługiwała na prawdę o moich uczuciach do Brewera. Już otwierałam usta, aby poskarżyć się na fochy sąsiada, kiedy pół żartem wspominam o naszym prawie-pocałunku, gdy Grace nagle wypaliła:
   - Wiesz, w sumie nie wiem, dlaczego pocałowałam Jerry'ego. 
   I wtedy zrozumiałam, że moja szansa na wygadanie się zniknęła w obrębie kilku sekund, a Grace tak naprawdę miała wtedy moje uczucia gdzieś i liczyła się tylko ona i spadający na podłogę kapelusik Jerry'ego. Tylko co mnie to obchodziło, kiedy Jack mi się przyglądał? Grace nie chciała zapalić we mnie promyczka nadziei, ale od początku wiedziałam, że jej się to nie udało. Jack Obślizgły Brewer gapił się na mnie i musiało to coś znaczyć. 


   Jack, jak zwykle w piątki, przyszedł dziesięć minut spóźniony, gdyż oglądał z rodzicami jakąś denną komedię romantyczną i na niej zasnął. Robiłam zadanie domowe, słuchając na okrągło piosenki Davida Bowie - Heroes nagranego na płycie winylowej, którą dostałam od rodziców na Święta i nawet nie usłyszałam, kiedy Jack wszedł do mojego pokoju. Położył gwałtownie dłonie na moich ramionach, ale tym razem się nie wystraszyłam, a jedynie roześmiałam i może trochę zarumieniłam, gdyż nie byłam przyzwyczajona do jego dotyku na moim ciele. Przez czterdzieści pięć minut (skróciliśmy nieco korepetycje, gdyż mój uczeń radził sobie coraz lepiej i wykonywał zadania tak szybko, że po godzinie było mi ich brak) trwania naszej wspólnej lekcji Jack zachowywał się normalnie. Zero patrzenia w oczy, przypadkowego muskania palcami mojej dłoni i tym podobnych. Może to z powodu mojego ostatniego wybuchu, kiedy Jack objął mnie ramieniem, a ja wzburzyłam się, że jesteśmy tylko przyjaciółmi (nawet wygarnęłam mu, że nie do końca, gdyż nie potrafię mu w pełni zaufać). Po tym zdarzeniu trzymał mnie na dystans. Nie wiem, czy mi to odpowiadało, ale chociaż nie byłam narażona na gniew London, spowodowany zazdrością. Wiadomo - broni tego, co jej. 
   Jack zgodził się, aby kawałek Bowie'go leciał na okrągło przez prawie godzinę. Nie jestem pewna, czy mu się podobał, ale nic nie mówił, więc chyba mu to nie przeszkadzało. Praktycznie w ogóle nie odzywał się tego dnia. Robił swoje i wsłuchiwał się w słowa mojej ulubionej piosenki, od czasu do czasu wystukując rytm długopisem. Było to do niego niepodobne, gdyż zawsze musiał jakoś mnie zagadać, bo chyba byłby chory, gdyby tego nie zrobił. Dlatego odetchnęłam z ulgą, kiedy w końcu powiedział:
   - Mam do ciebie pytanie.
   - Nie rozumiesz tego zadania? W sumie może jest trochę za trudne, nieco się zagalopowałam, przepraszam. Czekaj chwilę, dam ci inne.
   Jack uśmiechnął się pod nosem.
   - Nie o to chodzi, zadanie rozumiem i nawet mogę podać ci wynik.
   - No to..
   - Ale to za chwilę - przerwał mi i odłożył długopis na swój zeszyt. - Najpierw moje pytanie.
   Nie chciałam, ale po jego słowach spojrzałam mu prosto w oczy. W jednej chwili zapragnęłam powiedzieć mu, że nakryłam go, kiedy mi się przyglądał, ale uczucie to szybko minęło, gdy uświadomiłam sobie, że i tak nie mam szans u Jacka. Gdyby zerwał z London, straciłby wszystko - całe swoje idealne życie licealne, jak określiła to Grace. 
   Jack pochylił się lekko i zajrzał mi głęboko w oczy, choć prosiłam go, żeby więcej tego nie robił. (Dobra, może i ja zaczęłam pierwsza, ale to nie zmienia faktu, że nie powinien tego robić.) Na jego twarzy widniał krzywy uśmieszek i wiedziałam, że on także widzi to, czego widzieć nie powinien. I wcale nie chodziło mi o gapienie się na niego, bo rzadko mi się to zdarza, ale o sam mój wyraz twarzy, kiedy patrzył mi w oczy. (Nie mogę napomknąć również moich soczystych rumieńców. Czułam, że zaraz obleję się od nich potem.) 
   - Przestań - rzekłam tak nagle, że zdziwiłam samą siebie i gwałtownie odwróciłam wzrok od jego hipnotyzujących tęczówek.
   Jack roześmiał się.
   - O co ci chodzi? 
   Wodziłam wzrokiem za jego palcami, uderzającymi w rytm piosenki o biurko.
   - Lubisz London, Jack - rzekłam pewnie, zbierając się w sobie i w końcu spoglądając mu poważnie w oczy. - Jesteś nią zauroczony, rozumiesz? Więc przestań zawracać sobie mną głowę, proszę.
   Z każdym moim słowem mina Jacka stawała się coraz bardziej ponura. Wyglądał, jakby był na mnie zły, ale przecież za co?
   - Nic nie wiesz o moich uczuciach, Kim - odezwał się po chwili mocnym głosem, którego jeszcze nigdy u niego nie słyszałam, nawet teraz, gdy przechodził okres mutacji.
   Zacisnęłam palce na siedzeniu krzesła i wzięłam głęboki oddech.
   - A właśnie, że wiem! - zaprzeczyłam. - Od zawsze mówiłeś tylko o niej, kochałeś się w jej włosach od przedszkola, była twoim największym marzeniem, twoim celem w życiu! Jak możesz mówić, że nic mi o tym nie wiadomo?
   Jack westchnął, spojrzał na sufit, mlasnął ustami i śmiejąc się pod nosem, przysunął swoje krzesło bardzo blisko mnie. W końcu rzekł poirytowanym tonem, pochylając się w moją stronę:
   - Twierdzisz, że wiesz o mnie wszystko, a tak naprawdę nie masz bladego pojęcia, jaki jestem. Znasz mnie tylko z przeszłości, jako ośmioletniego głupiego chłopca bez celu w życiu, który siedział z tobą na tym cholernym dachu, pokazywał ci jakieś nic nie znaczące gwiazdy, całował twój różowy od zimna policzek i trzymając twoją malutką dłoń w swojej jeszcze mniejszej, obiecywał wieczną przyjaźń. Ludzie się zmieniają, Kim. A uczucia i emocje wraz z nimi, kiedy w końcu dorośleją.
   Czułam, jak serce łomocze mi w piersi. Czyżbym była aż tak bezmyślna, jak Jack właśnie mi sugerował?
   - A ja na pewno już doroślałem - dodał.
   Ciemne akcenty jego tęczówek tańczyły mi przed oczami, jak płomienie ognia. Nie wiedziałam, co powiedzieć albo czy w ogóle się odzywać. Było mi głupio, że to akurat Jack, ten Jack, którego zawsze wyzywałam od tępych sportowców, zauważył jedną z moich wad. To prawda, że żyłam przeszłością. I że trzymałam urazę do Jacka, bo tak diametralnie się zmienił. Ale czy miał prawo mówić, że nic a nic o nim nie wiem?
   - Jack.. ja-a.. um.. myślałam.. - Nie chciałam się jąkać. Naprawdę nie chciałam! Robiłam z siebie idiotkę i to na całej linii. Powinna byłam mu wyrzucić, że nie ma prawa twierdzić, iż w ogóle go nie znam. - Ych, Jack - powiedziałam po chwili, w której wstrzymywałam oddech z otwartymi ustami i zamyślonym wzrokiem wpatrywałam się w sufit. - Tak mi przykro.
   Jasne. Najlepiej było dać mu wygrać i zakopać się w norze, udając małą myszkę.
   Jack spuścił wzrok i oparł się dłońmi na kolanach, obarczając je całym ciężarem ciała. Pojedyncze kosmyki jego ciemnych, splątanych włosów wkradły się na czoło, co dodawało mu chłopięcego uroku.
   - Nie chodziło mi o to, żeby sprawić ci przykrość, bo przestałaś wiedzieć o mnie tyle, co kiedyś - wydusił z siebie, a ja nagle poczułam łzy pod powiekami, więc szybko spojrzałam w bok. - I wmówić ci, że jestem dojrzalszy niż ty, bo zdecydowanie nie jestem - Już nie wiem, czy jego gadanie coraz bardziej mnie wkurzało czy smuciło. Nie mógł się po prostu zamknąć, iść do domu i zostawić mnie samą ze stosem poduszek, czekających, aż bez sensu się w nie wypłaczę? - Chciałem ci tylko wytłumaczyć, że czasami.. jeśli jesteś z kimś w związku to.. to nie znaczy, że tę osobę naprawdę kochasz. Po prostu nie masz tyle odwagi, aby od niej odejść, choć-choć wszyscy wkoło myślą, że jednak masz. Rozumiesz? I tak na serio nie masz komu powiedzieć, co tak naprawdę czujesz, bo nikt nie bierze tego na poważnie - mówił szybko i chaotycznie, a ja z każdym jego słowem coraz mniej rozumiałam. O czym on do mnie gadał?
   Chciałam go zapytać, czy coś się stało i wytłumaczyć, że chyba się nie zrozumieliśmy, kiedy nagle rzekł przytłumionym głosem:
   - Nie znałem jej. Ja.. ja jej nie znam. Wciąż jej nie znam.
   Zacisnął rękę w pięść, uderzając delikatnie w swoje kolano i z zagryzionymi wargami patrzył w okno.
   W tej jednej chwili wszystko nabrało sensu. Otarłam łzy, które nie zdążyły dotknąć moich policzków, z oczu i spojrzałam na Jacka. Dobrze pamiętałam, jak powiedział, że nie kocha London, kiedy staliśmy razem w bibliotece i gdy w Fordzie swojego taty, z policzkiem czerwonym od dłoni własnej dziewczyny wyznał, że nie jest zadowolony z tego związku (może nie dosłownie, ale zawsze). I dokładnie w tej chwili mówił mi, że nic do niej nie czuje, ale boi się do tego przyznać. Jak może być z nią, skoro twierdzi, że jej nie zna?
   - Jack - wyszeptałam, odgarniając włosy z twarzy. Zrozumiałam już, co było prawdziwym problemem w związku Jacka i London. - Chyba jednak chodzi o to, że już ją poznałeś.
   Nie odpowiedział mi nic, a ja wtedy coraz szybciej zaczęłam przyswajać sobie informacje. Jack od zawsze wyobrażał sobie piękną London z równie cudownym wnętrzem. Kiedy zaczęli chodzić, był przeszczęśliwy. W końcu miał okazję w pełni poznać idealną Parrish. Ale gdy to zrobił, okazało się, że jego wyobrażenia o niej były zupełnie inne. Bardzo się na niej zawiódł i jego uczucie do niej, które najwidoczniej nie było zbyt głębokie, nagle wyparowało.
   - Oczekiwałem, że.. - powiedział nagle, przerywając długi ciąg moich myśli, które układały się w logiczną całość. - Zawsze byłaś jedyną dziewczyną, jaką znałem i przyzwyczaiłem się do twojego skomplikowanego stylu bycia, aż tu nagle..
   Gdy spojrzał mi w oczy, w jednej chwili wszystko, ale to wszystko zaczęło się układać. Nie tylko moje myśli, ale także moje uczucia. Byłam ideałem Jacka. Naprawdę byłam. Charakterem, którego oczekiwał od każdej innej dziewczyny. Był naiwny, nie wiedział, że wszyscy są różni. Ale wtedy jego wady nie miały dla mnie jakiegokolwiek znaczenia. 
   Byłam jego ideałem. 
   Uśmiechnęłam się do niego szeroko, a gdy odwzajemnił mój gest, roześmiałam się. Serce biło mi w zawrotnym tempie. Czułam, że mogę wszystko.
   - Jack - powiedziałam, śmiejąc się w głos.
   - Co? - spytał, chyba trochę zdziwiony moją reakcją, ale mimo to także się uśmiechał. 
   - Mam ochotę.. - Zagryzłam wargę, wstając. Źrenice Jacka zwężyły się. - Rzucić ci nietypowe wyzwanie.
   Jack również wstał, stając naprzeciwko mnie i oddychając z szybko.
   - Wyzwanie.. - powiedział, mrużąc tajemniczo oczy.
   - Mi też tego brakowało! - rzekłam od razu, jakby czytając mu w myślach. - Więc.. nie uważasz, że to.. niedorosłe? - podpuściłam go.
   - Kimberly.. - jęknął. - Nie zaczynaj być taka typowa. 
   Znowu się roześmiałam.
   - Moje wyzwanie brzmi.. - Jack zrobił mały krok w moją stronę, a że stał blisko..
   Rzuciłam mu się w ramiona, obejmując go mocno za szyję i wtulając twarz w jego włosy, baardzo blisko ucha. Kiedy jego ręce zacieśniły się w mocnym uścisku na moim ciele, poczułam dziwnie znajome ssanie w brzuchu. Czułam się, jak mała dziewczynka. Ta sama, która siedziała z nim na dachu, patrząc w gwiazdy. Zrozumiałam wtedy, że ostatni raz byłam tak blisko prawdziwego Jacka, tak głęboko w jego najskrytszych myślach, kiedy trzymał mnie mocno za rękę i mówił, że nigdy mnie nie opuści, bo przyjaciele na zawsze pozostają razem. Tylko że wtedy nie czułam się tak szczęśliwa, jak teraz, bo w końcu wszystko rozumiałam.
   - Moje wyzwanie brzmi: weź głęboki oddech i przytul mnie najmocniej, jak potrafisz, Obślizgły Jacku Brewerze.



   Następnego dnia obudziła mnie kosiarka, której donośny dźwięk wpadał do mojego pokoju przez otwarte okno. Przypomniało mi to, że tata prosił mnie , abym podczas ich sobotniego (co oznacza, że dzisiejszego) wyjazdu do cioci Alice skosiła trawnik. "Jeśli to nie problem" - powiedział, ale po jego minie widziałam, że gdy tego nie zrobię, będzie bardzo zawiedziony. 
   Otworzyłam oczy. Słońce zawładnęło całym pomieszczeniem, więc gdziekolwiek się nie odwróciłam, było jasno, co przyprawiało mnie o ból głowy. Wtuliłam twarz w poduszkę ostatni raz tego ranka i podniosłam się, wstając z łóżka. Od razu założyłam swoje wielkie puchowe kapcie, rzucone byle jak na niebieski dywanik poprzedniego dnia, i przecierając dłońmi oczy podreptałam w stronę okna. Odsłoniłam wszystkie żaluzje i otwierając okno, wychyliłam się przez nie, zamykając oczy. 
   Lekki wiosenny wiatr smagał moją twarz, a słońce raziło, sprawiając, że widziałam pomarańczowo-czerwony kolor, gdy miałam przymknięte powieki. Wdychałam głęboko świeże powietrze, wsłuchując się w śpiew ptaków i pohukiwanie sowy z pobliskiego lasu. 
   Przeciągnęłam się i zrobiłam głęboki wdech, a mały uśmieszek niepostrzeżenie wkradł się na moją twarz. Myślami byłam z Jackiem i jego silnymi ramionami, oplatającymi moją talię. Poczułam, jak na moje policzki nieśmiało wkrada się rumieniec i uśmiech od razu zniknął z mojej twarzy, a zastąpiło go zażenowanie.
   Oparłam się łokciami o framugę okna i ponownie zamknęłam oczy, wsłuchując się w otoczenie. Rękawy mojej koszulki i włosy poruszały się delikatnie na wietrze, a czucie tego wszystkiego bez użycia zmysłu wzroku było wprost obłędne. Nic nie mogło zepsuć mi tej chwili.
   A jednak..
   - Ej, Mądralińska! - krzyknął Jack. - Ale z ciebie panienka z okienka! Uważaj, bo wypadniesz i będziesz wtedy panienką z okienka ze złamanym karkiem!
   Otworzyłam oczy. Zadowolenie zniknęło z mojej twarzy, a zastąpił je obfity rumieniec, gdy spostrzegłam Jacka.
   Był bez bluzki. Stał tak po prostu na środku swojego podwórka w oświetlającym go idealnie słońcu z górną częścią ciała całą odkrytą i mokrą od potu, a ja myślałam, że zaraz naprawdę wypadnę z okna. Jedną nogą podrzucał piłkę tak, aby za żadne skarby nie spadła na ziemię i w tamtej chwili nie interesowało go nic innego (no, może gdybym rzeczywiście wypadła z tego okna..). Nie mogłam przestać się gapić na jego.. jego klatę, że tak to nazwę. Twarz paliła mnie z zawstydzenia i cała pulsowała. Jak bardzo byłam wtedy czerwona?
   Spokojnie, panuj nad sytuacją.
   Wzięłam parę głębokich wdechów i odkrzyknęłam:
   - Możesz nie drzeć się mi pod oknem?!
   - Właśnie sama to robisz! - Wyszczerzył zęby i przy użyciu skomplikowanego triku kopnął piłkę w płot naszej sąsiadki. 
   Przewróciłam oczami.
   - Popisówa, jak widzę!
   Jack popatrzył w górę, na moje okno, mrużąc oczy od słońca.
   - Nie! - zawołał. - To jedynie darmowy pokaz umiejętności!
    - Jasne - mruknęłam do siebie i zamknęłam z trzaskiem okno, bo poczułam, że mój wzrok wkracza na niebezpieczne tory.
   O Chryste, to nawet lepsze niż jego uszy.
   W tamtej chwili naprawdę chciałam przestać myśleć. Najlepiej już do końca
życia. 

   Gdy zjadłam szybkie śniadanie i doprowadziłam się do porządku po spaniu, oprócz uświadomienia sobie, że musiałam wyglądać jak strach na wróble, gdy wychylałam się z okna, zrozumiałam też, że muszę wyjść na dwór, by skosić trawnik. W domu było cicho, więc przez otwarte okno w kuchni słyszałam, jak piłka co chwilę odbija się od płotu, co oznaczało, że Jack nadal tam był. (W ogóle jakim cudem on wstał o ósmej?! Przecież według niego to świt!) Chryste, jak bardzo bym chciała, aby już założył koszulkę. Bo jeśli nie to zobaczy najbardziej ludzkiego buraczka w życiu. I tym buraczkiem będę ja!
   Kiedy miałam wyjsć z domu, najpierw wyjrzałam przez małe okienko przy drzwiach, żeby zobaczyć, czy Jack sobie poszedł. Tak naprawdę wyglądało to tak: przyssałam swój policzek do szyby i obserwowałam, jak jego mięśnie brzucha poruszają się z każdym jednym jego kopnięciem piłki w płot sąsiadki i pochyleniem się, aby ją podnieść. Okej, może i go podglądałam, ale przecież co jest złego w niewinnym zerkaniu z ukrycia? Jednak kiedy oczy Jacka niespodziewanie skierowały się w moją stronę, z piskiem upadłam tyłkiem na kafelki w przedpokoju, opierając się o drzwi i zrozumiałam, że nic złego w tym nie było, ale jeśli osoba, której się przyglądasz, cię przyłapie, robi się nieprzyjemnie. Byłam zażenowana do granic możliwości. Gorzej być nie mogło. A kiedy o tym pomyślałam, drzwi za moimi plecami zaczęły się otwierać pod wpływem mojego ciężaru i w efekcie wylądowałam na dworze, leżąc obolałymi plecami na betonie przed drzwiami frontowymi, kątem oka wyłapując śmiejącego się Jacka. 
   - Idealnie - mruknęłam ponuro, a mój sąsiad miał okazję przywitać świeżego ludzkiego buraczka. 
   - Więc.. - powiedział Jack, opierając się rękoma o płot i kładąc głowę na swoich dłoniach. - Będziesz kosić trawnik?
   - Taaak - odpowiedziałam, przeciągając samogłoski i próbując wstać tak, aby nie narazić swojego kręgosłupa na ponowny ból. - Bo co?
   - Nic, nic.
   I odszedł, śmiejąc się pod nosem. 

   Wybiła godzina dziewiąta, a ja, słuchając na iPodzie piosenek z lat dziewięćdziesiątych, skosiłam równiutko prawie cały trawnik na naszym podwórku. W sumie nie było źle - słońce grzało, XTC grali dla mnie przez różowe słuchawki nauszne w misie od taty (dostałam je na dziesiąte urodziny!) i przy okazji się ruszałam, czego pragnęła ode mnie mama. "Ruch to zdrowie!" - mówiła zawsze. Bycie pielęgniarką uczyło ją takich i wielu innych wkurzających przysłówek, którymi obsypywała mnie i tatę na każdym kroku. Tak więc wszystko było pięknie, spokojnie i przyjemnie, póki Jack Brewer (na szczęście już w koszulce) nie wyszedł ze swoim legendarnym boombox'em, z którego głośników wydobywała się piosenka Crazy in love Beyoncé, i zaczął śpiewać. 
   - Uh oh uh oh uh oh, no no!
   Próbowałam skupić się na słowach swojej piosenki, ale zacięłam się na pierwszych dwóch - dear oraz God i, wzdychając, zdjęłam słuchawki z uszu. Zmierzyłam Jacka pogardliwym wzrokiem, zawiesiłam różowe słuchawki na szyi i zajęłam się koszeniem trawy. Chciałam skończyć jak najszybciej, by nie musieć słuchać muzyki Jacka. Jacka w sensie naszej. Dobrze wiedziałam, jaka płyta była odtwarzana na boomboxie. Zrobiliśmy razem tę składankę jakieś sześć lat temu, kiedy całą noc chcieliśmy spędzić razem w namiocie, rzucając sobie nawzajem wyzwania, aby nie zasnąć. (Tak, ta buntownicza droga dwunastolatków.) Jeszcze pamiętam, jak Jack kłócił się ze mną, że "na naszej wspólnej składance nie będzie żadnej Beyoncé ani przypałowych piosenek z lat dziewięćdziesiątych jakiegoś kolesia z piorunem namalowanym na twarzy!". On chciał tylko słuchać rocka. Jednak od czego są wyzwania, prawda? Bądź co bądź na naszej płycie znaleźli się i Beyoncé i Led Zeppelin, a noc w namiocie należała do niezapomnianych. Trzymaliśmy się wtedy po raz drugi za ręce i śpiewaliśmy, wkurzając sąsiadkę od strony Jacka..
   - Got me looking so crazy right now, your love's
Got me looking so crazy right now,
Got me looking so crazy right now, your touch
Got me looking so crazy right now! - darł się Jack, wyrywając mnie z rozmyślań. Wywijał tyłkiem jak jakaś super laska, aby zwrócić na mnie swoją uwagę. 
   Kosiłam trawnik coraz szybciej. Naprawdę chciałam się wtedy wkurzyć o to, że podkręcił głośność jeszcze bardziej, ale spostrzegłam, że już nie miałam czego kosić i w końcu zaczęłam się śmiać, wyłączyłam sprzęt i krzyknęłam:
   - Uh oh uh oh uh oh, no no!
   Jack uśmiechnął się do mnie szeroko, gdy zaczęłam tańczyć pośród świeżo skoszonej trawy. Widziałam, jak mnie obserwował, gdy skakałam, a słońce raziło mnie po oczach. Serio, czułam się jak jakaś inna osoba. To nie byłam ja - Kim kochająca czytać, zaszyta wśród poduszek we własnym pokoju. To była Mądralińska, która tak bardzo pragnęła wtedy pokazać wszystkim, że nie jest sztywniarą i także potrafi się bawić. Ale kiedy usłyszała słowa swojego sąsiada..
   - Ładny masz stanik, Kimberly. To z Victoria's Secret? - zapytał Jack z nonszalanckim uśmiechem.
   Stanęłam bez ruchu na środku trawnika.
  - Twoje wielkie bluzki najwyraźniej nie sprawdzają się zaaa.. - Rzuciłam się na niego, gdy jego wzrok powędrował na mój biust. (Nie pytajcie, jak przeskoczyłam przez płot. Jakoś samo tak wyszło.)
   Byłam zła - to fakt, ale kiedy wylądowałam na Jacku, moje uczucia nagle się zmieniły. Nie byłam zawstydzona, czy coś, ale raczej jakoś dziwnie szczęśliwa, co naprawdę mnie zdziwiło. Bo znalazłam się w takiej sytuacji po raz pierwszy i muszę przyznać szczerze - podobało mi się, jak nie wiem.
   Siedziałam na jego umięśnionym brzuchu i czułam poprzez lniane spodenki jak szybko oddycha, jego ręce spoczywały gorąco na mojej talii, tak - pod bluzką, byłam nad nim pochylona - moje włosy spadały pojedynczymi puklami na jego ramiona i policzki, a nasze usta dzieliły centymetry. Piosenka nadal grała w tle i chyba, niestety, idealnie wpasowała się w nastrój - Crazy in love.. o słodki Jezu. Gdzie były moje ręce? Chwilkę.. a tak, blisko jego uszu. Wbijałam palce w trawę, dłonie mając po dwóch stronach jego głowy. Patrzyłam, jak jego wzrok błądzi po mojej twarzy, w końcu zatrzymując się na ustach. Przejechał szorstkimi kciukami po mojej skórze i przeszły mnie ciarki. Albo mi się zdawało albo Jack pchał mnie rękoma bliżej siebie, bo jego usta nagle były już tak blisko. W końcu położyłam się na nim, mając zgięte nogi i dotykając kolanami jego tułowia w okolicach żeber. Dotknęłam dłońmi jego szczęki. Nasze nosy się zetknęły. Czułam jakbyśmy oddychali razem - on wydychał, jak wdychałam i na odwrót. Usłyszałam, jak szepcze gorączkowo:
   - Kim, zrób coś, bo zaraz cię pocałuję.
  Nie zareagowałam.
  Kiedy musnął delikatnie moje wargi i poczułam, jak wszystko we mnie zaczyna wrzeć, otworzyłam szerzej oczy i przyjrzałam się mu dokładnie. Zauważyłam swoje dłonie na jego twarzy - dotykałam dwoma palcami jego uszu i jeździłam kciukami po zarysach jego szczęki. Miał tak ciemne tęczówki, że w tamtej chwili aż mnie to pociągało. Szukałam w nim czegoś, czego jeszcze nie znałam, bo wszystko to, co kojarzyło mi się z Jackiem z moich wspomnień, sprawiało, że serce wyrywało mi się z piersi. 
   Znów dotknął moich ust swoimi. A kiedy się ode mnie lekko odsunął i wziął głęboki wdech, choć nie chciałam, powiedziałam szybko:
   - Obciąłeś włosy.
   To jedyne, co udało mi się wtedy dostrzec.     Jego wargi zatrzymały się tuż pod moimi. Słyszałam jak mocno bije mu serce, zupełnie jakby krzyczało, aby kontynuował. (Moje w stu procentach się z nim zgadzało.) I wtedy nastała jedna z tych długich chwil niepewności. Raz Jack zbliżał swoje usta do moich, a później się oddalał, a raz ja gwałtownym ruchem chciałam wpić się w jego wargi, jednak zawsze rezygnowałam. Minęła cała wieczność, póki w końcu Jack nie powiedział:
   - Mama mnie dziś rano ostrzygła. Dlatego tak wcześnie wstałem.
   - Aha - wyszeptałam, powoli się od niego odsuwając.
   Chwilę później siedzieliśmy koło siebie bez słowa. Szczerze mówiąc - przeszkadzała mi taka sytuacja, tym bardziej, że nadal dominowało mną to dziwne uczucie, że chciałam znów rzucić się na Jacka, położyć się na nim, dotknąć jego uszu i pocałować mocno w usta. Gdy już nie mogłam wytrzymać tej nieznośnej ciszy, wstałam i zaczęłam ciągnąć kosiarkę do małego chodniczka przy schodkach do domu, gdzie zawsze każe zostawiać mi ją tata, by później schować ją do garażu, bo przecież ja "zawsze kładę wszystko nie na swoim miejscu, a ogólnie garaż to miejsce święte". Przywlokłam kosiarkę na chodniczek i nagle Jack się odezwał:
   - London wyprawia dziś imprezę.
   Zacisnęło mnie od środka.
   Jasne, chwal się i idź się baw, a ja jak zwykle usiądę wieczorem z książką w ręku i..
   - Pamiętasz, jak chciałem się ciebie o coś spytać na ostatnich korepetycjach? 
   Kurczę! Zupełnie o tym zapomniałam!
   - No taaak - skłamałam. 
   - Więc zastanawiałem się, czy nie chciałabyś ze mną pójść na tę imprezę.
   - CO?! - Czy ja przypadkiem nie miałam tylko o tym pomyśleć?
   Jack mówił tak pewnie, jakby zdarzenie z paru chwil wcześniej nie miało miejsca. Jednak kiedy na niego spojrzałam, dostrzegłam delikatne rumieńce na jego policzkach. 
   - Można wziąć osobę towarzyszącą - dodał szybko. - Więc..
   - A ty nie będziesz tam z London? - spytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. - To znaczy.. eee..
   Jack wstał z ziemi, co oznaczało, że teraz patrzył na mnie z góry, gdyż byłam od niego o wiele niższa.
   - Chcesz iść czy nie, Mądra..
   - Znowu Mądra! Nie praw mi takich komple..
   Jack zbliżył się do mnie, kładąc mi dłoń na policzku, tym samym kończąc naszą grę. Myślę, że nie zrobił tego umyślnie - był to czysty odruch, bo po chwili jego palce lekko zadrżały na mojej skórze. 
   - To twoja ostatnia szansa, Mądra..
   - No - Musiałam mu przerwać!
   Jack uśmiechnął się krzywo, zdejmując dłoń z mojej twarzy.
   - Mam rzucić ci wyzwanie?
   Zagryzłam wargę, gdy jego wielkie oczy spotkały moje.
   - Będę.


   - Tatooo! - zawodziłam. - Jestem głupia! 
   - Tak, wiem.
   - Wcale nie chcę tam iść!
   - Tak, wiem.
   - Nienawidzę Jacka!
   - Tak, wiem.
   - I nienawidzę London, bo jest tak idealna!
   - Tak, wiem.
   - I nienawidzę Grace, bo nie zachowuje się, jak prawdziwa przyjaciółka!
   - Tak, wiem.
   - I w ogóle nienawidzę tej kosiarki!
   - Tak, wiem.
   - I Beyoncé!
   - Tak, wiem.
   - Mam dość życia. Pójdę się powiesić - o, na tym drzewie.
   - Kochanie, podasz mi w końcu ten młotek?
   Zakryłam twarz dłońmi, jęcząc z zawstydzenia. Jak mogłam zgodzić się pójść na tę głupią imprezę? I to jeszcze imprezę na basenie. W strojach kąpielowych. W super wielkiej willi London Paris, która, wyglądając jak modelka w staniku i majtkach, wykopie mnie z własnego domu, bo przyjdę z jej chłopakiem. Co za porażka.
   - A tak naprawdę - przyda ci się rozrywka, prawda? - Tata puścił mi oczko.
   Patrząc na niego pogardliwie, sięgnęłam za siebie i podałam mu młotek. 
   Lubiłam patrzeć, jak tata naprawia coś w garażu. Zawsze siedziałam wtedy na metalowym stole i podawałam mu wszystkie niezbędne narzędzia. Gdy byłam mała, stanowiło to dla mnie jedynie zwykłą frajdę, ale teraz były to moje chwile sam na sam z tatą, gdzie mogłam wygadać się ze wszystkiego, wiedząc, że nikt nie osądzi mnie za moje błędy, bo tata i tak nigdy mnie wtedy nie słuchał. A może tylko udawał, że tego nie robił, by nie denerwować mnie swoimi głupimi komentarzami, gdyż tak naprawdę mówiłam wtedy tylko o Jacku i o tym jak bardzo go nie lubię, choć tak naprawdę zawsze go jednak lubiłam.
   - Ach! - jęknęłam, opierając czoło na dłoniach. - Moje życie to porażka!
   - Więc idziesz na tę imprezę? - spytał tata, dokręcając jakieś śrubki śrubokrętem.
   Spojrzałam na niego ze zmarszczonymi brwiami.
    - Niby czemu? - zdziwiłam się.
   Tata otarł pot z czoła, napił się wody, którą mu wcześniej przyniosłam, i rzekł, wzdychając:
   - Po pierwsze: już się zgodziłaś. Po drugie: nie możesz wiecznie siedzieć w pokoju z książkami - Chciałam zaprzeczyć, ale tata szybko mnie uciszył. - Musisz poznawać świat, mała! Po trzecie: skoro twoje życie jest porażką, to powinnaś się zabawić, aby poprawić sobie humor i sprawić, aby życie byłą porażką mniej. 
   - Co? - powiedziałam znudzona, kiwając głową na boki.
   - Po czwarte: jeśli pójdziesz, to, OBIECUJĘ!, kupię ci jakąkolwiek książkę będziesz chciała - dodał z uśmiechem, rozkładając ręce na boki.
   - O! - Zeskoczyłam ze stolika, celując w niego palcem. - To jest dobry argument!
   - Właśnie.
   Zacisnęłam wargi, aby się nie roześmiać. 
   - A teraz wybacz - rzekłam poważnie (no, na tyle poważnie, ile było mnie wtedy stać). - ale idę szykować się na tę świetną imprezę w strojach kąpielowych (co oznacza, oczywiście, że będę, nazwijmy to: półnaga wśród wielu napalonych nastoletnich chłopców), DO KTÓREJ - podkreśliłam głośno te dwa słowa. - sam mnie, kochany ojcze, namówiłeś. 
   Tata skrzyżował ręce na piersiach, mlaszcząc ustami. 
   - Więc żegnam cię. Idę wybrać najseksowniejszy strój, jaki tylko posiadam - Uśmiechnęłam się pod nosem, wychodząc i teatralnie wymachując biodrami. 
   Gdy byłam już jedną stopą poza garażem, tata zawołał:
   - No, tylko mi tam nie szalej, mała! 


   - Ooo, kurczę! - zawołał Jack, kiedy w Fordzie jego taty przebierałam spodnie i koszulkę na sukienkę w kwiatki z odkrytymi plecami, którą kiedyś pożyczyłam od Grace. (Inaczej tata nie wypuściłby mnie z domu!)
   - Co? - przestraszyłam się. - Lekka przesada z tą sukienką? Nigdy nie byłam na takiej.. no, prawdziwej imprezie, więc-więc.. czy ty patrzysz na mój tyłek, Jack?! 
   - Niee? - jakby spytał, nadal wlepiając gały w moje odkryte do połowy ciało. - To znaczy.. NIE! - poprawił się szybko i, cały czerwony na twarzy, odwrócił gwałtownie głowę w drugą stronę.
   Roześmiałam się.
   - Jesteś niemożliwy.
   - Ta-tak, już to słyszałem - bąknął, zaciskając ręce na kierownicy.
   Rzuciłam torbę z ubraniami na tylne siedzenia samochodu i usadowiłam się wygodnie na miejscu pasażera, poprawiając sukienkę, aby jednak nie odkrywała za wiele. 
   - No - Spojrzałam na Jacka rozbawiona. - Już możesz patrzeć. 
   Odwrócił się powoli w moją stronę, a jego wzrok nieświadomie (mam nadzieję) powędrował na moje nogi (a może jednak nie mam nadziei). 
   - I jak wyglądam? - spytałam prowokacyjnie.
   - Ooo, tak. Eghem! - Odchrząknął, a jego oczy błądziły po mojej posturze nieustannie. - No-no, wyglądasz okej.
   Zagryzłam wargę, aby nie wybuchnąć śmiechem.   
   - Super.
   Zapanowała cisza. 
   - Dobra, muszę spytać! - wypalił nagle Jack.
   Spojrzałam na niego pytająco. 
   - Dlaczego wyglądasz tak.. tak.. - jąkał się. Zmarszczyłam brwi. - Chryste, Mądralińska! Wyglądasz jak jakaś super-laska!
   Zarumieniłam się.
   - No.. dzięki.
   Jack chyba zrozumiał, co właśnie powiedział, bo nagle spojrzał przed siebie z wytrzeszczonymi oczami.
   - To znaczy..
   - Jedźmy już, dobrze? - poleciłam, patrząc w boczną szybę i uspokajając bicie serca.
   Super-laska.
   - Jasne - odpowiedział Jack i po chwili ruszyliśmy.


   London raczej nie zadowolił mój widok w seksownej sukience Grace, u boku jej chłopaka i do tego na jej imprezie, bo najpierw szczerzyła się z oddali do Jacka, a gdy w końcu ujrzała i mnie, uśmiech momentalnie znikł z jej twarzy. To tak jakby ktoś smakował ciasta z myślą, że będzie przepyszne, jednak gdy zaczął go jeść, poczuł się zawiedziony, bo ciasto okazało się nieznośne. I London miała dokładnie taką minę - jakby właśnie zjadła coś obrzydliwego.
   - Jaaack! - zawołała, rzucając mu się na szyję. - Kochanie, dobrze cię widzieć! 
   Mogę przysiąc, że zanim go pocałowała, zerknęła na mnie, by sprawdzić, czy patrzę.
   Wpychała swój obślizgły jęzor w jego usta, gdy on nieśmiało oddał jej pocałunek i w końcu oderwał się od niej, spoglądając na mnie przepraszająco.
   - Hej - zwrócił się do niej z uśmiechem. - Oprowadzę trochę Kim i zaraz do ciebie wrócę, okej?  
   Mina nieco jej zrzedła, a mój wewnętrzny głos krzyknął: Punkt dla nas! 
   Pochwyciła ze świecącej tacki jeden z drinków.
   - Okej - Posłała mi sztuczny uśmiech i odeszła witać nowych przybyszów. 
   Jack położył mi rękę na plecach, pchając ku wielkiej willi.
   "Sprytnie" - pomyślałam, zerkając na niego i napawając się dotykiem jego dłoni na mojej skórze. 
   - Jak tak na to patrzysz, to nie możesz uwierzyć, co? - spytał nagle, patrząc z podziwem na dom swojej dziewczyny.
   - Dlaczego? - zdziwiłam się.
   Na mnie dom ten nie robił żadnego wrażenia. Był ogromny, co oznaczało, że wcale skromny, a raczej wystawiony na pokaz. Wszędzie jakieś świecidełka, drogie posągi, złoto, srebro, różne kształty krzaczków, idealnie przystrzyżona trawa (no, ja i moja kosiarka także wymiatamy), kryształowe żyrandole, połyskujące meble, kafelki jak ze szkła, światło docierające ze wszystkich stron, nowoczesny wystrój, a wszystko to białe. Wyglądało to jak drogi szpital, co przyprawiało mnie wręcz o mdłości. W tym domu nie czułam się bezpiecznie, był jak muzeum, zupełnie obcy. Zero oznak obecności domowników - żadnych zdjęć na półkach, brudnych szklanek, śladów starości na ścianach, czy chociażby kurzu. 
   - To najstraszniejsze miejsce, jakie w życiu widziałam - rzekłam, rozglądając się wkoło.
   - Co?! - wybuchnął śmiechem Jack. - Jest cudowne!
   - Tak, cudownie przerażające - mruknęłam pod nosem.
   Jack pchał mnie ręką po schodach i wielu korytarzach, a ja dawałam mu się prowadzić, choć z tej naszej małej wycieczki nie zapamiętałam nic innego, jak biel i jego dłoń na moich plecach, która powodowała pojawienie się małych rumieńców na mojej twarzy. 
   - Kim?! - Usłyszałam nagle głos za sobą, a dłoń Jacka w tym samym czasie zniknęła.
   Odwróciłam się przodem do Grace, która stała z szeroko otwartą buzią, cała mokra (zapewne dopiero co wyszła z basenu lub ktoś ją tam wrzucił), w samym stroju kąpielowym i z butelką piwa w ręce.
   - Matko! - wrzasnęła. - Ale ty jesteś seksowna!
   Jack odchrząknął, ale nie zwróciłam na to zbytniej uwagi, bo patrzyłam tylko na Grace.
   - Ile wypiłaś? - spytałam, a ona wzruszyła ramionami, najwyraźniej w ogóle się tym nie przejmując.
   - Nie liczę. Jest weekend.
   Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Jak ona..
   - O, puścili w końcu muzę, to narka! - krzyknęła i wybiegła na dwór, skąd dochodziły głośne wiwaty ludzi, którym także spodobał się pomysł z włączeniem muzyki na maksymalną głośność. 
   Stałam lekko osłupiała na środku białego holu, a kafelki pode mną błyszczały w świetle diamentowych żyrandoli. Co ja w ogóle tam robiłam? Moja przyjaciółka okazała się typową imprezowiczką, która zaczadzała mój pokój lakierami do paznokci tylko po to, by zwrócić uwagę wstawionych chłopców swoimi pięknymi dłońmi, nadrabiając kolczykiem w brzuchu, mocnym makijażem i skąpym strojem kąpielowym, London najchętniej wyrzuciłaby mnie ze swojego szpitalnego domu na ciemną ulicę, ale nie chciała robić sobie problemów u Jacka, a wkoło szaleli z alkoholem, papierosami i półnagimi laskami wszyscy chłopcy z naszej szkoły.
   - Wiesz.. - odezwał się nagle Jack, wpatrzony w coś za wielką szybą. - Ja.. ja chyba też już pójdę. Dasz sobie radę? - Nawet na mnie nie spojrzał. 
   Powędrowałam za jego wzrokiem i zobaczyłam to, czego, rzecz jasna, się spodziewałam. 
   London Parrish w złotym dwuczęściowym stroju kąpielowym tańczyła, wymachując zmysłowo biodrami i odgarniając co chwilę swoje grube loki z mokrych pleców. W świetle kolorowych reflektorów wyglądała jak prawdziwa gwiazda. Ale nie taka na niebie, której widokiem zachwycałam się, wyglądając przez okno w swoim pokoju, otoczona ciepłymi ramionami Jacka. Tylko taka na czerwonym dywanie, pozująca do zdjęć, aby później wszyscy zobaczyli ją w telewizji, gazetach, Internecie czy wielkich reklamach w środku miasta i czekająca jedynie na to aż ktoś zaczepi ją kiedyś na ulicy i powie: "Och, jak ja ci zazdroszczę!".
   Popatrzyłam smutno na Jacka. Jego wielkie ciemne oczy nie spotkały moich, bo wpatrywał się w London. Nie powiedział do mnie: "Hej, Mądralińska! Gdzie twoje za duże ciuchy, co?" czy "Ładne masz majteczki, to z tego nowego sex-shopu?", bo wtedy liczyła się tylko (naprawdę tylko) London Parrish i nic poza nią.
   - Jasne, dam sobie radę - wydusiłam i odeszłam w drugą stronę, aby nie patrzeć, jak Jack łakomie kładzie dłonie na ciele swojej dziewczyny, bo parę chwil temu łagodnie kładł je na moich plecach.


   Siedziałam na murku na samym tyle wielkiej willi. Był stamtąd widok na jedyne jezioro w Seaford, gdzie w dzieciństwie zawsze przyjeżdżałam z rodzicami i państwem Brewer każdego pierwszego dnia lata. Siedzieliśmy tam cały dzień. Kiedy ja i Jack byliśmy mali, robiliśmy wszystko razem -  chlapaliśmy się w wodzie, zrzucaliśmy nawzajem z materaca, rzucaliśmy wyzwania typu zjedzenie glona czy coś podobnego, obserwowaliśmy ryby, budowaliśmy zamki z piasku czy kopaliśmy dziurę przy brzegu, aby napełniła się ona wodą i żebyśmy mogli uważać ją za nasze osobiste jacuzzi z błotem gratis. Jednak kiedy Jack zniszczył moją ulubioną lalkę, wszystko się zmieniło. Pływałam sama, opalałam się na materacu, gadałam z nudów do ryb, rzucałam glonami w dal i rysowałam palcem wskazującym po piasku, gdyż każdy zamek zawsze się rozwalał, a babranie się w błocie bez Jacka nie było tym samym. 
   Wieczorami, kiedy wszyscy inni opuścili już plażę, organizowaliśmy sobie małe ognisko. Jack wyżerał wszystkie pianki, zanim te w ogóle zdążyły zetknąć się z ogniem, kiedy ja zadowalałam się jedną kiełbaską i kromką chleba. Tata i pan Brewer opowiadali wtedy straszne historie, a ja chowałam się za plecami mamy. Kiedy wracaliśmy, Jack zawsze mnie straszył i nieźle mu się wtedy obrywało od pani Brewer, co mnie ogromnie cieszyło. 
   Uwielbiałam nasze letnie wypady na plażę, ale rok temu zrozumiałam, że nic już nie było takie samo. Najbardziej odczułam to, gdy Jack przestał mnie straszyć w drodze powrotnej. Wtedy w ogóle przestałam się bać tych wymyślonych historii i zrobiły się one nudne. Wszystko, co robiłam z Jackiem zawsze było ciekawe, a kiedy nie..
   Łzy goryczy spłynęły po moich policzkach. Przed oczami miałam widok London i Jacka, ocierających się o siebie w rytm muzyki, choć tak naprawdę patrzyłam na jezioro. 
   Zachód słońca był nieziemski. Woda przybrała pomarańczowo-złoty kolor, a roślinność wokół jeziora rzucała cienie na drewniany pomost, poruszając się powoli i szeleszcząc wraz z powiewami wiatru. Ale mimo tego pięknego krajobrazu płakałam cały czas. 
   Czułam się zależna od Jacka. Wszystko, co działo się w moim życiu bez jego w tym udziału, uważałam wtedy za stracone. W moim sercu zalęgła się nieznośna szpilka i z każdym uderzeniem coraz bardziej przypominała mi o tym, jak bardzo Jack miał rację, że się od niego oddaliłam i że żyłam jedynie przeszłością. Kiedy się w nim zakochałam, nie wiem nawet kiedy, ale po uszy (och, jego uszy..), stare wspomnienia powracały do mnie falami splątanych myśli i niezrozumienia. Jak bardzo go kiedyś nienawidziłam.. z powodu głupiej lalki! A teraz gdy kochałam go całym sercem i zaczynałam to w końcu rozumieć, ogarnęła mnie rozpacz, bo nielubienie go było o wiele łatwiejsze. 
   - O, hej, Kim - Usłyszałam za sobą czyjś głos i szybko otarłam łzy z twarzy. Serce biło mi mocno, a szpilka doskwierała z każdym jednym biciem. 
   Osoba usiadła koło mnie i w świetle zachodzącego słońca ujrzałam twarz Jerry'ego. 
   Wyglądał jakby ktoś właśnie uderzył go w twarz i odszedł zadowolony z tego czynu. W ręku trzymał puszkę piwa.
   - Co ty tu robisz? - spytałam łamiącym się głosem.
   Popatrzył na puszkę w swoich dłoniach.
   - Chętnie zrobiłbym to samo, co ty - Spojrzał na moje zaczerwienione oczy z bladym uśmiechem.
   Westchnęłam, zdmuchując pojedyncze blond kosmyki z mojej twarzy.
   - Wystawiła cię - bardziej stwierdziłam niż spytałam.
   Jerry pokiwał głową.
   - Kiedy ją zobaczyłam - powiedziałam, przygładzając materiał sukienki Grace na moich udach. - nie mogłam uwierzyć, że to moja przyjaciółka. 
   - Kim.. - zaczął Jerry, spoglądając na mnie. - Muszę ci coś powiedzieć. 
   - Proszę, nie teraz - Zamknęłam oczy. - Wydawała mi się taka niewinna. Ja-ja nie mam nic do imprez, nie myśl sobie. Po prostu Grace..
   - Kim, naprawdę, musisz o czymś wiedzieć - nalegał.
   Przypomniały mi się słowa Jacka: "I tak na serio nie masz komu powiedzieć, co tak naprawdę czujesz, bo nikt nie bierze tego na poważnie". W mojej głowie pojawiła się Grace, która zaczęła nawijać o Jerry'm, zupełnie ignorując to, co chciałam wtedy powiedzieć. 
   Wszyscy mają cię gdzieś - odezwał się mój wewnętrzny głos. 
   Łzy wypłynęły mi z oczu. 
   - Muszę już iść - powiedziałam, gwałtownie wstając z murka.
   Jerry podążył za mną wzrokiem. 
   - Czekaj - Złapał mnie za kostkę. Spojrzałam na niego załzawionymi oczami. - Wiesz co to UKC? - spytał. 
   Rozpłakałam się, bo myślałam, że może chce mi powiedzieć, że London przed chwilą zerwała z Jackiem, bo nie obmacywał jej przy całej szkole. 
   - Naprawdę muszę iść.
   Szybkim krokiem oddaliłam się od Jerry'ego. 
   Na dworzu było już ciemno, a dom Parrish świecił bielą po oczach. 
   Przeszłam przez hol, zgarniając z tacki jeden z drinków i wypijając go do dna. Wychodząc na ciemną ulicę, słyszałam głośną muzykę, krzyki i śmiechy ludzi oraz plusk wody. Nawet nie poczułam smaku alkoholu, bo moje usta wypełniła gorycz, gdy w głowie pojawił mi się Jack.
   Opuściłam posiadłość London Parrish zalana łzami i ruszyłam w ciemność. 
   Rozbiłam kieliszek po drinku tuż przed szarym Fordem, w którym znajdowała się moja torba. 


   - Kim, już w domu? - zdziwił się tata.
   Siedział na kanapie, obejmując wtuloną w niego mamę i oglądał, jak zwykle w weekend, wybrany przez nią film DVD.
   Na stoliku kawowym przed nimi stały dwa do połowy pełne kieliszki i otwarte wino. 
   - Skąd ta sukienka? - zapytał tajemniczo. 
   Rozpłakałam się i pobiegłam po schodach do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Dopadłam do mojej wielkiej szafy i wyrzuciłam prawie wszystkie ubrania, aby dokopać się do klucza. Gdy w końcu go znalazłam, dobiegłam do drzwi i zamknęłam je na dobre, aby nie musieć tłumaczyć wszystkiego rodzicom. Kiedy zaczęli pukać i prosić, abym otworzyła, pochwyciłam poduszkę z łóżka i (nadal płacząc) na czworakach doszłam do szafy. Ułożyłam się wygodnie pomiędzy ubraniami i zasunęłam drzwi z lustrem, zamykając oczy. 
   Rodzice dobijali się do drzwi.
   Ścisnęłam mocno poduszkę i przyciskając do niej twarz, zaczęłam wylewać z siebie łzy bólu, które od dawna we mnie siedziały. 
   To niesprawiedliwe, że Jack może mieć idealną dziewczynę, popularność w szkole, nie tak złe oceny, posadę kapitana w drużynie piłki nożnej i przy tym wszystkim spełniać swoje marzenia. Nienawidzę go za to!
   I gdy zdałam sobie z tego sprawę, poczułam, jak szpilka w moim sercu zagłębia się coraz bardziej, bo pomimo mojej miłości do niego, byłam podle zazdrosna o jego sukces. 



JACK


- Okej, dobra, tak. Stary. Powiedz mi, ale tak szczerze. Bardzo szczerze. Jak kumpel kumplowi. Zgoda?
   - Zgoda. 
   - Jak bardzo jest źle? 
   - Bardzo.
   - Dobra, jasne. Rozumiem. A teraz opisz mi dokładnie i ze wszystkimi szczegółami twoje bardzo.
   - Po prostu nie jest dobrze, okej?
   - To w końcu nie jest dobrze czy bardzo?! Zdecyduj się, halo! 
   - Jest źle. Nie będę ci tego teraz opisywał.
   - Czyli zrobisz to kiedy indziej? Na przykład za minutę lub dwie?
   - Nie.
   - Okej, za trzy.
   - Nie idziesz gdzieś dzisiaj, teraz, czy coś?
   - Nie. A co?
   - Nic.
   - To może teraz mi powiesz?
   - Weź się wypchaj, co?
   - Coś mi wpadło do głowy. Słuchaj. Wyobrażasz sobie mnie wypchanego watą cukrową?
   - Nawet nie mam zamiaru.
   - Chyba wiem, co założę na imprezę.
   - Idziesz na imprezę? Ty? Sam?
   - Ty też idziesz.
   - Jak to?
   - Przecież to impreza twojej dziewczyny. Stary!
   - Co? Jak? Jaka impreza? 
   - Nie mów.
   - Ja nie mówię, ty mów!
   - Co mam mówić?
   - Impreza, idioto. 
   - Aaa, tak. Dzisiaj o dwudziestej w zajebistej willi London Parrish z jej zajebistym basenem i (ooo, tak) zajebistymi laskami w seksownych strojach kąpielowych.
   - Co?!
   - Tak, wiem. To jak bielizna, ale jeszcze lepsza! 
   - Nie! Nic nie wiem o tej imprezie!
   - Ou. No nie gadaj.
   - Nadal nie gadam! Ty gadaj, czemu nic nie wiem!
   - Może zapomniałeś czy..
   - Nie! Na pewno bym o tym nie zapomniał!
   - Dobra, nieważne. Najlepsze jest to, że można wziąć ze sobą osobę towarzyszącą. Miałem iść z Donną, bo chciałem zobaczyć jej bomby w prześwitującym cyckonoszu, ale Grace mi nagadała, że "przyjaciół stawia się na pierwszym miejscu bez względu na wielkość ich cycków" i, niestety, muszę odłożyć Donnę i jej strój kąpielowy na kiedy indziej. 
   - Osoba towarzysząca, mówisz?
   - No, inaczej Grace mnie zabije.
   - Muszę kończyć.


   Dzień zacząłem od przestraszenia Kim, za co ostro mnie zrugała, bo nabiła sobie guza na głowie i wrzuciła książkę Grace do brudnej kałuży (co było tylko i wyłącznie jej winą!) na jej podwórku. Mówiąc o tym Grace, oczywiście, zwaliła całą winę na mnie, a ja nie potrafiłem się na nią gniewać, za co później sam siebie nieświadomie ukarałem (bo ze złości uderzyłem ręką w ścianę i skończyłem u pielęgniarki na całą jedną godzinę lekcyjną). Miałem miliony pytań do samego siebie, jak mogłem dopuścić do tego całego Uczucia do Kimberly Crawford, ale wtedy patrzyłem na nią i zapominałem o wszystkich przeciwnym temu argumentach.
   Po lekcjach siedziała na ławce koło Grace i czytała kolejną już książkę, choć niedawno skończyła tę, co tego ranka wpadła do kałuży. Jej grube włosy rozwiewał wiatr, a promienie wiosennego słońca wplątywały się pomiędzy blond kosmyki, czyniąc je złotymi. Sam ten widok napawał moje oczy, a gdy odwracała głowę do Grace, śmiejąc się z jej słów i widziałem jej profil, serce podlatywało mi do gardła, gdzie z trudem je przełykałem.
   Spojrzała na mnie.
   Przez chwilę zastanawiałem się, czy odwrócić wzrok, ale jej oczy z daleka wyglądały jak małe błyszczące się w słońcu diamenciki i nie byłem nawet w stanie tego zrobić. Więc w końcu ona mnie wyprzedziła i zrobiła to pierwsza, a kiedy Grace zaczęła do niej szeptać z tym swoim głupim szerokim uśmiechem, zrozumiałem, że o mnie gadały. 
   - Staaary - Usłyszałem Jerry'ego i szybko odwróciłem się tyłem do dziewczyn. - Widzę, że UKC ma się dobrze. 
   Miałem ochotę ponownie uderzyć pięścią w ścianę, ale pielęgniarka poleciła mi więcej tego nie robić, bo któregoś dnia mogę złamać rękę czy coś. Powiedziała, żebym kupił sobie miękką piłeczkę i kiedy się zdenerwuję, lepiej żebym wyżywał się na niej niż na ścianach, bo działa to dla mnie z odwrotnym skutkiem niż zamierzam. Ściana się nie burzy, a ja jestem jeszcze bardziej zły, bo odczuwam ból. 
   Popatrzyłem na Jerry'ego, mrużąc oczy od słońca.
   - Aż za dobrze - odparłem.
   Jerry uśmiechnął się pocieszająco.
   - Idziemy do Phila? - spytał, poprawiając położenie plecaka na swoich ramionach.
   Zerknąłem na Kim.
   - Ta - powiedziałem. - Wskoczymy jeszcze do tego sklepu obok - Wszystko po 2$, okej?
   Jerry zmarszczył brwi.
   - Dobra, a..
   - Chodźmy. 


   - To wszystko? - spytała kasjerka, nabijając cenę na kasie.
   - Tak - Podałem jej dwudolarowy banknot i zgarnąłem żółtą piłeczkę z lady. - Dziękuję, do widzenia.
   Schowałem swój zakup do plecaka, aby oszczędzić sobie pytań od Jerry'ego i wyszedłem ze sklepiku, a dzwoneczki nad drzwiami zadzwoniły melancholijnie.
   Jerry czekał na mnie na zewnątrz, łakomym wzrokiem śledząc ludzi wchodzących do restauracji Phila. 
   - No, już możemy iść - Wyrwałem go z transu. - Zaraz się nażresz.

   O dziwo wcale nie byłem głodny. 
   Patrzyłem, jak Jerry pochłania tłuste falafele i popijałem powoli shake'a waniliowego.
   Jutro impreza u London, a ja nadal nie wdrożyłem swojego planu wkurzenia jej w życie. Chciałem się na niej odegrać, bo nic nie powiedziała mi o przyjęciu, ale w głębi duszy nie byłem pewien swojej decyzji. London miała mnie owiniętego wokół małego palca, więc byłem od niej zależny. Czy gdybym naprawdę ją wkurzył, posunęłaby się tak daleko i zerwała ze mną od razu, zanim w ogóle powiedziałbym jej, że nasz związek nie ma sensu? 
   Nie ma sensu?! - wykrzyczał jakiś głos w mojej głowie. - Człowieku! Tylko to trzyma cię na pozycji kapitana! 
   - No - powiedział Jerry, a ja się wzdrygnąłem. Czyżby także słyszał ten głos? - Phil dzisiaj się postarał - Odetchnąłem z ulgą, biorąc łyka mojego napoju. - Więc.. zaprosiłeś już Kim na tę imprezę?
   O mało nie wyplułem tego, co miałem w buzi. 
   - Słucham?! - krzyknąłem. - Nie będę jej nigdzie..
   - To w końcu wspomagamy UKC, żeby przemówić ci do tego pustego łba, że London to idiotka, czy mu zapobiegamy? - zapytał, marszcząc brwi. - Już nic nie ogarniam..
   - I ja! - zawołałem. - Do pustego łba? Dzięki wielkie, PRZYJACIELU!
   (Nie wspomniałem nic o tym, że moja dziewczyna to idiotka.)
   - Hej! Ej! Uuee! E! - Jerry zaczął wymachiwać rękoma w proteście. - To słowa Grace, okej? Ja tylko powtarzam fakty.. to znaczy.. yyy..
   - Jasne - burknąłem, opierając czoło na stole. 
   - Na razie musisz skupić się na tym, żeby nie stracić miana kapitana - powiedział, zajadając się ogromną porcją frytek. - To dla ciebie najważniejsze, prawda?
   Popatrzyłem na Jerry'ego, a w moim sercu coś się poruszyło. Albo raczej coś pękło, bo w jednej chwili zaczęło mi się chcieć płakać. (Oczywiście tego nie zrobiłem!)
   - Co? - spytał z oszołomieniem Jerry, wpatrując się w moją twarz. - Powiedziałem coś nie tak?
   Zastanawiałem się, jak musiała wyglądać wtedy moja mina, bo Jerry był naprawdę wstrząśnięty jej widokiem. 
   Zdawało mi się, że serce zaraz mi eksploduje, a oczy rozpuszczą się przez powstrzymywanie łez, a wszystko to, bo nagle uświadomiłem sobie, że naprawdę mam pusty łeb, jak mówiła Grace. 
   Jerry widział we mnie tylko popularnego kolesia, który miał po prostu wszystko, a jego celem w życiu jest bycie kapitanem głupiej drużyny szkolnej. Co za nonsens.
   To nie jestem ja! - coś we mnie zahuczało, aż rozbolała mnie głowa. 
   Pomyślałem o meczu z Bacon Hills. 
   Kiedy jestem na boisku, nie myślę o wygranej, tylko o samej przyjemności z gry. Nie liczy się dla mnie, kim jestem w drużynie, tylko czy w ogóle w niej jestem. Gdy gram w piłkę nożną, nie mam ochoty się rozdwoić tylko po to, by pokazać wszystkim, jak dobry jestem, ale gram, bo kocham. Na boisku nie ma nikogo. Jestem tylko ja i piłka. 
   - Jack? 
   Ale przecież nikt tego nie zrozumie. 
   - Tak? - Wyrwałem się z rozmyślań. - Sorki, na chwilę odleciałem.
   - Zauważyłem - odparł, marszcząc brwi. 


   Kiedy wróciłem do domu, rodzice oglądali jakąś denną komedię romantyczną. 
   Rzuciłem plecak w przedpokoju, a mama zmierzyła mnie wzrokiem. 
   - Dołączysz do nas? - spytał tata, próbując rozładować tworzącą się niemiłą atmosferę pomiędzy mną a mamą. 
   Zdjąłem mozolnie buty, kopiąc je za siebie.
   - Jacku Jamesie Brewerze - warknęła mama. - Nie pozwalaj sobie. 
   Przewróciłem oczami i poczułem chęć uderzenia w cokolwiek. Pochyliłem się do plecaka i w największej jego kieszeni odnalazłem żółtą piłeczkę Wybawicielkę od Złamania Ręki. 
   Przesunąłem plecak stopą w róg pomieszczenia.
   - Tom! - zawołała mama. - Powiedz mu coś!
   - Jack - Popatrzyłem na tatę, jedną ręką ściskając piłeczkę, a drugą wygrzebując z miski, na stoliku kawowym, jabłko. - Coś - Puścił do mnie oczko, a mama uderzyła go pięścią w brzuch. - Ała! - zajęczał, a ja się roześmiałam, gryząc owoc, co brzmiało jakbym nie miał zębów. 
   Usiadłem na fotelu obok kanapy, którą zajmowali rodzice. Zaczęli uderzać się poduszkami i śmiać w niebo głosy. W normalnych okolicznościach dołączyłbym do nich, ale wtedy czułem się jakoś dziwne nieswojo i ciągle myślałem o tym niezrozumieniu ze strony Jerry'ego. Zastanawiałem się, czy tata wiedziałby, o czym mówię. Był moim osobistym męskim doradcą, ale w głębi duszy czułem, że i on w pełni by mnie nie zrozumiał. 
   Wpatrzyłem się w ekran telewizora, gdzie dwie blondynki kłóciły się o jakiegoś faceta. Po zjedzeniu jednego wielkiego jabłka czułem się syty (jak nigdy). 
   W pokoju było ciemno, bo mama zasłoniła wszystkie żaluzje, aby lepiej jej się oglądało film. 
   Ściskałem w ręku żółtą piłeczkę.
   Czułem się znużony całym tygodniem i nawet nie wiem kiedy, zasnąłem, myślami będąc daleko od świata rzeczywistego. Bo kto byłby w stanie mnie zrozumieć, skoro ja sam nie potrafiłem?

   Długie paznokcie przedzierały się pośród moich włosów, a przyjemne dreszcze przechodziły mi po plecach. 
   Od razu rozpoznałem dłoń mamy po jej zdradliwym ruchu, który kochałem od małego - wbiciu palców z tyłu głowy, tuż przy zakończeniu włosów i przejechaniu nimi po całej długości delikatnej skóry ku samemu rozpoczęciu włosów. 
   Mruknąłem zadowolony i kiedy zacząłem wybudzać się ze snu, poczułem poduszkę ściśle przytwierdzoną do mojego policzka. 
   - Mamoo.. - wychrypiałem, odwracając głowę, ale to sprawiło, że jej paznokcie jedynie bardziej przejechały mi po skórze, na co przeszły mnie dreszcze. - Daj mi spać.
   - Bardzo chętnie, ale.. 
   - Super, to dobranoc - powiedziałem, zwijając się w kłębek na fotelu i zamykając oczy.
   Po prostu wiedziałem, (byłem tego pewny) że mama w tamtej chwili spojrzała rozwścieczona na tatę, a on jedynie wzruszył ramionami bezradny. 
   - Tom, która godzina? - Dlaczego jej głos był taki rozbawiony? Nie powinna być wkurzona?
   - Siedemnasta dziesięć, Marge - odpowiedział tata równie wesołym tonem. 
   Mruknąłem pod nosem coś typu: "Dajcie mi spokój", kiedy zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. KOREPETYCJE.
   O cholera. 
   Zerwałem się z fotela, o mało co nie łamiąc karku. 
   Dziesięć minut spóźnienia. Znowu! Kim mnie zabije! 
   Wciągnąłem na stopy trampki, jednocześnie wyjmując z plecaka książki i długopis (prawie zepsułem zamek) i trzaskając drzwiami, pobiegłem przez podwórko. Przeskoczyłem przez płot i gdy znalazłem się przed drzwiami sąsiedniego domku, dosłownie słyszałem śmiechy rodziców przez otwarte okno. 
   Zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi, nerwowo przygładzając pogniecioną koszulę, gdyż (na przekór losu) otwierał mi zawsze pan Crawford. 
   Tak było też i tego wieczoru.
   - D-dobry wieczór - przywitałem się. - proszę pana.
   Mężczyzna, a był bardzo wysoki, zmierzył mnie pogardliwym wzrokiem (co wręcz uwielbiał robić) i rzekł ostro:
   - Spóźniłeś się.
   Przełknąłem ślinę, modląc się, aby on tego nie usłyszał. 
   - Tak, wiem. Ja..
   - Nie dość, że wykorzystujesz cenny czas mojej córki, to jeszcze masz czelność się spóźniać - Miał bardzo napięty wyraz twarzy.
   O Chryste.
   - Tato - Kim wyłoniła się ze swojego pokoju i stanęła na szczycie schodów. - Daj mu spokój. 
   Próbowałem się na nią nie gapić, ale wyglądała jak gwiazda na niebie ze swoim blond czubkiem głowy, tym bardziej, że stała tak wysoko w porównaniu do mnie. 
   Miałem ochotę odepchnąć jej ojca na bok i pobiec do niej na samą górę, ujmując w ramiona w najbardziej męski sposób, jaki istnieje i pocałować prosto w usta. 
   - Piękna - wymsknęło mi się i dopiero po chwili zrozumiałem, jak wielki błąd popełniłem. - Dziś pogoda! - zawołałem szybko, prawie podskakując wraz z turbodynamiczną prędkością bicia mojego serca. - Pogoda piękna dziś - powtórzyłem chaotycznie z przerażeniem na twarzy. 
   Pan Crawford skrzyżował ręce na piersi. 
   - Co tam u twojej dziewczyny London, Jack? - spytał prowokacyjnie.
   - Em.. ja.. my.. - próbowałem się wysłowić, ale marnie mi to szło.
   - Tato! - krzyknęła Kim i skinęła na mnie głową, abym wszedł na górę.
   Unikając wzroku pana Crawford, udałem się do pokoju Mądralińskiej i dopiero tam, zamykając drzwi, odetchnąłem z ulgą. 
   - O Chryste - wyszeptałem, opierając się o drewniane jasne drzwi. 
   - Nic nie mów - westchnęła Kim, szykując dla mnie zadania na biurku. - Tak przy okazji.. - Wskazała na swój policzek, patrząc na mnie z uśmiechem.
   Dotknąłem swojej twarzy, ale nic nie poczułem. 
   Kim, szczerząc zęby, pokazała palcem na lustro i kiedy w nie spojrzałem, zaśmiałem się nerwowo, bo uświadomiłem sobie, że jej ojciec widział, jak na moim policzku widnieje czerwony ślad po poduszce. 
   Świetnie.
   Przysunąłem sobie kolorową pufę z rogu pokoju do..
   - O, nie! - zawołała Kim. - Dzisiaj mam dla ciebie normalne siedzenie.
   Wskazała na krzesło po lewej i wstała, by mi je przysunąć, ale kiedy spojrzałem na jej szczupłą posturę, od razu przyszło mi do głowy, że raczej nie powinna tego sama robić. 
   Podszedłem do niej, kładąc dłonie na oparciu siedzenia, aby powiedzieć, że sobie poradzę i żeby usiadła, ale wtedy ona już brała krzesło w ręce i nagle położyła dłonie dokładnie na moich.
   Wiem, że to był czysty przypadek, ale serce zabiło mi mocniej, gdy poczułem jej dotyk. 
   Gdy patrzyłem na jej chude palce tak blisko moich, naszła mnie ochota, aby spleść nasze dłonie, ale zanim zdążyłem oswoić się z tą myślą i ustalić, czy to dobry pomysł, Kim zabrała już swoje ręce.
   Zerknąłem na nią.
   Na jej policzki wstąpił obfity rumieniec i nieudolnie próbowała go zakryć. 
   - Przepraszam - Odwróciła się do mnie tyłem i szybko podreptała na swoje miejsce przy biurku.
   Uspokajając bicie serca, zaniosłem krzesło koło niej i przejechałem palcami po jego oparciu. Spostrzegłem, że Kim przygląda się moim dłoniom, a kiedy zauważyła, że na nią patrzę, momentalnie odwróciła głowę. 
   Podsunęła mi zadania pod nos i dopiero kiedy usiadłem przy biurku, usłyszałem, że w pomieszczeniu gra muzyka. Przeraziła mnie ta myśl. Czyżby moje bicie serca w jej obecności zagłuszało nawet muzykę? 
   Przez całe korepetycje prawie w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy. Dużo w tym czasie myślałem. W głowie nadal miałem Jerry'ego i jego słowa (o tym, że moim jedynym celem w życiu jest bycie kapitanem), które wypowiedział tak pewnie, jakby był po prostu o tym przekonany. Kiedy siedziałem przed nim, poczułem, że nikt na całym świecie nie byłby w stanie zrozumieć, że chodzę z London, bo chcę być w drużynie, a zależy mi na tym, bo kocham grać. 
   Spojrzałem na Kim, a gdy ona podniosła na mnie wzrok i się uśmiechnęła, coś we mnie zaświtało. 
   - Kim.. - powiedziałem cicho i niepewnie. 
   - Tak? - spytała.
   Popatrzyłem jej głęboko w oczy, jakbym chciał się doszukać w nich odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania. 
   Czy dobrze robię, będąc z London?
   Czy tak naprawdę mam jakiś cel w życiu?
   Czy jestem pusty, jak mówi Grace?
   Czy.. kocham Kimberly Crawford?
   Złapałem ją mocno za dłoń. 
    - Jack - powiedziała zdziwiona, jednak nie spuściła wzroku.
   Poczułem, jakby jej ręka była moją małą żółtą piłeczką, ale nie byłem w stanie ścisnąć jej tak bardzo, jak byłem wtedy zdenerwowany. Kim była taka mała i krucha. Jak mógłbym zrobić jej krzywdę? Tej małej dziewczynce w różowej sukieneczce, która patrzy ze mną w gwiazdy?
   Wstrzymałem oddech na parę chwil, a później, zaglądając jej głęboko w różnokolorowe oczy, spytałem:
   - Czy wiesz o mnie wszystko?
   Zmarszczyła brwi.
   - Tak mi się zdaje. Ja..
   - Nie wiesz - powiedziałem od razu, a w jej oczach dostrzegłem urazę.
   - Jack, co ty mówisz? - zapytała, nie rozumiejąc, ale wiedziałem, że tak naprawdę rozumiała najważniejsze.
   - Ale wiesz, że nie lubię London, prawda?  
   Przestała na mnie patrzeć i spojrzała na nasze złączone dłonie. Zaczęła wyswobadzać się z mojego uścisku. 
   - Jack, miałeś mnie nie..
   - Wiesz czy nie? - Nie ustępowałem, nie pozwalając jej puścić mojej dłoni. 
   Poczerwieniały jej uszy.
   - Po co mi o tym mówisz? - Zezłościła się. - To przecież nic nie zmieni!
   - Już zmieniło - odparłem, splatając nasze palce. - Ja po prostu się boję, wiesz? 
   Kim nagle się zainteresowała.
   - Ty? - spytała. - Czego?
   - Cały czas sie boję - dodałem. - Ona jest zupełnie inna niż ty, wiesz? I strasznie mi to przeszkadza, ale nikt nie rozumie. 
   Oczy Kim były wielkie jak spodki. 
   - I nikt nie rozumie, że boję się ją zostawić, bo..
   Kim zacisnęła mocno palce na mojej dłoni.
   - Rozumiem - I to mi wystarczyło, by stwierdzić, że jedyną osobą na tym świecie, która tak naprawdę mnie rozumie lepiej niż ja siebie samego, jest Mądralińska. 



   Rankiem obudziła mnie mama, twierdząc, że musi przystrzyc mi włosy, bo "trochę zarosłem". (Oczywiście użyła swojego triku z paznokciami, abym ruszył tyłek i przeszedł się z nią do jej zakładu fryzjerskiego.)
   O siódmej rano siedziałem na miękkim czarnym fotelu przed lustrem, a mama latała wokół mnie z nożyczkami i psikadłem z wodą, przy tym podśpiewując jakąś popową piosenkę, która leciała w radiu.
   Ziewnąłem.
   - Nie ruszaj się! - skarciła mnie mama, a jedna z jej młodych pracownic zaśmiała się, robiąc do mnie maślane oczy. (Może była ode mnie dwa lata starsza, ale wyglądała raczej na dwa lata ode mnie młodszą.) 
   Później pomogłem mamie ogarnąć trochę w zakładzie, bo kurz zdążył pokryć już czarne meble przez mocne słońce, które nie ustępowało tego dnia ani na chwilę.   
   - Ojeju, jaki przystojny chłopiec! - zachwycały się co chwilę klientki.
   - To mój! - krzyczała mama z dumą w oczach. 
   O ósmej byłem z powrotem w domu, ale pomimo tak wczesnego wstania z łóżka, nie odczuwałem zmęczenia.
   Dzisiaj impreza u London, a ja nie posunąłem się z moim planem dalej i raczej było już na to za późno, więc zacząłem zastanawiać się nad pomysłem Jerry'ego, czyli zaproszeniem Kim. To byłaby zemsta idealna. Gdyby London zobaczyła mnie akurat z nią, kipiałaby z zazdrości. Ale czy byłem w stanie wykorzystać Kim do własnych celów? Tym bardziej, że parenaście godzin temu sam przyznałem, że wcale nie lubię London. 
   Zacząłem grać w piłkę nożną, aby przestać myśleć, bo rozsadzało mi to głowę od środka. Odbijałem piłkę od płotu sąsiadki i ćwiczyłem różne triki. 
   Było naprawdę gorąco, więc po jakimś czasie zdjąłem koszulkę, a kiedy to robiłem, w sąsiednim oknie dostrzegłem Kim, która miała na sobie jedynie piżamę. O mało się nie przewróciłem. 
   Zaraz.. czy dziewczyny do spania zakładają stanik? 
   Zrobiło mi się gorąco na myśl, że Kim spała koło mnie przez dwa tygodnie bez bielizny.
   Odwróciłem się tyłem do okna.
   - Oddychaj głęboko - powiedziałem sobie, podnosząc piłkę z trawy. - Oddychaj. 
   Ale jak miałem oddychać, gdy po niedługim czasie Kim wyszła na dwór z kosiarką w krótkich spodenkach i luźnej białej bluzce, przez którą lekko prześwitywał jej biustonosz? Jednak kiedy zatrzymała się na chwilę, lustrując mnie wzrokiem, poczułem przypływ satysfakcji, bo najwyraźniej także jej się podobałem. 
   - Będziesz kosić trawę, Mądralińska? - spytałem pewnie, patrząc na jej długie, szczupłe zgrabne nogi.
   Zgromiła mnie wzrokiem.
   - Tak - Nałożyła różowe słuchawki na uszy i odwróciła się ode mnie na pięcie, zajmując swoją pracą.
   Wróciłem do domu, żeby wziąć szybki prysznic i przy okazji umyć głowę po różnych specyfikach mamy, które miały na celu wygładzić moje koguty na głowie (chyba musiałbym ogolić się na łyso, by ich nie mieć). 
   W pokoju rzuciłem się na łóżko i próbowałem zasnąć, ale słońce, kosiarka i myśli o Kim w tym jej seksownym ubraniu nie pozwalały mi na to. Leżąc, rozglądałem się po własnym pokoju i czułem się w nim dziwnie obco. Było tak odkąd parę lat temu zdjąłem wszystkie plakaty, zdjęcia i własne rysunki kosmosu ze ścian. Pochowałem także figurki Avengersów, wszystkie komiksy, gazety o wszechświecie i różne drogie książki, które kiedyś mogłem czytać bez końca. Zrobiłem to wszystko, bo uważałem fascynację pochodzenia świata za coś dziwnego, niedorzecznego. To dlatego, że w szkole nikt się tym nie interesował i przez jakiś czas (w podstawówce) byłem wyśmiewany z powodu "mojej pasji". Tak to zawsze nazywała Kim - moją pasją.
   Kiedy przestałem zagłębiać się w tajniki kosmosu, skończyły się moje wypady na dach w celu obserwowania gwiazd i szukania nowych gwiazdozbiorów. Oznaczało to także mniej spotkań z Kim, która zawsze towarzyszyła mi podczas moich nocnych obserwacji. 
   Czy przez to się oddaliliśmy? - to kolejne pytanie do mojej kolekcji, na które nie znam odpowiedzi. 
   Rozglądałem się po swoim pokoju długo, szukając czegoś znajomego, ale nic takiego nie znalazłem, co wprawiło mnie w zasmucenie.
   Tęskniłem za kosmosem. 
   Tęskniłem za gwiazdami. 
   Tęskniłem za Kim. 
   Nagle na jednej z półek dostrzegłem niebieskiego boombox'a, schowanego za książkami. Szybko podniosłem się z łóżka i wygrzebałem go z tylu półki.
   Pokrywała go gruba warstwa kurzu, którą powoli strzepałem do śmietnika. 
   Nacisnąłem przycisk i otwór na wkładanie płyt CD otworzył się. Tkwiła w nim biała stara płyta z kolorowym napisem SKŁADANKA JACKA I MĄDRALIŃSKIEJ KIM.
   Serce zaczęło bić mi szybko. 
   Odłożyłem boombox'a i szybko wyjrzałem przez okno. Kim nadal kosiła trawę, ale już prawie kończyła. 
   Porwałem radio w ręce i zbiegłem po schodach, wychodząc na podwórko. Postawiłem je na schodkach przed drzwiami i kliknąłem przycisk PLAY. Z głośników wydobyła się piosenka Beyoncè - Crazy in love
   Popatrzyłem na Kim, ale ona nie zwracała na mnie uwagi, więc musiałem zrobić coś, aby ją do tego zmusić.
   Podkręciłem głośność w radiu i zacząłem śpiewać razem z piosenkarką, którą w dzieciństwie uwielbiała Kim:
   - Got me looking so crazy right now, your love's
Got me looking so crazy right now,
Got me looking so crazy right now, your touch's
Got me looking so crazy right now!
   Kiedy Kim spojrzała w moją stronę, zacząłem wymachiwać biodrami, na co głośno się zaśmiała. Patrzyła na mnie długo, gdy tańczyłem i śpiewałem razem z Beyoncé, aż w końcu wyłączyła kosiarkę i podskakując w rytm muzyki krzyknęła:
   - Uh oh uh oh uh oh, no no!
   Oparłem się rękoma na płocie, dzielącym nasze podwórka, i położyłem głowę na swoich dłoniach. 
   Słońce świeciło mocno, a blond włosy Kim latały na wszystkie strony, stając się złote. Skakała pośród pięknie pachnącej, świeżo skoszonej trawy. Jej luźna bluzka unosiła się do góry wraz z jej energicznymi ruchami i było wtedy widać jej biały stanik w różowe kropki. Miała tak zgrabne nogi, że na ich widok ciekła mi ślinka z ust. Wyglądała pięknie, gdy się śmiała.
   Jej włosy wyglądały jak mocno świecąca gwiazda na niebie. 
   - Ładny masz stanik, Mądralińska - Nie mogłem się powstrzymać od powiedzenia jej tego, i przysięgam - jeszcze chwila a przeskoczyłbym przez płot i jej dotknął. 
   Nie wiem, czy poczerwieniała ze złości, czy może ze wstydu, ale w jednej sekundzie rzuciła się na mnie z pazurami i wylądowała baardzo niefortunnie. 
   Przewróciłem się pod wpływem jej ciężaru, a ona poleciała za mną, nie kontrolując swojego ciała. 
   Nagle czas zwolnił.
   Dłonie mi drżały, gdy trzymałem je na jej talii pod wielką bluzką (do tego odkrywała ona jej biust, więc stanik w kropki znów świecił mi przed oczami). 
   Siedziała na moim brzuchu, gdzie nawiedziły mnie te same chochliki, co zimą i nie chciały dać mi spokoju.
   Ręce miała po obu stronach mojej głowy i miałem dziwną myśl, że zaraz wplecie palce w moje włosy. 
   Jej usta wisiały tuż nad moimi.
   Było mi okropnie gorąco i wiedziałem, że to nie przez to słońce. 
   Serce wyrywało mi się z piersi. 
   Popchnąłem ją delikatnie w moją stronę, aż w końcu się na mnie położyła, co sprawiło, że jej wargi były jeszcze bliżej. 
   Gdy jej dłonie wylądowały na mojej twarzy, gładząc krańce mojej szczęki, poczułem, że to nie fair, że ona może robić, co chce, a ja leżę pod nią na zimnej ziemi bez ruchu. Skoro ona może mnie dotknąć, to ja jej też. 
   Gładziła moje uszy, kiedy przejechałem dłońmi po jej gorącej skórze na brzuchu i plecach. Miała smukłą posturę, skórę niebywale gładką, a czucie tego wszystkiego przyprawiało mnie o zawrót głowy.
   Kiedy cały zacząłem pulsować i myślałem, że gorzej być już nie może, Kim dotknęła opuszkami palców moich ust. 
   Odnalazłem jej wzrok i zaczęło ssać mnie przyjemnie w brzuchu. Jej oczy miały złoty kolor, zupełnie jak jej włosy.
   - Jack - wyszeptała moje imię i zanim w ogóle zdążyłem pomyśleć o tym, aby się kontrolować, wszystko we mnie zawrzało. 
   Jej wargi były tak blisko.
   Wspaniale było czuć jej skórę na własnych dłoniach, ale jak idealnie byłoby czuć jej usta na swoich.. prawda?
   - Chyba zaraz cię pocałuję - odszeptałem, a mój oddech nagle przyspieszył. 
   - Tak? - spytała cicho.
   - T.. - nie zdążyłem jej odpowiedzieć, bo przycisnąłem wargi do jej ciepłych, miękkich i słodko mdlących ust.
   Przestałem gładzić jej plecy, cały zesztywniałem. 
   To był jedynie przedsmak tego, czego tak naprawdę wtedy pragnąłem, tylko delikatne jak piórko muśnięcie ust.
   Nie myślałem wtedy, co robię. Chciałem leżeć tam z nią już do końca życia i w końcu, nie przejmując się całym światem, kompletnie, prawdziwie pocałować ją prosto w usta.
   Rozchyliłem wargi, mrużąc oczy i nabierając powietrza do płuc, po..
   - Obciąłeś włosy - powiedziała, w momencie gdy moje wargi zetknęły się z jej. 
   Nie! Nie! Nie! - chciałem krzyknąć, ale zamiast tego mruknąłem coś w stylu:
   - Yyyuaaa.. tak. 
   Emocje we mnie szalały.
   Wypuściłem powietrze z ust prosto na jej twarz, na co się uśmiechnęła i przejechała dłonią po mojej szyi. Potem się ze mnie podniosła, a ja myślałem, że zaraz się popłaczę. 
   Było tak blisko! 
   Leżałem na trawie jeszcze przez jakiś czas, a w mojej głowie przewijały się miliony myśli. 
   Czy gdybym pocałował Kim, wszystko zmieniłoby się na lepsze czy na gorsze?
   - To ja już pójdę - powiedziała, wolnym krokiem udając się do drzwi.
   - Czekaj! - krzyknąłem, momentalnie podnosząc się z ziemi. Dobra, raz się żyje. - Dzisiaj jest impreza u London i zastanawiałem się, czy-czy nie chciałabyś ze mną pójść? 
   Kim stanęła w miejscu, tyłem do mnie i nic nie powiedziała. Kiedy w końcu się ruszyła, była cała spięta.
   - Ja? - wskazała na siebie palcem, a ja niepewnie pokiwałem głową. - Ou - mruknęła zdziwiona z wielkimi oczami. - Ja.. nie w.. tak. Tak, dobra - Zmarszczyła brwi i uśmiechnęła się delikatnie, nadal oszołomiona moim pytaniem i, potykając się o schody, weszła do domu.
   Co ty właśnie zrobiłeś? - odezwał
 się mój rozsądek. 



   - O, nie - powiedziałem stanowczo. - Nie będziemy słuchać żadnej średniowiecznej muzy.
   - Owszem, będziemy - Uśmiechnęła się Kim. - I wypraszam sobie: żadna muzyka średniowieczna, Obślizgły. Lata dziewięćdziesiąte.
   - Jeszcze gorzej - westchnąłem, przełączając stację radiową.
   - A to co? - Zmarszczyła brwi.
   - Proszę cię! - Obruszyłem się. - AC/DC! Klasyka!
   Wzruszyła ramionami.
   - Nie znam.
   - O Jezu, ratuj - wyszeptałem, a w tym czasie Kim zdążyła przełączyć stację.
   - Och, leci Nick Cave!
   - Kto?
   - Proszę cię! - Przedrzeźniała mnie. - Klasyka!
   Roześmiałem się razem z nią.
   - To kierowca powinien wybierać muzykę, bo w końcu auto należy do niego, prawda? - zagaiłem.
   - Właśnie nie, drogi kolego - Kim mlasnęła ustami. - Kierowca nie może odrywać rąk od kierownicy i ma skupić się na drodze, a nie grzebać przy radiu, dlatego muzykę wybiera pasażer, gdyż to on podczas jazdy nie robi nic i mu się nudzi, więc potrzebuje jakiejś rozrywki - właśnie w postaci wybierania muzyki. 
   Jej słowa zamknęły mi usta, na co tylko wyszczerzyła do mnie zęby. 
   Do końca drogi słuchałem Nicka Cave'a oraz podśpiewującej do jego piosenki Kimberly.


   London ucieszyła się na mój widok, ale kiedy spostrzegła Kim u mojego boku, mina od razu jej zrzedła.
   - O, cześć - zwróciła się do blondynki ze sztucznym uśmiechem, na co ta odpowiedziała jej jednakowo. - Czemu zawdzięczam twój pobyt tutaj? - Następna mówiąca tym mądrym językiem!
   - Osoba towarzysząca - oznajmiła Kim z wesołym wyrazem twarzy, ale jej oczy mówiły jasno: Zejdź mi z drogi. - Tak przekazałaś Jackowi, prawda?
   Cały się spiąłem.
   No tak, należało uświadomić Kim, że moja własna dziewczyna nie wspomniała mi ani słowem o hucznej imprezie w jej domu, ale na wyjaśnienia było już za późno, bo London uśmiech (sztuczny czy nie sztuczny, ważne, że był) zniknął z twarzy.
   - Tak, dokładnie - roześmiała się nagle.
   Spojrzałem na nią osłupiały. 
   Robiła dobrą minę do złej gry? Przed Kim? Ona i tak zapewne już zdążyła wywęszyć, o co chodzi. 
   - Taa - mruknąłem.
   - No nic - Wyszczerzyła zęby London, unosząc kieliszek z drinkiem do góry. - Czas zacząć imprezę.
   Zbliżyła się do mnie i pocałowała prosto w usta. 
   W głowie nadal miałem Kim leżącą na mnie i słodki smak jej warg, których nie zdążyłem dokładnie spróbować, więc całowanie London było ostatnim, na co miałem wtedy ochotę. 
   Chciałem oderwać się od Parrish, ale najwyraźniej ta oczekiwała czegoś więcej, toteż odwzajemniłem delikatnie jej pocałunek, obejmując ją jedną ręką w talii, po czym jak gdyby nigdy nic puściłem ją i powiedziałem:
   - Oprowadzę Kim i zaraz do ciebie wracam, okej?
   London zmierzyła Kim wzrokiem i uśmiechnęła się do mnie, jakby wcale tego nie zrobiła.
   - Okej - rzekła i wypiła duszkiem całego drinka, odchodząc od nas i zajmując rozmową innych gości. 
   Popatrzyłem na Kim. Jej mina mówiła mi jedno: Głupia małpa. 
   Trochę się z nią zgadzałem. London pocałowała mnie, aby zaznaczyć swój teren, a Kim miała się do niego nie zbliżać.
   - Idziemy? - spytałem, a ona posłała mi delikatny uśmiech. 
   - Już mam dość tej imprezy - wyszeptała, ale ją usłyszałem i mimowolnie się uśmiechnąłem. Była zazdrosna. 
   I z tego zapewne powodu obrzuciła willę Parrishów różnymi obelgami, dotyczącymi wyniosłości domu i ogromu pieniędzy włożonego w coś, co przypominało muzeum, a nie miejsce, gdzie zacieśniają się więzy rodzinne.
   Nigdy tak o tym nie myślałem, ale po słowach Kim, zacząłem. Dom London od zawsze robił na mnie wielkie wrażenie. W ogóle imponowała mi tym, że była okropnie bogata (i może nieco rozpieszczona), ale nigdy nie powiedziałbym, że jej dom jest brzydki czy tandetny. Ale najwyraźniej Kim nic nie powstrzymywało (ani jej dobre zachowanie ani szacunek do innych osób) od głośnego mi oznajmienia:
    - W życiu bym tu nie zamieszkała.
   Ta wypowiedź skończyła naszą debatę na temat wystroju willi, w której i tak już dawno przegrywałem. 
   Kim wpatrzyła się w sufit, gdzie wisiały ogromne żyrandole z malutkich, świecących diamencików.
   Usłyszałem pukanie w szybę i odwróciłem się w tamtą stronę. 
   London patrzyła na mnie z tajemniczym uśmiechem, przywołując do siebie gestem dłoni. 
   Wyglądała, jak modelka z okładki VOGUE. Miała na sobie złoty kostium kąpielowy ze srebrnymi sznureczkami, który odkrywał znaczną ilość jej zgrabnej figury. Na ramionach miała przewieszoną cienką srebrną chustę, która przylegała do jej mokrego ciała. Wilgotne od wody złote loki odgarniała co chwilę z pleców, jakby ją denerwowały. Popijała drinka z drogiego kieliszka, poruszając się zmysłowo w rytm muzyki.
   - Yy.. ja.. - wykrztusiłem, nie odrywając od niej wzroku. - Chyba już pójdę, Kim.
   Usłyszałem, jak wzdycha zdenerwowana. 
   - Jasne - odparła i odeszła, a ja ruszyłem do szklanych drzwi, za którymi czekała na mnie London.
   Gdy do niej podszedłem, od razu pocałowała mnie w usta i zerwała ze mnie koszulkę, pozostawiając mnie w samych kąpielówkach. 
   Wokół nas było tłoczno; przyszła chyba cała szkoła. 
   London objęła mnie za szyję i zaczęła poruszać się w rytm głośnej muzyki wraz ze mną, co chwilę się o mnie ocierając. Gładziła mój brzuch i klatkę piersiową, całując po szyi i ramionach. 
   Podeszła do nas jedna z jej dwóch przyjaciółek i z uśmiechem podała jej drinka o dziwnym kolorze, który trudno było mi rozpoznać w plątaninie różnokolorowych świateł imprezowych. 
   London bez słowa wzięła od niej szklankę i przylegając do mnie całym ciałem, ucałowała moją dolną wargę. 
   - Proszę - Podała mi drinka z szerokim uśmiechem, biorąc moją jedną rękę i kładąc ją sobie na pośladku. - Powinno ci smakować - Znów mnie pocałowała. 
   Byłem nią oczarowany. Zachowywała się tak pewnie i mówiła do mnie władczym tonem, przy tym ciągle mnie całując i gładząc moją skórę. Nie mogłem się jej oprzeć.
   Wypiłem od razu całego drinka, a gdy London wpiła mi się agresywnie w usta, rzuciłem szklankę na bok, nie przejmując się jej dalszym
losem. 
   Dłonie London błądziły po całym moim ciele, jej usta nie odrywały się od moich ani na chwilę, ocierała się o moje krocze, a muzyka dudniła mi w uszach. Tańczyliśmy razem, napawając się swoją bliskością. 
   Gdy London zjechała pocałunkami na moją szyję, w oddali zauważyłem Jerry'ego. Wyglądał na przygnębionego i zapewne bym do niego podszedł, aby zapytać, co się stało, ale pokusa London była zbyt wielka. 
   Odwróciłem głowę i w tłumie tańczących ludzi i kolorowych świateł, ujrzałem Grace, która skoczyła do basenu z butelką piwa, gdzie spotkały ją wiwaty wielu chłopaków. Po chwili zawzięcie całowała się z jednym z nich.
   Chłopcy z drużyny popisywali się swoimi wysportowanymi ciałami pięknym dziewczynom, które rozpływały się na ich widok. Wśród nich dostrzegłem dobrze znaną mi sylwetkę. Muskularny, z ciemnymi kręconymi włosami na głowie, czarnoskóry i z tym obleśnym uśmiechem na ustach. Obmacywał jakąś spażoną na solarce blondynkę. 
   - Czy to.. - zwróciłem się do London, ale ta zamknęła mi usta pocałunkiem, ręką zjeżdżając w dolne partie mojego ciała. 
   Zamknąłem oczy, całując rozpalone wargi swojej dziewczyny i błądząc dłońmi po jej smukłym ciele. 
   Gdzie była wtedy Kim?
   W jednej chwili poczułem się jakoś dziwnie. Wzrok miałem zamglony, kręciło mi się lekko w głowie, a muzyka dochodziła do mnie w opóźnionym tempie. Mój mózg zaczął pracować na wolnych obrotach.
   London popatrzyła mi głęboko w oczy i z uśmiechem na ustach pocałowała mnie mocno. Albo mi się zdawało albo powoli oddalaliśmy się od całego tłumu. 
   London oderwała się ode mnie.
   - Jesteś gotowy? - spytała.
   - Na co?
   Moje plecy dotknęły zimnej szyby, a ona roześmiała się głośno, po czym zatopiła swoje wargi w moich, wkładając rękę do moich kąpielówek.
   Westchnąłem i film mi się urwał. 


   Rano obudziłem się w nie swoim łóżku.
   Rozejrzałem się wkoło i ujrzałem otaczającą mnie ze wszystkich stron biel. Wszystkie meble były tego koloru, ramy od obrazów i inne rzeczy. Tylko jedna ściana była pomalowana na złoto. 
   Od razu rozpoznałem pokój London i odwróciłem się na bok na supermiękkim łóżku, wdychając zapach jej pościeli. 
   Na krześle przy mojej głowie zauważyłem swoje ubrania. 
   Zamknąłem oczy, czując dziwne zmęczenie. Mógłbym już spać do końca życia.
   Chwilkę.
   Skoro moje ubrania leżą obok i nie znajdują się na mnie to..
   Gwałtownie podniosłem się do pozycji siedzącej.
   - Och - Usłyszałem radosny głos London i nagle poczułem okropny zapach lakieru do paznokci. - Już się obudziłeś.
   Popatrzyłem na nią, opierając się łokciami na materacu. 
   Siedziała na krześle, czytając jakąś książkę i jedząc sałatkę z białej (serio?) miseczki, opierającej się na jej biuście. Nogi miała położne na biurku, a obok jej stóp stały przeróżne lakiery, których zapewne użyła jej osobista kosmetyczka do wymalowania wszystkich jej paznokci.
   Czy ta kosmetyczka była tutaj, kiedy spałem zupełnie nagi w łóżku London? - przeszło mi przez głowę. 
   - Co się stało? - zapytałem zachrypniętym głosem.
   Ta biel i światło słoneczne, wpadające do pokoju przez szyby, raziły mnie po oczach, przez co bolała mnie głowa. 
   - Jak to co? - spytała z uśmiechem London, odrzucając złote loki za siebie. - Już nie prawiczek.
   Chciałbym, aby ta wiadomość mną wstrząsnęła, ale tak nie było. Szczerze, spodziewałem się tego.
   - Aha.
   - Przy okazji - dodała, jakby nic ważnego się nie wydarzyło. - Moja służba odwiozła twój samochód do twojego domu i wytłumaczyła, że po imprezie zostało parę osób i rozmawialiśmy do białego rana, w końcu zasypiając i dlatego nie wróciłeś do domu.
   - O - mruknąłem, a ona się uśmiechnęła. - Dzięki. 
   Patrzyłem, jak powróciła do czytania książki, dokączając sałatkę. Zachowywała się, jakby mnie tam w ogóle nie było.
   Chciałem wierzyć, że po tej nocy między nami coś się zmieni, coś na nowo zaiskrzy, ale wiedziałem, że tak się nie stanie. Dla London była to kolejna jednorazowa przygoda, a w mojej głowie nadal siedziała Kim. 
Komentarze mile widziane :)